70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tygodnik, Szef i polityka

Poniedziałek 5 czerwca jest równie gorący jak dzień wcześniejszy. Oba zresztą są gorące w znaczeniu dosłownym i przenośnym. Bo niedziela to dzień wyborów. Pierwszych w powojennej Polsce w pełni wolnych i częściowo demokratycznych wyborów do Sejmu oraz całkowicie wolnych i demokratycznych do Senatu. A w poniedziałek od wczesnego ranka spływają na Wiślną 12 pierwsze wyniki…

Powoli przebija się szalona wieść – chyba zwycięstwo?! Ale czy to naprawdę możliwe? I co powiedzą na to ONI? Na razie jednak jest jak zwykle. O 8.00 otwiera podwoje pan Marian Moryc, w redakcji człowiek od wszystkiego. Potem powoli zjawiają się redaktorzy.

Najpierw – o dziwo – pojawiają się młodzi. Na rowerze przyjeżdża Roman Graczyk. Idzie do kanciapy „Dzikich”, by – jako sekretarz redakcji – przekazać ważne ustalenia Witoldowi Beresiowi (zastępuje Krzysztofa Burnetkę, który odbywa służbę wojskową). Ci dwaj zajmują się bowiem kopiowaniem na potrzeby cenzury zakwalifikowanych do druku maszynopisów oraz odmierzaniem – przy pomocy konopnego sznurka – długości przygotowanych już szpalt. W efekcie zatem mniej więcej wiedzą, na jakim etapie są prace nad najbliższym numerem.

Potem Graczyk będzie musiał zawieźć po trzy kopie planowanych artykułów do cenzury, a później jechać do drukarni, gdzie na teksty czeka Piotruś Mucharski, początkujący korektor.

Niedługo później dostojnie przychodzi do redakcji pan Mietek. To Mieczysław Pszon, szara tygodnikowa eminencja, który Plantami przyszedł spacerkiem ze swego mieszkania na Bernardyńskiej, a teraz po 9.00 siada w pokoiku dzielonym z Ziutą Hennelową i Krzysztofem Kozłowskim i pyta młodych, szelmowsko się uśmiechając: „Wiecie coś więcej? Rzeczywiście skopaliśmy im dupę?”.

Jednak nikt nic nie wie na pewno. W pokoju przejściowym, łączącym funkcje sekretariatu z pokojem bankietowym i redakcyjnym (mieszczą się tu biurka Marka Skwarnickiego i Tadeusza Żychiewicza), siedzi już pani Zofia Morstin, zwana – dla odróżnieniu do swej wielkiej poprzedniczki Zofii Starowieyskiej-Morstinowej – Kasią. Sekretarka i dobry duch redakcji. Za chwilę pojawią się kolejne dobre duchy – Tereska Skoczyńska i pani Janeczka Stolarczyk.

Na razie jednak do redakcji wbiega podekscytowany Jacek Baluch, bohemista, krzepko dzierżący wielkie plastikowe wiaderko (właśnie udało mu się je kupić po znajomości w domu towarowym na ulicy św. Anny) oraz znany działacz Solidarności, jeszcze nie aspirujący do senatorskiego fotela, Stefan Jurczak. Krzyczą coś do siebie i wymachują rękoma, trudno pojąć, o co chodzi, lecz na to zjawia się Krzysztof Kozłowski i wtedy wszyscy padają sobie w ramiona jak chłopcy po strzeleniu bramki. A to obejmują się, a to podskakują wariacko w górę, a to tańczą. Tak, już jest jasne. Wygraliśmy!

Teraz dociera reszta redakcji – pan Piotruś, kierowca, dowiózł jednym transportem Tadeusza Żychiewicza (mieszka najdalej, na Żelechowskiego, więc zabierany jest jako pierwszy), Józefę Hennelową (ze Smoluchowskiego) i Szefa (z Lenartowicza). Czasami pani Ziuta sarkała na Szefa, który – bywało – kazał czekać przyjaciołom na siebie – ale teraz nikt nie sarka. Oni też już wiedzą i wpadają na Wiślną przeszczęśliwi.
Zwycięstwo, zwycięstwo…

W ciągu godziny oba pokoje redakcyjne pękają w szwach, a osobliwie – gabinet Szefa. A jest to poniedziałek, dzień, w którym powinny kończyć się zasadnicze prace nad numerem, bo do druku pozostaje już niespełna doba. W nocy z wtorku na środę pierwsze paczki, jeszcze pachnące farbą, powinny dotrzeć na Wiślną, bo to z redakcji wysyła się część nakładu do prenumeratorów. W drukarni rządzi jeszcze skład ołowiany – tylko zawodowi metrampaże przy pomocy dyżurujących redaktorów są w stanie połapać się w numerze, który nie tylko może skopać w ostatniej chwili cenzura (choć przyznać trzeba, że od dawna już nie notuje się poważniejszych ingerencji), ale też trzeba go czytać od prawej do lewej, w lustrzanym odbiciu. I nie ma komputerów, na których poprawki można nanieść w ostatniej chwili.
W dodatku potwierdza się informacja o masakrze na pekińskim placu Tian’anmen, gdzie jeszcze kilkanaście godzin temu komunistyczne czołgi rozjechały demonstrantów domagających się demokracji w Chinach.
Z jednej strony więc ogromna radość, a z drugiej – pandemonium.
Są już wszyscy – siedmioro krakowskich zwycięzców z Solidarności. W pokoiczku trzy metry na dwa, nad głową ekscelencji Pszona, senatora in spe Kozłowskiego i takiejż posłanki Hennelowej, stoją senator Roman Ciesielski oraz posłowie Mieczysław Gil, Edward Nowak, Jan Rokita i prof. Jerzy Zdrada. Te siedem głów próbuje ułożyć podziękowanie dla tych, którzy na nich głosowali i którzy im pomagali w kampanii wyborczej. Trudne zadanie…
Szef w gabinecie wyjaśnia płynną francuszczyzną korespondentowi „Le Figaro”, co się właśnie w Polsce stało, a obok siedzą dostojny Tadeusz Chrzanowski, dziwaczny Stanisław Balewicz – dobry duch Krzysztoforów, zaaferowany ksiądz Bardecki i wielki guru tygodnikowej korekty: dyskretnie skrzący elokwencją Jerzy Koenig. Tomasz Fiałkowski bezradnie próbuje się wywiedzieć, czy aby wszystko jest w porządku, bo jednocześnie wchodzi do gabinetu nowy dyrektor administracyjny firmy Andrzej Szmidt, który uważa, że to idealna chwila, aby podnieść nakład pisma. Od sekretariatu przesuwa się jowialny ksiądz Tischner, a tuż za nim chłop z Liszek z mięsem. Ten ostatni wie dobrze, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Ale najważniejsze jest zawsze to, aby była „dla Pana Redaktora wątróbka i móżdżek”. Dopiero gdyby Szef odmówił, a tak się pewnie teraz stanie, do wątróbki i móżdżku może aspirować Tadeusz Żychiewicz, a dopiero po nim ten, kto się akurat dorwie. Żywemu dowodowi na siłę wolnego rynku i prywatnej inicjatywy z lekkim zdumieniem, ale i uśmiechem, przyglądają się konsulowie USA, Francji i Republiki Federalnej Niemiec. Przyszli pogratulować zwycięzcom, lecz przecież dobrze wiedzą, że polityka polityką, ale w sklepach pustki, a jeść trzeba.
Tadeusz Szyma i Bronisław Mamoń próbują toczyć niekończącą się dysputę o wyższości filozofii Konińskiego nad wszelką inną, a Tadeusz Żychiewicz najpoważniej spiera się z maszynistką panią Janeczką na temat miałkości magisterium Kościoła, na co ta zacna kobieta reaguje najwyższą obrazą. Poeta Marek Skwarnicki miota się pomiędzy owymi dwiema dyskusjami, bezskutecznie próbując zwrócić uwagę na siebie. Nie jest to łatwe, bo jest zagłuszany przez Adama Szostkiewicza, który swym nienagannym British English zdaje przez telefon płomienną relację z najnowszych wydarzeń jakiemuś zagranicznemu radiu. Wszystkich przekrzykuje jednak wdzierający się do redakcji nawiedzony poeta W., który domaga się zwykle albo ukarania generała UB, niejakiego Wałacha, albo nagrodzenia tegoż generała. (5 czerwca nie uda mu się przedstawić aktualnej wersji, bo zostanie spacyfikowany przez człowieka od wszystkiego, czyli pana Mariana). Inny natręt jak zwykle próbuje się przedrzeć do pana Krzysztunia ze świętymi obrazkami. Tymczasem w kanciapie „Dzikich”, gdzie pracuje część redakcji podziemnego pisma „Promieniści”, za zgodą Kozłowskiego korzystająca z gościny na Wiślnej, gwiazda tygodnikowego reportażu, Maciej Kozłowski, właśnie z zapałem tłumaczy, że redakcja dla dziennikarza jest jak port, do którego tylko czasami się zawija (i to pozwala młodym redaktorom znaleźć uzasadnienie dla ich marnej pracy w redakcji).

Jest już też Jan Józef Szczepański z nieodłączną fajką. Jest szlachetny prof. Jacek Woźniakowski, stentorowym głosem zapowiadający nowy porządek świata. Jest ks. Maliński, skromnie uśmiechnięty, lecz elegancki. A po chwili docierają kolejni redaktorzy, przyjaciele i znajomi.

Wolnego miejsca coraz mniej, a tu numer trzeba zamykać w tempie jak na „Tygodnik” niespotykanym.
Bo numer jest taki, jaki można było zrobić z mniej więcej miesięcznym wyprzedzeniem. Najbardziej aktualny jest tekst Ryszarda Terleckiego Wybory 1947 przypominający, jak bardzo liczono na pierwsze wybory po wojnie i jak bardzo Polacy zostali oszukani. Ach, jeszcze wywiad Szostkiewicza z Janem Józefem Szczepańskim, który właśnie został prezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, będącego odtrutką na zhańbiony kolaboracją stanu wojennego Związek Literatów Polskich. A do tego – jakżeby inaczej – teksty dotyczące okrągłych rocznic śmierci: pięćdziesiątej Aleksandra Brücknera i… pięćdziesiątej drugiej (sic!) Włodzimierza Natansona. Itd., itp.…

Każdy wie, że od dziś tak nie wolno. Lecz cóż, skoro nic zrobić się nie da i już nikt nad szaleństwem nie panuje?
I wtedy, niepostrzeżenie, Jerzy Turowicz, z lekkim rozbawieniem obserwujący redakcyjny Armagedon, dyskretnie daje znak Krzysztofowi Kozłowskiemu i bierze go na jeden szept pod redakcyjne okno, gdzie chwilowo jest pusto. Kozłowski kiwa porozumiewawczo głową, wraca, woła najmłodszych, wydaje polecenie wyciągnięcia chomikowanych butelek i ogłasza:
– Cisza, będzie toast i przemówi Jerzy Turowicz.
Zapowiedź naruszenia zapasów alkoholu działa tonizująco na rozszalały ocean spragnionych krakusów.
A Szef staje spokojnie i wznosi lampkę z szampanem, czy też raczej napojem typu spumante, dostępnym wówczas jedynie w Peweksach. I nieśmiało, jak to on, uśmiechając się, mówi ze trzy zdania. Że to wielki dzień. Że gratuluje naszym nowym senatorom i posłom, tym bardziej, że są wśród nich Ziuta i Krzysztof. No i najważniejsze: „A teraz wracamy do pracy, bo numer musi się ukazać jak zwykle…”.

Szef spokojnie wycofuje się do siebie. Jak zwykle z dyskretnym, przepraszającym uśmiechem.
Normalnie wszyscy by go posłuchali: szaleńcy by się wynieśli, redaktorzy w większości zaczęli udawać, że coś pilnie czytają, a ci faktycznie odpowiedzialni za pracę usiedli w pokoiku pani Ziuty, Pszona i Kozłowskiego, by podjąć ostatnie decyzje.
Ten dzień nie jest jednak normalny, więc feta nie może się skończyć na jednym toaście! Redakcja pisma „Promieniści” stawia – ku radości wszystkich – karton musującego wina. Trwa przecież rewolucja.

*

Członkowie redakcji „Tygodnika Powszechnego” mówią, że polityka Turowicza rozczarowywała. Coś w tym jest, bo pytany przez Jacka Żakowskiego o to, dlaczego nigdy nie chciał bezpośrednio uczestniczyć w polityce – wchodząc do Sejmu czy Senatu – odpowiedział: „Pismo to jest jednak coś konkretnego. Ukazuje się co tydzień, czyta je kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w których coś z tej lektury zostaje. Tymczasem polityka bywa biciem piany, może z niej nic nie wyniknąć” (Jacek Żakowski, Trzy ćwiartki wieku. Rozmowy z Jerzym Turowiczem, Kraków 1990).
Warto podkreślić – niechęć do polityki, preferowanie kultury, zanurzenie się w sprawy duchowe nie oznaczają tu bezdyskusyjnego odrzucenia polityki. Przeciwnie – konsekwentne trwanie przy niej to dowód odpowiedzialności.
Nic więc dziwnego, że na jednym z posiedzeń Komitetu Obywatelskiego Turowicz mówi: „Nie jestem politykiem. Nie jestem członkiem rządu ani parlamentu. Od 45 lat kieruję redakcją pisma, które stara się służyć społeczeństwu z poczuciem odpowiedzialności za losy tego społeczeństwa, z pozycji niezależności. (…) I poczuwam się do obowiązku podzielenia się z Państwem moim wielkim niepokojem”.
Ale – choć Szef nie chciał być politykiem – był nim.
Albo tak przynajmniej był postrzegany.

Gustaw Herling-Grudziński wspominał, że gdy w czasie jednego ze swoich pobytów w Maisons-Laffitte wraz z Jerzym Giedroyciem dowiedzieli się o ustanowieniu w Polsce urzędu prezydenta – w tym samym momencie wykrzyknęli nazwisko Turowicza jako idealnego kandydata.
Jak pisze prof. Andrzej Friszke w „Więzi”: „Przez długie lata PRL Turowicz był przez władze traktowany jako »relikt przeszłości«, »reakcyjny klerykał«, »podstępny przeciwnik«, choć jednocześnie postawą i godnością budził respekt. Posiadał uznanie i szacunek u obcych oraz u przywódców polskiej emigracji. Cieszył się wysokim prestiżem w kręgach kościelnych i mimo różnych dyskusji i sporów przez prawie 30 lat był członkiem Komisji Apostolstwa Świeckich Episkopatu Polski. Nikt chyba nie zarzucał mu niegodnego zachowania w czasach PRL. Dopiero po odzyskaniu wolności dzieło życia Turowicza zaczęło być kwestionowane, a jego autorytet podważany”.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Witolda Beresia, Krzysztofa Burnetki i Joanny Podsadeckiej Krąg Turowicza. Tygodnik, czasy, ludzie: 1945-1999, która ukaże się nakładem Fundacji Świat ma Sens.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata