70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dziennik we dwoje

– Miron – mówię bardzo ostrożnie, żeby go nie zrazić – trzeba by jakąś marynarkę. Ta kurtka, to jedyne, co masz na górę.
– Nie jestem przeciwny marynarce. Latem można by nosić. Tylko mnie tą marynarką nie zanudźcie.

22 marca [1976]
Miron dyktuje mi na brajla Obóz ZMP. Nazwa mówi sama za siebie.


23 marca, wtorek
Wieczór, trochę dziś cieplej, zalatuje wiosną. A nad ranem słyszałam fletowego ptaka. Miron mówi, że u niego na Chamowie też już śpiewa. Wchodzę z panem Julianem do Mirona. Słychać muzykę, jakieś kobiece głosy, chlupot wody w łazience. Malina do nas w przedpokoju:
– Są jakieś dwie dziewczyny, obce, zupełnie obce. A Miron się kąpie.
Po chwili Miron wychodzi z łazienki i do mnie szeptem:
– Dowiedz się, kto to są te panie, tobie jako niewidzącej prędzej wypada.
– Może panie nam się przedstawią – proponuję.
Dziewczyny podrywają się, podają mi rękę i wymieniają swoje nazwiska.
– Czy panie pracują? – pytam głupawo, no bo jak inaczej.
– My chodzimy do liceum Kołłątaja na Ochocie. W tym roku zdajemy maturę.
– Aha.
– Na pana wieczorze poznałyśmy Tadeusza Eskiego . On nam powiedział, że możemy przyjść w jakiś wtorek – objaśnia śmielsza.
– No dobrze, siadajcie, dajcie im ciastek – mówi Miron.
– Od niechcenia do jedzenia – rymikuje pan Julian i podtyka dziewczętom ciastka, bo bardzo lubi młodziutkie panienki.
– Najpierw interesy – oznajmia Miron, bo chce mieć te nudne sprawy z głowy, i zaczyna pakować mi prędko do ręki różne rzeczy.
– To jakieś pismo o telefonie, nic nie rozumiem. To z Paryża, ta pani chce tłumaczyć moje wiersze, a to moja odpowiedź, zgadzam się, bo mnie podebrała – śmieje się. – Napisała do „największego poety”, zaraz wyślij.
– Dobrze.
– To do szpitala, bo chcą, żebym za leżenie zapłacił 2 tysiące. Odpowiadam, że u nas literaci są od lat ubezpieczeni. Te pieniądze na wydatki na machiny – pakuje mi w garść większą sumę. – A to dokończenie Obozu ZMP.
– Jakim sposobem? Maszynopis?
– Tak. Od ciebie w nocy pojechałem na Żoliborz, i to taksówką, żeby prędzej, i podyktowałem Romanowi. Roman od razu usiadł i pisał.
Nadciąga Berbera z butelką wina, Paulina i moja Ania . Rozmowa schodzi na wieczór autorski Mirona.
– To był wieczór Sandauera – mówi Miron.
Paulina i Ania wdają się w iblowską rozmowę.
– Strukturaliści uważają, że wszystkim jest słowo, forma – wykłada Paulina.
A ja z tapczanu, sennie półleżąc, bo mnie wino Berbery zawsze usypia:
– A słowo ciałem się stało…
– Tak, tak, najpierw był duch, unosił się, a dopiero potem słowo, słowo z ciała – mówi Miron.
– No nie – Paulina na to do Mirona – na początku było słowo.
– To w tym jednym wypadku. A tak u ludzi to właśnie na początku ciało.


23 marca, czwartek
Wieczorem przychodzi Miron.
– Byłem u twojej rodziny. Malina nie przyszła, chociaż mnie na to namówiła. Tadka nie było. Ania ciągle mówiła „zaraz przyjdzie, zaraz przyjdzie”. I tak zeszło półtorej godziny. On zobaczy, czy go wpuszczę przed wtorkiem!
– A Justynka?
– Wywieziona na Woronicza. Ania sama z kotem.
– Miron, pani B. przyniosła ten wywiadowy wstęp do tomiku. Życiorys trzeba przeczytać.
– Właśnie – czyta – No tak, „rodzina wrośnięta w Wolę…”.

Akurat. Matka z Freta, chodziła do bieli do Dominikanów, ojciec z Solnej, Sabina urodziła się na Targówku, dziadek na Lipowej. Lubili się przeprowadzać. Mieszkali na Lesznie, tylko w innym miejscu niż potem, naprzeciw kościoła, w którym byłem chrzczony ja, mój ojciec, stryjo, Nanka ślub brała z Michałem, ale moja babka stamtąd uciekła, bo były straszne szczury. „Szkoła powszechna na Nowolipkach”. Jaka powszechna? Do powszechnej chodziłem tylko przez pół roku. Z łobuziakami. Na Woli. Na Nowolipkach było gimnazjum, klasa wstępna, podwstępna. W Sądny Dzień nie mieliśmy lekcji, bo było tylko trochę nie-Żydów. Bo to wszyscy niepraktykujący w ten jeden dzień, jak katolicy na rezurekcji, szli do synagogi na Tłomackiem. Zajeżdżali dorożkami. W środku światła, śpiewy, a na placu tłumy dorożek. Niemcy tę synagogę wysadzili w powietrze. Cała się rozleciała, tylko kopułą usiadła na gruzach jak czapa. To porównanie nie moje. Michała. „Uniwersytet Poznański w Częstochowie”. Uczęszczał, wielkie uczęszczanie, dwa tygodnie. Szweykowski miał ciekawy wykład o barokowym poemacie Twardowskiego, bolszewicy z naprzeciwka świecili nam lusterkami, a my nic. Szweykowski mówi, w pewnej chwili spogląda w okna: „ex Oriente lux”, i dalej wykłada. Raz wychodziłem stamtąd, koło mnie przelatuje ruski żołnierz w piżamie ze szpitala, a za nim drugi z nożem. Nie wiem, co było dalej, bo przelecieli. Ojej – tu kreślę. Biedy i patriotyzmu w życiorysach nie znoszę. „Uzyskał maturę”. Co za styl ministerialny! O teatrze skreślam, bo różne zawracania głowy i fałsz. Muszę uważać na kompromitującości.
– No, jak kiedyś powiedziałeś sam coś kompromitującego o swoim pisaniu…
– Nie! Nigdy! Zawsze odpowiedzialnie, ze sprawdzaniami. Zawsze miałem kupę roboty z tym pilnowaniem wywiadów, poprawianiem dziennikarzy, pisaniem za nich. Godzinami się siedziało nad tym. W ogóle pilnowało się całej opinii. To myśmy byli roznosicielami komentarzy o sobie samych, tylko przecież do nas przychodzili. Wszystko, co pisali o nas, o teatrze, o mnie. Nieraz i ktoś z widzów mówił coś bardzo ciekawego. To też trzeba przyznać. Pamiętam takie improwizacje.

Nagrywamy Rondo Wiatraczne, Leszno 99 i Nankę. Często przerywamy.
– Dziś niedobry dzień do dykcji – mówi Miron – O, już zrobiła się pierwsza.
(…)
– Miron – mówię bardzo ostrożnie, żeby go nie zrazić – trzeba by jakąś marynarkę. Ta kurtka, to jedyne, co masz na górę.
– Nie jestem przeciwny marynarce. Latem można by nosić. Tylko mnie tą marynarką nie zanudźcie.
– No wiesz, z tobą to trudno…
– Do widzenia, lecę!
(…)


29 marca, poniedziałek
Miron wpada o 10 rano.
– Byłem tu po ósmej, ale nie chciałem ciebie budzić.
Wychodzimy na ulicę i spotykamy idącą ku mnie Chudą Zosię.
– Mam dla ciebie kryminały – mówi Zosia.
– Aha, to trzeba, żeby Miron przejrzał. Wróćmy. Może w bramie.
– To już lepiej w domu – Miron na to.
Umieszczamy się w pokoju Zdzisława .
– Ten pokój byłby akurat dla mnie, taki ponury – mówi Miron i przegląda kryminały.
– O, tego jednego nie znam. Będzie dobry do czekania w poradni G.
Miron odprowadza nas do tramwaju. Jedziemy do Związku Niewidomych po białą laskę składaną dla mnie.
– Nie wsiądźcie tylko do apteki – śmieje się Miron, bo ja kiedyś idąc z nim, poplątałam tramwaj z apteką.
Kiedyś wstydziłam się białej laski. Teraz już nie. Biała laska ułatwia życie kolejkowe. Pomaga w samodzielnym chodzeniu.


30 marca, wtorek
Jadę z panem Julianem na Chamowo. Miron w złym stanie, zachrypnięty, kaszle. Mają przyjść proszeni goście.
– Nie bardzo dziś w porę – mówię.
– No trudno, lepiej żeby nie przyszli.
I nie przyszli. Może nikt nie przyjdzie? Miron zaczął się cieszyć. Zjawia się Kicia Kocia. Ta może być.
(…)

3 kwietnia, sobota

Wyskok wiosny, od wczoraj prawie upalnie. Dzieci wyległy na podwórze i pod bramę. Wrzawa dziecinna i ptasia. Rozleniwienie, łażenie z Zosiami, przysiadanie na skwerkach. Akurat Miron nagrywał mój dziennik z zeszłej wiosny, więc mi się obie zbiegły. Tylko teraz jestem od wewnątrz cichsza.

Wybieramy się w czwartek z Mironem i ze Stachą do Lublina na wieczór autorski Mirona. Zaprasza Mirona Muzeum Czechowicza i Lubelski Oddział Związku Literatów.
Wieczór. Zjawia się Miron kaszlący, zachrypnięty, zakatarzony.
– Nie mam chęci na ten Lublin. Odwołajmy.
Naradzamy się – telefonować czy wysłać telegram.
– No to telegram.
Miron pisze: „Z gardłem źle. Trudno czytać. Odłóżmy na kiedy indziej. Miron Białoszewski”.
– To ja jutro nadam ze Stachą.
– Dobra, a wtorku nie będzie.


4 kwietnia, niedziela
Przychodzi Stacha.
– Proszę, to leżało pod drzwiami. – Podaje mi wielki grapefruit, piernik w celofanie i kartkę: „Jednak do Lublina trzeba jechać, żeby nie robić ludziom zamieszania. Najwyżej przeczytam mniej. Zgłoszę się jutro lub pojutrze. Do Garwolina nie jadę, zimno. Tu grejfrut i piernik mnie niepotrzebny. Miron”.
A ja się już nastawiłam na niejechanie.
(…)


8 kwietnia, czwartek
Nadjeżdża pociąg. Najbardziej nie lubię wsiadania.
– Wysoko – komenderuje Stacha.
Zadzieram nogę bardzo wysoko, za wysoko i gramolę się od razu na drugi stopień.
– Ona ma zawsze skłonność na dach – śmieje się Miron.
Pociąg osobowy, klasa pierwsza. Stacha i Miron mają miejsca przy oknie, ja obok Mirona. Zawsze podróże mnie nudzą, ale z Mironem nie.
– O, bajoro? mech? zaraz, blacha? nie, nylonowy mech? coś pośredniego między sztuczną naturą a prawdziwą, tak to wyglądało, przechodzenie jednej w drugą, przyłapane na gorącym uczynku.

O, jak ładnie! rzeczka w rowie, chałupa w dole, wierzby, szaro, baba wiesza bieliznę, wszystko w kupie.

Teraz będzie Dęblin – Irena, tu Dęblin, tu Irena. To tu szedłem z nudów, bo miałem czas na przesiadki, zwiedzić nareszcie tę Irenę. Motor huczy. Lotnisko. Tu mieszkała przed wojną Lilka Pawlikowska z mężem lotnikiem. Baby go namawiały na jazdę samochodem i mówiły „pan ma taką starą żonę”. Więc samoloty huczą, idę do tej Ireny, myślę sobie, gdzie tu to miasto, a tu droga, wierzby, chałupy, zakręt, dalej droga, wierzby, chałupy. Pytam baby, a ona mówi „tu nie ma żadnego miasta”. No to wróciłem. Poszedłem do jednego pociągu, który czekał na odejście i szedł z bocznych stron zupełnie w boczne strony. Wagony zupełnie stare. Padał deszczyk. Jakaś para się odprowadzała. Czas nie chciał się posunąć. Poszedłem do środka. Ściany olejno malowane. Pachnie pralnią. Ławy, stół, toboły i rozkłady jazdy. Usiadłem na wielkim drewnianym stołku między babami i tobołami. Baba obok mnie wyjęła wałówkę i zaczęła jeść. Siedziałem, patrzyłem, wstałem, wyszedłem na dwór. Kura chodziła dokoła kałuży, dalej jakieś drewniane szopy półotwarte, kolejarz coś wynosi, deszcz popaduje, czas nie chce iść naprzód. Czytam, palę papierosa, chodzę do poczekalni, przystaję przed konduktorem. Tedy jeździłem do Baśki właśnie. Nieraz było tak, że jak się spóźniłem na Dęblin, to jechałem na Dworzec Główny i jechałem przez Radom. W Radomiu właśnie baba latała po dworcu i pytała, gdzie jest szczotka. Z dworca schodziło się po stopniach, placyk z różami na rurach, sikająca woda, pod ścianami baby wiejskie w białych chustkach z serem i podrobami. Potem nauczyłem się jakoś spędzać czas na tych przesiadkach. Zawsze byłem w lepszym humorze na powrotach do Warszawy. Śpiewałem okolicznościowe piosenki: „Na Radom, na Radom” albo „Na Dęblin, na Dęblin”. I trzeba było to rymować.

O, tu będzie ujście Wieprza, już widać, jak świeci Wisła, o, most, tu woda i tu woda, hojnie wody, o, jeszcze dodatkowa woda. O, kuń, prawdziwy, znajomego zaczepił Amerykanin, jak tu jechać do Krakowa, żeby dużo widzieć po drodze. Ten tłumaczy, tamten po polsku, „tak żeby kunie widzieć”.
Pociąg swojski, podjadamy kanapki, pomarańcze. (…)
Miron czyta cykl wierszy noworocznych. Szkoda, że zaczął za wcześnie. Trochę się słowa gubią w szmerach usadawiania się. No, nareszcie cisza. Teraz proza – Babskie lato i Święte obrzydzenie (z pobytu w Lublinie z Tadkiem), a na koniec Nanka. Ludzie skupieni, odbiór żywy. Po zakończeniu Nanki głęboka cisza, potem oklaski.
Obok mnie siedzi stara dama, pani Bechczyc-Rudnicka, literatka, krytyczka, była redaktorem „Kameny”, Mirona zna od wielu lat. W czasach Teatru Osobnego Miron i Ludmiła mieli występy w Lublinie, nocowali wtedy na zamku w redakcji „Kameny”.
– Jestem zaprzyjaźniona z Różewiczem – opowiada pani Bechczyc-Rudnicka – Byłam na Białym małżeństwie w Paryżu i w Gdańsku. Jestem stale w ruchu, ruch utrzymuje mnie w formie. Wspaniała jest ta nowa proza pana Białoszewskiego, ta prostota bez ozdobników. On się zmienił, teraz bardziej dla wszystkich ludzi…
– Właśnie, właśnie, ja też o tym myślałam.
– Będzie się jeszcze zmieniał. Ale zawsze swój. To dobrze. Tak trzeba.
Potem Stacha powiedziała mi, że pani Bechczyc-Rudnicka ma chyba pod osiemdziesiątkę.
Miron w krzyżowym ogniu pytań. Pod krzyżowymi stropami. Ale dziś na błysku.
– Ma dziś gadane – szepce Stacha.
– Jak pan robi te swoje neologizmy? – pyta studentka z tylnych rzędów.
– One służą treści. Nie są osobne.
Inny głos:
– Czy napisał pan już dzieło swego życia?
– Nie wiem. Piszę to dzieło życia całe życie. Słowo „dzieło” zostało jeszcze w umowie wydawniczej.
– Czy pan czyta współczesnych poetów?
– Raczej nie.
Z sąsiedniej sali dochodzi bulgot i bełkot, w którym można się domyślić głosu młodzieńca.
Sala w śmiech. On znów próbuje mówić. Sala znów się śmieje.
– Proszę pana, oni się śmieją nie z pana, tylko z echa – mówi Miron.
Młodzieniec wchodzi do naszej sali i zadaje swoje pytanie.
– Czy się panu podoba to, co pan pisze?
– Gdyby mi się nie podobało, jak coś zaczynam, tobym nie kończył.
Głos z innego miejsca:
– Czy pan czasem wyrzuca wiersze?
– O tak, dużo.
– Pan nam się tak wymyka.
Miron potem:
– Czego oni chcieli, żebym im opowiadał, co mam w duszy?
A Stacha:
– Żeby pani widziała, jakie on robił zabawne miny i gesty.
Łowcy dedykacji otaczają Mirona. Wychodzimy do biura muzeum. Gospodarze częstują nas herbatą. Ale po chwili zjawia się pan Z.
– Rozpętała się na nowo dyskusja. Ci młodzi z koła młodych literatów czy polonistów męczą pana Białoszewskiego.
Wracamy na salę, a jakiś młodzian:
– Ale ja nie mogę panu darować, że pan drukował swoje utwory u D. Panu chyba to wykradli.
– Nie, dałem to sam.
– Bo mnie się nie chce wierzyć.
– Dlaczego? Nie wiem, co pan ma przeciwko niemu, ale pismo to nie jego własność. Dali mi miejsce. Wykorzystałem. Chciałem, żeby wiersze ukazały się przed wydaniem tomiku.
– Ale nie powinien pan u D. – upiera się młody.
– Daj spokój. Dlaczego zmuszasz pana Białoszewskiego do rozliczania się?
Miejscowy znajomy robi oko do pana Z.
– No, dosyć – ucina pan Z. – Jest późno. Pan Białoszewski na pewno bardzo zmęczony.
Potem w biurze powiedzieli nam, że ten młodzieniec z pretensjami to prezes Koła Młodych Polonistów, wielki zwolennik twórczości Mirona. Był podobno nie całkiem trzeźwy. Wypił właśnie na odwagę.
– Co ten dom ma wspólnego z Czechowiczem? – pyta Miron w biurze Muzeum.
– No… właściwie… Czechowicz, jak był chłopcem, to się lubił przy tym zatrzymywać.
Miron zapisuje redisówką w Księdze Pamiątkowej. (…)
– To trwały tusz – mówi pan Z. – Na wieki. My przecież jesteśmy muzeum. Pan Białoszewski pytał o pożar zupełnie tak samo jak dzieci z przedszkola – powiedział później.
– Chciałem sprawdzić, jak to było. Wiem, że Czechowicz zginął od bomby. A dom, który mi pokazali na zdjęciu, miał mury wypalone od pożaru – wyjaśnił mi potem Miron – Jestem przecież wielkim fachowcem od tych katastrof.
W końcu ustalili, że musiała być i bomba, i pożar.
– Źle zrobili zdjęcie – zdecydował Miron – powinni byli pokazać tę dziurę od bomby.

_

Dziennik we dwoje, z którego pochodzą powyższe (publikowane) fragmenty, ukazał się nakładem wydawnictwa Borgis w 1992 r. Na jego podstawie Andrzej Barański stworzył film Parę osób, mały czas (2005). W 2015 r. nakładem Wydawnictwa Warstwy ukazało się II wydanie książki.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter