70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dalekie od równowagi

Nie widać na razie istotnych oznak wycofania się w styl życia zgodny z doktryną zrównoważonego rozwoju, ale niebezpieczne jest samo dążenie do niego. Co on bowiem oznacza? Wpasowywanie przyszłości w ramy naszych dzisiejszych wyobrażeń, nieustanne powielanie współczesnych zachowań, niesłusznych przekonań i błędów.

Wyspa Wielkanocna na Oceanie Spokojnym jest znana głównie – albo, bądźmy szczerzy, tylko – z ogromnych kamiennych posągów wzniesionych tam wiele wieków temu przez jej mieszkańców. Nie wiadomo dokładnie, w jakim celu je stawiano, istnieje teoria, że były związane z kultem przodków. Pierwsi osadnicy mogli pojawić się na wyspie już w V w. naszej ery. Stworzyli zaawansowaną cywilizację charakterystyczną dla epoki kamienia, która nagle załamała się tysiąc lat później. Według niektórych hipotez wiązało się to z głodem, wojną, a być może także z kanibalizmem. Populacja znacznie się zmniejszyła, a jej kultura została bezpowrotnie utracona.

Dominująca teoria głosi, że mieszkańcy wyspy sprowadzili na siebie katastrofę po części przez wycięcie drzew, które pierwotnie porastały ją prawie w całości. Pozbyli się najbardziej użytecznych gatunków, co nie mogło być rozsądnym posunięciem dla społeczności budującej z drewna schronienia, łodzie i elementy sieci, a trzeba pamiętać, że ryby stanowiły ważny składnik tamtejszej diety. Brak drzew pociągnął za sobą także erozję gleby, przyspieszając zagładę środowiska, od którego byli zależni.

Wyspa Wielkanocna znajduje się 2 tys. kilometrów od najbliższego zamieszkanego lądu, czyli wyspy Pitcairn (gdzie załoga okrętu Bounty schroniła się po słynnym buncie). Obie wyspy są położone daleko od siedzib ludzkich, nawet jak na dzisiejsze standardy. Mimo to w 1972 r. Jacob Bronowski dotarł na Wyspę Wielkanocną, aby nakręcić tam fragment swojego doskonałego serialu Powstawanie człowieka. Bronowski i jego ekipa filmowa podróżowali statkiem z Kalifornii, przepływając około 14 tys. kilometrów. On sam był wtedy chory i jego współpracownicy musieli dosłownie nieść go na plan zdjęciowy. Nie poddawał się, ponieważ charakterystyczne posągi były świetnym tłem głównego przesłania serialu – które jest również tematem niniejszej książki – głoszącego, że nasza cywilizacja jest wyjątkowa w historii dzięki temu, że jesteśmy zdolni do postępu. Bronowski chciał wyrazić uznanie dla głoszonych przez naszą kulturę wartości i jej osiągnięć, a także pokazać, że pierwsze umożliwiają zaistnienie drugich. To odróżnia naszą cywilizację od jej alternatywnej wersji uosobionej przez dawną Wyspę Wielkanocną.

Serial Powstawanie człowieka wyprodukowano na zlecenie przyrodnika Davida Attenborough, wtedy dyrektora kanału BBC2. Ćwierć wieku później Attenborough – który wówczas był już nestorem dokumentu poświęconego historii naturalnej – przewodził kolejnej ekipie w drodze na Wyspę Wielkanocną, aby zrealizować inny serial – Szanujmy Ziemię. On również zdecydował się nakręcić ostatnie ujęcie na tle ponurych posągów. Niestety, jego przesłanie było zupełnie inne niż Bronowskiego.

Różnice w filozofii tych dwóch wspaniałych dokumentalistów – tak podobnych pod względem zaraźliwego zachwytu światem, przejrzystości wywodu i zainteresowania człowiekiem – przejawiały się bezpośrednio w ich odmiennym podejściu do owych posągów. Attenborough nazwał je „zdumiewającymi kamiennymi rzeźbami (…) stanowiącymi wyraźny dowód zdolności technologicznych i artystycznych ludzi, którzy tu niegdyś żyli”. Zastanawiam się, czy Attenborough był rzeczywiście pod tak wielkim wrażeniem umiejętności wyspiarzy. Wszak inne społeczeństwa epoki kamienia przewyższały ich pod względem dokonań już tysiąclecia wcześniej. Podejrzewam, że chciał po prostu być uprzejmy, a w naszej kulturze wymaga się, żeby otaczać zachwytem każde osiągnięcie społeczeństw pierwotnych. Jednak Bronowski przełamuje tę konwencję i w swoim filmie zauważa: „Gdy mowa o Wyspie Wielkanocnej, często pada pytanie: jak mieszkańcy się na nią dostali? Dostali się na nią przypadkiem, nie ma co do tego wątpliwości. Zastanawiające jest jednak, dlaczego nie mogli się z niej wydostać”. Dlaczego też – mógłby dodać Bronowski –nie podążyli za nimi inni, żeby im coś sprzedać (a wiadomo, że istniał rozwinięty handel między pozostałymi wyspami Polinezji) czy żeby ich okraść, czy też aby czegoś się od nich nauczyć? Nie zrobili tego, ponieważ nie wiedzieli jak.

Bronowski nie podzielał też zdania, że posągi są „wyraźnym dowodem zdolności artystycznych”. Dla niego były oczywistym dowodem porażki, nie sukcesu: „Podstawowe pytanie dotyczące posągów brzmi: dlaczego wszystkie wyglądają tak samo? Widzimy je, jak siedzą, niczym Diogenes w swej beczce, patrzą w niebo pustymi oczodołami, obserwują ruchy Słońca i gwiazd, nawet nie próbując ich zrozumieć. Kiedy w niedzielę wielkanocną 1722 r. Holendrzy odkryli wyspę, stwierdzili, że ma ona zadatki, żeby być rajem na ziemi. Mylili się jednak. Raj na ziemi nie opiera się na nic nieznaczących powtórzeniach. (…) Te zastygłe twarze, jak zatrzymane klatki kończącego się filmu, są symbolem cywilizacji, której nie udało się zrobić pierwszego kroku w kierunku racjonalnego poznania” (Powstawanie człowieka, 1973). Posągi są do siebie podobne, ponieważ Wyspę Wielkanocną zamieszkiwało społeczeństwo statyczne, które nigdy nie zrobiło pierwszego kroku na drodze powstawania człowieka – początku nieskończoności.

Spośród setek posągów stworzonych w ciągu kilku stuleci mniej niż połowa znajduje się w ich docelowej lokalizacji. Praca nad pozostałymi, w tym największymi z nich, została przerwana na różnych etapach. Około 10% porzucono w trakcie transportu na drogach wybudowanych specjalnie w tym celu. Znów wytłumaczenia są sprzeczne, ale według dominującej teorii oznacza to, że produkcja posągów uległa znacznemu ożywieniu, na chwilę zanim skończyła się na dobre. Innymi słowy, kiedy zbliżała się katastrofa, mieszkańcy wyspy koncentrowali wysiłki nie na próbach rozwiązania problemu – nie wiedzieli, jak się do tego zabrać – ale na tworzeniu jeszcze liczniejszych i jeszcze większych (ale rzadko kiedy lepszych) pomników swoich przodków. Co istotne, drogi używane do ich transportu budowano z drzew.
Kiedy Bronowski kręcił swój dokument, nie istniały jeszcze szczegółowe teorie wyjaśniające, w jaki sposób upadła cywilizacja Wyspy Wielkanocnej, ale – w przeciwieństwie do Attenborough – nie był on tym wcale zainteresowany. Popłynął tam, za cel stawiając sobie ukazanie głębokiej różnicy między naszą cywilizacją a cywilizacjami zbliżonymi do tej, która wznosiła kamienne statuy. Jego przesłanie brzmiało: „Nie jesteśmy podobni do nich”. Odważyliśmy się na krok, którego oni nie zrobili. Argumenty Attenborough opierają się na odwrotnym założeniu: jesteśmy tacy jak oni i ślepo idziemy w ich ślady. Na tej podstawie wysnuwa on rozbudowaną analogię między cywilizacją wyspy a naszą, cecha za cechą, niebezpieczeństwo za niebezpieczeństwem: „Ostrzeżenie przed tym, co może przynieść przyszłość, widzimy w najodleglejszych zakątkach Ziemi. (…) Kiedy na wyspę przybyli pierwsi polinezyjscy osadnicy, odnaleźli tu świat w miniaturze, który obfitował w zasoby wystarczające, żeby się tam utrzymać. Żyło im się dobrze” (Szanujmy Ziemię, BBC 2000).

Świat w miniaturze – w tych trzech słowach zawiera się przyczyna, dla której Attenborough przebył drogę aż do Wyspy Wielkanocnej, by opowiedzieć jej historię. Wierzył, że kryje ona ostrzeżenie dla świata, będąc jego miniaturową wersją, statkiem kosmicznym Ziemia, na którym nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Wyspa obfitowała w zasoby zapewniające to, co potrzebne jej mieszkańcom, tak jak Ziemia wydaje się mieć ich wystarczająco dla nas. Jej mieszkańcom „żyło się dobrze”, tak jak nam. A mimo to byli skazani na katastrofę, dokładnie jak my, jeśli nie zmienimy naszych przyzwyczajeń. Jeśli pójdziemy ich drogą, może nas czekać podobna przyszłość: „Dawna kultura, która ich utrzymywała, została porzucona, a statuy zaczęły się chwiać. To, co było bogatym, żyznym światem w miniaturze, stało się jałową pustynią” (Szanujmy Ziemię, BBC 2000).

Tak więc dla Attenborough Wyspa Wielkanocna jest jednym z wariantów koncepcji Ziemi jako statku kosmicznego, na którego pokładzie istnienie człowieka utrzymywane jest zarówno przez żyzną i bogatą biosferę, jak kulturową wiedzę społeczeństwa statycznego. W tym kontekście sformułowanie „utrzymywać” jest w interesujący sposób dwuznaczne. Może oznaczać zapewnianie komuś tego, co jest mu potrzebne. Ale może również odnosić się do powstrzymywania zmian, co miewa dokładnie przeciwny efekt – wszak tłumienie zmiany rzadko jest tym, czego potrzebuje człowiek.

Przetrwanie tysiąca lat jest dużym wyczynem dla społeczeństwa statycznego. Od razu przychodzą nam na myśl wielkie imperia starożytności, które funkcjonowały dłużej, ale nasza wiedza o nich jest wynikiem pewnej selekcji – większość takich kultur ginęła szybko, a do naszych czasów nie zachowały się po nich żadne przekazy. Nasuwa się przypuszczenie, że większość z nich nie przetrwała pierwszego wyzwania, które wymagało stworzenia nowego modelu funkcjonowania. Izolacja Wyspy Wielkanocnej i względnie przyjazny charakter tamtejszego środowiska prawdopodobnie pozwoliły jej społeczeństwu przetrwać dłużej, niż udałoby się to w świecie ciągłych konfrontacji z innymi społecznościami i mniej gościnną przyrodą. Ale nawet te czynniki są w dużej mierze zależne od człowieka, nie tylko od geografii. Gdyby wyspiarze potrafili organizować wyprawy dalekomorskie, lokalizacja ich wyspy nie skazywałaby ich na odosobnienie. Co więcej, to, jak bardzo przyjazne jest dane miejsce, zależy tylko od wiedzy, jaką posiadają mieszkający tam ludzie. Gdyby umiejętności przetrwania osadników były podobne do moich, nie przeżyliby oni pierwszego tygodnia pobytu na wyspie. Z drugiej strony tysiące ludzi, którzy mieszkają tam dziś, nie przymierają głodem mimo braku lasów – a nawet same sadzą drzewa, ponieważ chcą i wiedzą jak.

Stałe wytwarzanie wiedzy zależy od obecności pewnych idei, szczególnie optymizmu, i powiązania ich z tradycją krytycznej oceny. Instytucje społeczne i polityczne powinny chronić taki model społeczeństwa, w którym sprzeciw i odstępstwo od normy są do pewnego stopnia dopuszczalne, a edukacja nie tłumi kreatywności. Nie jest to łatwe do osiągnięcia, ale udało się kulturze Zachodu, i dlatego jestem przekonany, że ma ona wszelkie warunki, żeby uniknąć losu Wyspy Wielkanocnej. Jeśli rzeczywiście nasza cywilizacja stoi u progu kryzysu, będzie to kryzys innego rodzaju; jeśli grozi jej upadek, jego przyczyny będą inne; a jeśli potrzebuje ratunku, to konieczne będą inne, właściwe dla innych wyzwań rozwiązania.

W 1971 r., kiedy byłem jeszcze uczniem, poszedłem na wykład dla młodzieży zatytułowany „Populacja, zasoby, środowisko”. Wygłosił go Paul Ehrlich, profesor zajmujący się badaniami populacji ziemi. Nie pamiętam, jakie były moje oczekiwania, podejrzewam, że wcześniej w ogóle nie spotkałem się z pojęciem „środowiska”, w każdym razie nic nie przygotowało mnie na taki brawurowy pokaz czystego pesymizmu. Ehrlich obrazowo przedstawił swoim młodym słuchaczom piekło na ziemi, które odziedziczą. Za rogiem czaiły się najróżniejsze kataklizmy wywołane złym zarządzaniem zasobami, a na uniknięcie niektórych z nich było zdecydowanie za późno. W ciągu 10 lat, w najlepszym wypadku 20, liczba głodujących miała osiągnąć miliard. Surowce były na granicy wyczerpania – trwającą wtedy wojnę w Wietnamie Ehrlich uznał za rozpaczliwą walkę o złoża rud cyny, kauczuk i ropę naftową. (Zauważmy, że takie biogeograficzne wyjaśnienie beztrosko ignoruje spory polityczne, które w rzeczywistości były źródłem konfliktu). Codzienne problemy amerykańskich miast, wzrost przestępczości i choroby umysłowe – wszystkie te zjawiska miały być częścią tej samej ogromnej katastrofy. Wszystkie również, jak twierdził Ehrlich, można było przypisać przeludnieniu, zanieczyszczeniu środowiska i lekkomyślnemu gospodarowaniu surowcami nieodnawialnymi. Z powodu nadmiaru elektrowni, fabryk, kopalń i zbyt rozwiniętego rolnictwa intensywnego wzrost gospodarczy był dla naszej planety nie do zniesienia. A co gorsza, przeludnienie stało się źródłem wszystkich pozostałych trosk. W tym sensie Ehrlich szedł w ślad za Malthusem , powtarzając jego błąd: przedstawiał prognozy następstw jednego procesu w kontekście przepowiedni dotyczących innego. W ten sposób obliczył, że jeśliby Stany Zjednoczone chciały utrzymać poziom życia z 1971 r., kraj musiałby zmniejszyć liczbę ludności o trzy czwarte, do 50 mln, co oczywiście było niemożliwe w przewidzianym przez niego czasie. Ehrlich twierdził również, że ludność Ziemi przekracza siedmiokrotnie jej możliwości. Nawet Australia zbliżała się do granicy przeludnienia. I tak dalej.

Nie mieliśmy podstaw, żeby wątpić w to, co opowiadał profesor o dziedzinie, którą się zajmował. Jednak z jakiegoś powodu dyskusja, która się później wywiązała, nie przypominała rozmowy z młodzieżą właśnie okradzioną z przyszłości. Nie wiem, jak odebrali ją inni, ale pamiętam, w którym momencie ja przestałem się martwić. Pod koniec wykładu jedna z dziewcząt zadała Ehrlichowi pytanie. Nie pamiętam go dokładnie, ale miało ono następujący sens: „Co się stanie, jeśli rozwiążemy problem (tu pojawił się jeden z problemów, które opisał profesor) w ciągu najbliższych lat? Czy to nie wpłynęłoby na pańskie prognozy?”. Jego odpowiedź była szybka. Jak niby mielibyśmy go rozwiązać? (Dziewczyna nie znała odpowiedzi.) A nawet gdybyśmy znaleźli sposób, czy nie będzie to jedynie odroczenie katastrofy? Cóż poczniemy wtedy?

Jaka ulga! Kiedy uświadomiłem sobie, że przepowiednie Ehrlicha sprowadzają się do stwierdzenia: „Jeśli przestaniemy rozwiązywać problemy, jesteśmy skazani na zagładę”, przestały one wydawać mi się szokujące – czyż mogłoby być inaczej?

Ehrlich był przekonany, że bada zasoby naturalne planety i prognozuje moment ich wyczerpania. W rzeczywistości były to przepowiednie na temat ludzkiej wiedzy w kolejnych dziesięcioleciach. Rzutując stan wiedzy z 1971 r. na przyszłość, którą sobie wyobrażał, zakładał, że ludzkość będzie potrafiła poradzić sobie jedynie z niewielką, i stale malejącą, liczbą wyzwań. Co więcej, formułując problem w kategoriach wyczerpania zasobów i pomijając zupełnie czynnik ludzki, przeoczył najważniejszy element warunkujący to, co chciał przewidzieć, mianowicie – czy odpowiedni ludzie i instytucje mają wszystko, czego potrzeba, żeby stawić czoła trudnościom? Albo ujmując to w sposób bardziej ogólny – czego potrzebujemy, żeby rozwiązać problem?

Kilka lat później rozmawiałem ze studentem nowego wtedy kierunku, ochrony środowiska. Według niego telewizja kolorowa była zwiastunem nieuchronnego końca społeczeństwa konsumpcyjnego. Dlaczego? Po pierwsze, nie miała nic pożytecznego do zaoferowania. Wszystkie przydatne funkcje telewizji równie dobrze mogła pełnić telewizja czarno-biała. Dodanie kolorów za kilkakrotnie wyższą cenę to jedynie „ostentacyjna konsumpcja”. Termin ten ukuł w 1902 r. ekonomista Thorstein Veblen, kilka dziesięcioleci przed wynalezieniem telewizji czarno-białej. Oznaczał on dążenie do posiadania coraz to nowych dóbr w celu popisania się przed sąsiadami. Według mojego kolegi, analizując ograniczenia surowcowe, można było udowodnić, że osiągnęliśmy granice ostentacyjnej konsumpcji. Do produkcji kineskopów wykorzystywanych w telewizorach kolorowych używano europu, pierwiastka, dzięki któremu można uzyskać na ekranie kolor czerwony. Europ to jeden z najrzadszych pierwiastków na Ziemi. Całe znane zasoby na naszej planecie mogły wystarczyć na jedynie kilkaset tysięcy kolejnych telewizorów kolorowych. Później trzeba byłoby wrócić do czerni i bieli.

Zadałem mu pytanie, skąd wie, że nikt nie odkryje nowych złóż potrzebnego pierwiastka. Na co on zapytał mnie, skąd mogę wiedzieć, że komuś się to uda. A nawet jeśli ktoś je odnajdzie, to co zrobimy później? Chciałem też wiedzieć, czy jest pewny, że kolorowych telewizorów nie można wyprodukować bez europu. Zapewnił mnie, że nie można, że to cud, że istnieje chociaż jeden pierwiastek o takich właściwościach. Poza tym, dlaczego natura miałaby zapewniać nam pierwiastki odpowiadające na nasze zachcianki?

W tym momencie musiałem przyznać mu rację. Nie znamy aż tak wielu pierwiastków, a każdy z nich ma tylko kilka poziomów energetycznych, które można wykorzystać do emitowania światła. Nic dziwnego, że wszystkie są już przebadane przez fizyków. Jeśli doszli oni do wniosku, że nie można zastąpić europu w produkcji telewizorów, musiało tak właśnie być.

Jednak ten „cudowny” zbieg okoliczności nie dawał mi spokoju. Jeśli natura dała nam tylko jedną parę poziomów energetycznych potrzebnych luminoforom o czerwonej barwie, dlaczego dała nam choćby tyle? Nie spotkałem się wtedy jeszcze z teorią o precyzyjnym dostrojeniu wszechświata , wówczas zupełnie nową, ale była ona zastanawiająca z podobnych przyczyn. Transmisja wiernych obrazów w czasie rzeczywistym jest naturalnym dążeniem ludzkim, tak jak szybkie podróżowanie. Nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby była ona tak samo sprzeczna z prawami fizyki jak przekroczenie prędkości światła. Można sobie również wyobrazić, że prawa fizyki umożliwiają tak szybkie podróże, choć jedynie tym, którzy wiedzą jak je wywołać. Ale gdyby rzeczywiście na nie pozwalały, byłby to zbieg okoliczności porównywalny z precyzyjnym dostrojeniem. Dlaczego prawa fizyki miałyby wyznaczać granicę tak blisko punktu, który przypadkiem jest istotny dla technologii wymyślonej przez człowieka? To tak jakby okazało się, że środek Ziemi jest tylko o kilka kilometrów od centrum wszechświata. Byłoby to pogwałceniem zasady przeciętności.

Teoria mojego kolegi była jeszcze bardziej zastanawiająca, ponieważ twierdził – podobnie jak teoria dostrojenia precyzyjnego – że podobne przypadki to nie rzadkość. Jego wypowiedź sprowadzała się do twierdzenia, że kolorowa telewizja stanowi jedynie reprezentatywny przykład zjawiska zachodzącego w wielu obszarach technologii – docierania do kresu naszych zasobów. Zużywaliśmy ostatnie złoża najrzadszych pierwiastków ziem rzadkich dla celów tak błahych jak oglądanie oper mydlanych w kolorze. To, co mogło wyglądać jak postęp, było w rzeczywistości szalonym pędem, by wykorzystać ostatnie z surowców dostępnych na planecie. W jego mniemaniu lata 70. były szczególnym i tragicznym momentem w historii.

Pod jednym względem miał rację – do dziś nie odkryto pierwiastka, który mógłby zastąpić europ w kineskopach kolorowych telewizorów. Lecz mimo to, kiedy piszę ten rozdział, mam przed sobą idealnie kolorowy ekran komputera, w którym nie użyto ani jednego atomu europu. Piksele są ciekłymi kryształami, które składają się z pospolitych pierwiastków, i kineskop jest niepotrzebny. A nawet gdyby był, nie stanowiłoby to problemu, ponieważ wydobyto już tyle europu, że każda osoba na ziemi mogłaby mieć kilkanaście telewizorów starego typu, a nietknięte zasoby, o których wiemy, kryją go kilkakrotnie więcej.

Podczas gdy mój pesymistycznie nastawiony kolega odrzucał kolorową telewizję jako bezużyteczną i skazaną na niepowodzenie, optymiści odkrywali nowe sposoby wytwarzania potrzebnej technologii i nowe dla niej zastosowania, do których wykluczenia jemu wystarczyła chwila namysłu nad tym, jak telewizja kolorowa może pełnić funkcje czarno-białej. Jednak najbardziej rzuca się w oczy nie to, że przepowiednie się nie sprawdziły, ani że założenia, na których je budowano, były błędne, ani nawet poczucie ulgi, że koszmar nigdy się nie spełnił, ale kontrast między dwoma sposobami postrzegania ludzi. W wersji pesymistycznej są oni marnotrawcami – cenne zasoby przetwarzają na bezużyteczne kolorowe obrazki. Ta interpretacja jest prawdziwa dla społeczności statycznych, posągi na Wyspie Wielkanocnej rzeczywiście były tym, czym kolorowe telewizory w mniemaniu mojego kolegi i właśnie dlatego porównywanie naszych cywilizacji jest z gruntu błędne. W wersji optymistycznej, niespodziewanie potwierdzonej przez bieg wydarzeń, ludzie są tymi, którzy rozwiązują problemy, są twórcami rozwiązań, a co za tym idzie – kolejnych problemów. W podejściu pesymistycznym ta typowa dla ludzi cecha jest chorobą, którą uleczyć ma walka o utrzymanie świata w jego dotychczasowym stanie. W podejściu optymistycznym stan dotychczasowy jest chorobą, którą uleczyć mogą właśnie ludzie.

Zapobieganie szkodliwym skutkom i odsuwanie ich w czasie jest przydatną taktyką, ale nie można na niej oprzeć skutecznej strategii na przyszłość. Problemy są nieuniknione i prędzej czy później przetrwanie będzie zależeć od umiejętności radzenia sobie z nimi, kiedy profilaktyka i gra na zwłokę okażą się już nieskuteczne. Oczywiście należy szukać lekarstwa, ale jest to możliwe jedynie w przypadku chorób, które już znamy. Musimy wypracować umiejętność radzenia sobie z klęskami, których nie przewidzieliśmy i których nie można przewidzieć. Dlatego niezbędne jest silne i prężnie rozwijające się środowisko naukowców zainteresowanych wyjaśnianiem i rozwiązywaniem problemów. Potrzeba nam funduszy, by finansować ich działalność, i możliwości technicznych, by wprowadzić w życie ich odkrycia.

Podobnie rzecz się ma z zagadnieniem zmian klimatycznych, wokół którego narosło wiele kontrowersji. Stoimy w obliczu zagrożenia, że emisje dwutlenku węgla w przemyśle spowodują wzrost średniej temperatury atmosfery, co przyniesie negatywny skutek w postaci susz, wzrostu poziomu wód, poważnych utrudnień w rolnictwie i wyginięcia niektórych gatunków. Te prognozy mają przyćmić korzyści takie jak wyższe plony, ogólne polepszenie warunków wegetacji roślin i obniżenie umieralności z powodu hipotermii zimą. Wyniki przeprowadzanych przez superkomputery symulacji warunków klimatycznych na Ziemi oraz przewidywania ekonomistów na temat ich implikacji dla gospodarki w następnym stuleciu mają kluczowe znaczenie dla miliardów dolarów, kształtu legislacji i zmian instytucjonalnych. Warto zwrócić uwagę na kilka aspektów tych kontrowersji i leżącego u ich podstaw problemu.

Po pierwsze, dotychczas mieliśmy szczęście. Niezależnie od tego, jak precyzyjne są najpopularniejsze modele klimatyczne, z praw fizyki wynika jednoznacznie – i nie potrzeba tu żadnych superkomputerów ani skomplikowanych modeli – że emisje muszą w końcu doprowadzić do podniesienia temperatury, co ostatecznie będzie szkodliwe. Dlatego warto się zastanowić, co by było, gdyby odpowiednie zmienne miały nieco inne wartości i katastrofa nadeszła, powiedzmy, w roku 1902, w czasach Veblena, kiedy to emisje dwutlenku węgla już były wyższe o rzędy wielkości od ich poziomu sprzed epoki oświecenia. Wówczas klęska przyszłaby, zanim ktokolwiek mógłby ją przewidzieć bądź zorientować się, co się dzieje. Wzrósłby poziom wód, rolnictwo napotkałoby poważne trudności, miliony ludzi zaczęłyby umierać, a najgorsze miałoby dopiero nadejść. W takiej sytuacji najistotniejszym pytaniem nie jest jak zapobiec katastrofie, lecz jak poradzić sobie z jej skutkami.

Nie było wtedy jeszcze superkomputerów. Z powodu niepowodzeń Babbage’a , błędnej jego oceny przez środowisko naukowe oraz, co prawdopodobnie najistotniejsze, braku funduszy, technologia umożliwiająca przeprowadzanie zautomatyzowanych obliczeń nie była w ogóle dostępna. Nie wystarczyłyby kalkulatory mechaniczne i sale pełne rachmistrzów. Co gorsza, brakowało fizyków atmosfery. Liczba naukowców zajmujących się wówczas którymkolwiek z działów fizyki to jedynie ułamek liczby fizyków badających samą zmianę klimatyczną w dzisiejszych czasach. Z punktu widzenia społeczeństwa, stanowili oni w roku 1902 dobro luksusowe, tak jak kolorowe telewizory w latach 70. XX w. Aby wybrnąć z katastrofy, społeczeństwo potrzebowałoby bardziej naukowej wiedzy, lepszej technologii i większych zasobów finansowych. Przykładowo, budowa falochronu w roku 1900, aby uchronić wybrzeże nisko położonej wyspy, pochłonęłaby takie kwoty, że pozwolić sobie na nią mogłyby jedynie wyspy o dużych zasobach taniej siły roboczej bądź o wyjątkowo wysokich rezerwach finansowych, takich jak w Holandii, której wielu mieszkańców już wówczas żyło poniżej poziomu morza dzięki technice budowy grobli. Dziś system ochrony wybrzeża przed działaniem fal to inwestycja na miarę możliwości niemal każdego państwa z dostępem do morza, która o dziesiątki lat wydłuża czas na opracowanie innych rozwiązań problemu rosnącego poziomu wody w oceanach.

A co jeżeli takowych nie znajdziemy? Jest to pytanie zupełnie innego rodzaju, w związku z czym chciałbym podzielić się moim drugim spostrzeżeniem dotyczących kontrowersji wokół zmian klimatycznych. Podczas gdy symulacje na superkomputerach prowadzą do sformułowania prognoz (warunkowych),przewidywania ekonomiczne to już zwyczajne przepowiednie. Można się spodziewać, że nasza umiejętność reagowania w przyszłości na warunki klimatyczne będzie ściśle zależna od tego, jak skuteczni będziemy w tworzeniu nowej wiedzy, aby radzić sobie z nowymi wyzwaniami. Dlatego jeśli będziemy porównywać prognozy z przepowiedniami, zaprowadzi nas to do tych samych błędów co dawniej.

Przyjmijmy ponownie, że katastrofa nadchodziła już w 1902 r. Warto rozważyć, co naukowcy musieliby wziąć pod uwagę, aby przewidzieć na przykład emisje dwutlenku węgla w XX w. Opierając się na (niepewnym) założeniu, że zużycie energii rosłoby wykładniczo mniej więcej w tym samym tempie co dotychczas, mogliby prognozować wynikający z tego wzrost emisji. Szacunki te nie uwzględniałyby jednak wpływu technologii jądrowej. Promieniotwórczość odkryto chwilę wcześniej i miała ona zostać wykorzystana jako źródło energii dopiero w połowie stulecia. Załóżmy jednak, że naukowcy byliby w stanie to przewidzieć. W takim wypadku zmodyfikowaliby swoją prognozę, stwierdzając, że pod koniec wieku emisje dwutlenku węgla można byłoby obniżyć w stosunku do poziomu z roku 1902. Nie mogliby jednak przewidzieć kampanii skierowanej przeciwko energii jądrowej, która zatrzymała rozwój tej technologii (jak na ironię, z pobudek ekologicznych), zanim zdążyła ona znacząco przyczynić się do redukcji emisji. I tak dalej. Częstokroć w obliczu nieprzewidywalnego czynnika ludzkiej kreatywności, czy to pozytywnej, czy negatywnej, naukowe prognozy okazywałyby się bezużyteczne. To samo, nawet w większym stopniu, tyczy się dzisiejszych przewidywań na temat przyszłego stulecia. I tu przechodzimy do mojego trzeciego spostrzeżenia na temat obecnych kontrowersji.

Nie do końca wiadomo, jak wrażliwa na stężenie dwutlenku węgla jest temperatura atmosfery – innymi słowy: w jakim stopniu dany wzrost stężenia podnosi temperaturę. Jest to informacja istotna w sensie politycznym, gdyż określa, jak bardzo palący jest to problem: wysoka wrażliwość oznacza sytuację niecierpiącą zwłoki, niska wrażliwość – na odwrót. Niestety w rezultacie polityczna dyskusja skoncentrowała się na pytaniu, w jakim stopniu wzrost temperatury, którego dotychczas doświadczyliśmy, jest antropogeniczny (spowodowany działalnością człowieka). Tak jakby ludzkość debatowała nad tym, jak najlepiej przygotować się przed nadchodzącym huraganem, zgadzając się jednocześnie, że należy się przygotowywać jedynie na wypadek huraganów spowodowanych działalnością ludzką. Najwyraźniej wszystkie strony sporu wychodzą z założenia, że gdyby przypadkowe zawahanie temperatury miało podnieść poziom wody w oceanach, najlepszym rozwiązaniem byłoby zrobić dobrą minę do złej gry. Albo jeśli przyrost jest antropogeniczny w dwóch trzecich, nie warto zajmować się skutkami pozostałej jednej trzeciej.

To fakt, nie przewidzieliśmy katastrofy globalnego ocieplenia. Nazywam je katastrofą, gdyż według najpopularniejszej opinii powinniśmy zahamować emisje CO2, wydając wielkie sumy pieniędzy i narzucając całemu światu drastyczne ograniczenia, a już to jest ze wszech miar katastrofalne. Nazywam ją nieprzewidzianą, ponieważ teraz zdajemy sobie sprawę, że zbliżała się już w 1971 r., gdy słuchałem tamtego wykładu. Ehrlich ostrzegał nas, że rolnictwo zniszczy wkrótce gwałtowna zmiana klimatyczna. Jednak zmianą tą miało być globalne oziębienie spowodowane smogiem i smugami kondensacyjnymi pozostawionymi przez samoloty ponaddźwiękowe. Kwestię możliwości ocieplenia spowodowanego emisjami gazów poruszyło wcześniej kilku badaczy, ale Ehrlich uznał, że nie warto o tym wspominać. Twierdził, że już wówczas zauważalna była ogólna tendencja do oziębiania klimatu, która miała się utrzymać i zaowocować katastrofalnymi skutkami, choć w dalszej perspektywie mogła ulec odwróceniu z powodu zanieczyszczenia środowiska ciepłem pochodzącym z przemysłu (jego efekty są obecnie co najmniej stukrotnie mniejsze niż globalne ocieplenie, którym się zajmujemy).

Mówi się, że lepiej jest zapobiegać, niż leczyć. Ma to jednak sens, jedynie gdy wiemy, czemu mamy zapobiec. Żadne środki ostrożności nie pomogą, jeśli nie potrafimy przewidzieć problemów. Aby się na nie przygotować, nie pozostaje nam nic innego, jak uczyć się reagować na sytuację, gdy sprawy przybiorą zły obrót. Ciągłe zdawanie się na los, polegające na unikaniu złych następstw, gwarantuje ostatecznie porażkę bez szans na ratunek.

Obecnie na całym świecie słychać gwar głosów nawołujących do redukcji emisji gazów cieplarnianych za wszelką cenę. Powinniśmy jednak zastanowić się raczej, w jaki sposób można zredukować temperaturę lub jak dobrze funkcjonować w klimacie cieplejszym niż dzisiejszy, ale nie za wszelką cenę, tylko wydajnie i tanio. Takie plany istnieją – przykładowo proponuje się, aby za pomocą różnych metod usunąć dwutlenek węgla z atmosfery, sprawić, by organizmy morskie wchłaniały większą jego ilość bądź utworzyć nad oceanami chmury, które odbijałyby promieniowanie słoneczne. A jednak dziś są to marginalne pomysły naukowe. Nie pracują nad nimi superkomputery, nie są przedmiotem umów międzynarodowych, nie przeznacza się na nie wielkich pieniędzy. Znajdują się na peryferiach starań ludzkości, by rozwiązać problem ocieplenia bądź problemy podobne.

Jest w tym niebezpieczeństwo. Nie widać na razie istotnych oznak wycofania się w styl życia zgodny z doktryną zrównoważonego rozwoju (co w rzeczywistości byłoby jedynie pozornym zrównoważeniem), ale niebezpieczne jest samo dążenie do niego. Co on bowiem oznacza? Wpasowywanie przyszłości w ramy naszych o niej wyobrażeń, nieustanne powielanie naszego stylu życia, niesłusznych przekonań i błędów. Ale jeśli zamiast tego wybierzemy podroż w nieznane, której istotą są kreatywność i eksploracja, w której każdy krok jest daleki od równowagi, dopóki nie zrehabilituje go następny – jeśli ta wizja stanie się dominującą zasadą i aspiracją naszego społeczeństwa – wówczas powstawanie człowieka i dążenie do nieskończoności staną się, jeśli nie pewne, to przynajmniej zrównoważone.

 

Tłumaczyła Marzena Zdanowska

Tekst jest fragmentem książki Davida Deutscha The Beginning of Infinity (Początek nieskończoności), Londyn 2011. Skróty pochodzą od redakcji

Copyright © 2011 David Deutsch

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata