70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pojednanie tożsamością Kościoła

Dopóki nie ma religii przeżywanej jako osobista relacja każdego z nas z Bogiem, dopóty religia nie jest źródłem nadziei na pojednanie.

Bez względu na to, jak wyglądała jego historia, Kościół można określić poprzez dwie proste definicje – pierwszą znajdziemy u św. Pawła, w 2. Liście do Koryntian. Paweł zastanawia się, jaka jest misja Kościoła, i mówi: „Bóg zlecił nam posługę jednania”. Co ciekawe, Jan Paweł II komentując ten fragment w Adhortacji o pojednaniu, mówi nie tylko o funkcji apostołów, którzy jednają choćby przez to, że sprawują sakrament pokuty; papież podkreśla, że to stwierdzenie dotyczy całej wspólnoty Kościoła: całej wspólnocie Bóg zlecił posługę jednania, uczynił Kościół narzędziem jednania (zwłaszcza w przypadkach, gdy pojednanie sakramentalne jest dla jakichś powodów niemożliwe!). Doskonale z tym koresponduje druga definicja, jaka padła na Soborze Watykańskim II w konstytucji Lumen Gentium [KK 1]. Czytamy w niej, że „Kościół jest jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. To jest bardzo ważna definicja, choć trochę dziwna, bo zaczyna się od słowa „jakby”. To „jakby definicja”, ale mówimy w niej, że Kościół jest skutecznym znakiem jedności całego rodzaju ludzkiego, a więc, że Kościół odnajduje swój cel także poza sobą, że bierze odpowiedzialność za cały rodzaj ludzki po to, by budować jedność między ludźmi. Można do tego dodać ostatni dokument papieża Benedykta XVI, adhortację o Kościele w Afryce, Africae Munus, w której najczęstszym z wymienianych słów jest właśnie „pojednanie”; łatwo rozumiemy, co to może znaczyć na kontynencie afrykańskim.

Jednanie musi sięgać przyczyn konfliktów

Wracając jednak do wcześniej wspomnianej adhortacji Jana Pawła II o pojednaniu i pokucie – papież pisze: „pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam rozłam” i na tym – jego zdaniem – polega oryginalność Kościoła w posłudze jednania. Kościół naprawdę ją wypełnia, kiedy sięga do przyczyn podziałów, a nie tylko do ich zewnętrznych czy naskórkowych objawów. Można próbować neutralizować objawy bez sięgania do przyczyn. Można też powiedzieć, że temu wyzwaniu Kościół nie zawsze był wierny; nawet w swoich sprawach wewnętrznych Kościół często nie podejmował prób pojednania, likwidowania podziałów (np. wszystkie kolejne unie między Kościołem zachodnim i wschodnim pokazują, że jeśli się nie dość głęboko pragnie pojednania, to rodzą się jeszcze głębsze podziały).

Teraz kolejny krok – na czym polega to głębokie pojednanie – papież je nazywa pojednaniem źródłowym. To takie pojednanie, które dokonuje się w sercu, pyta o stan serca, czy to serce jest wzburzone, czy podzielone, czy też zatwardziałe. Serce może znaczyć świadomość, zatem czy ta świadomość jest zgorszona, czy osądzająca, czy poprzestaje na bardzo płytkiej informacji o drugim.

„Jedność ludzi nie dokona się” – to jest punkt czwarty adhortacji – „bez wewnętrznej przemiany każdego z osobna, osobiste nawrócenie jest konieczną drogą do zgody między ludźmi”. W tamtym czasie to stwierdzenie było bardzo ważne ze względu na to, że coraz większą popularność zyskiwała wówczas koncepcja grzechu społecznego, struktur grzechu. Wtedy też papież wbrew owym popularnym koncepcjom podkreślał, że grzech jest zawsze grzechem konkretnej osoby, nie grupy, nie społeczności, nie wspólnoty, choć oczywiście istnieją różne uwarunkowania, struktury grzechu, które sprawiają, że nam nie zawsze łatwo przychodzi iść za dobrem, nie zawsze możemy kreować rzeczywistość tak jak byśmy tego sobie życzyli czy chcieli. Niemniej papież mówi: „w człowieku nie ma nic bardziej osobistego i nieprzekazywalnego jak zasługa cnoty czy odpowiedzialność za winę”.

W związku z tym myślę sobie, że nie wierzę w pojednanie w polityce, ponieważ to nie jest obszar do pojednania. Za każdym razem to jest próba przejścia od osoby do struktury. Mnie się wydaje, że polityka jest sztuką zarządzania społeczeństwem, jest próbą kreowania grupowych zachowań. Funkcją polityki nie jest docieranie do serca, nie wiem, czy to nie jest w ogóle poza jej zasięgiem, do serca ma docierać, mam nadzieję, etyka i religia.

Co jest nadzieją i warunkiem pojednania?

A kiedy religia jest narzędziem pojednania? Weźmy inny dokument papieża, adhortację Ecclesia in Europa [Kościół w Europie], która powstała po ostatnim z synodów. Ta adhortacji ma podtytuł O Jezusie Chrystusie, którzy żyje w Kościele jako źródło nadziei dla Europy. To niesamowity podtytuł, bo on mówi, że źródłem nadziei dla Europy nie jest Kościół ani chrześcijaństwo, tylko jest nim Jezus Chrystus. Zatem mówiąc inaczej wiara – tak, ale przeżywana jako osobista relacja każdego z nas z Bogiem. Dopóki nie ma tak przeżywanej religii, dopóty religia nie jest źródłem nadziei na pojednanie. Religia, która jest urzeczowiona, jakoś zredukowana do takich czy innych – nawet ważnych – wartości, narażona jest zawsze na ideologizację, można ją wziąć na sztandar, użyć w każdej możliwej wojnie.

Kiedy czytałem ten dokument, uderzyło mnie, że papież mówiąc o nadziei dla Europy, mówi o potrzebie spotkania z osobą i orędziem Jezusa Chrystusa. Europa nie powinna się dzisiaj odwoływać jedynie do swojej chrześcijańskiej przeszłości, bo można to wszystko zredukować do zaklęć, które niewiele znaczą. Jedność chrześcijaństwa można budować tylko wtedy, kiedy religia będzie spotkaniem osoby z osobą. To ciekawe, że mówiąc o nadziei dla Europy papież mówi o nowej ewangelizacji, czyli potrzebie głoszenia na nowo Chrystusa jako tego, który umarł i zmartwychwstał i do którego my się odwołujemy, chcemy się z nim spotkać. Potrzebne jest myślenie religijne par excellence. W innym fragmencie tej samej adhortacji papież mówi, że cały szereg instytucji europejskich zrodziło się z refleksji nad Trójca Świętą i nic tak nie pomoże Europie jak refleksja trynitarna. Pamiętam, że czytałem to jeszcze jako młody (nieco zbuntowany) ksiądz i na marginesie dopisałem słowo „lekarstwo” ze znakiem zapytania i pięcioma wykrzyknikami. Lekarstwem na problemy Europy ma być refleksja trynitarna? Ciekawe, który polityk w to wierzy?! Ale potem zrozumiałem, że jeśli nie dojdziemy do tego poziomu refleksji i przeżywania chrześcijaństwa, to pozostaniemy jedynie przy mówieniu o grzechach, strukturach, wartościach, filozofii, sztuce, a same te struktury to prosta droga do nowej wojny religijnej.

Wiara w struktury i potrzeba znaków

Moim zdaniem my w ogóle, zwłaszcza w Europie, przywiązujemy zbyt dużą wagę do struktur. Jest w nas taka wiara – oczywiście upraszczam – że struktura na pewno zmieni człowieka. Nie, nie zmieni! Dla mnie przykładem postawy biblijnej i chrześcijańskiej jest św. Paweł, który nie walczył z niewolnictwem, tylko mówił niewolnikom i panom, że są razem braćmi w jednym Kościele. I wbrew temu, co się pisze w uproszczonych katechizmach, nie postulował znoszenia niewolnictwa, tylko wspólne, w jednym Kościele, przeżywanie chrześcijaństwa przez tego, który jest panem, i tego, który jest niewolnikiem. Paweł był przekonany, że to musi zmienić system i strukturę społeczną – i zmieniło. Ale trzeba było na to dziewiętnastu wieków. Problem polega na tym, że nas nie stać na to, żeby czekać tyle czasu, chcielibyśmy mechanicznie, strukturami zmieniać ludzi. Niech to robią politycy, ale nie mieszajcie do tego Kościoła. Kościół, który ewangelizuje – tak jak ja to rozumiem – idzie do osoby i tu się dokonują rzeczy bardzo głębokie, potem to osoba zmienia struktury.

I na koniec jeszcze pytanie o znaki, znaki lepsze niż codzienność, normalność. Religia, jeśli jest religią, „lubi” znaki. Dzieje religii, dzieje judaizmu, chrześcijaństwa są dziejami znaków, także słów, które znaki objaśniają; nie ma zaś tych słów bez znaków prorockich – Jeremiasz chodzi z jarzmem na szyi i to jest coś, co prowokuje wszystkich do zamyślenia się nad sytuacją Izraela. Myślę o takich znakach, bez których w ogóle sobie nie wyobrażam dnia dzisiejszego, np. wizyta Jana Pawła w rzymskiej synagodze. Trzeba pamiętać, jaka jest siła takiego znaku – on odwraca pamięć. Do rzymskiej synagogi papieże jeździli wcześniej, z reguły w Wielki Piątek, nie po co innego, tylko po to, by rabin pokazał Torę papieżowi wobec całej zgromadzonej wspólnoty, a papież mu ją odebrał i oddał, mówiąc „czytacie i nie rozumiecie”. No więc, jeśli taka była historia wizyt papieskich w rzymskiej synagodze i teraz dochodzi do takiej wizyty jak ta Jana Pawła II, to jest to znak, który odwraca pamięć. To jest coś niesamowicie ważnego. Podobnie, kiedy np. Paweł VI klękał i całował stopy legata patriarchy Konstantynopola, to też odwracał pamięć, która była zakodowana we wcześniejszych znakach. Wydaje mi się ponadto, że znaki powinny wyrażać to, co jest, a nie to, czego nie ma; lepiej, żeby znaki były skromniejsze niż na wyrost, bo wtedy powstaje w człowieku rodzaj bólu i oczekiwanie na jakąś konieczną jeszcze zmianę, rozwój. Nie ma co bawić się w znaki, które nie mają pokrycia.

 

Wystąpienie wygłoszone podczas konferencji „Konflikty pamięci i pojednanie w Europie. Rola religii i Kościołów, znaczenie myśli Jana Pawła II, która odbyła się 23 marca 2012 roku w Pałacu Prezydenckim w Warszawie. Konferencję objął swoim patronatem Prezydent RP Bronisław Komorowski. W imieniu Prezydenta RP wystąpił minister Maciej Klimczak. Organizatorem spotkania była Fundacja Kultury Chrześcijańskiej ZNAK we współpracy z Katolicką Agencją Informacyjną oraz Inicjatywą Chrześcijan dla Europy (IXE). Pomysłodawcą konferencji był Henryk Woźniakowski.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata