70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Odwaga i skandal filozofowania

Najnowsza książka Jana Hartmana nie jest jedną z wielu monografii pisanych przez historyków filozofii. Autor nie kryje się ze swoimi poglądami za plecami dawnych myślicieli, lecz stawia tezy na własny rachunek. W pewnym sensie zakrawa to na skandal – jak to, pisać od siebie, kiedy wszystko zostało już powiedziane, a jedyną rolą humanisty jest komentowanie?

Pisanie traktatów filozoficznych, i to w języku polskim, wydaje się w dzisiejszych czasach aktem niemałej odwagi. Z jednej strony system administrujący nauką podpowiada, że jedyne publikacje warte zainteresowania to te pisane po angielsku, zaś z drugiej – można odnieść wrażenie, że książka filozoficzna pisana obecnie może mieć wyłącznie charakter monografii – czyli szczegółowego omówienia wybranego problemu, najlepiej pisanego w manierze historycznej.

Najnowsza książka Jana Hartmana monografią nie jest – co autor deklaruje wprost. Hartmanowi nie chodzi o stworzenie typowej dla polskiego piśmiennictwa filozoficznego rozprawki na temat. Jego celem jest zajęcie stanowiska w najbardziej istotnych kwestiach filozoficznych – tych dotyczących poznania, bytu oraz dobra. Autor nie kryje się ze swoimi poglądami za plecami dawnych myślicieli, lecz stawia tezy na własny rachunek. W pewnym sensie zakrawa to na skandal – jak to, pisać od siebie, kiedy wszystko zostało już powiedziane, a jedyną rolą humanisty jest komentowanie? Filozof skandalu się nie boi i za to należy mu się szacunek.

Charakterystycznym rysem takiego pisania jest brak nabożnego stosunku do dawnych myślicieli, tak męczącego w dostępnych na rynku współczesnych dziełach filozoficznych. Hartman nie chce komentować dawnych filozofów ani też stawiać im pomników – wchodzi z nimi w dialog, który często przeradza się w spór. I takiej postawie należałoby przyklasnąć, gdyby nie pojawiające się niekiedy poczucie, że autor, stawiając się na równi z filozofami z przeszłości, czasem przybiera względem nich postawę nazbyt poufałą.

Optymistyczny sceptycyzm

Jakkolwiek Hartman stara się formułować tezy własne, to trzeba przyznać, że i w tym przypadku potwierdza się prawda, że każdy filozof jest w dużej mierze spadkobiercą pewnej tradycji, ukształtowanym przez to, co czytał, a jeszcze mocniej przez to, czego lekturze nie poświęcił zbyt wiele uwagi. Tradycję, z której wywodzi się Hartman, można określić następującym ciągiem nazwisk: Kartezjusz – Kant – Fichte – Hegel – Schopenhauer – Nietzsche – Husserl – Derrida. A zatem cały panteon myślicieli, których dzieło na anglosaskich uniwersytetach określa się mianem „filozofii kontynentalnej”. To oni wyznaczają horyzont Hartmanowskiej refleksji, nawet jeśli jest to refleksja krytyczna. Czytelnik, który rozpoczyna lekturę z nieco innym bagażem filozoficznych fascynacji, może odnieść wrażenie, że boje, które toczy Hartman, zostały już dawno stoczone, lub że nie dotyczą one kwestii aż tak doniosłych, jak się autorowi wydaje. Choćby ataki na scholastykę zdają się nieco spóźnione dla kogoś, kto do swoich poglądów filozoficznych dochodził przez lekturę Hume’a czy neopozytywizm.

Jakkolwiek Hartman w mocnych słowach potępia „przyjmowanie najbardziej uproszczonych, strywializowanych interpretacji słów poprzedników” (s. 67), to i on nie jest wolny od tej przypadłości. Przykład takiego zachowania można znaleźć na tej samej stronie, gdzie autor twierdzi, że: „Ważną zasługą Wittgensteina było wytoczenie zagadnienia języka prywatnego. Najciekawszym jego składnikiem jest kwestia możliwości »mówienia do siebie«, to znaczy dialogu wewnętrznego”. Otóż, jeśli ktoś przeczytał uważnie 243. paragraf Dociekań filozoficznych, to wie, że takie postawienie sprawy jest w nikłym stopniu zbieżne z intencjami Wittgensteina. Ogólnie rzecz biorąc, można powiedzieć, że ilekroć Hartman odnosi się w swoim pisaniu do myślicieli wywodzących się z nieco innych filozoficznych tradycji niż jego własna, to jego spostrzeżenia wydają się tracić na głębi. Ale to, rzecz jasna, drobiazgi. Ważna jest filozoficzna treść.

Dzieło jest uporządkowane dość klasycznie – autor najpierw zajmuje się problemami teorii wiedzy, by później przejść do metafizyki, a na końcu odnieść się do kwestii etycznych. Na gruncie epistemologii Hartman stoi za stanowiskiem „optymistycznego sceptycyzmu” – kwestionuje możliwość osiągnięcia „prawdziwej wiedzy”, lecz stwierdza, że nie jest to powód do rozpaczy. Można uprawiać naukę oraz filozofię, pozbywszy się tego pojęcia. Koncepcja „optymistycznego sceptycyzmu” kojarzyć się może, na pierwszy rzut oka, z pewną formą pragmatyzmu i doprawdy szkoda, że Hartman krótko, i na dodatek dość ironicznie, rozprawia się z tym poglądem w przypisie – filozofia ta zasługuje na dużo bardziej poważne potraktowanie.

Nietzscheanizm dobrotliwy

Część poświęcona teorii bytu zawiera w dużej mierze krytykę tradycyjnej, arystotelesowsko-scholastycznej metafizyki. Oczywiście, nie zamierzam podejmować się obrony tego podejścia – ma ono wartość chyba już wyłącznie historyczną i Hartman słusznie je odrzuca. Odnosi się jednak wrażenie, że ułatwia on sobie nieco polemiczne zadanie, akcentując związki tradycyjnej metafizyki z teizmem, co w oczach autora koncepcję tę dyskredytuje. Jest to jednak ujęcie mocno kontrowersyjne – owszem, metafizyka scholastyczna była ściśle powiązana z religią chrześcijańską, lecz czy oznacza to, że bez teistycznej podpory rozpada się ona w pył? Zbyt łatwy to wniosek.

Ukoronowaniem Hartmanowego dzieła jest etyka czy też, mówiąc ściśle, „metafizyka moralności” – jedyna, zdaniem filozofa, możliwa forma „metafizyki”, której jednak nie można traktować jako formy obiektywnego opisu jakkolwiek rozumianej „rzeczywistości”. Trudno w zasadzie określić, jaki jest status prowadzonych w tym rozdziale rozważań – filozof nie uzasadnia swoich twierdzeń, lecz raczej autorytatywnie je podaje. Wypada zatem stwierdzić, że mamy tu do czynienia z pewną wizją, która może jedynie czytelnika porwać, lecz nie przekonać. Piszący te słowa nie czuje się porwany – zbyt wiele w Hartmanowej etyce indywidualizmu i niechęci do idei egalitarnych. Wizja „woli dobrej”, niekierującej się ani boskimi nakazami, ani wymogami sprawiedliwości, zahacza nieco o nietzscheanizm, lecz jest to nietzscheanizm dobrotliwy.

Uderzający jest styl książki. Roi się w niej od wielokrotnie złożonych, piętrowych zdań, zaś archaizmy w stylu „wszelako”, „dalibóg” czy „skorom” atakują czytelnika niemal w każdym akapicie. Po kilkunastu stronach ten styl zaczyna nużyć i rodzi się pytanie, czy aby nie chodzi tu o upewnienie czytelnika, że ma on do czynienia z dziełem wzniosłym i głębokim – a dzieła prawdziwie wzniosłe i głębokie takich zapewnień nie wymagają. Skoro jednak nie tylko Różewicz, lecz i Miciński znalazł swe miejsce w historii polskiej poezji, to i dzieło Hartmana ma swoje miejsce w polskim krajobrazie filozoficznym.
Na koniec warto pogratulować wydawnictwu Universitas wysokiego poziomu edytorskiego książki. W czasach kiedy wiele pozycji naukowych wydawanych jest na zasadzie „byle taniej”, bez dbałości o skład, korektę i estetykę, należy docenić wydawnictwo, które troszczy się o całościowy kształt publikacji, co czyni lekturę każdego dzieła – nie tylko filozoficznego – o wiele przyjemniejszą.


Jan Hartman
Wiedza. Byt. Człowiek. Z głównych zagadnień filozofii
Universitas, Kraków 2011, s. 260.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata