70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Świat jak słowo daję

Nie z powodu walorów brzmieniowych ani liczby proponowanych „tematów do odstąpienia” mówimy dziś o Krystynie Miłobędzkiej jako o jednym z najważniejszych poetyckich głosów współczesności. Powodem jest szczególna konfiguracja cierpliwości, pokory i wrażliwości, która pozwoliła jej osiągnąć wyjątkową głębię i intensywność poetyckiego widzenia świata.

„W imię ojca mnie i syna”

Pawlikowska-Jasnorzewska, Poświatowska, Baczyński, Świetlicki, Pióro, Maj… Niektórzy poeci mają szczęście do nazwisk w szczególny sposób odsłaniających osobliwość ich poetyckiego rzemiosła i odzwierciedlających autorski stosunek do świata. Wielu innych próbuje radzić sobie na własną rękę, stąd wielokrotnie już opisywany fenomen pseudonimu literackiego, mogącego pełnić również – jak w niezapomnianych kalamburach Tuwima i Gałczyńskiego czy słynnych heteronimach portugalskiego poety Fernanda Pessoi – niebagatelne funkcje artystyczne . Tak czy inaczej, o tym, że w literaturze forma autorskiej sygnatury posiada status szczególny, zaświadcza szereg interesujących, całościowych interpretacji wychodzących od imienia własnego, wśród których prym wiedzie słynne Sygnowane Ponge (Signéponge) Jacques’a Derridy. Uznając imię i nazwisko poety Francisa Ponge’a „za swoją regułę, regułę dla nas wszystkich”, Derrida wskazuje na konieczność „poddania się temu, czego [imię poety] nas nauczy”, zwrócenia się ku „pracy, która toczy się w samym jego imieniu” .

Obchodząca właśnie swoje osiemdziesiąte urodziny Krystyna Miłobędzka nie musi uciekać się pod obronę pseudonimu. Słowo „Miłobędzka” nie jest bowiem jedynie pięknym, staropolskim nazwiskiem, którego klarowna budowa nie może stanowić wyzwania dla onomastów. Jestem przekonany, że jest ono równocześnie wskazówką interpretacyjną, pozwalającą lepiej zrozumieć dzieło tej, przez długie lata sytuującej się na marginesach życia literackiego, a dziś nader słuszne docenionej, fascynującej poetki. Czego uczy nas „Miłobędzka”? Tyleż bycia miłym, co „miłobędącym”. I nie chodzi tu bynajmniej o błogi stan samozadowolenia, jaki przyzwyczailiśmy się określać tym niewiele dziś już mówiącym określeniem. Przeciwnie, nieusuwalną składową „miłobycia” okazuje się dynamiczność – sygnalizowana przez formant „-będzka” i przywołująca imiesłów „będąca”; warto pamiętać, że jednemu ze swoich tomów, stanowiącemu największą bodaj apoteozę ruchu we współczesnej polskiej poezji, nadała Miłobędzka tytuł Imiesłowy (2000). Co ciekawe, według etymologa Andrzeja Bańkowskiego, także i wykorzystywany często do tworzenia imion przymiotnik „miły” stanowi imiesłów – miałby pochodzić on od czasownika „mijać” i oznaczać „takiego, jakiego można minąć (spokojnie), przejść obok, nie dobywając broni, by go zabić” – a więc kogoś godnego litości lub szacunku. Odpowiada to ogólnosłowiańskiemu znaczeniu odprzymiotnikowego rzeczownika „miłość”, oznaczającego niegdyś przede wszystkim litość i łaskę. A zatem ten, kto egzystuje miło(śnie), „miłobędący”, to nade wszystko ktoś, kto mijając świat, pielęgnuje w sobie postawę życzliwości. Jakkolwiek zatem egzotycznie brzmiałyby dziś starosłowiańskie konotacje militarne, odsyłające do niepokojącej wizji groźnego świata, w którym nader łatwo stracić życie, „miłobędący” byłby tym, dla którego świat nie jest wrogiem – tym, który zawiązuje z nim nieantagonistyczną, życzliwą, a nawet przyjacielską relację, zwłaszcza w szerokim sensie, jaki temu słowu nadali William Blake, amerykańscy transcendentaliści czy wspomniany już Derrida.

Taka jest właśnie poezja Krystyny Miłobędzkiej: przyjazna wobec świata, życzliwa czytelnikowi, wyrozumiała dla mijającego czasu. Do tego zaś – rozbrajająca, wytrącająca z ręki oręż przyzwyczajeń, uproszczeń i zanadto pośpiesznych kategoryzacji. Uczy litości wobec świata, który mija, uczy życzliwości dla samego mijania. Daje świadectwo trudnej sztuki zawiązywania przyjaznej relacji z mijanym, co uwidacznia się choćby w autorskim sposobie poetyckiego opracowywania motywu biegu, znajdującym swój szczyt w podniesieniu czynności gubienia do rangi swoistej techniki poetyckiej (tom gubione z 2008 r.). W końcu – choć to od tego powinienem był pewnie zacząć – lektura wierszy Miłobędzkiej daje niezwykłą dawkę przyjemności: miło jest czytać Miłobędzką, miło jest bytować w świetle jej miłej światu poezji.

 

Dzieci wiedzą lepiej

Tak, pamiętam doskonale: nieładnie jest bawić się słowami, zwłaszcza tymi, które funkcjonują jako imiona własne. Nie mógłbym zapomnieć surowego wzroku wychowawczyni, słusznie rugającej nas za przedrzeźnianie nieco dwuznacznie brzmiącego nazwiska kolegi… Chociaż karciła nas ona wprost proporcjonalnie do stopnia rozwoju naszej językowej inwencji, efekty jej starań okazywały się dokładnie odwrotne: już po pewnym czasie każdemu z klasowych nazwisk towarzyszyła rymowanka, a przynajmniej powstałe na jego bazie przezwisko. Cóż za niespożyta, niedoceniona wynalazczość!

Aby przekonać się, że przygoda Krystyny Miłobędzkiej z poezją zaczęła się od bardzo podobnej obserwacji, wystarczy przeczytać wznowiony właśnie przez Biuro Literackie zbiór tworzonych przez nią od wielu lat „gier słownych dla teatru” Gdzie baba siała mak (pierwsze wydanie, pod tytułem Siała baba mak, ukazało się w roku 1995). Można również sięgnąć do któregoś z inspirowanych myślą Jeana Piageta esejów z książki W widnokręgu Odmieńca. Teatr, dziecko, kosmogonia (2008), zawierającej obszerne fragmenty opublikowanego w 1990 r. doktoratu na temat dziecięcego teatru Jana Dormana. Jeżeli pod tym kątem przeczyta się jakikolwiek wiersz Miłobędzkiej, od razu można zauważyć, że od mojej szkolnej wychowawczyni różni się ona przede wszystkim jednym: spontaniczne innowacje językowe dzieci są dla niej przedmiotem niekłamanego podziwu oraz niewyczerpanym źródłem inspiracji. I choć dla czytelnika pamiętającego o podobnych fascynacjach tworzącego język ponadrozumowy (zaumnyj jazyk) Wielimira Chlebnikowa, o deklamującym idiomatyczne Gadji beri bimba Hugonie Ballu, a w końcu o inspirującym się językiem dziecięcym Mironie Białoszewskim, gest Miłobędzkiej nie wyda się niczym nowym, z pewnością zauważy on również, że poetka nadaje mu wyraźnie indywidualny rys. Pod jej piórem mit dziecka-poety zostaje pogłębiony o zdobycze dwudziestowiecznej psychologii dziecięcej i antropologii, pozwalające w twórczy sposób nawiązać do Schillerowskiego pojmowania gry / zabawy (das Spiel). Niebagatelne znaczenie ma także kobiecość jej poezji, idąca w parze z twórczym wyzyskiwaniem znaczeń związanych z doświadczeniem macierzyństwa. „W tym wierszu zawsze będzie dziecko” (Z 262) – pisze Miłobędzka, próbując wtajemniczyć nas w szczególną relację z językiem, jaką udało jej się zawiązać. Nie umiem znaleźć lepszego określenia na ten sposób podejścia do tekstu niż „adopcja”: pochylając się nad słowem, Miłobędzka przygarnia je jako swoje, bierze pod dach swojej poezji i ocalając je od groźby przeminięcia, wyzyskuje pozytywny aspekt mijania.

To z miłej dzieciństwu poezji Krystyny Miłobędzkiej nauczyłem się, by do każdego wyrazu – nawet niegotowego, urwanego w „ćwierć słowa” (Z 225), nawet, a może tym bardziej, do imienia własnego – podchodzić tak, jakby nie widziało się poza nim świata: eksplorując jego semantyczne możliwości aż do końca. To w ten sposób zbudowanych jest przynajmniej kilka najbardziej zapadających w pamięć wierszy Miłobędzkiej, jak np. oparty na odmienianym przez wszystkie bodaj przypadki i powtórzonym dwunastokrotnie leksemie klatka (Z 155) zapis z tomu Wykaz treści (1984). Wierna słowu aż do końca jest też Miłobędzka w wierszu z Imiesłowów rozpoczynającym się od wyliczenia: „Razić, urazić, porazić, wrazić, wrażenie, wyrażenie, wrażanie, wrażliwość, obraza, obrażenia, obraz. Co je łączy? Razy. Przyjmowanie i zadawanie razów” (Z 237). Albo w innym tekście z tego tomu, opracowującym podnoszony już wątek biegu: „Zapisać bieg myśli bieg słów w biegnącym świecie. Którym biegnę, który mną biegnie” (Z 210). Nawet uznawany dziś przez literaturoznawców za jedną z najlepszych poetyckich reprezentacji doświadczenia stanu wojennego tom Pamiętam (1992) odczytywać można jako rodzaj pogłębionej medytacji nad pojedynczym wyrazem. Zapisując czasownik jesteśmy jako „jesteś my” (Z 184) i poddając go serii poetyckich przybliżeń, w jednym tylko słowie dostrzega Miłobędzka całą głębię i złożoność tego wyjątkowego czasu.

 

Zobaczyć słowo

Zobaczyć świat w jednym słowie! Tę piękną i jakże rzadką umiejętność dzieli Miłobędzka z największymi. Nieprzypadkowo jednak wśród swoich poetyckich mistrzów – Leśmiana, Białoszewskiego i Karpowicza – nie wymienia ona Williama Blake’a, choć jego słynne dictum: „zobaczyć świat w ziarenku piasku” aż ciśnie się w tym miejscu na usta. I chociaż pewne cechy poezji Miłobędzkiej wydają się przekonywać niektórych badaczy i krytyków literackich do łączenia jej nie tyle nawet z tradycją mistyczną, co wręcz z duchowością dalekowschodnią, sądzę, że aby zbliżyć się do właściwego znaczenia jej projektu, winniśmy powstrzymać się przed tego typu przyporządkowaniem. Wprowadzając do lektury odkrywanego na nowo dzieła Hölderlina, wielki hermeneuta Hans-Georg Gadamer powiązał prawdziwą poezję z „mądrością zająknięcia i umilknięcia” . W moim przekonaniu diagnoza ta dobrze przylega także do twórczości Miłobędzkiej – poetki, która raczej trzyma słowa na końcu języka, niż daje się im za niego ciągnąć. Być może dobrze byłoby zatem „zająknąć się” w tym miejscu i zauważyć, że jeżeli „zobaczyć świat w ziarenku piasku” wskazuje na możliwość mistycznego wymknięcia się z języka i „oczyszczenia wrót postrzegania” z obcych mu językowych naleciałości, to bogatsza o zdobycze dwudziestowiecznej filozofii Miłobędzka wie doskonale, że porzucenie języka nie jest możliwe: „moment lingwistyczny” okazuje się nieusuwalny i permanentny. Pomimo to – i jest to najważniejsze być może napięcie ożywiające omawianą poezję – nie fortyfikuje się ona szczelnie w niezdobytej warowni języka, ale tym usilniej próbuje otworzyć ją na rzeczywistość. Czyni to na wiele sposobów: zwracając się ku poezji konkretnej (tom wszystkowiersze z 2000 r.), eksperymentując z kolorem czcionki (wydane właśnie 12 wierszy w kolorze), czy też sięgając do dziecięcego pojmowania słowa jako rzeczy, konkretu. Cel pozostaje ten sam: zobaczyć świat. Zmienia się metoda: już nie w ziarenku piasku, ale w samym słowie. Taka jest przynajmniej lekcja, którą odebrałem od Miłobędzkiej, co w niczym nie osłabia znaczenia nieprzemijającej lekcji Blake’a .

Nie uwolnimy się zatem od metaforyki wzrokowej – aktywność poetycka Miłobędzkiej pozostaje wszak sztuką uważnego przypatrywania się: tyle tylko, że już nie światu z pominięciem słowa (co w ostatecznym rozrachunku nie służy ani jednemu, ani drugiemu), ale słowu z pominięciem świata (co, jak sądzę, posłużyć może i jednemu, i drugiemu). W tego typu uważnym przypatrywaniu się słowu poetka ćwiczyła się już w swoim debiutanckim cyklu o znaczącym, autotematycznym tytule Anaglify (1960), odsyłającym do jednej z technik tworzenia obrazów trójwymiarowych. Polega ona na nałożeniu na siebie dwóch fotografii, które jesteśmy w stanie połączyć w jedno dzięki specjalnym dwukolorowym okularom. „Irokezi noszą pióropusze i dlatego podobni są do ptaków. Ale najbardziej ptasie jest samo słowo Irokezi” (Z 12) – pisze Miłobędzka w jednym z Anaglifów. W innym z właściwą sobie lekkością rozwinie ulubiony przez romantyków topos niewyrażalności: „W kałamarzu siedzą pofarbowane myśli. Kiedy się głęboko zanurzy pióro, można ich nabrać bardzo dużo naraz – wtedy robią się kleksy. Najczęściej używa się myśli z wierzchu – zupełnie wodnistych. Na samym dnie myśli są tak gęste, że wydają się już tylko kawałkiem kałamarza” (Z 24). Jeśli przypomnimy sobie chociażby Mickiewiczowskie „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie” czy Słowackiego „język giętki”, mówiący „wszystko, co pomyśli głowa”, zauważymy, że u Miłobędzkiej splot języka i rzeczywistości ma znacznie bardziej radykalny charakter: najcenniejsze myśli wydają się jedynie „kawałkiem kałamarza”. Są tak gęste, że jawią się nam jako niewiele znacząca językowa błahostka: gra słówek, kalamburek, poezyjka.

Wyprowadzając swą twórczość z czterech ścian dziecięcego pokoju, dość niespodziewanie okazuje się Miłobędzka nader odważną prowokatorką. Tworząc wiersze niepoważne, niedorosłe, niepełne, niegotowe, nieskomplikowane, nieerudycyjne, często nieładne, a jeszcze częściej niełatwe i niezrozumiałe – zmusza do sięgnięcia na samo dno kałamarza, w niepokojącą filozofów i teoretyków literatury przestrzeń referencyjnego niezróżnicowania. Skoro zaś z tego miejsca konieczność nałożenia na siebie porządku języka i rzeczywistości jawi się jako fakt, to do prawdy tej nie należy podchodzić w sposób nieuświadomiony, nieuchronnie sytuujący nas w domenie Heideggerowskiego „Się” (das Man), ale wprost przeciwnie: z rzetelnym, pełnym autentycznej troski namysłem.

Oto właściwa stawka dziecięcego podejścia do języka: językowy eksperyment nie jest tu celem samym w sobie, ale inauguracją ruchu myśli; innowacja otwiera możliwość pomyślenia inaczej, otwarcia na to, co inne; błąd okazuje się rewersem prawdy. Jak się wydaje, istnieje tylko jeden sposób, aby zaczerpnąć z tej ożywczej bezpardonowości i semantycznej dezynwoltury. Tak jak anaglif wymaga specjalnych okularów, dzięki którym dostrzegamy głębię, tak nasze bycie w świecie wymaga poezji, której właściwe zadanie wiąże się z funkcją poznawczą, umożliwiającą nam poważne, nieredukcjonistyczne myślenie języka językiem (nigdy zaś: myślenie myślami „o” języku). Eksplorując jego możliwości semantyczne, pochylając się nad słowem, kontynuując trudny projekt poezji lingwistycznej (a zatem językoznawczej) – Miłobędzka poznaje świat. Świata poza słowem nie widząc.

 

Nie widzieć świata

Świata poza słowem nie widzieć – czyż formuła ta nie stanowi całkiem przyzwoitej definicji poezji, nie tylko poezji Krystyny Miłobędzkiej? Pochylenie się nad słowem nie oznacza odstawienia rzeczywistości na bok: nie idzie o to, by w eskapistycznym geście porzucić świat, ale o to, aby zobaczyć go w najmniej redukcjonistyczny z możliwych nam sposobów – jako „dany w słowie”. Reszta nie jest milczeniem, lecz dopiero dzięki wnikliwemu i uważnemu przypatrywaniu się słowu, dzięki tropieniu jego uwikłań, powiązań i zależności, dzięki obracaniu go na prawo i lewo, dzięki aktywności poezjotwórczej – nabiera ona znaczenia. Lekcja Miłobędzkiej – lekcja „miłobycia”, bycia światu miłą – jest w tym względzie niezwykle konsekwentna: nie jest tak, że poezja przysłania nam świat; to dzięki poezji zostaje on odsłonięty.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter