70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Siedem grzechów mediów

Jak tak dalej pójdzie, to w mediach dziennikarzy zastąpią internetowi zarządcy contentu. Ale chyba nie chciałbym żyć w aż tak ciekawych czasach.

Niedawno byłem prywatnie w Indonezji, i to akurat w czasie, gdy trwał tam szczyt państw Azji Południowo-Wschodniej zrzeszonych w organizacji ASEAN. Specjalnie przyjechali m.in. Barack Obama, chiński premier Wen Jiabao, szef indyjskiego rządu Manmohan Singh oraz rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow.

Na szczycie tym — ważnym z punktu widzenia tworzenia się nowego porządku politycznego, gospodarczego i militarnego na świecie — nie było ani jednego polskiego dziennikarza. Czy dlatego, że to droga wyprawa? Być może. Tyle, że niedługo potem polscy reporterzy pojechali do Japonii na zawody siatkarskie. A to, o ile znam realia Kraju Kwitnącej Wiśni, musiało być znacznie bardziej kosztowne.

Ta sytuacja dobrze ilustruje jedną ze smutniejszych tendencji w polskich mediach. Show stało się ważniejsze od substancji.

Po pierwsze, prowincjonalizacja

Kiedy zaczynałem pracę jako reporter w „Rzeczpospolitej” latem 1997 r., gazeta miała kilkunastu korespondentów lub współpracowników na całym świecie — od Tokio przez Pekin, Bliski Wschód, Moskwę, Bribałtikę, Kijów, najważniejsze stolice Europy Zachodniej, aż po Waszyngton, a nawet Amerykę Południową.

Dziś media drastycznie ograniczyły liczbę zagranicznych placówek. Wspomniana „Rzeczpospolita” ma zaledwie jednego korespondenta — w Brukseli. Pozostałe duże redakcje utrzymują jeszcze niekiedy stałych wysłanników w Rosji, USA czy Berlinie. Ale to wyjątki — większość mediów, w tym zyskujące na znaczeniu portale internetowe, nie ma na stałe korespondentów nigdzie.

To dowód na postępującą zaściankowość polskiego dziennikarstwa. Informacji ze świata nie można relacjonować wyłącznie w oparciu o zagraniczne media. To wtórne, poza tym gubi się w ten sposób ważny aspekt, którego pilnują korespondenci – aby relacje z wydarzeń zagranicznych uwzględniały polski kontekst.

W Polsce tymczasem ważniejszym tematem stają się e-maile Beaty Kempy — kompletnie wydumana „aferka” z krótkim okresem przydatności do użycia — nie zaś sprawy rzeczywiście istotne dla losów czterdziestomilionowego kraju w środku pogrążonej w kryzysie Europy.
Prowincjonalizacja to jedna z najbardziej niebezpiecznych chorób, która dziś toczy polskie media. Ale niestety, choroba niejedyna. I chyba nawet nie najcięższa.

Każdy obserwator czy konsument mediów musi dostrzegać kryzys, jaki dotyka w ostatnim czasie dziennikarski świat. Nie chodzi wyłącznie o to, że gazety, stacje radiowe i telewizyjne padają ofiarą globalnego załamania finansowego — to ważne zjawisko nie jest jedyną przyczyną kryzysu dziennikarstwa. Przyczyn jest cała paleta.

Po drugie, Internet

Tradycyjne media muszą się zmagać z Internetem. Obecne relacje przypominają kanibalizm. To tradycyjne media — prasa, radio i telewizja — dostarczają portalom internetowym większości materiałów informacyjnych. Czy raczej, są przez nie okradane ze swoich informacji. Nawet duże portale nie mają porządnych redakcji informacyjnych. Zatrudniają głównie ludzi obrabiających depesze z agencji informacyjnych oraz materiały podebrane tradycyjnym mediom (tzw. content). W ten sposób media internetowe, ponosząc niewielkie koszty osobowe, są w stanie wygenerować przyzwoity serwis informacyjny. Tyle, że oparty na cudzej pracy. Zręczna formuła „cytatu” wykorzystywana jest przez internetowych magików od contentu do przepisywania całych tekstów i podkradania cudzych materiałów. Dziennikarz prasowy z miejsca przestaje być właścicielem swojej wiadomości. Portale ją kradną, przerabiają, dodają komentarze, zdjęcia i filmiki. To zabija dziennikarstwo „newsowe” – w tym roku po raz pierwszy od niemal dekady branżowy miesięcznik „Press” nie przyznał dorocznych nagród w tej właśnie dziedzinie.

Nie jestem przeciwnikiem omawiania przez portale materiałów tradycyjnych mediów, to byłby nonsens. Ale niech to będzie cytowanie, a nie „cytowanie”. Niech portale omówią dany news, wypowiedź czy komentarz, przekierowując do strony internetowej gazety, radia czy telewizji, które ów materiał przygotowały. I wilk syty i owca cała. Jedni i drudzy mają „klikalność”, jedni i drudzy zarabiają na reklamach.

Polska jest jednym z niewielu krajów europejskich, w którym nie toczy się poważna dyskusja nad wprowadzeniem opłat za korzystanie z treści internetowych. Większość krajowych redakcji beztrosko wrzuca niemal całe wydania swych gazet, magazynów, czy programów radiowych za darmo do Internetu, licząc na zarobek reklamowy w sieci. To złudne. Z portalami — które ponoszą niewielkie koszty zdobywania contentu dokładając do tego serwisy hobbystyczne, plotkarskie, przeszukiwarki, fora dyskusyjne, konta pocztowe, etc. — na rynku reklamowym zwyciężyć będzie trudno.
Eksperymentu podjął się nowy właściciel „Rzeczpospolitej”, który od nowego roku ograniczył liczbę materiałów publikowanych za darmo w sieci, wprowadzając abonament dla czytelników internetowych. Od samego początku dystans do internetu wykazuje także tygodnik „Uważam Rze”.

Sądzę jednak, że to za mało na rewolucję. Dopóki największy polski opiniotwórczy dziennik „Gazeta Wyborcza” nie przestanie umieszczać większości swych tekstów w internecie (i to jeszcze wieczorem przed publikacją na papierze, faworyzując internautów kosztem tradycyjnych czytelników), nie będzie w Polsce możliwe realne uregulowanie relacji między mediami tradycyjnymi a sieciowymi.

Portale są na tyle zachłanne, iż nie zdają sobie sprawy, że podcinają gałąź, na której same siedzą. Jeśli w dalszym ciągu będą konsekwentnie okradać tradycyjne media i w ten sposób je osłabiać, to wkrótce spora część tradycyjnych redakcji zostanie do tego stopnia zredukowana, że przestanie dostarczać odbiorcom (a więc i internetowi) atrakcyjnych tematów do czytania (i „cytowania”). Tak zresztą już się dzieje. Ta gałąź jest już mocno nadpiłowana.

Po trzecie, kryzys

Kryzys stał się dla właścicieli mediów okazją — i pretekstem — do przeprowadzenia drastycznych redukcji w redakcjach. Symptomatyczne jest to, że w ostatnich miesiącach jak grzyby po deszczu zaczęły w mediach kiełkować związki zawodowe. To znak, że dziennikarze przestali się czuć pewnie, zajrzał im w oczy strach przed utratą pracy — sytuacja, której nie było przez lata.

Symptomatyczny jest przypadek wydawcy „Gazety Wyborczej” — spółki Agora. Kierownictwo firmy przez lata niechętnie patrzyło na próby powołania związku, bo dla spółki giełdowej negocjacje ze związkami to bez wątpienia znaczne obciążenie. Długo się to udawało, ale wobec kolejnych fal zwolnień, pracownicy postanowili nie zważać dłużej na naciski zarządu. I powołali „Solidarność” – wiadomość to tym bardziej smakowita, że związek ten w ostatnich latach dryfuje politycznie w kierunku PiS-u, tak nielubianego w „Wyborczej”. Związki powstały także m.in. w „Dzienniku Gazecie Prawnej” oraz w „Fakcie”.

Redukcje w redakcjach były często bolesne i bezmyślne. Z zawodu w ostatnim czasie odeszło wielu znakomitych dziennikarzy. Ostatnie wydarzenia — choćby problemy w służbie zdrowia czy wojna w prokuraturze wojskowej — pokazały, że w mediach zabrakło dziennikarzy, którzy dzięki swej wiedzy i kontaktom byliby w stanie przewidywać podobne kryzysy.

Dziś media są bez porównania słabsze kadrowo i intelektualnie niż jeszcze rok temu. Od dawna nie ma już mowy o tym, żeby młodzi dziennikarze uczyli się od starszych, o relacji uczeń – mistrz nie wspominając. Teraz zanika w redakcjach podstawowa pamięć instytucjonalna.
Efekty tych zmian już widać — młodzi, nieprzygotowani reporterzy mało znaczące wypowiedzi polityków potrafią umieścić na czołówkach internetowych portali, przez co z miejsca lądują one w rankingu „najczęściej czytane”. Czy to coś daje czytelnikowi? Nie. Czy coś istotnego wnosi do sprawy? Nie. Czy daje klikalność? — tak.
Mimo informacyjnej powodzi, widz, słuchacz czy czytelnik dziś dowiaduje się z mediów mniej niż jeszcze kilka lat temu. Coraz mniej.

Po czwarte, zaściankowość właścicieli

Coraz częściej media dostają się w ręce ludzi bez doświadczenia na tym specyficznym rynku, wymagającym zrozumienia, że redakcja to nie jest po prostu fabryka informacji, że dziennikarstwo to szczególna misja społeczna. Dotyczy to zarówno polskich, jak i zagranicznych właścicieli obecnych na polskim rynku. Obserwuję od lat przekształcenia własnościowe w mediach i ze smutkiem muszę stwierdzić, że w większości przypadków obowiązuje kopernikańska zasada — zły pieniądz wypiera lepszy, zły właściciel zastępuje lepszego.

Nie chcę pisać o konkretnych firmach, zresztą taka postępująca zaściankowość właścicieli mediów to zjawisko powszechne. Coraz częściej poważne redakcje, o ugruntowanej wieloletniej pozycji, kupują ludzie, którym media służą do załatwiania własnych interesów. To niebezpieczna tendencja. Po pierwsze, tacy właściciele są gotowi posunąć się nawet do ingerowania w zawartość merytoryczną mediów. Po wtóre — nie gwarantują posiadanym redakcjom należytego rozwoju, bo media nie są dla nich inwestycją długofalową i często nie mają oni nawet dla nich odpowiedniego know-how.

Duże zagraniczne koncerny, zapewniające dziennikarzom niezależność i dobre warunki pracy, albo nie weszły do naszego kraju, albo się z Polski wycofały, albo znacznie ograniczyły swoją działalność.

Po piąte, tabloidyzacja

Może mi się to nie podobać — i nie podoba mi się — ale najwięcej czytelników zyskały w Polsce tabloidy, takie jak „Fakt” i „Super Express”. To ich okładki oddają emocje, które podziela większość Polaków. I to wskazówkami bulwarówek politycy kierują się w pierwszej kolejności.

Mierżą mnie te prymitywne „ustawki”, kiedy gazety tego typu dogadują się z osobami publicznymi na zdjęciowe sesje, udając, że fotografowanie było potajemne. Śmieszą mnie głupawe teksty i całkowicie zmyślone tematy. Ale smuci — że ludzie tego chcą. Chcą: wieloryba w Wiśle, jeziora pełnego wódki w Wielkopolsce, latającej krowy na Opolszczyźnie, kobiety porażonej przez wibrator zrobiony z miksera oraz psa, który postrzelił myśliwego.

Brukowce rozpoczęły proces tabloidyzacji dziennikarstwa. Ale papka składająca się z sensacji, przemocy i seksu doprawionych idiotyzmem coraz częściej zalewa także inne media. W ostatnim czasie większość nowych tytułów na polskim rynku magazynów to pisma plotkarskie, bez żadnej wartości informacyjnej. Wśród najpopularniejszych portali internetowych wiele jest takich, które oferują głównie krzykliwe linki i ploteczki z życia gwiazd. Telewizje ścigają się na programy interwencyjne, z których większość to po prostu pełnoekranowe wydania tabloidów. Tak pokazać można wszystko. Dowód — występy pewnego prestidigitatora przekonującego co dzień w jednej z telewizji informacyjnych, że świat wygląda tak, jak on go widzi. Może świat pokazywany tabloidowym okiem jest intrygujący, tyle, że nieprawdziwy.

Po szóste, upolitycznienie dziennikarzy

Czytając, słuchając i oglądając coraz częściej się zastanawiam, czy niektórzy naprawdę myślą to, co mówią. Ostry konflikt polityczny przeniósł się z Sejmu na łamy gazet i do umysłów dziennikarzy. Wojenki polityków, często teatr na użytek wyborczej tłuszczy, są zupełnie poważnie i ze srogimi minami podchwytywane przez ich dziennikarskich wyznawców.

Wielu dziennikarzy stało się tak przewidywalnych w swych ocenach, że ocierają się o śmieszność, bezkrytycznie podążając za swym wybranym partyjnym liderem, powielając ich wszelkie polityczne, a nawet emocjonalne wybory.

Konflikt, który tlił się od 2005 r. i rozgorzał za czasów premierostwa Jarosława Kaczyńskiego, przeorał polskie media, a Smoleńsk wykopał między dziennikarzami polityczny rów, który wydaje się nie do zakopania.

Najsmutniejsze jest jednak to, że opłaca się być dziennikarzem upolitycznionym. Lista wypłat w publicznych mediach pełna jest ludzi, którzy znaleźli się tam dzięki protekcji swych politycznych kumpli. Upolitycznienie polskich mediów stanowi, moim zdaniem, jedno z głównych zagrożeń, z którym będą musiały one zmierzyć się w przyszłości. Wcale jednak nie musi być tak ono przecież postrzegane przez większość czytelników, widzów czy słuchaczy.

Kilka miesięcy temu byłem na spotkaniu z Carlem Bernsteinem, legendą amerykańskiego dziennikarstwa, człowiekiem, który wraz z redakcyjnym kolegą z „The Washington Post” Bobem Woodwardem ujawnił aferę Watergate, zmuszając do dymisji prezydenta USA Richarda Nixona. Na spotkaniu Bernstein powiedział coś, co zaintrygowało wszystkich uczestników, wśród których byli dziennikarze różnej specjalności. Jego zdaniem internet przyspieszył rewolucję, jaka dokonała się wśród odbiorców mediów. Na czym ona polega? Dziś ludzie nie szukają w mediach informacji maksymalnie zobiektywizowanej, coraz rzadziej oczekują od dziennikarzy interpretacji wydarzeń, lecz jedynie potwierdzenia swoich przekonań – czytają, słuchają i oglądają głównie to, z czym się zgadzają. Reszta coraz mniej ich interesuje. Z tego punktu widzenia upolitycznienie dziennikarzy to naturalna droga rozwoju mediów. Ale w takim razie ja wysiadam przed następną stacją.

Po siódme, organa ścigania i wymiar sprawiedliwości

Od niemal 10 lat bez przerwy moje nazwisko znajduje się na wokandzie. Przez tę dekadę zdołałem wygrać sporo procesów z ludźmi, którzy czuli się urażeni moimi tekstami. Ale zwycięstw nikt mi nie liczy. Odlicza się za to każdy proces, który przegrałem.

Problem polega na tym, że po tylu latach nie mogę powiedzieć, iż ufam sądom. I nie jest to wcale przejaw frustracji. To punkt wyjścia do tezy, że korporacja sędziowska ponosi sporą odpowiedzialność za potworne osłabienie dziennikarstwa, zwłaszcza śledczego. Wskutek wyroków bywałem już uznawany za lobbystę koncernów farmaceutycznych, oszczercę wobec prawników forsujących podejrzane zapisy w treść ustaw, a nawet za człowieka, który załatwiał na Pomorzu Zachodnim grunt pod fabrykę rybek w puszkach.

I nie tylko ja miałem takie przygody. Większość dziennikarzy śledczych obrywała od sądów znacznie ponad miarę.

Jeśli dołożyć do tego fakt, że Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodne z Konstytucją przepisy pozwalające skazywać dziennikarzy za ich publikacje wedle kodeksu karnego, to można uznać, że korporacja sędziowska po prostu nie lubi mediów.

Jest jeszcze problem: inwigilacja dziennikarzy. W ostatnich latach prokuratura i specsłużby niemal hurtowo sięgają po billingi dziennikarzy, śledzą miejsca naszego pobytu, próbują czytać smsy. Mają w nosie dziennikarską tajemnicę, a ta jest przecież gwarantowana przez obowiązujące prawo. Nasi informatorzy dostają sygnał następującej treści: „redaktorów może nie dopadniemy, ale was znajdziemy na pewno”.

Po niemiłych doświadczeniach z sądami i organami ścigania w ostatnich latach, dziś bardzo mało redakcji decyduje się na to, by utrzymywać dziennikarstwo śledcze i ponosić konsekwencje kontrowersyjnych tekstów. W czasach kiedy pracowałem w „Rzeczpospolitej” było inaczej. W tej chwili – mam wrażenie – takich redakcji po prostu nie ma. Dziennikarz śledczy potrzebuje kilku miesięcy, żeby zrobić swój materiał, więc na co dzień mniej materiału dostarcza do gazety. A kiedy w sądach czasem przegrywa — a wszystkich spraw wygrać w polskich sądach nie sposób — to znaczy, że trzeba za to zapłacić.
Niektóre redakcje próbują – co mnie zadziwia – wpisać dziennikarzom do umów klauzulę, że w razie przegranych procesów z powodu napisanych przez nich tekstów, to oni będą płacić kary procesowe. Zapis taki jest równoznaczny z wyrokiem śmierci dla dziennikarstwa śledczego. Jako dziennikarz „Rzeczpospolitej”, ceniłem ją za to, że kiedy przegrałem proces i trzeba było zapłacić grzywnę, to płaciła redakcja.
Wielu dziennikarzy śledczych odeszło z zawodu albo zmienili specjalizację. Nie ma Grześka Indulskiego, Leszka Kraskowskiego, Anki Marszałek, przestał pisać Jurek Jachowicz, zaś Wojtek Cieśla, Paweł Reszka i Michał Majewski coraz częściej piszą o polityce; Bertold Kittel odszedł do programu reporterskiego w telewizji. Moim zdaniem dziennikarstwo śledcze umarło przez polskie sądy i przez sytuację w redakcjach, a nie dlatego, że jest mniej tematów, którymi powinno się ono zająć, niż było dawniej.
Afery podobne do tych, o jakich dziś jest głośno — korupcja w MSWiA, w Orlenie czy przy wydawaniu koncesji na gaz łupkowy — kiedyś potrafili wykryć i ujawnić właśnie dziennikarze. Dziś media są zachowawcze – efekt prestiżowy ewentualnej publikacji tego typu jest niewielki, bo materiał z miejsca omówią internetowe portale. A ryzyko zbyt duże, bo można dostać wyrok.

***

Nie wiem, który ze wspomnianych siedmiu grzechów najbardziej wypaczy media w najbliższych latach. Ja najbardziej się boję, że zadziała uderzająca mieszanka, mutacja, która odmieni media na trwałe — i na gorsze.

Nie ma łatwych recept, które mogłyby z miejsca naprawić tę sytuację, ja na pewno nie pokuszę się na ich wypisanie. Nie potrafię też powiedzieć, w jakim kierunku zmierzają te wszystkie zmiany. Ale wiem jedno: nie zamierzam stać się sprowincjonalizowanym i upolitycznionym zarządcą contentu w stabloidyzowanym medium znajdującym się we władaniu zaściankowego właściciela.


Artykuł jest częścią bloku tekstów o przyszłości mediów przygotowanych przez Fundację MediaTory LAB  – Forum Przeszłości Dziennikarstwa i miesięcznik „Znak”. Oprócz Andrzeja Stankiewicza swoje prognozy dla mediów i dziennikarstwa przedstawiają m.in. Zygmunt Bauman, Piotr Sztompka i Nic Newman.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata