70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Demokracja bez narodu?

Wiadomo świetnie, że we współczesnym cywilizowanym świecie możliwa jest tożsamość mnoga – nie tylko współżycie na obszarze danej państwowości różnych grup etnicznych, lecz także pluralistyczna tożsamość poszczególnych jednostek. To ostatnie nie zawsze jest akceptowane.

Bójmy się narodów

Rozmowa Adama Puchejdy z Pawłem Śpiewakiem, pod nieco prowokacyjnym tytułem Prawa większości, obraca się wokół niesłychanie ważnego pytania: ile narodu w państwie? Wiążące odpowiedzi, co oczywiste, nie padają, chociaż trzeba powiedzieć, że pierwszy z rozmówców chce go mniej, a drugi wyraźnie więcej, pierwszy ma wątpliwości, drugi zaś wbija coraz ostrzejsze szpile w woskową laleczkę pogrążonego w samouwielbieniu i trochę, przyznajmy, nudnego liberała. Niżej postaram się wskazać pewne konsekwencje takiego myślenia oraz uwypuklić kilka niedopowiedzianych kwestii.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to ponad- czy pozaczasowy charakter wywodu. Można sobie wyobrazić taką samą rozmowę 20, 50, a nawet 100 lat temu. Prawie żaden wyrazisty konkret nie naprowadza szybującej wysoko myśli na dojmujące dylematy naszych czasów, nie lokuje rozmowy w kręgu palących pytań, przed jakimi stoją dziś Polska, Europa i świat – kryzys gospodarczy, kryzys UE i kryzys euro, groźba naszej marginalizacji w UE dwóch prędkości, powszechny renesans ksenofobicznych nacjonalizmów, szalejący islamiści itd. – nawet krótka lista jest długa. Jedyne w tekście aktualne odniesienia to francuski spór o muzułmańską chustę i aluzja do problemów, jakie stwarza islamska obecność w Europie i właściwy tym imigrantom „niski poziom tolerancji dla działań negocjacyjnych”, czyli mówiąc wprost terroryzm, tzw. honorowe zabójstwa kobiet, szahidzi, burki i fatwy.

***

Tytuł Prawa większości jest zamierzoną prowokacją, bo w naszym kręgu cywilizacyjnym, przynajmniej od czasów Johna Stuarta Milla, przywykliśmy bronić słabszych przed silniejszymi, m.in. mniejszości przed dyktatem większości – zarówno politycznej, która w demokracji sprawuje rządy i stanowi prawa, jak i kulturowej, która decyduje o klimacie i jakości życia zbiorowego, m.in. o zakresie swobody obyczajowej, dopuszczalnych stylach życia i treściach nauczania szkolnego. Zwróćmy, nawiasem mówiąc, uwagę, że pierwszym przywołanym klasykiem jest Machiavelli.

Odnoszę wrażenie, że idea rządu ograniczonego wydaje się, zwłaszcza Pawłowi Śpiewakowi, tak oczywista, że prawie o niej nie mówi. Nawet przeciwnie, upomina się o zagrożone prawa większości. Prowokacja trwa: „Naród dominujący próbuje (…) »podbić« inne narody, inne grupy etniczne, które nie są jeszcze narodami, włączyć do swojego obszaru, przy czym ten podbój nie musi dokonywać się drogą wojenną, wystarczy do tego szkolnictwo, służba wojskowa, jednolity system biurokratyczny, narzucający pewien język, model wrażliwości zachowań”; „istnieje coś takiego jak prawo narodu dominującego, prawo narodu-gospodarza, prawo kultury i pamięci, stojące za tym narodem, do zachowania i budowania podstaw tożsamości zbiorowej, która wyraża się w takich a nie innych zachowaniach politycznych”; „Nie ma obowiązku, by demos musiał ulegać wpływom mniejszości, musiał rezygnować ze swojej tożsamości, wstydzić się tej tożsamości. Mniejszości powinny mieć prawo do rozwijania swojej kultury, religii, szanowania swej przeszłości, ale nie zmienia to faktu, że pozostają mniejszościami. Dziś przeżywamy swoistą tyranię mniejszości”. John Stuart Mill przewraca się w grobie, a raduje się Tadeusz Rydzyk.

Rydzyka niech mi Paweł Śpiewak wybaczy, bo nie podejrzewam go, co oczywiste, o jakiekolwiek narodowo-katolicko-moherowe sympatie. Jednak pamiętajmy, że lament zagrożonych we własnym kraju Polaków i katolików jest od lat najdźwięczniejszym głosem w radiomaryjnym chórze i głównym tutejszym argumentem przeciwko panoszącym się żydowsko-gejowskim mniejszościom, liberałom i lewakom, postmodernistom, permisywistom, feministkom, itd. Mówiąc coś, co brzmi podobnie, warto jasno wskazać zasadniczą różnicę. O „prawach gospodarza” rozwodzili się chętnie liczni dawni mniej i bardziej skrajni narodowcy. O prawa większości upominają się dziś w Polsce przeciwnicy praw mniejszości. Zresztą żydowskiego wątku, bardziej w Polsce aktualnego niż chusty, nie ma w rozmowie w ogóle (odnośne słowo pojawia się tylko raz, na końcu, w notce wyjaśniającej, że Paweł Śpiewak jest dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego).

***

U Pawła Śpiewaka idea narodu ulega dowartościowaniu przez skojarzenie jej z historią państwa narodowego – zrazu własności klanu i rodziny panującej, potem demokratycznego ogółu. Przecież lepiej wszak – słyszymy – że rządy sprawuje zbiorowość liczniejsza, czyli naród. Można jednak spytać zasadnie, dlaczego demokratyczna wspólnota ma być narodowa, a nie zorganizowana jako etnicznie heterogeniczne społeczeństwo. Paweł Śpiewak zauważa państwa takie, jak Szwajcaria, USA i Kanada, które spaja „poczucie wspólnego »my« zakorzenionego w kulturze, tradycji i odniesione do przyszłości”, jednak nie wyciąga stąd dalszych wniosków. Jakby mowa była o wyjątku od uniwersalnej reguły, jaką jest państwo narodowe, a nie o równoprawnym wariancie organizacji państwowej, skądinąd nieźle zakorzenionym w tradycji dawnej, wielonarodowej Rzeczypospolitej.

Jest wiele definicji narodu – Paweł Śpiewak wspomina Znanieckiego, Gellnera, Walickiego, Andersona, Smitha i Millera. Mam wrażenie, że na toczone – głównie po angielsku – dyskusje na ten temat silnie oddziałuje właściwe temu językowi i inne niż polskie spektrum znaczeniowe i asocjacyjne słów „naród”, „narodowy”, a także „nacjonalizm” i „nacjonalistyczny”. W znaczeniu, o które nam chodzi, angielski „nacjonalizm” bliższy jest polskiemu „patriotyzmowi”, kiedy więc mówimy o „ruchu narodowym” czy „narodowcach”, myślimy o nacjonalistach, którzy (wbrew zresztą własnym opiniom) są nie tyle patriotami, ile szowinistami. W innych kontekstach, jak „Muzeum Narodowe” i „National Museum”, panuje językowa zgodność, jednak chodzi tu o coś, co ma nie tyle narodowy charakter, ile ogólnokrajowy zasięg (od każdej reguły są jednak wyjątki, jak „Armia Krajowa”). „Nationalism” i „nation” są po angielsku dużo bardziej niż po polsku neutralne. Wpływa to niewątpliwie – łatwo zjawisko to prześledzić u cytowanych przez Pawła Śpiewaka teoretyków – na formułowane po angielsku definicje narodu. W wielu sytuacjach, w których po angielsku mówimy „nation”, po polsku powiedzielibyśmy „społeczeństwo”. Dostrzeżmy tę subtelną, lecz niekiedy zasadniczą różnicę – w najprostszym rozumieniu naród definiujmy etnicznie, a społeczeństwo kulturowo.

***

„Nie widzę powodu – stwierdza Paweł Śpiewak – dla którego taka wspólnota miałaby w inny niż powolny, ewolucyjny sposób wycofywać się ze swoich nawyków, mało tego – akceptować w swoim obszarze nawyki, które są absolutnie sprzeczne z jej wymaganiami”. Rozwija organiczny punkt widzenia, woli ewolucję, stopniowe zmiany, przeprowadzane rozważnie i z umiarem. Gdybyśmy wszyscy w Europie byli aż tak konserwatywni, nadal skazywalibyśmy za homoseksualizm, a kobiety nie głosowałyby ani nie studiowały na uniwersytetach. Niekiedy, w niektórych kwestiach, niezbędna wydaje się rozważna, umiarkowana rewolucja.

***

Wiadomo świetnie, że we współczesnym cywilizowanym świecie możliwa jest tożsamość mnoga – nie tylko współżycie na obszarze danej państwowości różnych grup etnicznych, lecz także pluralistyczna tożsamość poszczególnych jednostek. To ostatnie nie zawsze jest akceptowane. Nasz wspólny z Pawłem Śpiewakiem przyjaciel, który wyemigrował przed laty do Kanady, musiał wypełnić gruby kwestionariusz. W rubryce narodowość wpisał „Polish-Jewish, Jewish-Polish, up to you”. W papierach dostał „Canadian”. Za pochopny uznałbym więc postulat narodowej jednowymiarowości: „Nie sądzę – czytamy – by ktokolwiek z nas mógł spojrzeć na siebie inaczej niż z perspektywy narodu, w którym się wychował, lub z perspektywy narodu, do którego się uczy”. Paweł Śpiewak myślał zapewne w tym momencie (nie bez racji) o klęsce multikulturalizmu w obliczu wojującego politycznego islamu, budującego przyczółki w tolerancyjnej Europie, mniej zaś o prawach polskich Żydów i znacznie liczniejszych, zwłaszcza na południe od nas, środkowoeuropejskich Romów. Jednak wyraził się tak, jak się wyraził.

Czytamy: „Nasz odruch w tego rodzaju sprawach rzeczywiście jest odruchem dominacji. Mówimy: mieszkamy na tej ulicy od pradziadów i nikt nie będzie nam mówił, co mamy robić, jak żyć. Jest taka tendencja, ale ludzie, którzy tak mówią, nie są osobami, które są pozbawione całkowicie racji!”. Otóż niezbyt pasuje do realiów Polski – kraju po II wojnie światowej przesuniętego decyzją mocarstw o kilkaset kilometrów na zachód, poddanego deportacjom, przesiedleniom, migracjom i przemianom klasowym – wizja pradawnych wspólnot lokalnych, które składają się na nadrzędną, powoli i rozważnie ewoluującą wspólnotę narodową.

***

Czuć po lekturze tej rozmowy niedostatek czegoś, co skądinąd byłoby najciekawsze, ale też, przyznam, najtrudniejsze, a mianowicie przełożenia „konstytucjonalistycznej”, „nacjonalistycznej” i „komunitariańsko-republikańskiej” zasady państwowej na język codziennej zbiorowej praktyki. Poseł, radny i prosty wyborca nie dowiedzą się, jakie, kierując się tymi zasadami, mieliby podejmować konkretne decyzje. Europoseł wyczuje ewentualnie, że wobec projektów integracyjnych winien zachować daleko idącą ostrożność.

***

A poza wszystkim, co powyżej, masz oczywiście, Pawle, świętą rację.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata