70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Proza obok rzeczywistości: jak do tego doszło?

Kryzys powieści ma charakter lokalny. Dotyczy polskiej prozy współczesnej i wynika może po prostu stąd, że niezbyt dobrze umiemy określić, co jako zbiorowość, bytująca aktualnie w konkretnej dziejowej chwili, przeżywamy.

Pretensje i oczekiwania pana Wita Szostaka wobec polskiej prozy pozostają na ogół w zgodzie z tym, co ja sobie na te tematy od dłuższego już czasu myślę, dlatego w krótkim tekście, jaki tu przedstawiam, wykorzystam moje nieco obszerniejsze publikowane już lub wygłaszane artykuły. W samej rzeczy, pisarzom w ostatnich latach dość trudno przychodzi opowiedzenie jakiejś wyraziście i konsekwentnie zbudowanej historii, o której można by powiedzieć, że się w niej świat odbija – świat społeczny, zewnętrzny wobec autora, w całej swojej komplikacji i niejednoznaczności. To ostatnie bardzo ważne: z łatwością przychodzi wskazać w pisanej obecnie prozie fabuły podległe jakiejś jednej koncepcji, jakiemuś: „świat jest taki a taki”, „ludzie są tacy a tacy”, „problemem dzisiejszego człowieka jest”, by już nie wspominać konstrukcji w rodzaju: „politycy (z obozu wroga) są zagrożeniem, bo…”. Lista prostych sądów na temat rzeczywistości, jakie ilustrują pisane w ostatnich latach powieści z tezą lub z wołającym o interwencję obrazem społecznych niesprawiedliwości, da się łatwo wydłużać.

Wyniszczające zaangażowanie

Jeśli miałbym zatem wskazać pierwszą przyczynę, dla której opowiadane w polskiej prozie historie są wątłe, wskazałbym to właśnie: że najpierw jest w nich pewien ideologiczny projekt, a potem mozolne oblekanie go w słowa i sytuacje. Ten projekt wciąż wychyla głowę spod materii powieściowych zdarzeń, wchodzi w słowo bohaterom, steruje ich emocjami i kształtuje świat przedstawiony podług swoich potrzeb. Czy to przypadek, że krytyce stosunkowo łatwo przychodzi formułować sądy ogólne o obowiązujących w prozie tematach bądź tendencjach? „Proza dzisiejsza zajmuje się losami ludzi wykluczonych ze społeczeństwa” – ależ czemu nie? Bardzo to szlachetne. Tylko dlaczego te książki (Marty Dzido, Sylwii Chutnik, Mariusza Sieniewicza, Michała Olszewskiego, Daniela Odiji etc.) sprawiają wrażenie, jakby ich autorzy najpierw powiedzieli sobie: „trzeba zająć się losem społecznych outsiderów”, a dopiero potem zaczęli się bacznie przyglądać rzeczywistości. Dlatego zobaczyli w niej od razu, na zasadzie krótkiego spięcia, to, co zobaczyć chcieli, a nie jakiś świat złożony, wieloaspektowy, w którym czytelnikowi wolno byłoby wybrać dominantę lub sformułować na jego temat jakieś (niekoniecznie oczywiste) tezy. Pozwoliło to czasem nawet na oryginalność rysunku postaci, ale już nie – na jakąś dalej idącą komplikację świata przedstawionego, który w tym przypadku jest monotonnie opresywny, pozbawiony empatii i zrozumienia dla wykluczonych itd. Czasem jego rysunek zostaje swoiście uogólniony przez elementy fantastyki lub baśni. I tak na przykład agresja młodych w stosunku do starych zostaje w Rebelii Sieniewicza wzmocniona ponad wszelką realistyczną miarę: starym pozostawia się tam coś w rodzaju pilnie strzeżonego obozu koncentracyjnego o surowej regule. Jasne, że świat ów jest jakoś tam metaforyczny i celowo uproszczony, ale właśnie w tym uproszczeniu leży cały kłopot, ono jest bowiem pochodną „ideologizacji”, która idzie przed opisem rzeczywistości i nadaje jej grube, jakby podkreślone szminką czy mazakiem rysy. Grzech takiej ideologizacji obciąża książki zarówno prawicowych, jak i lewicowych autorów.

Krytyce zorientowanej politycznie tego zaangażowania jeszcze mało. Świadczy o tym choćby niedawny artykuł Kultura zhomogenizowana Agaty Pyzik z internetowego wydania „Krytyki Politycznej” (opublikowany 21 stycznia 2012), w którym autorka wręcz przekreśla prozę pisaną zgodnie z zainteresowaniami klasy średniej, gustującej rzekomo w psychologii jednostki, a na to miejsce proponuje katalog tematów stricte publicystycznych. Dlaczego proza pisana dla klasy średniej ma być a priori bezwartościowa bądź niepotrzebna, autorka nie wyjaśnia. Nie wyjaśnia też, dlaczego tematyka psychologiczna to objaw zdegenerowanych gustów mieszczańskich, a po to, by zyskać jej aprobatę, powieść winna się zająć „wszechobecnością śmieciowych umów” albo „atakiem Platformy na resztki usług publicznych” etc. Tak czy inaczej, teza idzie tu wyraźnie przed doświadczeniem świata (rzecz jasna, mam na myśli nie doświadczenie w ogóle, ale to szczególne doświadczenie, z którego wyrasta literacki utwór).

Krytycy pragnący uleczyć młodą prozę z jej niedowładu w dziedzinie przedstawiania świata proponują jej zatem często kurację zabójczą dla pacjentki. Nie znaczy to oczywiście, że proza daje sobie radę z zadaniem, o którym mowa. A raczej: o ile jeszcze nie najgorzej potrafi odmalowywać obrazy statyczne, prezentujące jakieś środowiska, bohaterów indywidualnych lub połączonych w konstelację więzami natury psychicznej bądź społecznej, o tyle zdecydowanie nieprzekonywająco wychodzi jej opowiadanie dłuższych historii rozgrywających się na tle społecznym. Doskonale widać to na przykładzie opasłej księgi Balladyn i romansów Karpowicza: bohaterów tam kilkudziesięciu, cząstkowych fabuł kilkanaście, ale wszystkie są wątłe, wykorzystują zaledwie kilka fabularnych „kroków” i zamierają. Dlatego czytelnik ma kłopot z określeniem tematu tej powieści aż do chwili, gdy zrozumie, że chodzi tu (chyba?) o prezentację pewnego typu kultury, w której wszystko uległo zmieszaniu: obieg wysoki z popularnym, dzieciństwo z dorosłością, role płciowe, role społeczne, religie, nawet zaświaty z rzeczywistością, która nas otacza. Powieść więc pokazuje ten „stan rzeczy”, ale już niewiele więcej potrafi z nim (fabularnie) zrobić.

Niemoc realistycznej fabuły

W takich utworach obrazom rzeczywistości towarzyszy często fantastyka. Jej niezwykłej karierze w obrębie prozy na pozór realistycznej poświęciłem niedawno osobny spory szkic, który zresztą rósł w ciągu paru lat, wzbogacany o nowy materiał przykładów. Tworzeniu takich zmieszanych, niejednorodnych wizji rzeczywistości hołduje coraz więcej pisarzy: Stefan Chwin, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, Magdalena Tulli, Jerzy Sosnowski, Mariusz Sieniewicz, Wojciech Kuczok, Dorota Masłowska, Ignacy Karpowicz, Aleksander Kościów, Tomasz Piątek, Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk, Małgorzata Rejmer i jeszcze wielu innych. Można to porównywać z niegdysiejszą karierą realizmu magicznego (i takie porównania czyniono), ale mam mocne przeświadczenie, że w tym przypadku motywacje są odmienne, że pisarzom generalnie chodzi o coś innego, tzn. już nie o nadanie światu mitologicznej sankcji, która byłaby niesprzeczna z porządkiem realistycznym, uzupełniała go niejako o ów odkopany, odkryty w ludowych, indiańskich wierzeniach mitologiczny aspekt – jak to było zazwyczaj w prozie iberoamerykańskiej, ale o swoistą próbę sztukowania, uzupełniania w literackim rysunku świata tego, co na gruncie realistycznej wizji się nie tłumaczy.

Kiedy zastanawiałem się nad powszechnością tego fenomenu w dzisiejszej prozie polskiej, przychodziło mi do głowy przede wszystkim, że kariera fantastyki w obrębie realistycznych obrazów świata jest znakiem niewiary w to, iż realistyczne fabuły w znanej nam rzeczywistości mogą się jakoś zadowalająco rozwiązywać, przynosząc nam czy to oryginalną, nową wiedzę o świecie, czy jakąś wyrazistą puentę natury aksjologicznej. Fantastyka włamuje się w to, co realne, albo po to, by zrujnować stereotypowe rozwiązania, albo – by bezkształtnej z etycznego punktu widzenia rzeczywistości narzucić jakąś wyrazistą puentę moralną (tak jest np. w Gnoju Kuczoka, gdzie dopiero apokaliptyczny wylew tytułowego gnoju w finale powieści wymierza sprawiedliwość rodzinnemu domowi jako „izbie tortur” młodocianego bohatera).

Gnój, swoją drogą, jest wielce znamienną powieścią, w której szczególnie mocno daje się poznać inny jeszcze kłopot, jaki mają z opisaniem świata prozaicy. Jest to kłopot wynikający z nieciągłości, by tak rzec, pokoleniowej. Gdzież czasy, kiedy bohaterowie Hanemanna czy Mercedesa-benza z rodzajem czułości i podziwu mówili o swoich rodzicach lub dziadkach! Bohaterowie powieści nieco młodszych prozaików ze starszym pokoleniem znacznie częściej nie umieją się porozumieć. To przykład Absolutnej amnezji Izabeli Filipiak, wspomnianego już Gnoju Kuczoka, Królowej tiramisu Bohdana Sławińskiego, Da capo Jerzego Franczaka, Rdzy Ewy Berent, Utworu o matce i ojczyźnie Bożeny Umińskiej-Keff. Ojcowie lub ojczymowie są tam nie tylko organizatorami domowego piekła, ale też czasem (jak u Filipiak) przedstawicielami dawnego, opresywnego reżimu politycznego lub wychowanymi w jego autorytarnych ramach służalcami, którym należy się tylko pogarda. Jeszcze inaczej jest w przypadku książki Ewy Berent, której bohaterka buntuje się przeciwko rodzinie, nie akceptującej jej homoseksualnych skłonności. W tym świecie rodzicami albo się gardzi, albo ich nie zauważa, co powoduje, że coraz trudniej skonstruować w powieści fabułę obejmującą perspektywę więcej niż jednej generacji, a jeśli nawet do tego dochodzi – jak w Dzidzi Sylwii Chutnik – to relacje międzypokoleniowe są tam obarczone nieusuwalną skazą. Zresztą nawet gdy w książce nie ma żadnych konfliktów pomiędzy córką, matką i babką (jak w Ostatnich historiach Olgi Tokarczuk), to różnica doświadczeń jest tam na tyle wielka, że te trzy historie istnieją obok siebie, nie składając się w żadną całość.

Światy beznadziejnie zamknięte

Nieprzystawalność historii osobistych bohaterów pochodzących z różnych pokoleń, nieuzgadnialność języków, jakimi mówią, oraz systemów symbolicznych, jakich używają (tak dobrze widoczna u Masłowskiej), czasem otwarte konflikty powodują, że coraz trudniej napisać opowieść, która przechodziłaby ponad historycznymi cezurami, oddając sprawiedliwość ludziom o różnym zakorzenieniu w historii i różnej biografii. Ostatnio bodaj jedynie Indze Iwasiów w jej powieściach szczecińskich udała się ta sztuka. Zazwyczaj pisarze przywiązani są mocno do swojej partykularnej, pokoleniowej perspektywy. Czy dlatego tak trudno stworzyć literackimi środkami obraz czasów komunizmu? Wyważyć proporcje pomiędzy demonizmem (którego pełno choćby w Madame Antoniego Libery) a zwyczajnością. Najlepiej, paradoksalnie, poradzili sobie z tym synowie partyjnych prominentów, tacy jak Wilhelm Dichter, Bronisław Świderski czy Henryk Dasko. Ale dla nich komunistyczny system był właśnie czymś oswojonym, częścią historii rodzinnej, tyle że naznaczonej podobnym, jak u młodszych pisarzy, konfliktem pokoleń. Dlatego włamać się w sposób myślenia i postrzegania świata rodziców już nie mogli. Może w pewnej mierze udało się to Dichterowi – pozostali nie umieli już widzieć swych ojców inaczej jak w groteskowym kostiumie.

Potem było już tylko gorzej. I tak prezentowany w młodej prozie „obraz świata” okazał się obarczony defektem, bo znieruchomiały i przez to niebędący pełnowartościową pożywką dla dynamicznej opowieści. Z kolei tło historyczne, wiecznie odnawiająca się „fabuła współczesności”, zanim ją w ogóle odczytano, została rozerwana i uległa atomizacji, czemu sprzyjał, jak się rzekło, nacisk kładziony przez pisarzy na hermetyczność pokoleniowych czy środowiskowych języków. I tak za kryzysem wielkich narracji poszedł kryzys narracji małych, tych, które opowiadamy na własny użytek, kiedy chcemy zrozumieć procesy, jakie wokół nas zachodzą, ku czemu zmierza świat oglądany z naszego, osobistego punktu widzenia. Bo i cóż: możemy udawać, że to wiemy, ale literatura w tym akurat punkcie nie kłamie, budując albo światy zamknięte, albo sztukując dalsze perspektywy fantastyką. Może więc w literaturze dzisiaj jest jak w Skazie Magdaleny Tulli: w centrum okazały plac obudowany kamienicami – zrobisz krok dalej i okazuje się, że to teatralna dekoracja skrywająca nieznane.

Nie opisałem tutaj żadnego mitologicznego „kryzysu powieści”, którego opiewaniem żyje krytyka od wielu dziesięcioleci i który miałby polegać na zasadniczej niemożności natury warsztatowej i poznawczej. Powieść jako taka ma się wcale nie tak źle, opowiadanie historii takoż, czego dowodem jest choćby Jacek Dukaj, któremu snucie opowieści o szerokim oddechu przychodzi całkiem łatwo – ale na terenie fantastyki, a szczególnie historii alternatywnych. Mam na myśli kryzys lokalny, dotyczący polskiej prozy współczesnej i wynikający może po prostu stąd, że niezbyt dobrze umiemy określić, co jako zbiorowość, bytująca aktualnie w konkretnej dziejowej chwili, przeżywamy. Proste socjologiczne, polityczne lub ekonomiczne tezy tu nie wystarczą. Przychodzi czekać na prozaika klasy Grassa, Coetzeego czy Pamuka, ale tacy na kamieniu się nie rodzą.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata