70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zapiski o wolności

Sontag w wielu kwestiach nadal ma rację – zawłaszczanie sztuki, zaprzęganie jej w służbę idei jest dziś może jeszcze bardziej powszechne. Pozostawiła po sobie niewiele książek, zbiorów szkiców, a jednak jej zdania mają niezwykłą siłę trafiania – autorka przyszpila powszechne emocje, dociera do źródeł niepokoju. Jaki komentator współczesności może się poszczycić taką celnością?

„Mogę zrobić absolutnie wszystko i poza mną samą nie istnieje nic, co by mnie powstrzymało” – pisze kilkunastoletnia Susan Sontag w pierwszym tomie dziennika. Nie zamierzała go publikować. Po jej śmierci w 2004 r. syn David Rieff musiał podjąć decyzję, czy te bardzo intymne zapiski wydawać. Zostało, jak pisze, około 100 zeszytów, o których istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Sontag sama lubiła czytać dzienniki intymne, zaglądała potajemnie do pamiętników swoich kochanek, gdzie niestety znajdowała nieprzyjemne portrety samej siebie. Twierdziła wręcz, że w samą istotę dziennika, który prowadzi się dla siebie, wpisany jest już również czytelnik – intruz, który zagląda, choć nie powinien. Dostajemy teraz do rąk nie całość, ale wybór dokonany przez jej syna. Nie wiemy, jak bardzo ingerował w tekst, lecz i tak dziennik pozwala zobaczyć proces dojrzewania intelektualnego i kształtowanie się seksualności Sontag – te dwie rzeczy są u niej cały czas splecione: „Żądza pisania łączy się u mnie z homoseksualizmem”. Widzimy też, jak kształtują się jej upodobania estetyczne, które rozwinie w esejach z tomu Przeciw interpretacji (dopiero niedawno ten zbiór ukazał się w całości po polsku).

Żarliwa Susan

Pierwszy tom dziennika stał się na Zachodzie bestsellerem. Zainteresowanie życiem prywatnym Sontag było ogromne, bo choć przyznawała się do biseksualizmu – nie ujawniała szczegółów ze swojego życia osobistego. Poza tym była jedną z niewielu intelektualistek, z którą Amerykanie byli po imieniu: mówili o niej Susan, tak jak Monroe była dla nich Marilyn. Rozpoznawali ją na ulicy dzięki białemu, charakterystycznemu pasmu na ciemnych włosach. W Zeligu Woody’ego Allena zagrała samą siebie – jako nowojorska Żydówka wypowiadała się o fenomenie wymyślonego bohatera. Patrzyła z okładek czasopism dla kobiet na całym świecie, z reklamy wódki Absolut, ze zdjęć Annie Leibovitz, z którą była związana przez wiele lat. Wykłady i wywiady telewizyjne zamieniała w teatr. Jednocześnie Sontag była najbardziej znienawidzoną postacią publiczną ostatnich lat. Nawet w nekrologach (zmarła na nowotwór krwi w 2004 r.) pojawiły się głosy krytyczne i inwektywy. Narażała się przede wszystkim swoimi komentarzami dotyczącymi polityki Stanów Zjednoczonych. „Chciałabym, żeby nie było żadnego dominującego kraju. I żeby przede wszystkim nie była to moja ojczyzna”. Wcielała w życie ideał intelektualisty, który bezustannie podważa obiegowe sądy, tropi hipokryzję, krytykuje własne państwo. Ostatni tekst, jaki napisała przed śmiercią, był poświęcony torturom irackich więźniów w amerykańskim więzieniu Abu Ghraib.

„Zdaje się, że mam talent do rozwścieczania” – mówiła w rozmowie z Ireną Grudzińską-Gross w rocznicę ataku na WTC. Wtedy naraziła się szczególnie, bo w „New Yorkerze” napisała, że zamachowcy nie byli tchórzami. Lista wypowiedzi, które sprowadziły na nią gromy, jest długa. Słynne stało się jej wygłoszone przed 40 laty stwierdzenie, że „biała rasa jest rakiem historii świata”. Podobne sądy można znaleźć w niemal każdej powieści Johna Maxwella Coetze’ego, południowoafrykańskiego noblisty i oskarżyciela cywilizacji Zachodu, tyle że ubrane w literacki sztafaż. Ostro krytykowano też jej wypowiedź z 1982 r., kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce powiedziała, że „komunizm to faszyzm z ludzką twarzą”. Elity intelektualne nie mogły jej tego darować, a w dodatku sama podważała w ten sposób swoje lewicowe korzenie. Miała naturę działaczki. Nie wystarczały jej sztuka, której była nienasyconym odbiorcą: nie wystarczała krytyka, literatura, filozofia, film ani teatr – sama reżyserowała. Najważniejsze było działanie – w dzienniku sama się mobilizowała: „rób coś, rób coś, rób coś”. I tak zaangażowała się w ruch antywojenny, w 1968 r. znalazła się w Hanoi, a w czasie wojny na Bałkanach w Sarajewie, tym razem popierając interwencję NATO w Kosowie w 1999 r.

Z perspektywy lat widać jednak, że najważniejszym polem jej działania była jej odkrywcza eseistyka (wcale nie powieści, choć sama siebie uważała za powieściopisarkę). Właściwie dopiero teraz możemy docenić jej przenikliwość. Po pierwsze, dopiero niedawno przyswoiliśmy sobie twórczość autorów, o których pisała, czyli Waltera Benjamina czy W.G. Sebalda, poza tym dopiero po 1989 żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, które opisywała we wszystkich swoich książkach. Jej eseistyka jest żarliwa, podobnie jak jej stosunek do życia.

Projekt wyzwolenia

Susan Rosenblatt zaczyna prowadzić zapiski jako czternastolatka. Wcześnie straciła ojca, nazwisko Sontag pochodziło od ojczyma. We wczesnej młodości imponowała jej intelektualna aura uniwersytetu. Marzyła, że zostanie intelektualistką, i udało jej się to osiągnąć, chociaż nie została na uniwersytecie. Lektury nastolatki są aż nad wyraz ambitne: Arystoteles, Dante, Eliot, Gide, Rilke, Dostojewski, Mann. Rok później rozpoczęła studia w Berkeley, tam też odkryła swój homoseksualizm i nocne życie. Poznaje gejowskie podziemie Los Angeles i San Francisco, notuje wyrażenia z gejowskiego slangu. Jej plan na życie jest coraz bardziej sprecyzowany – rozwijać się intelektualnie i sypiać z jak największą ilością osób.

Po tym zachłyśnięciu się młodością i seksem, tonacja dziennika zmienia się całkowicie. Susan poznaje Philipa Rieffa, starszego wykładowcę, i szybko wychodzi za mąż. To gest przeciwko swoim autodestrukcyjnym ciągotom – jak notuje. Kiedy ma osiemnaście lat, rodzi się David. Jej notatki stają się czysto intelektualne, chłodne, planuje artykuły i teksty, czasem wymyka jej się uwaga, że „w małżeństwie cierpi na utratę osobowości”. Po siedmiu latach wyjeżdża do Europy, do Paryża, odchodzi od męża, a David zostaje z Philipem. Wraca z goryczą do rozważań o małżeństwie: „Ten, kto wymyślił małżeństwo, był genialnym dręczycielem. Jest to instytucja wymyślona w celu stępiania uczuć”. Gdzie indziej pisze: „Małżeństwo przypomina ciche łowy prowadzone w parach (…). Należy odrzucić wyłączność, na którą skazuje miłość małżeńska”. Jednak wpada w związki, w których nie czuje się kochana. Uświadamia sobie, że namiętność nie idzie w parze ze szczęściem. Osoby, które kocha i których pożąda, są jak krzywe zwierciadła: wytykają jej braki i wady. Ma poczucie, że je drażni. Dziennik staje się miejscem, w którym rozlicza się z niedociągnięć i porażek.

Tworzy więc w dzienniku projekt życia jako samodoskonalenia. Nie chodzi jej już tylko o rozwój intelektualny sprzęgnięty z erotyką, ale rozwój osobowości, a właściwie o wydobycie jej spod tego, co nazywa „X”. To są kompleksy, zawiść, wszelka małość, to, co blokuje jej rozwój. Jest dla siebie surowa: „niewiedza nie jest czarująca”. Stąd te długie listy lektur i wypisów. Dziennik jest miejscem, gdzie tworzy projekt wyzwalania siebie: „W dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej otwarcie, niż gdyby ktoś mnie słuchał; ja siebie tworzę”. W ten sposób nie tylko chce być lepsza, ale też, a może przede wszystkim – chce się stać pisarką.

Z czasem zapiski stają się coraz ciekawsze, Sontag odnajduje swój skrótowy styl, którym opisuje i orgazmy, i plany literackie. „Nadejście orgazmu zmieniło moje życie (…) Orgazm pozwała się skupić. Czuję żądzę pisania”. Seksualność i twórczość stapiają się i uzupełniają. Takie połączenie u innych pisarek zamienia się często w rodzaj grafomanii erotycznej, tymczasem przy jej chłodnym, analitycznym języku – okazuje się bardzo odkrywcze. „»Pożądliwość« intelektualna jest jak pożądliwość seksualna”. Tożsamość seksualna staje się jej bronią przeciwko światu. Z drugiej strony, homoseksualizm wywołuje w niej ciągłe poczucie winy. Ten dziennik pokazuje Sontag w ruchu, cała jej twórczość jest obrazem wielości, zmienności – to zresztą odróżnia ją od twórców spójnych światopoglądów i teorii. Sontag pochłaniają coraz to nowe zjawiska i odpowiada na płynące z życia impulsy.

W obronie autonomii

Jej projekt życiowy to projekt wolności – od małżeństwa, złych emocji, uzależniania się od innych. I właśnie to pragnienie wolności widać równie wyraźnie w jej myśleniu o sztuce. W dzienniku zastanawia się, jak obronić doświadczenie estetyczne. Tę myśl rozwinie później w eseju Przeciw interpretacji, w którym broni autonomii sztuki. Interpretacja jest zemstą intelektu na sztuce. „Poprzez interpretację intelekt bierze odwet na całym świecie. Zinterpretować to zubożyć i wyczerpać rzeczywistość, powołując do istnienia widmowy świat »sensów«”. W ten sposób krytyka chce zająć miejsce dzieła. A wszystko dlatego, że sztuka wzbudza w odbiorcach niepokój i chcą ją okiełznać interpretacją. Sprowadzić do samej treści. A co z formą? Dzieło jest jednością. „Nie potrzebujemy hermeneutyki, ale erotyki sztuki” – postuluje Sontag. Jej zdaniem nasza wrażliwość poddana tylu bodźcom tępieje. „Dziś ważne jest, żeby nauczyć się więcej widzieć, słyszeć i odczuwać”. Tym, co ją najbardziej drażni w interpretacjach, jest używanie sztuki w służbie różnych idei i ideologii. Przecież w największych dziełach zawarty jest też element niewyrażalnego, niewysłowionego. Istnieje przestrzeń milczenia, której nie można wysłowić, uzasadnić, zinterpretować. Jej obrona autonomii sztuki, którą podejmuje też w eseju O stylu, była wówczas (w połowie lat 60.) zapowiedzią nowej wrażliwości. Takie stanowisko wobec sztuki mogło być w tamtych czasach niepopularne. Ale i dzisiaj, w zupełnie innym świecie, dzieło literackie bardzo często ocenia się pod kątem tego, czy jest reakcyjne czy postępowe, politycznie poprawne czy niepoprawne. Tego typu zakusy na sztukę nie podlegają zmianom.

Sontag posiadała też rzadką umiejętność objaśniania zjawisk bieżących. Tak było w przypadku słynnych Notatek o kampie, dzięki którym stała się znana. W 1963 r. opublikowała je w małym piśmie literackim, błyskawicznie przedrukował je „Times” i tak usłyszał o niej świat intelektualny. Jej esej o estetyce kampu wyprzedzał wielką zmianę, a mianowicie zatarcie granic tego, co nazywano kulturą „wysoką” i „niską”. Kamp, jak pisała Sontag, to rodzaj wrażliwości, która polega na „umiłowaniu sztuczności, nienaturalności i przesady”. Boa i pawie pióra, przebieranki i wyrafinowane gry. Jej esej przewartościowuje pojęcie kiczu, oświetlając jednocześnie zarówno styl Oscara Wilde’a, jak i gwiazd popu takich jak David Bowie. Gdyby szef „Partisan Review”, pisma, w którym esej się ukazał, zdawał sobie sprawę z rewolucyjności tego tekstu, być może nie zdecydowałby się na jego publikację. „Kamp to konsekwentnie estetyczne doświadczenie świata. Realizuje się w nim zwycięstwo »stylu« nad »treścią«, »estetyki« nad »moralnością«” – pisała Sontag. Wszystkie te słowa są w „nawiasie”, bo kamp wszystko bierze w „nawias”, niczego nie traktuje poważnie.

Dzisiaj, niemal pół wieku po powstaniu tych esejów, żyjemy w świecie kampu, który nie jest już ekscesem. Używają go gwiazdki pop, ze zjawiska offowego kamp stał się elementem modnej stylizacji. Tom Przeciw interpretacji kończy posłowie Sontag napisane 30 lat później. Autorka patrzy krytycznie, nazywa siebie „wojującą estetką, która słabo ukrywała swoje zapędy moralistyczne”. Te eseje ją drażnią, bo „dziś demontowanie standardów powagi dobiegło już niemal końca”. Sontag pisała je w przeczuciu wielkiej zmiany kulturowej, tymczasem idee, o które walczyła, teraz należą do świata konsumpcji. W podejściu konsumpcyjnym także chodzi o przyjemność, doznanie estetyczne, brak powagi. A jednak wydaje się, że Sontag w wielu kwestiach nadal ma rację – zawłaszczanie sztuki, zaprzęganie jej w służbę idei, jest dziś może jeszcze bardziej powszechne. Pozostawiła niewiele książek, zbiorów szkiców, a jednak jej zdania mają niezwykłą siłę trafiania – autorka przyszpila powszechne emocje, dociera do źródeł niepokoju. Jaki komentator współczesności może się poszczycić taką celnością?

W dzienniku dobrze widać, jak kształtuje się jej sprzeciw wobec interpretowania, czyli zubożania świata. Sama przyjmuje zupełnie inną postawę tak samo wobec życia, jak i wobec sztuki. Chce poznawać, wchodzić w relację, a nie panować albo używać innych. Nawet małego syna traktuje bardzo prędko jako samodzielną istotę, która ma prawo do swoich wyborów. Szuka podmiotowości: niezależnie, czy pisze o sztuce czy o ludziach, książkach. Dlatego tak bardzo męczy ją jej własna uległość wobec tych, których pożąda i kocha. Oprócz zmysłowego intelektu znajdujemy w dzienniku dość niespodziewany projekt podmiotowości. Nieustannie musi wybierać, płacić cenę. „Za wolność płaci się szczęściem”. Wybiera jednak wolność, czyli pisanie.

_

Susan Sontag
Odrodzona. Dziennik, tom 1, 1947–1963
przedmowa David Rieff, tłum. Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 384

Susan Sontag
Przeciw interpretacji i inne eseje
tłum. Małgorzata Pasicka, Anna Skucińska, Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 400

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter