70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jacek Woźniakowski o sztuce

Długie życie Jacka Woźniakowskiego było arką przymierza między dawnymi i nowymi laty. Dawało uspokajające poczucie, że w kulturze pomimo wszystko istnieje continuum. Tworzona przez nią wspólnota trwa pomimo wojen, totalitaryzmów, żelaznych kurtyn, niszczącego działania czasu i zawodności ludzkiej pamięci.

Był grudzień 1967 r., sala PAU na Sławkowskiej. Jako pomoc biurowa zatrudniona w Stowarzyszeniu Historyków Sztuki po raz pierwszy w życiu uczestniczyłam w dorocznej naukowej sesji Stowarzyszenia. Poświęcono ją „sztuce około 1900”, czyli secesji, która wtedy, po dziesięcioleciach pogardy, wróciła do mody i badawczych łask. Na początku było wspaniałe wystąpienie Mieczysława Porębskiego, który mówił o modernizmach i Picassie. Później bywało nudnawo. I oto na koniec – olśnienie. Jacek Woźniakowski – głos w dyskusji. Trzy przypisy do referatu Porębskiego. Dla przyszłego, niedouczonego historyka sztuki olśnienie, że historię sztuki można tak uprawiać. Z wyobraźnią, z fantazją, z erudycją nieznającą ciasnych specjalistycznych ograniczeń. Poważnie, ale też z dystansem i dowcipem. Że skojarzenia lub spostrzeżenia, które innym posłużyłyby za bazę do uczonej kolubryny, tu rzucane są jako niewiele znaczące „przypisy”.

Trzy przypisy nie weszły do wydanych przez Universitas Pism wybranych Jacka Woźniakowskiego. Zapewne słusznie, bo związane były z tamtą sytuacją, tamtymi wystąpieniami, także tamtą atmosferą. Lecz, może mimochodem, wyznaczają one trzy główne obszary pisania o sztuce Jacka Woźniakowskiego. Przypis pierwszy wskazywał na myśl Fryderyka Schlegla, który „postulując w początkach XIX wieku sztukę romantyczną, z niezwykłą przenikliwością określił to, co stanie się kiedyś istotnym elementem secesji”. Schlegel widział konieczność stworzenia nowej chrześcijańskiej mitologii, której istotą będą idealizm i nowa filozofia natury, zaś jej wyrazem – alegoria i arabeska. Alegoria, która w poszczególnych kształtach odzwierciedli nieskończoną jedność kosmosu, kształty te zaś winne być powiązane arabeską w nieograniczone ciągi, bez odniesienia do jakiegoś centrum. Owo „wyłączenie środka” skierowało myśl Woźniakowskiego nie ku sedlmayrowskiemu Verlust der Mitte, lecz do Johana Huizingi. Ten wielki badacz kultury wskazywał na właściwe romantyzmowi „rozpłynięcie się” ideologicznego centrum, które dotąd nadawało nośność znaczeniową poszczególnym figurom. Stąd w romantyzmie takie ulubienie drobnych form, winiety, klejnociku. W tak skreślonej przez Huizingę charakterystyce romantyzmu Woźniakowski ujrzał znakomitą analogię do secesyjnej sztuki i modernistycznej literatury, podobnie pozbawionej znaczeniowego jądra, spełniającej się w płynnej, rozfalowanej, słownej lub wizualnej ornamentyce.

Tak więc pierwszy przypis ukazywał Jacka Woźniakowskiego zwróconego ku myśli o sztuce, lecz także ku historiozofii i estetyce, ku próbom uchwycenia istoty sztuki w jej historycznych przeobrażeniach, nawrotach i zawirowaniach. Sam zaś wątek alegorii i romantycznej arabeski, tu ledwie dotknięty, znalazł rozwinięcie w kilku erudycyjnych artykułach, publikowanych już w latach 70. Natomiast myśli o secesji, powracające potem wielokrotnie, złożyły się później na esej O secesji i izmach początku wieku.

Przypis drugi – inny świat.Świat francuskiej literatury, którą Jacek Woźniakowski znał znakomicie i lubił chyba bardzo (co skądinąd nie przeszkadzało mu lekko podkpiwać z frankocentryzmu polskich badaczek XIX w., z upodobaniem tkwiących w „dolnym Sekwany departamencie”). Tu nie chodziło zresztą o francuską krytykę artystyczną, lecz o powieść Alain-Fourniera Mój przyjaciel Meaulnes z 1913 r. Autor, o pięć lat młodszy od Picassa, poległ rok później. Woźniakowski wytropił strukturalne „równoległości, występujące niekiedy w rozwoju różnych dziedzin sztuki”, znajdując paralelę między budową powieści a wypunktowanymi przez Porębskiego picassowskimi „modernizmami”: mizerabilistycznym, populistycznym, symbolistycznym i ekstatycznym. Ujawnione tu przekonanie, że kultura nie dzieli się na odrębne sektory „sztuki”, „literatury”, „filozofii” czy (mówiąc językiem urzędników od nauki) na odrębne „dyscypliny humanistyczne”, lecz jest jednym, wewnętrznie sprzężonym i nierozerwalnie zawęźlonym światem ludzkiego myślenia i działania – zawsze było podstawą wszelkiej kulturowej refleksji Jacka Woźniakowskiego.

Przy okazji warto wspomnieć jeszcze szczegół, będący przypisem do owego „przypisu”. Woźniakowski cytuje Alain-Fourniera według edition hors commerce, reservee aux memebres de la Guilde du Livre, Laussane [b.r.]. Drobiazg, ale nieźle ukazujący europejskość Jacka Woźniakowskiego, niezmąconą szarzyzną zmierzchu czasów gomułkowskich.


I wreszcie przypis trzeci – Nachleben secesji w postaci wiersza Marii z Kossaków Bzowskiej-Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej – „nikt chyba lepiej nie skroplił, w poetyckiej kondensacji, istotnych rysów tamtego stylu”: „Chmury zmieszane / W niebios obszarze, / Wód emanacje, / Wodne upiory…”. Rozpoczynający się tą zwrotką wiersz, wyrecytowany przez Woźniakowskiego, jak secesyjny klejnocik spiął niczym broszką niespójną materię naukowej konferencji. Było to piękne wskazanie, jak poetycki język zdolny jest wyrazić to, co z takim trudem wysławiają historycy sztuki, jak – wbrew pozorom – intuicja zdolna jest precyzyjnie „poetycko skondensować”, uchwycić istotę rzeczy.

Ogromna bibliografia Jacka Woźniakowskiego mogłaby nas postawić wobec pytania: kiedy autor jest historykiem sztuki i uniwersyteckim profesorem, kiedy zaś wydawcą, działaczem katolickim, politykiem, społecznikiem, taternikiem, podróżnikiem, pamiętnikarzem, redaktorem, dziennikarzem, felietonistą, recenzentem, korespondentem, specjalnym wysłannikiem? Na szczęście takie pytanie jest bezzasadne, gdyż w osobie i pisarstwie Jacka Woźniakowskiego wszystko to w jakiś cudowny sposób się spaja. Nawojka Cieślińska-Lobkowicz, przygotowując tomy Pism wybranych, musiała oczywiście dokonać kategoryzacji tej wielkiej spuścizny, kolejne tomy organizując wokół wielkich tematów: sztuka i kultura, Tatry, dobro wspólne, chrześcijaństwo i Kościół, podróże, rodzina. Lecz ich lektura przynosi mocne poczucie absolutnej jedności. Jedności w nieprawdopodobnej różnorodności.

Weźmy tom pierwszy – Słowa i obrazy, poświęcony sztuce, myśli o sztuce i kulturze artystycznej. Czego tu nie ma! Są rozważania stricte estetyczne, jak „rozdwojone w sobie” myśli o sztuce i pięknie. Pod obiecującym tytułem Pochwała cielesności kryje się niewielki tekst, w którym cytat z Leśmiana puentuje poglądy Dunsa Szkota, Ockhama i Leibniza, „kruchy esflores” od średniowiecznych sporów filozoficznych wiedzie ku sztuce abstrakcyjnej, gestualnej i hiperrelistycznej, za tym przywołani są Michel Foucault, Georges Bataille, Król Duch Słowackiego, i znowu Leśmian… Cała zaś rzecz traktująca o idealizmie w sztuce współczesnej utrzymana w nienagannej intelektualnej dyscyplinie, jako iż tekst był dedykowany Stefanowi Świeżawskiemu. Na podobny tour de force mógł sobie pozwolić tylko Jacek Woźniakowski, ale też tylko dla niego znajomość świętego Tomasza, antropozofów, czy Barnetta Newmana (o Słowackim nie wspominając) była po prostu czymś oczywistym. Ta zdolność obcowania na równi z pismami Ojców Kościoła jak z wierszami młodopolskich poetek, z obrazami Poussina jak z pracami krakowskich „wprostowców”, z renesansowymi teoretykami jak z Matejką – pozostała niezmiennie jedną z cech pisarstwa o sztuce Woźniakowskiego. „Jedynego w swoim rodzaju złączenia różnych wektorów” – jak sumował wciąż teraz cytowany Kisiel.

Private gentleman – jego idealnym wcieleniem był dla Jacka Woźniakowskiego Bernard Berenson. Nawojka Cieślińska-Lobkowicz właśnie w samym Woźniakowskim słusznie ujrzała polskiego private gentlemana, który „jest człowiekiem kulturalnym, bo tak mu się podoba”. On sam musiał czuć to powinowactwo z wyboru, cytując testament Berensona, który tworząc stypendialną fundację w swej podflorenckiej willi I Tatti, zalecał, aby studentów „wybrać spośród młodzieży, która interesuje się sztuką, literaturą, filozofią i historią nie tylko z punktu widzenia »naukowego«, lecz w sposób empiryczny, tj. opierając studia na bezpośrednim kontakcie z dziełem sztuki, na miłości do tego dzieła. (…) Nie należy popierać studiów, które by wynikały z samej skłonności do studiowania”. A swoją drogą, esej o Berensonie, napisany z okazji jego śmierci w 1959 r. uświadamia nam, jak wielki szmat czasu ogarnia pisarstwo Woźniakowskiego. Berenson, urodzony w 1865 r. litewski Żyd, wytworny bostończyk, światowej sławy znawca malarstwa włoskiego renesansu, który doradzał w zakupach Karolowi Lanckorońskiemu, jest dlań człowiekiem „naszych czasów”. Tak długie i tak czynne życie, jak życie Woźniakowskiego, prawdziwie staje się arką przymierza między dawnymi i nowymi laty. Pozwala na uspokajające poczucie, że w kulturze pomimo wszystko istnieje continuum. Tworzona przez nią wspólnota trwa pomimo wojen, totalitaryzmów, żelaznych kurtyn, pomimo samego wreszcie niszczącego działania czasu i zawodności ludzkiej pamięci.

Zmieniając tonację (w czym celował Woźniakowski), jeszcze jeden cytat z eseju o Berensonie, marginalny, ale przed którym trudno się obronić, bo świadczy o nigdy nieopuszczającym Jacka poczuciu humoru. Bernarda Berensona w świecie koneserów sztuki popularnie zwano Bi Bi „zanim Brigitte Bardot ujrzała światło dzienne; jakież piękne refleksje nasuwa zestawienie ich dwojga”.

Przez dziesiątki lat wykładający historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim prof. Jacek Woźniakowski ma w swoim pisaniu o sztuce także prace „cenzusowe” – doktorską o dzienniku podróży Jana Onufrego Ossolińskiego i habilitacyjną o „górach niewzruszonych”. Obie prace, choć dzieli je sporo lat, spełniają stawiany przez Berensona wymóg zainteresowania sztuką, literaturą, filozofią i historią nie tylko z punktu widzenia „naukowego”, lecz z bezinteresownej miłości do tychże sztuki, literatury, filozofii, historii. Nieznany XVIII-wieczny rękopis z Biblioteki Czartoryskich – tytułowy dziennik podróży Ossolińskiego – stał się punktem wyjścia do rozprawy o francuskich Salonach, czyli upublicznieniu kontaktu ze sztuką, o ówczesnym wojażowaniu, o podróżnych diariuszach i wreszcie o ujawnianych w nich, różnymi drogami chadzających „gustach”. Woźniakowski ani na chwilę nie przyjmuje postawy badacza, który z mozołem „drąży problem”. Jego teksty – właśnie nawet te cenzusowe – zdają się wyrastać nie z koncentracji na wybranym temacie, lecz na uładzeniu i spisaniu doznań, spostrzeżeń, myśli, refleksji, niezliczonych lektur narosłych latami, bynajmniej nie w pragmatycznym celu otrzymania (skądinąd dla pracy uniwersyteckiej niezbędnych) „stopni naukowych”.

Przy okazji rozprawy o dzienniku Ossolińskiego, znowu refleksja na marginesie. Woźniakowskiemu pracę na KUL zaproponowano w 1953 r., po rozwiązaniu redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Temat rozprawy podsunęły mu Matylda Osterwina i Maria Fredro Boniecka. Natomiast w 1956 r. prof. Juliusz Starzyński zaproponował druk pracy na łamach „Sztuki i Krytyki”, pisma wydawanego w kierowanym przezeń Instytucie Sztuki PAN. Sam Starzyński był w początku lat 50. naczelnym ideologiem socrealizmu, zaś „Sztuka i Krytyka” – jego programowym organem. Oto mały przyczynek komplikujący dychotomiczne podziały, dominujące w rozpowszechnianym dziś obrazie PRL. Rozprawa katolickiego intelektualisty o osiemnastowiecznym diariuszu podróży, poczęta z inicjatywy krakowskich arystokratek, zostaje opublikowana w osławionej kuźnicy socrealistycznej doktryny, z której odwilżowa fala właśnie spłukała fatalnie kojarzony podtytuł Materiały do studiów i dyskusji.

„Wielką radością było dla mnie zawsze (…) – pójść w góry. Zawsze też lubiłem długo patrzeć na obrazy. Ale te dwa zamiłowania spotykały się rzadko” – tymi słowy rozpoczyna się książka Góry niewzruszone. O różnych wyobrażeniach przyrody w dziejach nowożytnej kultury europejskiej. Spełnione tu zostały kolejne warunki stawiane przez Berensona – empirii i miłości do „przedmiotu badań”. Spotykanie taternika, mieszkańca zakopiańskiej, rodzinnej willi Pod Jedlami z miłośnikiem i znawcą malarstwa zaowocowało najobszerniejszą pracą Woźniakowskiego z zakresu… no właśnie, czego? Tu nie ma zakresu, jest rozległy (chciałoby się rzec – totalny) obraz europejskiej kultury w jej podstawowym odniesieniu – do natury. Chodzenie po górach otwiera bezkresne horyzonty. Tak zatem otrzymujemy obraz ujrzany i z wysokich szczytów, i z głębi dolin, w dalekich perspektywach i w szczegółowych zbliżeniach. W oszałamiającym erudycją wywodzie filozofia, filozofia przyrody, estetyka, poezja (dużo!), literatura, teoria sztuki i wreszcie sama sztuka splatają się w jedną, fascynująca narrację. Śledzimy, jak w europejskiej mentalności i wrażliwości dokonuje się przejście od kondycji „pana stworzenia”, który czyni sobie ziemię poddaną i szuka w górach pożytku po kornego wielbiciela natury, który przeżywa wśród nich ekstatyczne wzloty. Przy tym autor bynajmniej nie „idzie, skacząc po górach”. Rozprawa ma klarowną strukturę, którą wypełnia bezlik myśli, przywołań, cytatów, obrazów malarskich i poetyckich, wreszcie własnych refleksji piszącego nad miejscem człowieka w przyrodzie, tak jak znajduje ono odbicie w kulturze.

W dziedzinie pisarstwa o sztuce i kulturze książka o „górach niewzruszonych” to opus magnum Woźniakowskiego. Ponoć akademiccy rygoryści zarzucali temu pisarstwu brak metodologicznego kośćca (habilitacja!). Nie było, a zwłaszcza teraz nie ma potrzeby obrony prof. Woźniakowskiego przed malkontenctwem doktrynerów, wpasowujących się w kolejne metodologiczne koniunktury i „kieszonkowe filozofie”. Pisarstwo Woźniakowskiego broni się samo. Nie tylko samą najwyższą intelektualną klasą, językową urodą, nienagannym „aparatem” naukowym wreszcie. Z jednej strony jest kontynuacją najlepszej europejskiej tradycji écrivains d’art, swobodnie poruszających się wśród przebogatej materii sztuk wszelkich. Z drugiej – bliskie jest rodzącemu się właśnie w czasie, gdy powstawały Góry niewzruszone, narratywistycznemu podejściu do nauk historycznych, wyzwalającemu je z wielu akademickich konwencji, intelektualnych nawyków i samoograniczeń. I raz jeszcze warto podkreślić – naukowe prace Jacka Woźniakowskiego nie są „interdyscyplinarne”. One najlepiej świadczą o bezsensie szatkowania nauk o kulturze i sztuce na „dyscypliny”, co przeczy istocie kultury, polegającej na nieustającej wymianie, przepływie, korespondencji, współoddziaływaniu idei, słów, obrazów. Owo wzajemne oświetlanie się sztuk i nauk pisarstwo Woźniakowskiego ukazuje w pełnym blasku. Jacques Derrida napisał kiedyś trafnie, że akademickie rozprawy są biodegradable. Góry niewzruszone szczęśliwie opierają się takiej destrukcji.

Co się dzieje ze sztuką? Czy sztuka jest do zbawienia koniecznie potrzebna? Czy artyście wolno się żenić? nieprzypadkowo książkowe zbiory pism o sztuce w tytule mają pytania. Jacek Woźniakowski, pisząc o sztuce, nie kryje swych upodobań i animozji, ale częściej pyta, niż stwierdza. Diapason tych pytań jest szeroki – od kwestii miejsca sztuki w zbawieniu dusz po wzięte z dziewiętnastowiecznych powieści matrymonialne perypetie artystów, których „bytność salon zaśmieca”. Tu także poznajemy polemiczny temperament Jacka Woźniakowskiego. Nikogo tak rzetelnie nie zjechał jak Juliusza Starzyńskiego za 500 lat malarstwa polskiego (w 1952 r.!). Podjął trud zasadniczej dyskusji z Mieczysławem Porębskim, żegnającym się z krytyką na rzecz teorii informacji. To bodaj najpoważniejszy i najobszerniejszy tekst Woźniakowskiego dotyczący teorii i metod badań nad sztuką, które to dywagacje go na ogół nie pociągały. Ścierał się z Kisielem (po swojemu prowokującym) w kwestiach sztuki masowej. Tu padła piękna definicja dzieła sztuki, będąca credo autora:

„Dzieło sztuki jest dziwnym, właściwie niepotrzebnym nikomu (a jednak potrzebnym) tworem, samoistną konstrukcją, która żyje własnym, odrębnym bytowaniem. A jednocześnie ten twór – w sposób bardzo pośredni, przez analogię, przez metaforę – jest »wieścią o świecie, której się nie da przekazać inaczej«, jest dla twórcy uzewnętrznieniem siebie i innych, wyrażeniem jakiegoś stosunku do życia, do jego ładu i bezładu, do jego smutków i jego szczęścia. Co więcej, twór ten rzuca pomost między ludźmi, pozwala im jakieś wartości wspólnie przeżyć albo wyrazić: nie wyspekulować, nie zrealizować w czynie, a właśnie wyrazić, wcielić przez organizację dzieła, jego harmonie i dysharmonie, jego rytmy, jego przemilczenia”.

Jacek Woźniakowski przy swych niezliczonych działaniach i zatrudnieniach był też aktywnym uczestnikiem życia artystycznego (krakowskiego zwłaszcza), krytykiem i „Tygodnikowym” recenzentem artystycznych wydarzeń. Tu jego znakomity styl skrzy się nie tylko inteligencją, także dowcipem, kpiną, choć czasem zabrzmi ton poważny czy wręcz surowy. W recenzjach, czy nawet tekstach wręcz sprawozdawczych, rozsiane są nieocenione perły: „odknocić” (postulat wobec galerii w Sukiennicach), „relacje między zgniłą materią tła i tymi kotlecikami” (o obrazie Lebensteina), „cieniutkie, zgrymaszone pełzania” (o Brzozowskim), „świat piaskowy, samodziałowy, rdzawy” (o Pągowskiej), „intelektualiści usługowi” (o wielu) – bez końca chciałoby się dzielić radością z tej lektury. Na szczęście można odesłać czytelnika do pierwszego tomu Pism wybranych, gdzie te rozproszone drobiazgi ofiarowano nam w dużym wyborze.
Na koniec wracam do juwenilnego wspomnienia z „secesyjnej” konferencji 1967 r. Zachwycona krótkim wystąpieniem Jacka Woźniakowskiego spytałam Elżbietę Grabską:
– Kto to jest?
– To jest to, co polska inteligencja katolicka ma najlepszego – odpowiedziała.
Minęło 45 lat i nie ma bardziej lapidarnej odpowiedzi na pytanie, kim dla polskiej kultury był Jacek Woźniakowski.

Jacek Woźniakowski
Pisma wybrane, t. 1 i 2 (z 6)
wybór, wstęp i oprac. Nawojka Cieślińska-Lobkowicz
Universitas, Kraków 2011, s. 615 i 453

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter