70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Świecki brewiarz włoskiego polonofila

Co łączy Gombrowicza, Edelmana, Miłosza, Liberę, Schulza, Wata, Herberta, Hrabala, Tarkowskiego, Brzozowskiego i wielu, wielu innych bohaterów tej opowieści? Cataluccio umieszcza ich w porządku mitu o trzydziestu sześciu sprawiedliwych, przez wzgląd na szlachetność których świat nie ulega zagładzie.

Niemalże brewiarz to zaskakujący podtytuł – już na samym początku autor przestrzega nas, że książka nie jest tym, czym może się wydać na pierwszy rzut oka. Pierwszy rzut oka, czyli lektura spisu treści, skłania do podejrzenia, że trzymamy w ręku przewodnik po miastach, mniejszych i większych, a czasem całkiem nieznanych, w większości europejskich, poza dwoma wyjątkami: Buenos Aires i Nowym Jorkiem. Przy najlepszej woli jednak nie można tych miast przyporządkować do Europy Środkowej: Florencja, Moskwa, Dublin, Wilno, Berlin, Erywań, Baku, Wenecja, Paryż na pewno nie leżą w tej części świata, o której istnienie spierali się pisarze dwudziestowieczni. Jeśli zaciekawienie zwycięży początkową konfuzję, będziemy mieli okazję zanurzyć się w niewiarygodną autobiografię człowieka, który znał chyba wszystkich najważniejszych twórców wywodzących się z Europy Środkowej.

Francesco Cataluccio jest florentyńczykiem, filozofem z wykształcenia, pisarzem z powołania. Pisywał eseje, teksty naukowe z dziedziny historii idei, prace literaturoznawcze, ale też liczne polemiki prasowe czy reportaże. Był włoskim wydawcą książek Schulza, Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego. Kilka lat temu ukazała się po polsku jego Niedojrzałość. Choroba naszych czasów. Gdyby ktoś nieuważny nie zwrócił uwagi na nazwisko autora, mógłby uznać, że „niemalże brewiarz” jest dziełem jakiegoś polskiego eseisty erudyty. Nie wiem, czy autor uznałby to za komplement, mnie jednak zaskakuje jego dogłębna, syntetyczna znajomość polskiej literatury i historii, realiów środkowoeuropejskich. Polacy przeważnie uwielbiają zajmujących się „nami” cudzoziemców, samo już zainteresowanie uznając za rodzaj komplementu.
Książka Cataluccia powstała z myślą o czytelnikach włoskich. Wypełnia ją miłość do tych dziwnych krajów środka Europy, zagadkowych i niezrozumiałych dla mieszkańców zachodnich połaci kontynentu. Łatwo się przekonać, że i polscy czytelnicy mają wiele do odkrycia w sprawie kultury swojego regionu. Amalgamat języków, narodów, tradycji, splątanych i często tragicznie podzielonych, w opowieści włoskiego polonofila odzyskuje spójność. Nie ma swoich i obcych, są wielcy przewodnicy, obywatele duchowej krainy, po której autor oprowadza nas w swoim brewiarzu.

Zastanawiałam się nad powodami fascynacji „naszym” światem. Odpowiedź znalazłam w cytowanym przez Cataluccia tekście Tadeusza Kantora o Wielopolu, miasteczku, w którym się wychował: „Po jednej stronie kościół katolicki, plebania i cmentarz, po drugiej synagoga i wąskie uliczki dzielnicy żydowskiej, a także cmentarz, trochę inny od katolickiego. Oba te światy żyły w symbiozie i zgodzie. (…) Miasteczko, niezależnie od swego codziennego życia, całe było skierowane ku wieczności…”.

Co łączy Gombrowicza, Edelmana, Miłosza, Liberę, Schulza, Wata, Herberta, Hrabala, Tarkowskiego, Brzozowskiego i wielu, wielu innych bohaterów tej opowieści? Cataluccio umieszcza ich w porządku mitu o trzydziestu sześciu sprawiedliwych, przez wzgląd na szlachetność których świat nie ulega zagładzie. Historię o sprawiedliwych usłyszał jako chłopiec od babki swego przyjaciela, Żydówki pochodzącej ze Lwowa, miasta, które nie mieściło się na znanej mu wówczas mapie Europy. Dziecięce rozważania na temat tego, kto ze znanych ludzi obdarzony jest mocą powstrzymania zagłady, ożyły przy próbie opisania niezwykłych osobowości, z którymi dane mu było spotkać się w późniejszych latach. Autor brewiarza nie przekonuje nas, że ten czy ów jest mitycznym Sprawiedliwym, raczej pozostawia nam te sprawy do samodzielnego przemyślenia. Spośród tego typu esejów książkę wyróżnia klimat zadomowienia w trudnej do zdefiniowania jednym zdaniem krainie literatury, kultury, egzystencji szczególnego rodzaju. Czytając o tym, jak wędruje po Buenos Aires z Ryszardem Kapuścińskim, czy też o poszukiwaniach z Pawłem Hertzem grobu Stanisława Brzozowskiego w rodzinnej Florencji, o kłótniach z Markiem Edelmanem i Andriejem Tarkowskim, czy o zupie zjedzonej przy pierwszym spotkaniu z Danilo Kišem, nie mamy wątpliwości, że ci ludzie, ich historie, ale też ich codzienne życie, to, co piszą i jak myślą, tworzy odrębny świat, świat będący duchową ojczyzną (jeśli nie bać się patosu tego określenia), schronieniem przed zagrażającą zagładą.

Podróż Cataluccia, której celem jest „zobaczyć, czy tam jest lepiej”, to podróż po ojczyźnie (jeśli da się tym słowem objąć aż tak rozległą krainę) wygnanych, wydziedziczonych, zagubionych, szukających, wiecznych tułaczy, zgłębiających tajemnicę, po terenach, wydawałoby się, pełnych bólu i lęku. A jednak idąc tropem autora, możemy odpowiedzieć: tak, tam jest lepiej.

Francesco Cataluccio
Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej. Niemalże brewiarz środkowoeuropejski
tłum. Stanisław Kasprzysiak
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 432

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata