70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dole i niedole polskich elit

Dzisiejsza polska elita ponad wszystko czci pracę, umartwia ciało sportem i dietą, dzieci posiada niewiele, inteligenckie ideały uważa za naiwne bzdury, a za miernik wartości człowieka uznaje wyłącznie sukces mierzony pieniędzmi i popularnością.

Historii elit polskich jak dotąd nie ma i chyba jeszcze długo nie będzie – istnieją cząstkowe opracowania, sielanki i pamflety. Gdyby powstała, musiałaby liczyć trzy lub cztery tomy, najlepiej w kilku wersjach: osobno historia elit władzy, pieniądza i elit intelektualnych oraz osobno historia poszczególnych epok, tak żeby nie trzeba było czytelnikowi tłumaczyć, co stało się z grupą, która w poprzednim tomie była jeszcze elitą, a w następnym, z powodu gwałtownego obrotu koła fortuny, jest już obiektem represji lub po prostu wegetuje sobie cichutko pod miotłą niechętnej jej władzy. Mimo to z pewnością nie udałoby się uniknąć świętego oburzenia pominiętych, bo przecież elitarność jest pojęciem uznaniowym i gdyby uwzględnić wszystkie pretensje do tego tytułu, wówczas grup elitarnych nie sposób by zliczyć. Mieliśmy przecież najliczniejszą szlachtę na świecie, ponadto inteligentów w dziurawych spodniach, bohaterów walki o wolność naszą i cudzą, swoich ludzi wśród badaczy i pionierów obu Ameryk, Australii i Syberii, w awangardzie światowego proletariatu i pośród budowniczych Izraela, mieliśmy też Kopernika, Skłodowską-Curie i Conrada, Żwirkę i Wigurę, swojego człowieka w kosmosie i na Stolicy Piotrowej, Piasecką-Johnson oraz Wałęsę – wymieniać można długo.

Historia polskich elit z konieczności musi więc być poszatkowana – bo zabory, zniesienie pańszczyzny, wojna, komunizm i wreszcie wolnorynkowa transformacja raz za razem, bardziej lub mniej brutalnie, przewracały istniejący społeczny porządek, hierarchie i „kolejność dziobania”. Powinna być również fragmentaryczna, nie może uwzględniać wielu postaci i nawet grup, którym z czyjegoś punktu widzenia miano elitarności bezwzględnie się należy. W historii Polski niewiele lub zgoła nic nie pisze się o elitach i wybitnych postaciach zamieszkujących ziemie dawnej Rzeczypospolitej mniejszości – takich jak prominenci ukraińskiego, białoruskiego i litewskiego ruchu narodowego, żydowscy cadycy i w ogóle Żydzi, którzy rozjechali się po świecie w poszukiwaniu bardziej gościnnych krajów. Wciąż nie ma elementarnych naukowych opracowań dziejów carskich, pruskich i austriackich namiestników oraz wielkorządców Polski z XIX wieku. Do tej pory brak także pomysłu, jak pogodzić „elitarność” bojowników o wolność, buntowników i dysydentów, którzy po śmierci trafiają na pomniki i do podręczników, z „elitarnością” tych, którzy za ich życia przypatrywali się tym wysiłkom z bierną sympatią lub zdziwieniem z wyżyn dobrze opłacanych posad i rodzinnych majątków. W swym postrzeganiu narodowej przeszłości Polacy lubią bowiem obdarzać szacunkiem tych, którzy z władzą mieli na pieńku, łatwo natomiast zapominają o blasku, jaki niegdyś bił od zaborczych i komunistycznych instytucji oraz skupionych wokół nich elit.

Innymi słowy, pytanie, kto w naszej historii zasługuje na miano elity, a kto w żadnym razie, długo jeszcze pozostanie kontrowersyjne.

Szlachta i magnaci

W miarę klarowną sytuację mieliśmy przed rozbiorami – kryterium przynależności do elity stanowiło szlachectwo. Dopracowane w XVI wieku prawa oddzielały szlachtę od reszty społeczeństwa w bezwstydnie wyraźny sposób i to nie tylko w sferze politycznej i ekonomicznej (prawo do nabywania ziemi). Od 1532 roku karą za zabicie szlachcica przez człowieka innego stanu była śmierć (przy czym dostojny topór zarezerwowany był dla warstwy szlacheckiej, plebejuszom zaś pozostawał sznur, ćwiartowanie itd.); jeśli natomiast mordercą był szlachcic, płacił odszkodowanie według taksy: pod koniec XVI wieku było to od 480 do 240 grzywien za innego szlachcica (przy czym zabójstwo przy użyciu rusznicy wyceniono najwyżej – zapewne stosowanie jej wskazywało na mord z premedytacją), z kolei za plebejusza 30 grzywien. Jedynie życie rajców miejskich – lwowskich, warszawskich, poznańskich, toruńskich i gdańskich – kosztowało tyle, co szlacheckie.

Zarazem szlachectwo było pojęciem „kultowym”. „Szlachetnie urodzeni” żyli bowiem w przekonaniu, że od chłopów i Żydów różniło ich pochodzenie od synów Noego, a od cudzoziemców – proweniencja od legendarnych Sarmatów. Teoriom tym odpowiadały równie fantastyczne genealogie rodzinne, często sięgające starożytnego Rzymu, i doprawdy bardzo trudno stwierdzić, czy na poważnie w nie wierzono, czy tylko nad wyraz się w nich lubowano.

W dawnej Rzeczpospolitej było wprawdzie wiele zamożnych rodzin mieszczańskich i żydowskich, które majątkiem nieraz przewyższały bogatą szlachtę, lecz rzeczywisty awans wiązał się wyłącznie z nobilitacją. Rzecz jasna, coś takiego bezbrzeżnie oburzało szlachtę rodową, o czym świadczą liczne wydania Liber chamorum, skrupulatnego rejestru ponad dwu i pół tysiąca plebejuszy, którzy „klejnot” sobie przywłaszczyli. Z innych źródeł wiemy jednak, że operacja taka, choć trwała zazwyczaj dwa pokolenia i wymagała nakładów finansowych, była dość częsta. Ubogi szlachcic na przykład wydawał córkę za majętnego mieszczanina (przy czym oszczędzał na posagu, bo panna wnosiła klejnot w wianie), a ten przyjmował nazwisko żony i jeśli nie skąpił pieniędzy na reprezentację, wychowywał dzieci na szlachciców.

Jak wiadomo, szlachta była równa w oczach prawa i przy wielu okazjach nawet magnaci kultywowali tę fikcję – tak że cała była czymś na kształt wielkiej rodziny „panów braci”. Zróżnicowaniu i zaspokojeniu snobizmu służyły zatem, jako że tytuły arystokratyczne były zabronione, rozmaite godności urzędowe.

Urząd zaspokajał ambicję, nawet jeśli był fikcyjny; w ostatnich latach Rzeczpospolitej tytuły stolników, cześników, podkomorzych i innych urzędnicy królewscy sprzedawali po kilkanaście dukatów. Te obdarzone realną władzą (przede wszystkim dworskie i centralne, poza tym wojewodów i kasztelanów) dawały jednak wielkie przywileje i bywały odskocznią do gigantycznych fortun rodzinnych. Kanclerz Zamoyski zaczynał karierę z czterema wsiami odziedziczonymi po ojcu; po trzydziestu latach miał już 200 wsi i 11 miasteczek. Jego metoda była dość prosta: w procesach o własność odkupywał prawa przegrywającej strony, po czym, dzięki swym wpływom w trybunale, szybko wygrywał beznadziejne z pozoru sprawy.

Urzędom odpowiadały ściśle określone sposoby tytułowania ich właścicieli podlegające podobnej inflacji. Jeszcze w XVI wieku „wielmożni” byli tylko senatorowie (wojewodowie i kasztelani), zwrot „Wasza Miłość” stanowił tytuł królewski, „urodzony” zaś godność szlachcica na urzędzie. Z czasem z „Waszej Miłości” powstały „Waszmość Pan/Pani”, potem „Waćpan” i Waćpanna”, a w końcu pogardliwe „Asan” i „Acan”. Koniec XVIII i początek XIX wieku, gdy wszyscy potomkowie najdrobniejszych, czysto fikcyjnych urzędników mieli się za „Jaśnie Oświeconych Państwa”, był z pewnością szczytem tej tytułomanii. Jeszcze przed II wojną do wszystkich „kulturalnych ludzi” wypadało się zwracać „Wielmożni Państwo”, z kolei chłop nazywał dziedzica „Jaśnie Panem”. Toteż dzisiejsze odchodzenie od form „Pan/Pani” w wielu dziedzinach życia wypada uznać za ostateczne pożegnanie się ze szlachecką tradycją – lub może ze słodką fikcją, że wszyscy pochodzimy od szlachty.

Pozostałe metody wynoszenia się ponad „panów braci” wymagały znacznych kosztów. Sumy wydawane przez staropolską magnaterię na bale, festyny, uczty i polowania bez wątpienia były horrendalne. O groteskę wydaje się też ocierać upodobanie magnatów do ociekających złotem i kosztownościami strojów, do gigantycznych parad z setkami wystrojonych sług, na koniach pomalowanych na czerwono i z podkowami ze srebra. O uroczystym wjeździe jednego z posłów Rzeczpospolitej do Stambułu poseł holenderski pisał:„Wszystko, co próżność wynaleźć może,zostało [w tym dniu] przewyższone”.Z drugiej strony warto przypomnieć, że dopóki w Polsce istniało ziemiaństwo, szlachcic w podróży w każdym mijanym dworze mógł się spodziewać gościny, za którą nie tylko nie płacił, lecz w dodatku bywał obdarowywany na pożegnanie.

Ostentacyjne „zastaw się, a postaw się” może dziś wywoływać uśmieszek politowania. Niestety polskiej magnaterii stawiano cięższe zarzuty. Po upadku Rzeczpospolitej nie było chyba w Polsce historyka, który nie przypisywałby „karmazynom” części odpowiedzialności za tę tragedię. Kraj, w teorii będący wspólną własnością wszystkich „szlachetnie urodzonych”, w praktyce z czasem został zdominowany przez kilkadziesiąt zamożnych rodzin, wokół których skupiały się szersze lub węższe kręgi krewnych, powinowatych oraz „klientów” – na ogół obdzielanych rozmaitymi dworskimi tytułami. Proces kumulacji dóbr ziemskich w rękach nielicznych, a tym samym gwałtownego rozwarstwienia szlachty, przyśpieszył pod koniec XVI wieku. Gdy w następnym stuleciu na wojewodzie kijowskim Konstantym Wasylu wygasła linia książąt Ostrogoskich, pozostało po nim 1300 wsi, 100 miasteczek i 40 zamków. Indywidualnym rekordzistą w bogaceniu się był chyba słynny z Trylogii Jarema Wiśniowiecki – w ciągu 17 lat liczba jego poddanych wzrosła z ok. 4600 do mniej więcej 230 tysięcy, czego nie powstydziłby się niejeden udzielny książę niemiecki.

Magnaci byli wszechpotężni na wschodzie Rzeczpospolitej, gdzie drobny posiadacz był całkiem bezradny w sporze z „karmazynem”; nawet jeśli cudem wygrał sprawę w sądzie, nie mógł wyroku wyegzekwować, przeciwnik dysponował bowiem własną milicją liczącą po kilka tysięcy ludzi. Jednak nawet w etnicznej Polsce koncentracja własności ziemskiej przebiegała dość gwałtownie. Stanisław Lubomirski w 1613 roku odziedziczył 80 wsi, zamek w Wiśniczu i kamienice w Krakowie; w 1642 roku miał już 296 wsi, 157 folwarków, 10 zamków i 1/3 Jarosławia.

Skupywaniu majątku sprzyjały wszelkiego rodzaju katastrofy: susze, powodzie, nieurodzaj, a po 1648 roku liczne wojny i „ruchawki”. W ich wyniku posiadacze jednej lub kilku wiosek tracili zbiory lub możliwość zbytu, a wraz z nimi kruchą płynność finansową, magnaci zaś mieli zapasy, majątki w innych częściach kraju, kredyt w mieście oraz gotówkę.

Potęga wielkich rodów naginała prawo do swoich potrzeb – aby utrzymać w jednym ręku swoje posiadłości, magnaci uzyskiwali przywilej wyłączania pewnych dóbr spod reguł prawa spadkowego. W ten sposób tworzono tzw. ordynacje – niepodzielną część majątku dziedziczoną tylko przez najstarszego syna. Dzięki temu magnackie rody, otoczone wianuszkiem krewnych i klientów, żeniące się między sobą, wyrastały na niezależnych władców całych połaci kraju, zwłaszcza na Litwie i Ukrainie.

Nieustanna rywalizacja między nimi, a zwłaszcza prywatne wojny pomiędzy magnatami oraz antykrólewskie rokosze, rezultat tyleż umiłowania wolności, co niekontrolowanej ambicji, niewątpliwie nie przyczyniały się do stabilności i dobrobytu Rzeczpospolitej. Skądinąd wybieralność tronu sprawiała, że pułap tych ambicji ustawiony był chorobliwie wysoko. Wszystkie magnackie rodziny marzyły o tym, aby kogoś ze swoich osadzić na tronie lub żeby przynajmniej ich głos zaważył podczas elekcji, a każdy kolejny władca automatycznie stawał się wrogiem przegranego stronnictwa. Prawidłowość tę najjaskrawiej widać w czasach króla Stasia, któremu większość szlachty nigdy nie wybaczyła, że z przedstawiciela drugorzędnej rodziny (choć po matce był krewnym Czartoryskich), legitymującej się śmiesznym herbem Ciołek, awansował na ich monarchę. Jan Sobieski, cieszący się o niebo większym autorytetem, nie tylko nie potrafił doprowadzić do elekcji swego syna, ale wręcz spowodował powstanie potężnej magnackiej koalicji, która przyczyniła się do uchwalenia prawa zakazującego wyboru kolejnego „rodaka”. Zwolennikom konfederacji barskiej i targowickiej mogły nie odpowiadać reformy Poniatowskiego, lecz przede wszystkim nie podobał im się sam Stanisław August, parweniusz, który zapragnął zostać „tyranem”.

Warto pamiętać, że targowiczanie nie byli płatnymi zdrajcami – byli to jedni z najbogatszych ludzi w Polsce, którzy sami wydali olbrzymie sumy na łapówki dla dworaków carycy Katarzyny, aby ci skłonili ją do interwencji w Rzeczpospolitej, ponieważ w głównej mierze chcieli zrzucić z tronu „uzurpatora”.

Inteligencja

Na okres stanisławowski przypada ponadto faza tworzenia się w Polsce zalążków nowej elity – kadr fachowych i intelektualnych, z których z czasem powstać miała tzw. inteligencja. Było to wynikiem celowych działań samego króla oraz otaczających go zwolenników oświeceniowych reform, w znacznej części niezbyt bogobojnych księży – obok mecenatu kulturalnego trzeba tu wspomnieć w szczególności o odnowieniu uniwersytetów, założeniu Szkoły Rycerskiej i sieci szkół pod auspicjami Komisji Edukacji Narodowej. Mniej niż trzy dziesięciolecia działalności tych instytucji wystarczyły, aby wykształcić zupełnie nową, postępowo-patriotyczną elitę, która stanowiła większość posłów na Sejm Czteroletni, a potem, już po III rozbiorze, podjęła świadome działania w celu „zachowania narodowości” pod obcym panowaniem. Rzadko się dziś pamięta, że Konstytucja 3 Maja, ukoronowanie owych reform, była także końcem oficjalnej równości polskiej szlachty; jednym z jej najbardziej rewolucyjnych postanowień było wszakże pozbawienie szlacheckiej „gołoty” (czyli szlachty, której odebrano ziemie) praw politycznych. W mniemaniu oświeconych reformatorów wyłącznie bogactwo dawało gwarancję politycznego rozumu, a także złudzenie nieprzekupności.

Od oświecenia edukacja stała się jednym z atrybutów elitarności – nawet jeśli majątek nie szedł z nią w parze, to niewątpliwie zapewniała znalezienie płatnej pracy, zwłaszcza że aż do czasów międzywojennych krąg osób wykształconych zwiększał się bardzo powoli. Przede wszystkim jednak matura dawała przepustkę do „dobrego towarzystwa”, była legitymacją „człowieka kulturalnego”, który z czasem wyparł szlachcica jako ten, który sam siebie uważał za elitę narodu. Rzecz jasna, proces ten trwał długie dziesięciolecia i jakkolwiek w XIX wieku hrabiów w Polsce było zapewne więcej niż profesorów uniwersyteckich, to żaden z nich nie wydałby córki za mąż za profesora, a tylko niewielu usiadłoby z nim do stołu. Uroki szlachectwa pozostały żywe aż do międzywojnia, choć konstytucja marcowa z 1921 roku zniosła tytuły arystokratyczne, a większość ziemi od dawna nie należała już do prawdziwych ziemian.

Trzeba też pamiętać, że procesowi rozpadu barier stanowych towarzyszył równie powolny proces rozlewania się poczucia tożsamości narodowej na szersze kręgi społeczeństwa. Polskość była pojęciem ekskluzywnym jeszcze w czasie powstania styczniowego, gdy – jak wiemy z utworów takich jak Rozdziobią nas kruki i wrony – chłopi obojętnie przyglądali się walce „panów” z „Moskalami”.

Wrogość chłopów wobec szlachty, która najbrutalniejszy wyraz znalazła w czasie tzw. rabacji galicyjskiej, długo oznaczała również nieufność wobec idei polskiego patriotyzmu (jeszcze w czasach międzywojennych chłopi stanowili niemal trzy czwarte społeczeństwa). Z drugiej strony nie należy zapominać, że towarzyska atrakcyjność polskiej szlachty i miejskiej inteligencji sprawiały, że w XIX wieku, mimo braku państwa polskiego, wszyscy ci, którzy pragnęli należeć do elity, szybko i dość łatwo się polonizowali. Dotyczyło to zarówno Żydów, Niemców, Ormian i innych mniejszości zamieszkujących ziemie dawnej Rzeczpospolitej od stuleci, jak i austriackich oraz czeskich urzędników w Galicji, a nawet rosyjskich w Królestwie Kongresowym. Spowolnienie tego trendu nastąpiło dopiero w epoce nowoczesnego nacjonalizmu i antysemityzmu. Bywało i tak, że polonizację elit wymuszały „doły”, a uznawała nawet carska władza; na przykład w wyniku rozruchów w łódzkich fabrykach (których właścicielami byli bez wyjątku Niemcy i Żydzi) w 1892 roku wydano zarządzenie, że kadra kierownicza musi porozumiewać się w jednym z „miejscowych języków” (przez co rozumiano polski i rosyjski – w istocie oznaczało jednak polszczyznę).

W ogóle polskość w epoce zaborów była w oczach cudzoziemców pojęciem silnie nacechowanym klasowo. W Rzeszy Niemieckiej Polacy katolicy, masowo emigrujący za chlebem na Zachód, uchodzili za niereformowalną underclass, zaś garstka polskich arystokratów tylko ten stereotyp potwierdzała. Natomiast w carskiej Rosji Polacy, choć politycznie prześladowani, pozostawali grupą elitarną, albowiem w tzw. guberniach zachodnich aż do końca XIX wieku większość szlachty wciąż była polska, a posiadanie „polskiej babki” uchodziło za szykowne jeszcze w drugiej połowie XX wieku (mimo że w latach stalinowskich było też śmiertelnie niebezpieczne).

To właśnie stąd w szczególności wywodzi się idylliczny obraz Kresów Wschodnich w kulturze polskiej: ponieważ Polakom na Wschodzie prawie zawsze powodziło się znacznie lepiej niż ich ukraińskim, białoruskim i litewskim sąsiadom. Jednak lokalną elitą byli często tylko we własnym mniemaniu. W opinii sąsiadów reprezentowali godną podziwu, lecz obcą cywilizację. Alexander Granach tak wspominał dzieciństwo w Galicji Wschodniej pod koniec XIX wieku: „Małe chaty wiejskie kryła strzecha, brązowa i czarna od sadzy z kominów […]. Tylko jeden dom był biały, rósł przed nim zagon kwiatów, a dach pokrywały drewniane gonty. Było to dla nas coś obcego, majątek należał do polskiego ziemianina. Od wsi dzielił go mur: to był obcy świat. Ani on, ani jego żona, dzieci, ani nawet ci, których zatrudniał, nie mieszali się z wieśniakami. Język też był inny. Polski”.

Gdzieś w pierwszej połowie XIX wieku, wraz z romantyzmem i ideami Wielkiej Rewolucji, pojawiło się wśród polskich elit przekonanie, że ich uprzywilejowana pozycja społeczna jest moralnie podejrzana. Tradycyjnej pogardzie wobec „chamów” towarzyszyć zaczęła nieodwzajemniana miłość do „ludu”. Tendencja ta osiągnęła apogeum pod koniec wieku, w czasach pozytywistycznej „pracy organicznej” i dojrzewania ludzi o wrażliwości Stefana Żeromskiego, aby w następnym stuleciu zostać zawłaszczoną przez ruch socjalistyczny i wypalić się po dojściu do władzy komunistów, gdy „lud” sam zabrał się za wyrównywanie rachunków z dawnymi elitami. Źródłem jej była z pewnością uderzająca, archaiczna na tle europejskim, niesprawiedliwość pańszczyzny i zacofanie polskiej wsi. Nie przybrała ona nigdy tak radykalnego i schizofrenicznego charakteru jak w Rosji, jednak z pewnością odróżniała Polskę od Zachodu, gdzie elity nie czuły się tak dramatycznie wyobcowane z całości społeczeństwa i bez skrępowania zajmowały się wznoszeniem kolejnych barier między sobą a „masami”, zamiast marzyć, że pięknie byłoby je zburzyć. Dopiero w okresie międzywojennym, a zwłaszcza po II wojnie wśród zachodnich elit modne stało się – pod ewidentnym wpływem ideologii komunistycznej – przyznawanie się do poczucia winy z powodu swego uprzywilejowanego położenia. Co szczególne, wcale nie słychać, aby Polacy domagali się uznania własnego prekursorstwa w tej dziedzinie; wolimy trwać w przekonaniu o naszej wyjątkowości.

Podobnie dystynktywną cechą wschodnioeuropejskich elit była obsesyjnie wręcz deklarowana niechęć wobec „dorobkiewiczostwa” i bogacenia się, którą inteligencja przejęła w spadku po szlachcie – w stosunku do której, skądinąd, była zawsze bardzo krytyczna. W języku polskim „bourgeois”, na Zachodzie uważający się za kwiat społeczeństwa, nabrał – już jako burżuj – jednoznacznie negatywnych konotacji, a i niewinny z pozoru „mieszczanin” bywał epitetem, jak choćby w słynnym wierszu Tuwima o „strasznych mieszczanach”. W rezultacie nie mieliśmy nigdy burżuazji jako klasy w pełnym tego słowa znaczeniu – i nie tylko dlatego, że była ona mniej liczna niż na Zachodzie, a na dodatek w znacznej mierze żydowsko-niemiecka, ale i z tej przyczyny, że ani razu nie ośmieliła się rościć sobie pretensji do zajmowania w społeczeństwie pozycji, jaką mogłaby mieć z uwagi na swój majątek. Warto zauważyć, że niejako analogiczne zjawisko miało miejsce w Niemczech przed I wojną światową: mimo że Rzesza w ekspresowym tempie stała się przemysłową potęgą, burżuazja aż do upadku cesarstwa nie odważyła się sięgnąć po władzę polityczną, jakby po prostu nie potrafiła sobie wyobrazić, że funkcje rządowe może pełnić ktoś inny niż szlachta. Norbert Elias ukuł w związku z tym termin „społeczeństwo zdolne do dawania satysfakcji”, czyli takie, w którym przynależność do elity (to jest do „towarzystwa”) definiowano „zdolnością” do pojedynkowania się przysługującą szlachcie, oficerom i ludziom wykształconym.

Panowie i chamy

Odzyskana w 1918 roku niepodległość przywróciła polskim elitom najcenniejszy przywilej – władzę polityczną. Po raz pierwszy w historii w jej sprawowaniu uczestniczyli też reprezentanci „ludu”, czyli przede wszystkim chłopi (przedtem politycy chłopscy i socjalistyczni zasiadali wprawdzie w Sejmie Krajowym Galicji, parlamencie wiedeńskim i berlińskim, ale nigdy nie brali udziału w rządach). Ich symbolem był Wincenty Witos, demonstracyjnie obywający się bez krawata.

Taki stan rzeczy niezmiernie gorszył wielu ówczesnych „kulturalnych ludzi”, a wizja „chama” u władzy – taka jak zawarta w Mateuszu Bigdzie lub Nikodemie Dyzmie – wywoływała skojarzenia niemal tak przerażające, jak wieści z sowieckiej Rosji. Inteligencja i ziemiaństwo, przyzwyczajone do uważania siebie za niejako naturalną elitę, z przerażeniem i niesmakiem odkryły, że w warunkach wolnej konkurencji prości ludzie świetnie sobie bez nich radzą, a ich apetytu na władzę i przywileje zupełnie nie krępują poczucie niższości czy brak dobrych manier.

Rzecz jasna, kariery tzw. prostych ludzi w rzeczywistości należały do wyjątków. Na niepodległości prawdziwy interes zrobiła głównie inteligencja: polskie szkoły, urzędy i instytucje wymagały fachowej kadry, liczba intratnych posad dla osób z dyplomem zwiększyła się radykalnie. Co znaczące, po 1918 – odwrotnie niż po 1989 roku – wybitni polscy uczeni (jak choćby Narutowicz, de Courtenay) wracali do Polski, zamiast z niej uciekać.

Gorszący widok dorobkiewiczów i chamów u władzy sprawił, że wśród tradycyjnych, „kulturalnych” elit błyskawicznie rozpowszechnił się antyelitarny stereotyp, że władza z definicji korumpuje, a ci, którzy się do niej garną, w istocie pchają się do „koryta”. Takie było jądro programu politycznego Piłsudskiego i jego Sanacji, która, raz władzę zdobywszy, nie zamierzała się nią dzielić ani rezygnować z płynących z niej przywilejów mimo ciągłego szermowania moralistycznymi hasłami.

W przekonaniu tym z pewnością nie ma niczego oryginalnie polskiego, jednak bez wątpienia jest ono w Polsce wyjątkowo powszechne i trwałe. Poza rudymentarnym patriotyzmem jest to chyba jedyny „polityczny” pogląd jednoczący inteligencję, drobnomieszczaństwo, robotników i chłopów. Przetrwał on międzywojnie, odrodził się wraz z okrzepnięciem i ideologicznym skostnieniem egalitarystycznego PRL-u w postaci legend o przywilejach partyjnej wierchuszki, aby równocześnie z rozkwitem demokracji po 1989 roku osiągnąć apogeum. Zawiść obywateli PRL-u o willę towarzysza Gierka, talony na samochody oraz suto zaopatrzone stołówki w ministerstwach przyczyniły się do upadku komunizmu zapewne nie mniej niż pragnienie życia w demokracji. Podejrzenia o korupcję zniszczyły kariery najtwardszych polityków III RP – Millera i Leppera.

Nazizm i stalinizm postawiły sobie za cel unicestwienie tradycyjnych polskich elit. Od pierwszych dni okupacji Niemcy planowo eksterminowali wszystkich Polaków posiadających wyższe wykształcenie lub pokaźniejszy majątek; według tego klucza na ziemiach wcielonych do Rzeszy już w 1939 roku zamordowano przeszło 40 tys. osób. Naród polski miał się składać ze zdolnych do pracy fizycznej półanalfabetów, a reszta powinna była wyparować.

Oczywiście terror natychmiast rozlał się na wszystkie warstwy społeczne, elity jednak zawsze pozostawały głównym celem. Stalinowskie represje były jedynie epilogiem tej hekatomby, w wyniku której Polska utraciła, między innymi, niemal połowę kadry naukowej. Nacjonalizacja i reforma rolna, masowy awans społeczny robotniczo-chłopskiej młodzieży i masowa urbanizacja czasów realnego socjalizmu sprawiły, że dawne elity całkiem się zdekomponowały – choć nie znikły, jak to się stało w Związku Radzieckim.

Po październiku 1956 roku pochodzenie z inteligenckiego domu znów dawało realną przewagę w dostępie do edukacji, do posad w nauce i instytucjach kulturalnych; z kolei posiadanie najmniejszego sklepiku lub zakładu stanowiło okazję do gromadzenia skromnego z dzisiejszego punktu widzenia, ale jednak majątku. Pracownicy umysłowi mogli liczyć na dodatkowy pokój w przydziałowym mieszkaniu, a nawet na wczasy w Zakopanem. Co ciekawe, na przekór wyraźnym dyrektywom władz w przydzielaniu nowych lokali mieszkalnych stale preferowano tzw. pracowników umysłowych przed fizycznymi. W 1967 roku w Łodzi w nowym bloku mieszkał szacunkowo co trzeci inteligent, co piąty technik, co dziesiąty robotnik wykwalifikowany i co dwudziesty niewykwalifikowany. Władza, przeczulona na punkcie swej reputacji, szczególną opieką otaczała „inteligencję twórczą”. Odrobina lojalności dawała cenionym artystom i intelektualistom dostęp do przywilejów, które dziś wydają się zwykle śmieszne, lecz wówczas gwarantowały im pozycję relatywnie wyższą, niż daje obecnie wolny rynek.

Mimo to realny socjalizm zdołał zadać kłam klasycznej teorii ruchliwości społecznej sformułowanej przez Pitrima Sorokina, która głosi, że rozwarstwienie społeczne narasta w długich okresach politycznego spokoju, a kurczy się w momentach zawirowań, którym towarzyszą konfiskaty, redystrybucja dóbr itp. PRL nierówności społeczne wyrównywała nie tylko poprzez „dekapitację” dawnych elit u swego zarania, nieprzerwanie malał również cywilizacyjny dystans między miastem a wsią, a przez pewien czas także pomiędzy Warszawą a prowincją. Władze czuwały nad „spłaszczaniem” piramidy dochodów; według wyliczeń Lidii Beskid, różnica między najwyższymi a najniższymi zarobkami w przemyśle przetwórczym od 1937 do 1960 roku zmniejszyła się dwukrotnie. W latach osiemdziesiątych ogłoszono wręcz zrównanie płac robotniczych z przychodami inteligencji. Inna rzecz, że w statystykach nie uwzględniano wynagrodzenia kadry kierowniczej państwowych przedsiębiorstw, czyli właściwej elity PRL-u, która karierę zawdzięczała socjalistycznej gospodarce, ponieważ gros ich zarobków nie stanowiły pensje, lecz premie za wykonanie „planu” (nie licząc innych przywilejów „w naturze”). System ten z komunistycznej elity czynił naturalnego wroga (lub może nieświadomego sabotażystę) socjalistycznej gospodarki, w interesie kierownictwa leżało bowiem, aby plany były odpowiednio niskie.

Współczesne elity

Pozostaje pytanie, co dzisiejsze polskie elity odziedziczyły po swych poprzednikach. Naturalnie każdy z osobna przejął nieskończenie wiele po swoich rodzicach, którzy zazwyczaj jeszcze żenili się i płodzili dzieci w obrębie własnej klasy społecznej – które to pojęcie wydaje się dziś mocno anachroniczne.

Warto zauważyć ponadto, że w demokratycznej Polsce zainteresowanie genealogią odżyło z zadziwiającą wręcz mocą, a liczba ludzi czerpiących dość zagadkowe zadowolenie z posiadania iście sarmackiego katalogu przodków zdaje się rosnąć z dnia na dzień, rzecz jasna dzięki Internetowi. Jeśli jednak zapytać o mentalność obecnych elit, gdziekolwiek miałaby przebiegać granica między nimi a resztą społeczeństwa, to wydaje się, że odpowiedź brzmiałaby: w sumie niewiele.

Być może jest uniwersalną regułą, że atrybuty niegdysiejszej socjety po kilku pokoleniach odnajdujemy raczej wśród społecznych dołów: zgodnie z nią, skoro w romantyzmie bokobrody nosili książęta i poeci, to w czasach Młodej Polski obowiązkowo musiał mieć je już każdy szanujący się lokaj. Elity zaś imitują to, co uda im się podpatrzyć w aktualnym pępku świata. Dawniej był to Paryż, dziś kraje anglosaskie, a wraz z nimi tantalowe męki szlifowania oksfordzkiego akcentu i amerykańskiego luzu. Rodzinność, gościnność, zamiłowanie do życia ponad stan i hucznego świętowania, brak umiaru w złości i w serdeczności, dumę narodową – czyli tradycyjne cnoty oraz przywary polskiej szlachty – odnaleźć dzisiaj można raczej na niższych lub co najwyżej średnich szczeblach drabiny społecznej.

Polska elita ponad wszystko czci pracę, umartwia ciało sportem i dietą, dzieci posiada niewiele, inteligenckie ideały uważa za naiwne bzdury, a za miernik wartości człowieka uznaje wyłącznie sukces mierzony pieniędzmi i popularnością. Z drugiej strony pod tą pseudoprotestancką witryną kryje się „familiaryzm”, który upodabnia dzisiejszą Polskę do krajów śródziemnomorskich: dostęp do szczytów hierarchii społecznej reguluje nie tylko wolna konkurencja, kompetencje i zdolności, ale też sieć „kontaktów”, z których najważniejsze są powiązania rodzinne.

Po każdych wyborach posady w firmach z państwowym kapitałem zalewa fala krewnych i kuzynów zwycięzców, dzieci wyższych urzędników, adwokatów, ordynatorów, profesorów, redaktorów i innych wysoko postawionych osób, które masowo wygrywają „otwarte” konkursy o pracę, ich krewni takież przetargi, dzieci aktorów zwyciężają w castingach itd. Innymi słowy, szczelina, przez którą homo novus mógłby wślizgnąć się na szczyt, a która przez kilka lat po 1989 roku wydawała się olbrzymią czarną dziurą, stała się znów tak wąska, jak to niegdyś bywało i jak to ma miejsce w większości krajów świata (vide teoria Pitrima Sorokina). Zarazem od momentu wprowadzenia kapitalizmu nierówności społeczne systematycznie rosną, przekroczyły już normę europejską i zmierzają ku amerykańskiej, niewykluczone więc, że za jakiś czas polskie elity dochrapią się własnych tradycji i indywidualnego stylu. A może globalizacja będzie szybsza i na to nie pozwoli.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata