70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polityka jak literatura?

Poznawcza i twórcza niemoc formalizmu redaktorów „Pressji” wynika z braku uniwersalnej wizji politycznej

W najnowszym numerze „Pressji” Paweł Rojek prezentuje własną propozycję filozoficzno-polityczną, którą nazywa „konserwatywnym awangardyzmem”. Swoje stanowisko umieszcza w kontekście dwóch skrajnych koncepcji sztuki: platońskiego realizmu i konstruktywistycznej awangardy. Zabieg ten budzi zastrzeżenia z kilku powodów.

Po pierwsze, Rojek rozumie awangardę zbyt wąsko, nie uwzględniając przemian, którym podlegała sztuka współczesna, po drugie, naiwnie zakłada możliwość powszechnego konsensusu w kwestii ustalenia granicy pomiędzy naturą a kulturą, po trzecie, przyjmuje optymistyczną koncepcję natury ludzkiej, pomijając psychologiczne uwarunkowania polityków i nie dostrzegając oczywistych perwersji życia politycznego.

Ontologiczny realizm wiąże się z postawą artystyczną, którą Platon nazwał mimesis (artysta zasadniczo naśladuje rzeczywistość, która istnieje niezależnie od jego decyzji), ontologiczny antyrealizm awangardy natomiast – z postawą nazywaną współcześnie konstruktywizmem (artysta dowolnie przekształca rzeczywistość). Rojkowi, który nawiązuje do książki Borisa Groysa, Stalin jako totalne dzieło sztuki (2010), chodzi o połączenie ontologii i estetyki z teorią polityczną. Rozumowanie redaktora „Pressji” przebiega następująco: zgodnie z platonizmem, państwo powinno być tworzone przez filozofa-artystę, który w swojej twórczej aktywności naśladuje naturę (idee); zgodnie zaś z konstruktywizmem – przez tyrana-artystę (wzorcowym przykładem jest tutaj Stalin), który nie naśladuje, lecz tworzy porządek społeczny mocą własnej decyzji (popartej mocą służb specjalnych i wojska).

Z recenzji Rojka dowiadujemy się, że Boris Groys proponuje postmodernistyczne wyjście z konstruktywistycznego pojmowania polityki, polegające na rozproszeniu tyranii jednej wizji w wielości małych narracji. Z kolei prezentowane przez Rojka rozwiązanie dylematu realistyczno-konstruktywistycznego, prowadzące w jego mniemaniu do wyjścia z modernistycznego impasu, polega na połączeniu przednowoczesności z ponowoczesnością. W bliższej charakterystyce „konserwatywnego awangardyzmu” istotne staje się pojęcie niedookreślenia, które Rojek odnosi do natury ludzkiej: „Natura człowieka nie jest w pełni dookreślona i może być dopełniana przez kulturę na rozmaite, równoprawne sposoby” (s. 55). Okazuje się jednak, że mieszanie się kultury z naturą dokonuje się w określonych, naturalnych granicach, a miejsca niedookreślone obecne są nie tylko w naturze ludzkiej, lecz także w porządku społecznym. Są to obszary, w których możliwa jest ingerencja kultury w naturę – domeny wolności, twórczego konstruowania. Powyższe rozumowanie przebiega spójnie, zakłada jednak zbyt wąskie rozumienie awangardy, która była niejednolitą i dynamicznie zmieniającą się formacją artystyczną XX w. Postawa konstruktywistyczna, promowana przez autora „Pressji”, była stosunkowo wczesnym jej stadium. Przemiany pojęcia awangardy dokonywały się w kierunku rozszerzenia jego znaczenia o destruktywizm i transgresję.

Artyści awangardowi eksperymentują nie tylko z kulturą (dokonując np. krytyki dotychczasowej koncepcji sztuki), ale także z naturą, ponieważ żywotnym źródłem twórczości awangardowej (które zdaniem wielu krytyków sztuki, filozofów oraz artystów, zdążyło już wyschnąć) jest bunt (tego słowa brakuje w tekście Rojka) zarówno przeciwko kulturze, jak i przeciwko naturze, które są w epoce ponowoczesnej (czyli dziś) przemieszane, właśnie z powodu wielości kulturowych propozycji odnośnie ustalenia granic natury. Rojek występuje jako tradycjonalista niedostrzegający nowoczesnych dziejów awangardy, o której wyczerpaniu i niemożliwości w społeczeństwie ponowoczesnym pisał Zygmunt Bauman już w roku 1994 (Ponowoczesność, czyli o niemożliwości awangardy, „Teksty Drugie” 1994, nr 5-6).

Pokusa estetyzacji

Autor eseju, sytuując się na pozycjach umiarkowanie konserwatywnych, przyjmuje zarazem życzeniową perspektywę patrzenia na człowieka i na porządek społeczny jako na dzieło sztuki, ale nie dzieło sztuki awangardowej (problematyczne jako takie od czasu happeningu), lecz dzieło sztuki literackiej w sensie nadanym mu przez Romana Ingardena.

Zgodnie z koncepcją Ingardena, świat przedstawiony w dziele literackim składa się z przedmiotów schematycznych, zawierających miejsca niedookreślenia, dookreślane każdorazowo w akcie lektury. Kiedy czytam zdanie: „Kobieta w żółtej sukience przechodzi na drugą stronę ulicy”, to wyobrażenie kobiety, powstające w moim umyśle w procesie czytania, zostaje wytworzone w ramach warunków brzegowych, narzuconych mi przez ogólną treść zdania. Umiarkowany konserwatysta uzna, że jestem dobrym (od)twórcą, jeżeli pod wpływem lektury powyższego zdania wyobraziłem sobie np. kruczowłosą mulatkę, wzrostu około 170 cm, stukającą obcasami o bruk mokry i lśniący od deszczu (tak dookreślam ogólne pojęcia kobiety i ulicy), ale potępi mnie, jeżeli pod wpływem tej samej lektury wyobrażę sobie mężczyznę w czarnym płaszczu lecącego balonem na Księżyc. W tym drugim przypadku będę, w oczach wspomnianego konserwatysty, przesadnie twórczy, ponieważ przekroczę obiektywne (zapisane uprzednio w dziele) „warunki brzegowe”.

Umiarkowany konserwatysta patrzy na porządek społeczny i na naturę ludzką z perspektywy biernego odbiorcy literatury. Twórczość, o jakiej mówi, jest twórczością pilnego czytelnika. W ujęciu Rojka, politycy są więc czytelnikami, a nie realistycznymi malarzami czy awangardowymi artystami. Trzeba umieć czytać naturę, trzeba trafnie rozpoznawać „obiektywne warunki brzegowe”, nakładane przez naturę na kulturowy proces tworzenia przedmiotów estetycznych, jakimi są ludzie i porządki społeczne… I w tym miejscu zaczynają się piętrzyć trudności.

Aby stać się czytelnikiem dzieła literackiego, wystarczy poznać język, w jakim zostało ono napisane; ale w jakim języku zostało zapisane dzieło natury ludzkiej, a w jakim porządku społecznego? Jak mamy je czytać? I czy odpowiedzi na te pytania nie są z konieczności zapośredniczone w kulturze? Czy obiektywność warunków brzegowych nie zostaje tutaj zakwestionowana? Co jest obiektywnym warunkiem dla teisty, nie jest nim dla ateisty. Co jest obiektywnym warunkiem dla optymisty, nie jest obiektywnym warunkiem dla pesymisty, co jest obiektywne dla prawicy, nie jest takie dla lewicy itd.

Paweł Rojek w całym eseju używa tylko jednego słowa (tyran), które wskazuje na to, że Stalin był kimś więcej niż tylko „awangardowym artystą”, trudno w tym neutralnym opisie nie dostrzec perwersyjnego rozkoszowania się owocem zakazanym. Jednak Stalin był także ludobójcą, który pozbawił życia kilkadziesiąt milionów ludzi. Proponowana przez Rojka estetyzująca perspektywa patrzenia na politykę łączy się u niego z tendencją do zaniedbywania etyki życia politycznego oraz do niedostrzegania negatywnych motywacji polityków. W tym miejscu ponownie mnożą się pytania i wątpliwości: Czy te negatywne motywacje nie wchodzą w skład domniemanych „warunków brzegowych” życia politycznego (niezależnie od tego, czy uznamy je za naturalne, czy kulturowe)? Czy nie jest tak (zawsze – nawet jeżeli nie z konieczności, to przynajmniej w oparciu o statystykę i psychologiczne prawdopodobieństwo), że politycy są żądni władzy (i pieniędzy), a nie po prostu niedookreśleni? Czy nie jest tak, że w celu zdobycia lub utrzymania władzy posuwają się do manipulacji, oszustwa, fałszerstwa, krzywoprzysięstwa, a nawet ludobójstwa?

Poza refleksją nad złożonością pojęcia awangardy, w artykule Rojka zabrakło również refleksji nad negatywnym aspektem polityki, której psychologiczne uwarunkowania mogą uniemożliwiać radosną twórczość optymistów, czyniących z człowieka plastyczny materiał, podatny na dobroczynny wpływ twórców kultury, zabrakło więc lekcji Hobbesa i Machiavellego.

„Przewrót kopernikański”?

Dwa inne teksty zamieszczone w XXV Tece „Pressji”, którym chciałbym się bliżej przyjrzeć, to powiązane ze sobą tematycznie eseje Wojciecha Czabanowskiego i Błażeja Skrzypulca: Sławomir Sierakowski a liberalny konsens oraz Polityka epistemiczna. Pierwszy tekst jest próbą krytycznego opracowania ewolucji światopoglądowej redaktora naczelnego lewicowej „Krytyki Politycznej”, natomiast zamysł tekstu drugiego jest bardziej ambitny i sprowadza się do prezentacji kryteriów klasyfikacji poglądów politycznych. W eseju tym autorzy proponują własne, postmodernistyczne (ich zdaniem) podejście do polityki. Swoje analizy rozpoczynają od pytania: „Co to właściwie jest lewica?” (s. 90). Poszukując odpowiedzi, odwołują się najpierw do „mapy Nolana”.

Zgodnie z koncepcją Davida Nolana (amerykańskiego libertarianina), poglądy lewicowe wyróżnia interwencjonizm gospodarczy i progresywizm obyczajowy, natomiast poglądy prawicowe – liberalizm gospodarczy i obyczajowy konserwatyzm. Jak trafnie zauważają autorzy, taki podział sceny politycznej był aktualny w XIX w., natomiast w XX świat polityki należy podzielić inaczej, dlatego też Nolan zmodyfikował swoją koncepcję, i poglądy indywidualistyczne (w terminologii Nolana: libertariańskie), charakteryzujące się liberalizmem gospodarczym i progresywizmem obyczajowym, przeciwstawił poglądom populistycznym (konserwatyzm obyczajowy i interwencjonizm gospodarczy).

Czabanowski i Skrzypulec przykładają siatkę pojęciową Nolana do rzeczywistości polskiej, w wyniku czego otrzymujemy następujący podział społeczeństwa: poglądy indywidualistyczne prezentują szczęśliwe dzieci globalizacji, czyli Młodzi Wykształceni z Wielkich Miast, natomiast nieszczęśliwymi posiadaczami poglądów populistycznych są „grupy upośledzone ekonomicznie i informacyjnie, które nie korzystają z dobrodziejstw globalizacji” (s. 92). Autorzy Polityki epistemicznej słusznie uznają, że dychotomiczny podział Nolana jest zbyt prosty i nie nadaje się do opisywania złożonej rzeczywistości politycznej, dlatego proponują własne kryteria, zgodnie z którymi należałoby, ich zdaniem, opisywać sferę publiczną. Swoją propozycję nazywają „przewrotem kopernikańskim” w myśleniu o polityce, polegającym na przejściu od perspektywy metafizycznej (przedmiotowej), w której mówi się, jaka rzeczywistość jest i jaka powinna być, do perspektywy epistemicznej (podmiotowej), w której problematyzuje się i dookreśla sposób postrzegania polityki przez osoby w nią zaangażowane.

Czabanowski i Skrzypulec wyróżniają pięć kryteriów epistemicznych, które zostają przez nich sformułowane jako odpowiedzi na pytania dotyczące elementarnego nastawienia poznawczego podmiotu, są nimi: informacja ilościowa / informacja jakościowa jako odpowiedź na pytanie o formę uzyskiwania wiedzy o rzeczywistości, materializm / formalizm jako odpowiedź na pytanie o możliwość uzyskania bezpośredniego dostępu do rzeczywistości (materialista uważa, że dostęp taki jest możliwy, natomiast formalista temu przeczy), eksternalizm / internalizm jako odpowiedź na pytanie o właściwy sposób uzasadniania przekonań, ideologia / sposób życia jako odpowiedź na pytanie o sposób organizacji przekonań i wreszcie uniwersalizm / partykularyzm jako odpowiedź na pytanie o zakres stosowalności zdobytej wiedzy.

Wyróżniającą cechą strategii myślowej Czabanowskiego i Skrzypulca jest krytyka pojęcia prawdy. Strategia ta zakłada jednak naiwną interpretację użycia słowa „prawda” przez polityków, którzy – mówiąc o prawdzie, czyli mówiąc, „jak jest” – nie tyle deklarują posiadanie obiektywnej wiedzy o faktach (jak zdają się sądzić redaktorzy „Pressji”), co produkują przekonujące wizje rzeczywistości, przesycone treścią i charakteryzujące się dążeniem do powszechności. Poza tym, Czabanowski i Skrzypulec błędnie określają projekt tego „jak jest i jak powinno być”, jako projekt przynależący do metafizyki utożsamionej przez nich z myśleniem przedmiotowym. Otóż, po pierwsze, w filozofii istnieje coś takiego jak metafizyka podmiotu, po drugie, przyjmując perspektywę subiektywistyczną, także mówi się o tym, „jak jest i jak powinno być”, tyle że to „jest” dotyczy w tym wypadku powyższych podmiotowych kryteriów, czy – mówiąc ogólnie – perspektywy przyjmowanej przez podmiot, a nie „obiektywnej rzeczywistości”. „Jak jest” według autorów? Otóż, nie jest dobrze, ponieważ w głowach polskich polityków dominuje perspektywa (pre)modernistyczna. „Jak powinno być?” W głowach polityków powinno być postmodernistycznie, czyli formalistycznie i partykularystycznie.

Pożądany sposób myślenia miałby być wolny od przekonania o możliwości bezpośredniego kontaktu z rzeczywistością, i co za tym idzie, od możliwości dotarcia do prawdy o rzeczywistości, oraz miałby być partykularystyczny, czyli nie powinien rościć sobie pretensji do powszechnej stosowalności posiadanej wiedzy. Oba wymienione kryteria (formalizm i partykularyzm) wiążą się bezpośrednio z prawdą jako taką, która ma charakter uniwersalny i materialny (autorzy mówią o prawdziwości jako charakterystyce treści zdań o faktach, a nie o prawdziwości beztreściowych formuł tautologicznych).

Powyższe kryteria są też podstawowymi narzędziami wykorzystanymi przez redaktorów „Pressji” do krytyki poglądów Sierakowskiego, który ich zdaniem przeszedł „godną pożałowania ewolucję (…) od formalizmu do materializmu” (s. 99), bo uniwersalistą był od początku i uniwersalistą pozostał, dodam: jak wszyscy wymienieni przez Czabanowskiego i Skrzypulca uczestnicy sfery publicznej.

Polityczne narracje

Lepszym narzędziem do opisu rzeczywistości politycznej niż ujęcie epistemiczne (uprzywilejowujące formalizm) jest – moim zdaniem – narracyjne ujęcie materializmu i uniwersalizmu politycznego. Ludzka wiedza o faktach jest problematyczna, ponieważ – będąc wiedzą partykularną – zostaje od razu wpleciona w ogólniejszą narrację, lub – mówiąc inaczej – fabułę, zwyczajowo nazywaną światopoglądem.

Duży udział w procesie fabularyzacji wiedzy mają język potoczny i wyobraźnia. Treść ludzkich przekonań jest więc przede wszystkim zawartością narracji, a nie naukowym opisem faktów. Dlatego kwestia obiektywnej prawdy nie jest w polityce kwestią osiową – prawda liczy się o tyle, o ile jest narracyjnie funkcjonalna. „My mówimy prawdę, oni kłamią” – takie zdanie, wypowiadane niejednokrotnie przez polityków, proponuję potraktować nie jako deklarację materializmu epistemicznego (w sensie nadanym mu przez Czabanowskiego i Skrzypulca), lecz jako składową pewnej narracji. Przywołując raz jeszcze analogię z dziełem literackim: politycy są pisarzami, twórcami fabuł (pełnych rozmachu wizji o szerokim zasięgu), natomiast wyborcy są czytelnikami i recenzentami dzieł tworzonych przez polityków (czytelnik może oczywiście przedzierzgnąć się w pisarza, czyli może kandydować w wyborach parlamentarnych, ewentualnie zostać publicystą). Poczucie prawdziwości pozostaje jednocześnie ważnym kryterium oceny narracji prezentowanych przez polityków wyborcom, dlatego „prawda” tak często pojawia się w debatach politycznych.

Narracje polityczne są na ogół wielkie, uniwersalne, porywające, ponieważ politycy wiedzą, że, aby zostać prawdziwie wielkim pisarzem, trzeba pisać wielkie powieści.

Autorzy zbiorków opowiadań funkcjonują co najwyżej w drugim obiegu, w sejmikach wojewódzkich, ewentualnie w radach miejskich. Uniwersalizm polityczny jest więc w cenie, ale nie dlatego, że – jak chcą Czabanowski i Skrzypulec – politycy roszczą sobie prawo do posiadania wiedzy o faktach o szerokim zakresie stosowalności, lecz dlatego, że uniwersalizm jest estetycznie porywający, inspirujący, wzniosły (owocem jednej z takich wielkich narracji jest Unia Europejska).

Wyborca ocenia wizję polityczną, odwołując się do lokalnej prawdy własnego otoczenia, dlatego w narracjach politycznych dominuje realizm. Wyborca doskonale wie, czym jest prawda: jest nią wysokość zarobków, wędrówki po urzędach, obowiązek podatkowy, spotkania z innymi ludźmi, relacje w pracy, relacje w rodzinie itd., a wszystko razem powiązane w splot, który jest tym oto konkretnym życiem tego oto konkretnego obywatela. Polityk proponuje takiemu wyborcy opowieść o tym, jak jest i jak powinno być, i wyborca ocenia, czy w tej opowieści jest miejsce dla jego prawdy, czy daje ona nadzieję na wzrost zarobków, poprawę funkcjonowania urzędów, poprawę relacji w pracy, w rodzinie itd. Jeżeli wyborca uznaje, że polityk trafnie opisuje jego warunki życia, jeżeli więc proponuje mu przekonujące – bo wsparte na trafnym rozpoznaniu tego, co jest – sposoby poprawy tych warunków, wtedy oddaje na takiego polityka głos. Jeżeli zaś wyborca nie ma nadziei na poprawę warunków życia, a żadna z proponowanych mu przez polityków opowieści o rzeczywistości nie przystaje do tego, co dla niego samego jest rzeczywiste, wtedy frekwencja wyborcza spada, ewentualnie do władzy dochodzą twórcy groteski i autorzy kryminałów.

Rzeczywistą treścią życia polityków, która odróżnia ich prawdę od prawdy wyborców, jest władza. W celu jej zdobycia kandydaci na polityków muszą poznawać swoich wyborców, ich rzeczywistość i mówić im o możliwych sposobach jej ulepszania, dowodząc tym samym, że tę rzeczywistość rozumieją. Proponowany przez Czabanowskiego i Skrzypulca formalizm jest zaprzeczeniem takiej postawy.

Tendencja krytyczna nie może być absolutyzowana pod postacią rezygnacji z treści i powszechności. Tam, gdzie do takiej absolutyzacji dochodzi, krytyka staje się jałowa. Prezentowany przez redaktorów „Pressji” ideał partykularyzmu jest wyrazem braku uniwersalnej wizji politycznej, a z tego braku wynika też sympatia do formalizmu. Jednak jeżeli opuścimy abstrakcyjną chmurę, w której próbują nas umieścić autorzy Polityki epistemicznej i przyjrzymy się rzeczywistemu działaniu politycznemu i rzeczywistemu życiu wyborców, okaże się, że treściowo „pusty” polityk-formalista jest figurą utopijną, i że w rzekomo formalistycznych postawach polityków Platformy Obywatelskiej (PO) i liberalnej elity należałoby raczej poszukać atrakcyjnych wątków fabularnych. Demokratyczna różnorodność sceny politycznej zapobiega totalitaryzmowi, który jest kwintesencją przemocy i monstrualnym zwyrodnieniem polityki. Jednak wizje poszczególnych stronnictw są uniwersalne i wypełnione treścią, dlatego przemocy z debaty politycznej usunąć się nie da, lecz można (i należy) ją minimalizować. Stąd ewolucja Sierakowskiego od formalizmu do materializmu, uznana przez autorów „Pressji” za „godną pożałowania”, jest całkowicie zrozumiała – polityk, czy intelektualista z ambicjami politycznymi, chce działać w żywiole treści, chce pisać dla swoich czytelników, którzy oczekują od niego właśnie prawdy – czyli bycia blisko ich problemów – i dostarczania konkretnych pomysłów dotyczących poprawy życia. Formalizm zaś abstrahuje od problemów i konkretów obywatelskiej egzystencji. Jego zrównująca wszystko, poznawcza i twórcza niemoc wychodzi na jaw w krytyce poglądów Sierakowskiego, jaką Czabanowski i Skrzypulec przeprowadzili w kontekście sporu pomiędzy <> a <>.

W opresjach zakazów

Autorzy prezentują powyższy spór, uznając oba stanowiska za równoprawne wobec ideału polityczności („IP”), który określają – za Sierakowskim – jako sytuację, w której „przedstawiciele wszystkich stanowisk światopoglądowych na równych prawach debatują nad tym, jak zorganizować społeczeństwo, w którym będą mogli razem żyć” (s. 61). Formalistyczna argumentacja autorów przebiega w sposób następujący: Najpierw koncentrują się na pojęciu zakazywania. „Sierakowski, dość nieoczekiwanie, zaraz po omówieniu IP postanawia wykluczyć pewne środowiska spośród tych, które mogą brać udział w pluralistycznej debacie. Autor wprowadza figury <> i <>– okazuje się, że <>, w przeciwieństwie do <>, nie zasługuje na pozycję równoprawnego partnera w politycznej dyskusji. Uzasadnione zostaje to tym, że <>, inaczej niż <>, nie zakazuje innym np. zawierania małżeństw, nie krytykuje ich upodobań seksualnych, itd. (…) Jak nietrudno zauważyć, postulowanie takich ograniczeń stoi w sprzeczności z IP. Bez wątpienia <>ż czegoś zakazuje np. zakazywania innym zawierania małżeństw – a także coś krytykuje – np. cudzą krytykę upodobań seksualnych. W praktyce każde stanowisko światopoglądowe czegoś zakazuje i coś krytykuje, gdyby więc traktować to jako podstawę do wykluczenia z politycznej debaty, w konsekwencji należałoby wykluczyć każde z nich” (s. 61).

Homofob – twierdzą autorzy – zakazuje, gej natomiast zakazuje zakazywania. Jeżeli odrzucilibyśmy stanowiska zakazujące, a dopuścili do debaty stanowiska zakazujące zakazywania, to „otrzymalibyśmy sytuację, w której nie można zakazać nawet łamania postanowień ustalonych w wyniku politycznej debaty” (s. 61). Powyższe rozumowanie jest formalnie spójne, nie ma jednak wartości poznawczej. Gej nie zakazuje przecież zakazywania jako takiego, zakazuje konkretnie, zakazuje np. zakazywania zawierania małżeństw homoseksualnych, ważna jest tutaj konkretna treść zakazu, a nie ogólna forma („zakaz zakazywania”). Po tym wstępnym odwróceniu uwagi od treści sporu, autorzy proponują inne spojrzenie na dylemat geja – homofoba: „Kolejną możliwością jest uznanie, że istotne nie jest zakazywanie, lecz przemoc. <> nie stosuje przemocy wobec <>, to znaczy nie narzuca mu ograniczeń co do sposobu życia. Miałby to czynić <>, np. postulując zakaz homoseksualnych małżeństw. Ponownie jednak trzeba zauważyć, że każde stanowisko z konieczności ogranicza zakres sposobów, na jakie mogą żyć inni ludzie, i brak jest apriorycznych podstaw pozwalających stwierdzić, dlaczego akurat to ograniczenie jest dopuszczalną formą przemocy, a inna musi być uznana za skandaliczną opresję. Wyobraźmy sobie choćby „homofoba”, który nie czuje się dobrze w towarzystwie par homoseksualnych, bądź ateistę, który nie może znieść dźwięku kościelnych dzwonów” (s. 61–62). Powyższe rozumowanie od razu ujawnia swoją absurdalność – wbrew deklaracjom autorów wyczuwamy, że homofob ogranicza geja bardziej niż gej homofoba. Możemy też jasno powiedzieć, na czym polega ta większa przemoc.

Jeżeli homofob źle się czuje w towarzystwie geja, to może po prostu zmienić towarzystwo, więc „opresja” wywierana na nim przez geja nie jest szczególnie dotkliwa; gej nie zakazuje przecież homofobowi zawierania małżeństw (ani nie krytykuje jego upodobań seksualnych). Jeśli pojęcie małżeństwa (czyli wspólnego życia z wybraną osobą, przy czym słowo „życie” należy czytać wraz z całym treściowym bogactwem wzajemnych relacji dwojga ludzi) cokolwiek znaczy, a zatem, jeżeli relacja małżeńska znaczy coś więcej niż relacja pomiędzy pracownikami, relacja pomiędzy znajomymi, ewentualnie relacja pomiędzy obcymi ludźmi mijającymi się na ulicy (a w takich okolicznościach homofob ma najczęściej okazję przebywać w towarzystwie geja), to przemoc zakazu zawierania małżeństw, którą homofob wywiera na geju, jest większa niż przemoc przebywania we własnym towarzystwie, którą gej wywiera na homofobie. Formalistyczny balon zostaje w tym momencie przekłuty: argument o przemocy – wbrew temu, co twierdzą Czabanowski i Skrzypulec – przemawia przeciwko homofobowi. I jeżeli rzeczywiście zależy nam na minimalizacji przemocy, to powinniśmy przeciwdziałać plenieniu się homofobii w świadomości społecznej. Do powyższej konkluzji można było jednak dojść dopiero po uwzględnieniu różnicy znaczeń słów: „małżeństwo” i „towarzystwo”. Sposoby życia są równoważne tylko formalnie, ale życie to przede wszystkim treść. Można żyć w sposób bogatszy (pełen treści) i uboższy, tak jak można stosować przemoc większą lub mniejszą. I można to oceniać.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter