70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawda miłości

Wyznawać miłość to przechodzić od zdarzenia-spotkania do początku konstrukcji prawdy; to zatrzymywać przypadek spotkania w formie początku. Miłosne wyznanie jest przejściem z przypadku w przeznaczenie, i właśnie dlatego jest ono tak niebezpieczne oraz naładowane wielkim lękiem.

Już Platon dostrzegł szczególną więź łączącą miłość i prawdę. W jakim sensie, według Pana, miłość jest „procedurą prawdy”?

Twierdzę, że miłość rzeczywiście jest tym, co w moim filozoficznym żargonie nazywam „procedurą prawdy”, czyli że jest doświadczeniem, w którym konstruowany jest pewien typ prawdy. Ta prawda jest po prostu prawdą o Dwojgu. Prawdą o różnicy jako takiej. I myślę, że miłość – którą nazywam „sceną Dwojga” – jest tym doświadczeniem. W tym sensie wszelka miłość, która zgadza się na próbę, która zgadza się na trwanie, i która zgadza się właśnie na doświadczanie świata z punktu widzenia różnicy, tworzy na swój sposób nową prawdę o różnicy. I właśnie dlatego cała ludzkość interesuje się prawdziwą miłością, jakkolwiek ta miłość miała być na pozór skromna i ukryta. Wiemy dobrze, że historie miłosne pasjonują wszystkich! Filozof powinien zapytać: dlaczego one nas tak pasjonują? Skąd się biorą te wszystkie filmy, romanse, piosenki w całości poświęcone historiom miłosnym? Jeżeli historie te mają tak ogromną publiczność, to widocznie dlatego, że w miłości jest coś uniwersalnego.

Uniwersalne zaś jest to, że każda miłość proponuje nowe doświadczenie prawdy, która jest prawdą o byciu dwoma, a nie jednym. To, że świat może być napotykany i doświadczany inaczej niż poprzez samotną świadomość – na to właśnie wszelka miłość dostarcza nam za każdym razem nowego dowodu. Oto dlaczego kochamy miłość.

Św. Augustyn powiada: kochamy kochać, lecz kochamy również po to, aby inni kochali. Jest tak dlatego, ponieważ kochamy prawdy [les vérités]. Oto co nadaje sens filozofii: ludzie kochają prawdy, nawet jeżeli nie wiedzą, że je kochają.


Wydaje się, że prawda, o którą tu chodzi, powinna być wypowiedziana. Pana zdaniem etap wyznania jest w miłości konieczny. Dlaczego wypowiedzenie miłości jest takie ważne?

Ponieważ wyznanie wpisuje się w strukturę zdarzenia. Na początku jest spotkanie. Tym, co rozpoczyna miłość, jest całkowicie przygodny i przypadkowy charakter spotkania. Mamy tutaj do czynienia z grami [les jeux] miłości i przypadku. I rzeczywiście, są one nieuniknione. Jednak aby rozpoczęło się trwanie, przypadek musi zostać w pewnym momencie unieruchomiony. To jest bardzo skomplikowany, quasi-metafizyczny problem: w jaki sposób czysty przypadek miałby się stać – na samym początku – punktem zaczepienia konstrukcji prawdy? Jakim sposobem owa rzecz, która zaiste nie była przewidziana i wydaje się związana z nieprzewidywalnymi perypetiami egzystencji, staje się jednak pełnym sensem dwóch dobranych w parę i zmieszanych ze sobą żywotów, które mają zrealizować doświadczenie stałego (od)rodzenia się świata za pośrednictwem różnicy spojrzeń? Jak przechodzimy od czystego spotkania do paradoksu jednego świata, w którym okazuje się, że jest nas dwoje? Jest to, prawdę mówiąc, bardzo tajemnicze. Tajemniczość ta stanowi skądinąd pożywkę dla narosłego wokół kwestii miłości sceptycyzmu. Po co – pytają – mówić o wielkiej prawdzie całkowicie banalnego faktu, że oto ktoś spotkał kolegę lub koleżankę z pracy? Otóż to właśnie należy podkreślić: zdarzenie pozornie nieznaczące, które w rzeczywistości jest jednak – w mikroskopijnym życiu – zdarzeniem radykalnym, jest – w swojej uporczywości i w swoim trwaniu – nośnikiem uniwersalnego znaczenia. Mimo to prawdą jest, że „musimy zatrzymać przypadek”. Jak wyraził się Mallarmé: „Nareszcie zatrzymaliśmy przypadek…”. Nie powiedział tego w stosunku do miłości, lecz w odniesieniu do wiersza. Możemy jednak równie dobrze zastosować to stwierdzenie do miłości oraz do miłosnego wyznania wraz z dotkliwymi trudnościami i rozmaitymi niepokojami, z którymi są one związane. Zresztą pokrewieństwo pomiędzy wierszem a miłosną deklaracją jest dobrze znane. W obu przypadkach istnieje ogromne ryzyko, którym obciążony zostaje język. Chodzi o wypowiedzenie słowa, którego skutki dla egzystencji mogą być właściwie nieskończone; i to też jest pragnieniem wiersza – aby najprostsze wyrazy wprowadzały intensywność niemal nie do zniesienia.

Wyznawać miłość to przechodzić od zdarzenia-spotkania do początku konstrukcji prawdy; to zatrzymywać przypadek spotkania w formie początku.

A to, co się tutaj zaczyna, trwa zwykle tak długo – naładowane nowością i doświadczeniem świata – że retrospektywnie jawi się już nie jako przygodne i przypadkowe, jak na samym początku, lecz jako konieczność. Oto jak przypadek zostaje zatrzymany: absolutna przygodność spotkania kogoś, kogo wcześniej nie znałem, przybiera postać przeznaczenia. Miłosne wyznanie jest przejściem z przypadku w przeznaczenie, i właśnie dlatego jest ono tak niebezpieczne oraz naładowane wielkim lękiem. Skądinąd do miłosnego wyznania może dochodzić wiele razy, może ono być rozciągnięte w czasie, rozproszone, zmieszane, skomplikowane, deklarowane i redeklarowane wciąż na nowo. To jest moment, w którym przypadek zostaje zatrzymany. Kiedy mówi Pan sobie: „To, co się tutaj dzieje, to spotkanie, epizody tego spotkania – mam zamiar jej to wszystko wyznać. Wyznam jej, że stało się tutaj coś – w każdym razie dla mnie – co mnie angażuje”. I oto: kocham cię. Jeżeli „kocham cię” nie jest tylko sposobem na pójście z kimś do łóżka, co może mieć miejsce, jeżeli więc nie jest ono takim podstępem, to czym jest? Co zostaje tutaj powiedziane? Wcale nie jest prosto powiedzieć „kocham cię”. Przyzwyczailiśmy się uważać to krótkie zdanie za całkowicie zużyte i nieznaczące. Skądinąd zdarza się, że zamiast mówić „kocham cię”, wolimy posłużyć się innymi słowami, bardziej poetyckimi lub mniej zużytymi. Lecz zawsze po to, aby powiedzieć: z tego, co było przypadkowe, wydobędę coś całkiem innego. Wydobędę zeń jakieś trwanie, jakąś uporczywość, jakieś zaangażowanie, jakąś wierność. Jak widać, posługuję się tutaj słowem wierność, w żargonie filozoficznym, wydobywając je z kontekstu, w którym ono zwyczajowo funkcjonuje. Znaczy ono tutaj właśnie owo przejście od przypadkowego spotkania do konstrukcji możliwie najtrwalszej.

Warto w związku z tym zacytować fragment bardzo pięknego dzieła Andre Gorza, List do D. Historia pewnej miłości, będący wyznaniem miłosnym filozofa do swej żony, Dorine, a także miłosną narracją, która – jeśli mogę tak powiedzieć – przetrwała próbę czasu i której pierwsze zdania brzmią: „Za chwilę będziesz miała osiemdziesiąt dwa lata. Zmalałaś sześć centymetrów, nie ważysz więcej niż czterdzieści pięć kilogramów i jesteś wciąż piękna, powabna i pełna wdzięku. Przeżyliśmy razem pięćdziesiąt osiem lat, a kocham cię bardziej niż kiedykolwiek. W mojej zapadniętej piersi nieustannie odnawia się dławiąca pustka, którą zapełnia jedynie żar naszych ciał”. Jaki sens nadaje Pan wierności?

Czyż wierność nie posiada znaczenia dużo bardziej doniosłego niż obietnica niesypiania z innymi? Czyż nie ukazuje ona dokładnie, że owo początkowe „kocham cię” jest zaangażowaniem, które nie potrzebuje żadnego szczególnego uświęcenia, zaangażowaniem w konstruowanie trwania, ażeby spotkanie zostało uwolnione od przypadku? Mallarmé patrzył na wiersz jak na „przypadek przezwyciężany słowo po słowie”. W miłości wierność wyznacza to długie zwycięstwo: przypadek spotkania przezwyciężany dzień po dniu w wynajdywaniu trwania, w narodzinach świata. Dlaczego mówi się tak często: „będę cię zawsze kochał”? Oczywiście pod warunkiem że nie jest to podstęp. Moraliści z pewnością nie traktowali tego wyznania poważnie, twierdząc, że jest ono nieprawdą. Otóż nie jest prawdą, że jest ono nieprawdą. Są ludzie, którzy kochają się zawsze, i jest ich o wiele więcej, niż się nam wydaje. Wszyscy wiedzą, że decyzja – zwłaszcza jednostronna – o końcu miłości jest zawsze katastrofą, jak gdyby racje ją poprzedzające nie były nieodparte. Porzucenie miłości zdarzyło mi się raz w życiu. To była moja pierwsza miłość, a im bardziej stawałem się świadomy, że porzucenie było błędem, tym bardziej powracałem ku tej inauguracyjnej miłości później, zbyt późno – kiedy śmierć ukochanej była już blisko – lecz z intensywnością i koniecznością niemającymi sobie równych. Potem już nigdy nie wyrzekłem się miłości. Zdarzały się dramaty, rozłąki i wahania, ale już nigdy więcej nie opuściłem miłości. I mam całkowitą pewność, podobnie jak moje ukochane, co do jednego – to było rzeczywiście na zawsze. Jestem głęboko przekonany, że sceptyczna polemika jest niedokładna.

Co więcej, jeżeli „kocham cię” jest zawsze – z wielu względów – oznajmiane jako „kocham cię na zawsze”, to dlatego że faktycznie umieszcza przypadek w rejestrze wieczności. Nie bójmy się tego słowa! Zatrzymanie przypadku jest zapowiedzią wieczności.

I w pewnym sensie wszelka miłość mieni się wieczną: to jest zawarte w wyznaniu… Następnie cały problem polega na wpisaniu tej wieczności w czas. W gruncie rzeczy bowiem miłość jest właśnie tym: wyznaniem wieczności, która powinna się urzeczywistnić lub powinna się rozwinąć – jak tylko może – w czasie. Jest zstąpieniem wieczności w czas. I właśnie dlatego uczucie to jest tak intensywne. Jeżeli usiłowalibyśmy wyrzec się miłości, przestalibyśmy w nią wierzyć, jak to czynią sceptycy, którzy dostarczają nam, mimo wszystko, dużo rozrywki – byłaby to prawdziwa katastrofa podmiotu, i wszyscy o tym wiedzą. Życie – i trzeba to powiedzieć z całą stanowczością – bardzo by wypłowiało. Miłość zatem pozostaje mocą. Mocą subiektywną. Pozostaje jednym z rzadkich doświadczeń, w których – wychodząc od przypadku wpisanego w chwilę – próbujemy projektować wieczność. „Zawsze” jest słowem, za pomocą którego faktycznie wypowiadamy wieczność, ponieważ ani nie możemy wiedzieć, co ma znaczyć to „zawsze”, ani jakie jest jego trwanie. „Zawsze” znaczy „wiecznie”. Po prostu chodzi o zaangażowanie w czas (bo trzeba być Claudelem, żeby wierzyć, że wieczność trwa poza czasem, w bajecznym, pośmiertnym świecie). Ale tego, że wieczność może istnieć w czasie, nawet w czasie życia, dowodzi miłość, której istotą jest wierność w sensie, jaki nadałem temu słowu. Czyli, w gruncie rzeczy, szczęście! Tak, miłosne szczęście jest dowodem na to, że czas może przyjąć wieczność. Podobnie jak dowodzą tego entuzjazm polityczny towarzyszący uczestnictwu w akcji rewolucyjnej, przyjemność, której dostarczają dzieła sztuki, i niemal nadnaturalna radość, której zaznajemy, kiedy nareszcie dogłębnie pojmujemy jakąś teorię naukową.

Załóżmy, że miłość jest nadejściem Dwojga, „sceny Dwojga”. A dziecko? Czy dziecko nie psuje lub czy nie przerywa tej „sceny Dwojga”? Czyż nie jest ono „Jednym”, które łączy „Dwoje” zakochanych, ale również Trzecim, które może ich zarówno zespalać, jak i oddzielać?

To jest bardzo głębokie i interesujące pytanie. Mój przyjaciel Jérôme Benarroch, który jest uczonym Żydem, akceptuje moją tezę dotyczącą miłości tylko do pewnego momentu. Mówi mi zawsze: miłość, tak, to jest przeżycie Dwojga, to jest ich wyznanie, ich wieczność, lecz nadchodzi moment, w którym dowody miłości należy składać w porządku Jednego. Znaczy to, że miłość powinna powrócić do Jednego. A figurą tego Jednego – symboliczną i rzeczywistą zarazem – jest dziecko. Prawdziwym celem miłości jest przecież zaistnienie dziecka potwierdzającego wyższość Jednego. Powyższej obiekcji przeciwstawiłem wiele konstatacji empirycznych, w szczególności tę, że w takim razie należałoby odmówić miłosnego charakteru parom bezpłodnym, parom homoseksualnym itd. Co więcej, powiedziałem mu: w rzeczy samej, dziecko staje się częścią miłosnej przestrzeni jako – mówiąc moim żargonem – punkt. Punkt jest szczególnym momentem, na którym zdarzenie się skupia, w którym musi zostać w pewien sposób rozegrane na nowo, jak gdyby powróciło do formy przemieszczonej, przekształconej, zmuszając nas do „ponownego wyznania”. Punkt pojawia się wtedy, gdy konsekwencje konstrukcji prawdy – jakiekolwiek by były: polityczne, miłosne, artystyczne czy naukowe – zmuszają nas nagle do ponownego dokonania zasadniczego wyboru, podobnie jak na samym początku, kiedy dokonaliśmy akceptacji i wyznania w obliczu zdarzenia. Trzeba na nowo powiedzieć „przyjmuję ten przypadek, pragnę go, biorę go na siebie”. W przypadku miłości, trzeba ponawiać wyznanie, i to na ogół bezzwłocznie. Można powiedzieć: trzeba zdobywać [(re)faire] punkty. I myślę, że dziecko, pragnienie posiadania dziecka, pragnienie rodzenia, jest właśnie tym. Stanowi ono część miłosnego procesu – to oczywiste – jako punkt dla miłości. Wiemy, że narodziny dziecka są dla wszystkich par związane z przeżyciem, jednocześnie, cudowności i trudności. Wokół dziecka, i właśnie dlatego, że jest ono jedno, należy na nowo rozwinąć Dwoje. Para nie będzie mogła nadal doświadczać siebie w świecie tak, jak to robiła wcześniej, zanim została skonfrontowana z tym punktem. Wcale nie zaprzeczam sekwencyjności miłości, inaczej mówiąc, nie zaprzeczam jej rozwojowi. Są punkty, próby, pokusy, nowe przejawy, w każdym razie trzeba wciąż na nowo rozgrywać „scenę Dwojga”, odnajdując słowa dla nowego wyznania. Pierwotnie zadeklarowana miłość musi również być „redeklarowana”. Oto dlaczego miłość inauguruje dotkliwe kryzysy egzystencjalne, podobnie jak wszelka procedura prawdy. Z tego punktu widzenia widać wyraźnie, jak niewiele dzieli miłość od polityki.

 

Tłumaczył Marcin Polak

 

Rozmowy stanowią fragment książki Éloge de l’amour, która ukazała się nakładem wydawnictwa Flammarion w 2009 r.

 

ALAIN BADIOU – filozof, pisarz i dramaturg francuski, emerytowany profesor Sorbony. Jest twórcą oryginalnej ontologii wyłożonej w dwutomowym dziele: L’Être et l’Événement (Byt i zdarzenie, tłum. Paweł Pieniążek) i Logique des mondes. L’Être et l’Événement 2. Zajmuje się także postmarksistowską filozofią społeczną, filozofią polityki, filozofią miłości i filozofią sztuki.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata