70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jutro będzie koniec świata – czyli religia w Ameryce

Jaką rolę religia odgrywa w polityce amerykańskiej? Czy nadal pozostaje religią, czy przypomina już raczej magię?

Myślenie eschatologiczne

Wszyscy słyszeliśmy o Problemie Roku 2000 lub tzw. problemie Y2K (z ang. year 2 kilo bug), kiedy to na całym świecie, w tym w Polsce, martwiono się o to, czy zegary komputerowe poradzą sobie z przejściem do nowego tysiąclecia. W żadnym jednak innym kraju sprawy nie przybrały takiego obrotu jak w Ameryce, której kultura karmi się wierzeniami millenijnymi. A więc wzdłuż i wszerz Stanów Zjednoczonych ujawniło się podskórne lub zeświecczałe myślenie millenijne, a Amerykę ogarnęła swoista panika. Ludzie wycofywali pieniądze z kont bankowych, gromadzili baterie, żywność, wodę destylowaną… i amunicję.

Może nie należy się temu dziwić, skoro senator Robert Bennett (mormon ze stanu Utah), po zbadaniu sprawy w podkomisji senackiej, której przewodniczył, stwierdził, że Y2K może „rozpętać ogólnoświatową recesję ze zgoła pustoszącymi skutkami gospodarczymi i społecznymi”. Inny znawca poinformował wtedy Amerykanów, że Y2K to „najbardziej złowieszcze zagrożenie dla gatunku ludzkiego od czasu odkrycia, że e=mc²”. Prasa oczywiście nie dawała się prześcignąć – od „Vanity Fair” po „Time’a” niemal wszystkie czasopisma siały strach przed apokalipsą.

Tego rodzaju eschatologiczne myślenie, jak nazwaliby je religioznawcy, zawsze stanowiło ważną cechę kultury amerykańskiej, wyraźnie odróżniało też amerykańskie formy chrześcijaństwa od form znanych w Polsce. Chyba nigdy nie poznałem polskiego katolika, który poważnie oczekuje końca historii i powrotu Jezusa. W Ameryce natomiast tacy ludzie, a wraz z nimi literatura, wykłady, filmy na ten temat, są wszędzie. Pamiętajmy, że millenaryzm – a ściślej, wiara w powtórne przyjście Jezusa – jest głęboko i trwale zakorzeniony w Ameryce. Wiara ta była kluczowym elementem kultury purytanów w XVII w., a wszystkie trzy największe chrześcijańskie Kościoły powstałe w Ameryce – mormoni („święci ostatnich dni”), świadkowie Jehowy i adwentyści dnia siódmego – były XIX-wiecznymi ruchami millenijnymi.

Jedną z wielu ilustracji dzisiejszego niepokoju millenijnego jest dość powszechny, występujący wśród ewangelikalnych nastolatków , lęk polegający na tym, że Chrystus powróci, zanim zdążą się pobrać i nacieszyć seksem! To nie żart, a tylko jedna z wyjątkowych cech amerykańskiej kultury.

Inny przykład, tym razem ze sfery polityki: przesłuchanie w Senacie w roku 1981 niejakiego Jamesa Watta, protestanta ewangelikalnego mianowanego przez Reagana ministrem Departamentu Spraw Wewnętrznych USA – odpowiedzialnego za państwowe ziemie i zasoby naturalne, parki narodowe, łowiectwo itp. Otóż, odchodząc od proekologicznej polityki Cartera, który kierował się zasadą „rządcy wiernego i roztropnego” (Łk 12, 41–48), Watt proponował, by USA przeznaczyły niektóre z państwowych ziem pod inwestycje prywatne. Zapytany, czy taka polityka nie pozbawiłaby przyszłych pokoleń możliwości korzystania z tych ziem, Watt odpowiedział, że proroctwa o powrocie Jezusa zawarte w Apokalipsie św. Jana spełnią się na tyle szybko, że nie ma potrzeby, by zagospodarowywać te ziemie pod kątem ewentualnych przyszłych pokoleń. Nominacja została zatwierdzona (sic!).

Oczywiście lista przejawów millenaryzmu nie ma końca, a w wielu przypadkach formy, z którymi mamy do czynienia (jak przy okazji problemu Y2K), to zeświecczałe wersje myślenia eschatologicznego, które pojawiają się w chwilach wielkich napięć.

Innym przykładem jest gatunek filmów apokaliptycznych, których Hollywood wytworzyło bez liku podczas zimnej wojny, gdy społeczeństwo było przerażone groźbą konfliktu jądrowego. Zresztą amerykańscy filmowcy nadal produkują takie filmy, skoro klimat lęków przed terroryzmem oraz rozpadem gospodarki temu sprzyja. Przemysł powstały w ostatnich latach wokół podgatunku Zombie apocalypse jest tego kolejnym dowodem. Warto także zauważyć, że spora część katastroficznej retoryki ruchu ekologicznego w Stanach Zjednoczonych również ma korzenie millenarystyczne i sięga wstecz aż do przełomowej pracy Rachel Carson Silent Spring z 1962 r.

Myślenie religijne jest też czynnikiem wpływającym na charakterystyczną dla Amerykanów misyjną gorliwość. Oczywiście, każde liczące się mocarstwo zajmuje się eksportowaniem swojej kultury – przypuszczam jednak, że ci z was, którzy mieli lub mają styczność z Amerykanami, zgodzą się ze mną, że gorliwość amerykańska – bez względu na to, co jest jej przedmiotem – nie ma sobie równych. Jeszcze raz zwróciłbym uwagę na ekokatastrofizm w amerykańskim wydaniu – od Paula R. Erlicha, autora apokaliptycznej książki o przeludnieniu The Population Bomb z 1968 r., do Ala Gore’a i jego Niewygodnej prawdy sprzed pięciu lat. Kolejnym przykładem są gender studies, dziedzina, która oferuje swoistą socjologię stosowaną, mającą ustanowić wyższy porządek, a która powstała w Stanach Zjednoczonych i stamtąd jest eksportowana. Rzeczywiście, studia gender można określić jako normatywne, w równym stopniu co opisowe, a fakt ten odróżnia je od innych dziedzin należących do humanistyki. W tym względzie wspólnota uczonych gender studies stoi w jednym szeregu z wieloma innymi amerykańskimi wspólnotami, które podobnie do XVII-wiecznych purytanów postanowiły zbudować „Miasto na górze”, „uczynić świat bezpiecznym dla demokracji” i „uratować planetę”.

Myślenie magiczne

Chciałbym teraz powiedzieć parę słów o „talizmanach”, czyli obecności myślenia magicznego w życiu publicznym i politycznym Stanów Zjednoczonych. Na wstępie muszę jednak podkreślić, że nie zamierzam wyolbrzymiać roli tego problemu, chcę jedynie wykazać, że myślenie magiczne (nawet jeśli podświadome lub zeświecczałe) jest czynnikiem, który pomaga zrozumieć wyjątkowość, a często dziwaczność tego, z czym stykamy się w Ameryce.

Owe magiczne myślenie nazywa się fachowo „apotropaicznym”. Apotropaizm jest czymś, co ma w sposób magiczny odwracać nieszczęście lub zapewniać przychylność przez przebłaganie sił nadprzyrodzonych. Jeden z ojców antropologii religii – Bronisław Malinowski – jasno zdefiniował to zjawisko. Pokazał mianowicie, że nawet w społecznościach prymitywnych ludzie działają scientifically, jak to ujął, czyli naukowo. Nie zaczynają od modlitw ani od odprawiania w tym czy innym celu ekstrawaganckich rytuałów. Bynajmniej – dowiadują się raczej, jak zrobić grot, jak pleść siatkę rybacką, jak rozpalić ogień, jak siać ziarna, itd., czyli starają się posiąść wiedzę techniczną. Myślenie magiczne lub religijne (nota bene: tych dwu nie udało się Malinowskiemu rozróżnić) powstaje z lęku, który pozostaje po zrobieniu tego wszystkiego, na co pozwalają ludzkie zdolności techniczne. Tak więc skopałeś, może zaorałeś ziemię, użyźniłeś ją, zasiałeś, podlałeś – ale czy pogoda będzie pomyślna? Nie wiesz tego i lęk, który cię trawi, wyrazi się emocjonalnym wybuchem przyjmującym formę rytuału zaklinającego wyższe siły o przychylność .

W Ameryce można spotkać bardzo wiele przykładów myślenia apotropaicznego. Pozwolę sobie podać kilka z nich z połowy lat 50. Był to okres, gdy ZSrR miał już nie tylko bombę atomową, ale także wodorową. Oba systemy (z Zachodem pod przewodnictwem Ameryki – a Chinami już w obozie komunistycznym) były uwikłane w rywalizację, która – jak się zdawało – była skazana na nuklearny Armagedon. USA wprowadzały różne racjonalne środki zaradcze, które wszyscy znamy, w celu stawienia czoła wyzwaniu komunistycznemu – wśród nich Plan Marshalla, by odbudować Europę Zachodnią, remilitaryzację Niemiec (Zachodnich), globalną politykę powstrzymania komunistów itd. Jednak niewielu wierzyło, że te działania są wystarczające – dlatego też lęk trwał. W Stanach Zjednoczonych doprowadziło to do największej frekwencji na nabożeństwach w historii – niemal 2/3 Amerykanów co tydzień chodziło do swojego kościoła. Jeszcze bardziej wymowne było dodanie w 1954 r. do przysięgi lojalności (odmawianej codziennie przez uczniów wszystkich szkół w kraju) zwrotu „under God” – pod okiem Boga. Dwa lata później, w roku 1956, uznano motto „In God We Trust” (w Bogu nasza nadzieja) za oficjalną dewizę Stanów Zjednoczonych i kazano ją drukować na wszystkich banknotach. Te posunięcia odznaczały się pewną logiką – w tym sensie, że miały w sposób spektakularny odróżnić system amerykański od ateistycznej ideologii Związku Sowieckiego – ale to nie tłumaczy nam jeszcze wszystkiego. Przecież postanowienie, że wszystkie dzieci w szkole w całym kraju będą codziennie recytować „under God” jest niczym innym tylko invocatio Dei. Jeśli chodzi o „In God We Trust”, to obecność odwołań religijnych na monetach jest środkiem apotropaicznym od czasów starożytnych. Był to jeden ze sposobów dążenia Rzymian do swojej pax deorum, na przykład. Ponadto wysiłki, by podnieść rangę tych dwóch sentencji, wyszły od grup chrześcijańskich. Z tych powodów uczeni od dawna dostrzegają w ich propagowaniu element apotropaizmu.

Ameryka a Izrael

Intrygującym przykładem apotropaizmu są również stosunki Ameryki z Izraelem. W ostatnich latach, a całkiem wyraźnie w ostatnich miesiącach, stosunki te stopniowo wchodzą na wyższy poziom. Bynajmniej nie chcę być jednak źle zrozumiany. Funkcjonowanie religijnych wierzeń to tylko część sprawy. Są przecież bardzo ważne geopolityczne oraz kulturowe czynniki, które tłumaczą zbliżenie się tych dwóch krajów i dynamikę tego zbliżenia. Wzrastająca nuklearna groźba ze strony Iranu sama w sobie dobrze wyjaśnia to zwarcie szeregów. Poza tym, wciąż tocząca się arabska wiosna wprowadza tyleż niepewności, co nadziei. Wspólnota kulturowa chrześcijan i Żydów istnieje w Stanach Zjednoczonych od pokoleń, ataki terrorystyczne 11 września tylko ją umocniły, powiększająca się liczba muzułmanów w Ameryce również wpływa na te nastroje.

Najpierw trzeba jednak powrócić do millenaryzmu amerykańskiego. Otóż, musimy zrozumieć, że w Ameryce – zwłaszcza wśród ewangelikalnych i mormonów – Izrael jest pojmowany przede wszystkim biblijnie. To znaczy, że nie jest realnym krajem (nawet przyjacielskim) jak inne, lecz Narodem Wybranym i naczyniem Bożej woli w kosmologii judeochrześcijańskiej. Ci Amerykanie widzą w powstaniu nowoczesnego Izraela spełnienie biblijnego proroctwa, a ich rozwinięta eschatologia oczekuje kulminacyjnej bitwy historii w Izraelu – Armagedonu. Nic dziwnego zatem, że ewangelikalni i mormoni tak gorliwie popierają Izrael. To właśnie oni – zrzeszeni nieraz jako „chrześcijańscy syjoniści” – a nie AIPAC, jak powszechnie uważa się w Europie, stanowią przepotężne „lobby żydowskie” w Ameryce.

Trudno przecenić znaczenie tego zjawiska. Rzeczywiście, miliony Amerykanów, usłyszawszy złe wiadomości z Bliskiego Wschodu, od razu zerkną za okno, by sprawdzić, czy Jezus nie zstępuje . Powtarzam, że poza nauczaniem w kościołach ewangelikalnych i innych zborach millenijnych istnieje cały ogromny przemysł książek, filmów i programów telewizyjnych i radiowych, który kształtuje tego rodzaju myślenie Amerykanów. Ten przemysł istnieje zresztą od dawna. Właściwie największym bestsellerem lat 70. była książka The Late Great Planet Earth (1970) autorstwa Hala Lindseya, ewangelikalnego, który interpretował ówczesne zdarzenia polityczne jako znaki wskazujące na to, że żyjemy w czasach tuż przed Armagedonem i powrotem Chrystusa. Co jakiś czas Lindsey uaktualnia swoje przepowiednie, za każdym razem przesuwając swój Armagedon o kilka lat . Ostatnio jego książki są jednak w cieniu serii bestsellerów (książek, ale także gier i filmów) Left Behind Tima Lahaye’a i Jerry’ego B. Jenkinsa, przedstawiającej świat po tym, jak Jezus zabrał już wszystkich wierzących do nieba, pozostawiając na ziemi tylko nie-chrześcijan.

Mówiąc o stosunkach amerykańsko-izraelskich warto zacząć od sprawy ambasadora USA w Belgii, Howarda Gutmana. W listopadzie 2011 r. na konferencji poświęconej antysemityzmowi Gutman stwierdził, że antysemityzm pośród muzułmanów mieszkających w Europie jest napędzany konfliktem izraelsko-palestyńskim. Mimo że to arcyprzykład truizmu, od razu zaatakowali go republikanie, zwłaszcza kandydaci prezydenccy Romney i Gingrich, którzy domagali się jego dymisji, twierdząc, że Gutman usprawiedliwiał antysemityzm . Nieważne, że Gutman jest synem polskiego Żyda, który przeżył Zagładę, że od dawna czynnie wspiera pro-żydowskie i izraelskie sprawy, i że raz po raz w swoich komentarzach ostro potępiał antysemityzm.

Można przytoczyć wiele przykładów zaświadczających o nigdzie indziej niespotykanym trakowaniu Izraela w Stanach Zjednoczonych, jednym z najbardziej uderzających są zaś słowa republikańskiej kandydatki do Białego Domu, Michele Bachmann, ewangelikalnej, która jako młoda kobieta pracowała w kibucu w Izraelu. Przemawiając na spotkaniu Republikańskiej Koalicji Żydowskiej w lutym 2011 r. stwierdziła: „Jestem przeświadczona w swoim sercu oraz w swoim umyśle, że jeśli Stany Zjednoczone nie staną przy Izraelu, będzie to koniec Stanów Zjednoczonych (…) Musimy pokazać, że jesteśmy nierozłącznie ze sobą związani i że jako naród jesteśmy błogosławieni z powodu naszych stosunków z Izraelem, i że jeśli odwrócimy się od Izraela, to klątwa da o sobie znać. Mój mąż i ja jesteśmy chrześcijanami, i oboje mocno wierzymy w werset z Księgi Rodzaju , mocno wierzymy, że narody będą błogosławione, o ile błogosławią Izrael. Jest to mocna i piękna zasada”.

Jeszcze raz chcę powtórzyć, że można wymienić kilka łatwo zrozumiałych powodów tego podniesionego tonu, który słyszymy przy okazji tego rodzaju deklaracji (w końcu chodzi o Iran, itd.), sam ten dyskurs – w kontekście całkiem powszechnego w Ameryce biblijnego pojmowania Izraela – stanowi jednak pewien rodzaj apotropaizmu. Podkreślanie swoistej „tożsamości” Stanów Zjednoczonych i Izraela, naczynia Bożej woli, jest próbą uzyskania błogosławieństwa obiecanego w Księdze Rodzaju i tym samym odwrócenia groźby rozpadu, która nęka Amerykanów z powodu kryzysu finansowego, wzrostu potęgi Chin, osłabienia Europy, niepokoju na Bliskim Wschodzie itd.

Wróćmy jednak do Malinowskiego. Po atakach 11 września 2001 r. Amerykanie wprowadzili zmiany, które uczyniły z USA niemal państwo policyjne (wszechobecność kontroli i barier, itp.), wytoczyli wrogom dwie wojny, wstrzyknęli sobie nieprawdopodobną ilość sterydów i dopiero niedawno – to najczystszy przykład apotropaizmu – zrobili sobie przerwę od ogromu pilnych spraw, by potwierdzić, że „In God We Trust” wciąż jeszcze jest ich narodowym mottem! Ale co teraz? Głęboki, przenikliwy lęk nie ustępuje – tym bardziej, że żadna z realnych gróźb nie zniknęła. Może bliższe „przymierze” z Narodem Wybranym, naczyniem Bożej woli w kosmologii judeo-chrześcijańskiej nas ocali? W przypadku Newta Gingricha, który powtarza, że Palestyńczycy są „narodem wymyślonym” – i wcale nie inspiruje się tu pracą Benedicta Andersona – ten apotropaizm może być podświadomy. Ale już dla Michele Bachmann, jak słyszeliśmy, jest nad wyraz świadomy i dosłowny. Jeśli chodzi o Mitta Romney’a, który przysiągł, że jeśli zostanie wybrany do Białego Domu, swoją pierwszą zagraniczną wizytę złoży w Izraelu, mam powody sądzić, że jego działania to część przemyślanej strategii. Przecież Romney jest praktykującym mormonem – a mormoni roszczą sobie pretensje do bezpośredniej więzi z Izraelem. Przecież Księga Mormona podaje, że starożytni Żydzi opuścili Izrael i przepłynęli do Ameryki Środkowej, gdzie założyli dwie wojujące ze sobą cywilizacje. Ponadto, zgodnie z mormońskim nauczaniem, sami mormoni należą do Domu Izraela. Ameryka dla mormonów naprawdę jest „Nowym Izraelem”, choć ci mówią raczej o „Syjonie”, zrezygnowali też z nazywania niemormonów „gojami”, choć robili tak jeszcze w pierwszych dziesięcioleciach XX w. Księga Mormona wyraźnie przypomina Eneidę w tym sensie, że oba dzieła miały włączyć własną historię w bardziej heroiczną narrację. Jeśli chodzi o Wergiliusza, to oczywiście chciał on wkomponować Rzym w epicką historię Grecji – mormoński prorok Joseph Smith z kolei zamierzał zintegrować historię Ameryki z biblijną historią Żydów.

Pisząc dla prestiżowego pisma „Foreign Affairs” w 2006 r. Walter Russell Mead podkreślił, że w ostatnich latach ewangelikalni w Ameryce zdecydowanie umocnili swoją społeczną i polityczną pozycję i że ich dzisiejsza obecność w instytucjach władzy wywarła duży wpływ na politykę zagraniczną USA . Jednym z przykładów jest przegłosowanie przez Kongres Ustawy o Międzynarodowej Wolności Religijnej (1998 r.) oraz ustanowienie Urzędu Międzynarodowej Wolności Religijnej w Departamencie Stanu. Istnieje również mnóstwo przedsięwzięć humanitarnych i dotyczących praw człowieka, które ewangelikalni lansują na całym świecie. Tu Mead przypomina nam, że także w przeszłości „ewangelikalni byli przywódcami kampanii na rzecz różnych reform, często z wyraźnym ostrzem feministycznym: działali przeciw sati (spaleniu wdów) w Indiach, przeciw krępowaniu stóp w Chinach, na rzecz edukacji dla dziewcząt i kobiet w krajach rozwijających się i przeciw handlowi kobietami”.

Prof. Mead dalej opisuje jak ewangelikalni umocnili i utrwalili wieloletni sojusz Ameryki z Izraelem: „Dla nich fakt, że Żydom jako narodowi udało się przeżyć tysiąclecia i że wrócili do swego starożytnego domu, jest dowodem, że Bóg rzeczywiście istnieje, że Biblia jest natchniona i że religia chrześcijańska jest prawdziwa. Wielu wierzy, że obietnica z Księgi Rodzaju jest wciąż aktualna i że Bóg Abrahama będzie dosłownie błogosławić Stany Zjednoczone, jeśli one będą błogosławić Izrael. Widzą w słabości, porażkach i biedzie świata arabskiego namacalny dowód, że Bóg złorzeczy tym, którzy złorzeczą Izraelowi. (…) Najnowszą historię Żydów czyta się jak księgę Biblii. Holokaust przypomina ludobójcze zamiary faraona w Księdze Wyjścia oraz Hamana w Księdze Estery. Ustanowienie dzisiejszego państwa żydowskiego przywołuje na myśl wiele podobnych zwycięstw i ocaleń Żydów w hebrajskich świętych pismach. Niesamowite wydarzenia najnowszej historii Żydów są przedstawiane przez ewangelikalnych jako dowód na to, że Bóg istnieje i działa w historii. Jeżeli dodamy do tego psychologiczne konsekwencje broni nuklearnej nic dziwnego, że ewangelikalni zaczynają czuć, iż żyją w świecie podobnym do świata Biblii. Fakt, że amerykańska polityka zagraniczna jest teraz skupiona na obronie kraju przed groźbą masowego terroryzmu, z potencjalnym użyciem broni o wprost apokaliptycznym rażeniu, będącej w rękach antychrześcijańskich fanatyków toczących wojnę religijną napędzaną nienawiścią do Izraela, wzmacnia tylko dogmaty chrześcijaństwa ewangelikalnego”.

Ameryka a Iran

Kończąc, powiedzmy parę słów o Iranie. Rewolucja islamska z końca lat 70. była od początku skierowana przeciwko Ameryce, i to nie tylko z powodu dziesięcioleci głębokiej ingerencji w wewnętrzne sprawy Iranu oraz ślepego wsparcia dla znienawidzonego szacha. Przecież nowy reżim ajatollaha Chomeiniego przedstawił światu nic innego jak konkurencyjny względem mesjanizmu Ameryki (i bezbożnych Sowietów) mesjanizm irański. Jednak bardziej istotny dla nas jest fakt, że dzisiejszy Iran pod przywództwem Mahmuda Ahmadineżada rzuca wyzwanie Ameryce konkurencyjną eschatologią.

Właściwie, pozwalając sobie na lekką przesadę, można powiedzieć, że Iran i Ameryka bardziej niż kiedykolwiek są dziś swoimi lustrzanymi odbiciami. Ważne i wpływowe kręgi w obu społeczeństwach są skłonne wierzyć, że przepowiedziany koniec jest bliski i że mesjasz wkrótce nadejdzie. W przypadku Irańczyków chodzi o Mahdiego, szyickiego Dwunastego Imama, który żyje w „utajeniu” od IX w. i który ma wnet powrócić i ustanowić erę sprawiedliwości. Podobnie jak ewangelikalni i inni millenaryści w Ameryce, interpretujący proroctwa znajdujące się w Starym Testamencie i Księdze Apokalipsy jako opisy obecnych zdarzeń, szyiccy wierni w Iranie interpretują hadisy (wypowiedzi) proroka Muhammeda jako znaki, że Mahdi zaraz się objawi . Jako że prezydent Ahmadineżad od początku swego urzędowania mówi otwarcie o swojej wierze w powrót Mahdiego (na forum ONZ modlił się o jego rychło nadejście) sprawa ta skupia uzasadnioną uwagę. Nigdy natomiast mahdizm przywództwa irańskiego nie został przedstawiony w sposób tak pełny jak w filmie The Coming Is Upon Us (Czas przyjścia nadszedł) udostępnionym online w marcu zeszłego roku przy błogosławieństwie samego Ahmadineżada i jego kanclerza Esfandiara Rahima Mashaei’a. Ten opatrzony angielskimi napisami film w sposób wręcz fascynujący przedstawia mahdizm jako główną ideologię prezydenta i jego kręgów. Po jego obejrzeniu dowiadujemy się, że irańskie elity wierzą, że są postaciami przepowiedzianymi w proroctwach, które staną się akuszerami powrotu Mahdiego; są też absolutnie przekonani, że ogromne rzesze Irańczyków to zaakceptują. Ponadto, hermeneutyka filmu do złudzenia przypomina hermeneutykę amerykańskich millenarystów, a mianowicie w sposobie, w jaki przeplata się w niej proroctwa z pism świętych z newsami z Bliskiego Wschodu po to, by dojść do wniosku, że „ostatnie dni” już nadeszły.

Możemy wymienić jeszcze jeden element, który czyni z eschatologii amerykańskiej i irańskiej lustrzane odbicia – chodzi oczywiście o Izrael. Obie wymienione eschatologie uznają Izrael nie tylko za kraj opisywany przez święte księgi, lecz także za przyszłą scenę ostatniego przed przyjściem mesjasza aktu historii. Między amerykańską i irańską wizją końca czasów istnieje jednak pewna zasadnicza różnica – mahdizm przepowiada mianowicie konieczność zniszczenia Izraela, dzięki czemu jak głosi Ahmadineżad i środowisko, z którego się wywodzi (stowarzyszenie Hojjatieh), powrót Mahdiego zostanie „przyśpieszony”. W ten sposób zrozumiały staję się wymiar obecnej zbliżającej się konfrontacji, ponieważ aż nazbyt łatwo millenarystom z Ameryki utożsamiać Iran z „Gogem i Magogem” z Księgi Ezechiela, czyli z nikczemnymi siłami, które zostaną pokonane podczas Armagedonu, jak przepowiada Księga Apokalipsy.

Podczas swojej ostatniej wizyty w Waszyngtonie, w marcu bieżącego roku, premier Benjamin Netanjahu przekazał Barackowi Obamie szczególny prezent – Księgę Estery, opowiadającą o tym jak Żydzi uniknęli zagłady z rąk Persów. Tym jednym gestem – utożsamienia starożytnych Persów ze współczesnymi Irańczykami – Netanjahu wysłał wyraźny, znaczący komunikat do społeczności Amerykanów i Izraelczyków. W Polsce ten gest wciąż wymaga wyjaśnienia. Swoim tekstem próbowałem takiego wyjaśnienia dostarczyć.

Podstawę tekstu stanowił wykład dla studentów amerykanistyki Uniwersytetu Warszawskiego wygłoszony 14 grudnia 2011 r. Tekst został zaktualizowany i zmieniony na potrzeby publikacji.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter