70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kobiety i polityka

Kwoty i parytety zmuszają liderów partyjnych do sięgnięcia poza znajome grono i do zwrócenia uwagi na kompetencję kobiet oraz na posiadany przez nie kapitał społeczny, a tym samym przyspieszają proces wchodzenia przez kobiety na miejsca na listach wyborczych, z których mogą być wybrane. Dzięki temu także my jako wyborcy mamy większy wpływ na to, czy reprezentować nas będzie kobieta czy mężczyzna.

„MĘSKIE” NIE RÓWNA SIĘ „UNIWERSALNE”

Jeszcze nie upłynęło sto lat, odkąd kobiety uzyskały w Polsce prawo głosu i prawo bycia wybieranymi, niewiele więcej od wywalczenia przez nie prawa do studiowania na wyższych uczelniach i znacznie mniej od zdobycia prawa do pracy w wielu prestiżowych zawodach. Kobiety musiały wywalczyć sobie dostęp do instytucji tradycyjnie zaliczanych do „sfery publicznej”, w której mieści się także świat polityki. Warto przypomnieć to dlatego, że instytucje te już wcześniej zostały ukształtowane bez ich udziału – kobiety nie miały wpływu na zasady funkcjonowania tych organizacji, nie uwzględniono ich potrzeb ani ich punktu widzenia. Jest to zagadnienie kluczowe dla feministycznych autorek i autorów analizujących udział kobiet w tych instytucjach – podkreśla się bowiem, że nie można mówić o równouprawnieniu, skoro oczekuje się od kobiet dostosowania do norm i wzorców ukształtowanych przez mężczyzn. Równouprawnienie nastąpi dopiero wtedy, kiedy kobiety i mężczyźni będą na równi decydować o zasadach funkcjonowania owych instytucji. Jedną z najważniejszych przyczyn, które sprawiają, że działanie w organizacjach politycznych nie spełnia oczekiwań kobiet, jest powszechność mniemania, że wzorzec męskich potrzeb, sposobu życia, zajęć i preferencji jest tożsamy z uniwersalnym wzorcem „ludzkim”, stosującym się zarówno do mężczyzn, jak i kobiet. Kobiety najpierw muszą więc do tych instytucji wejść, a następnie, jeśli okaże się to konieczne, przyczynić się do takiej zmiany, aby owe organizacje uwzględniały punkt widzenia obu płci.

„Tak” dla kobiet w polityce

Czy obecność kobiet w instytucjach i gremiach podejmujących decyzje dotyczące całego społeczeństwa ma istotne znaczenie? Za odpowiedzią „tak” przemawiają trzy grupy argumentów. Pierwsza odwołuje się do zasady sprawiedliwości: nie ma żadnego uzasadnienia, aby kobiety nie były obecne w gremiach, w których zapadają decyzje dotyczące wszystkich, a praca w nich łączy się ponadto z wysokimi dochodami, prestiżem i pozycją społeczną. Ten argument warto zestawić z uzasadnieniem merytokratycznym, zwracającym uwagę na to, że kobiety obecnie są lepiej wykształcone od mężczyzn, zatem ich nieobecność w procesach decyzyjnych, legislacyjnych prowadzi do niewykorzystania wartościowego kapitału społecznego i w konsekwencji do straty dla całego społeczeństwa. Druga grupa argumentów odwołuje się do kwestii reprezentacji interesów poszczególnych grup społecznych. Podkreśla się, że nieobecność przedstawicieli/przedstawicielek danej grupy w procesie podejmowania decyzji oznacza, że ich partykularne interesy bądź są w ogóle niereprezentowane, bądź są reprezentowane, ale w znacznie słabszym stopniu niż interesy tych posiadających władzę. I wreszcie, na znaczeniu dziś zyskuje trzecia grupa argumentów, wskazujących, że nieobecność kobiet to brak reprezentacji doświadczenia będącego znacznie częściej udziałem kobiet niż mężczyzn. Owo doświadczenie ma znaczny wpływ na kształtowanie prawa. To kobiety walczyły, by gwałt uznano za formę tortur, by wprowadzono regulacje dotyczące zapobiegania przemocy domowej. Są to najczęstsze przykłady sytuacji, w których to kobiety są przeważnie ofiarami. Dopóki członkinie gremiów decyzyjnych nie dokonały zmiany, wymienione sytuacje uważane były za nieistotne i niebędące przedmiotem zainteresowania w instytucjach publicznych. Podczas badań prowadzonych przeze mnie w pięciu krajach Europy (w Hiszpanii, Macedonii, Polsce, Szwecji, Wielkiej Brytanii) parlamentarzystki przyznawały, że mężczyźni mają możliwość walczyć o sprawy ważne dla kobiet, jednakże tego nie robią, gdyż nie dostrzegają potrzeby podejmowania ich w sferze publicznej. I nie są rozpatrywane w parlamencie, dopóki kobiety parlamentarzystki nie zainaugurują debaty na ich temat.

Parlamentarzystki

Prowadzone w różnych krajach badania wskazują, że kobiety są aktywne w sferze publicznej, ale najczęściej poza formalną polityką. Działają przeważnie w różnych organizacjach pozarządowych oraz innych niesformalizowanych grupach działających na rzecz społeczności. Najczęściej kobiety trafiają do formalnej polityki dzięki swojemu doświadczeniu w trzecim sektorze bądź we władzach lokalnych (niekoniecznie partyjnych), zdecydowanie rzadziej niż w przypadku mężczyzn poprzez awans w partii politycznej.

Spośród instytucji życia publicznego największy wpływ na nasze życie, właśnie poprzez kształtowanie prawa, mają parlamenty. Na świecie nieco ponad 19 procent osób zasiadających w parlamencie to kobiety. Polski Sejm z dwudziestoprocentowym udziałem posłanek (chociaż w przypadku Senatu jest to 7 procent) przekracza nieznacznie światową „średnią”. Gdy przyjrzymy się statystykom dokładniej, okazuje się jednakże, że bardzo nam daleko do światowych i europejskich państw, w których kobiety parlamentarzystki stanowią ponad 30, a w niektórych przypadkach 40 procent parlamentarzystów. Dzieje się tak nie tylko w Skandynawii, powszechnie znanej z bardzo dużej aktywności kobiet w polityce, ale też w Belgii, Holandii, Niemczech, Hiszpanii i Macedonii. Warto przypomnieć, że w Polsce reprezentacja kobiet w parlamencie zawsze była niska, najwyższa bowiem sięgnęła tylko 23 procent (kadencja 1980–1985).

Potrzeba zmian kulturowych i instytucjonalnych

Jest wiele powodów niskiej reprezentacji kobiet w parlamencie. Przyczyny takiego stanu rzeczy dzieli się w literaturze na dwie podstawowe grupy: kulturowe i instytucjonalne. Do pierwszej zalicza się najczęściej wymienianą przyczynę niedoreprezentowania kobiet w sferze publicznej, czyli niewspółmiernie większe obciążenie kobiet obowiązkami w sferze prywatnej. Wiążą się z tym również późniejsze rozpoczynanie kariery politycznej i przewaga kobiet niezamężnych i bezdzietnych wśród parlamentarzystek na całym świecie. Bariery kulturowe odnoszą się do stereotypów i uprzedzeń związanych z płcią, takich jak na przykład postrzeganie mężczyzn jako bardziej zorientowanych w wydarzeniach czy problematyce politycznej i posiadających większe zdolności przywódcze. Zmiana kulturowa wymaga czasu i jest trudna, musiałaby bowiem doprowadzić zarówno do równego podziału obowiązków domowych, jak i do zmiany stereotypów związanych z płcią.

Inaczej jest z barierami instytucjonalnymi. W ich przypadku zmiany można wprowadzić znacznie szybciej, chociażby poprzez zobowiązanie partii i komitetów wyborczych do stosowania parytetów i kwot. Głównym powodem ich wprowadzania jest fakt, że na listach wyborczych, zwłaszcza na pierwszych, najważniejszych pozycjach, miejsca mają zapewnione przeważnie mężczyźni, co przesądza o ich większej liczbie w parlamencie. W Polsce w ostatnich kilkunastu latach liczba kobiet-kandydatek na listach wyborczych zmieniała się od 16 procent (1997 rok) do 23 procent (2001, 2007 rok) i 24 procent (2005 rok) wszystkich kandydujących. Znaczny wzrost miał miejsce w 2001 roku, po zorganizowanej akcji ruchu kobiecego na rzecz wprowadzenia kwot do polskiego prawa wyborczego i po zastosowaniu przez trzy polskie partie kwot na listach wyborczych (były to Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Pracy, Unia Wolności). Wówczas nastąpił również skokowy wzrost udziału kobiet w Sejmie, z 13 procent w 1993 i w 1997 roku do 20 procent w roku 2001. Od tego czasu udział kobiet kandydatek i parlamentarzystek nie uległ zmianom.

Wbrew powszechnym twierdzeniom to nie wyborcy, ale partie, mają najbardziej znaczący wpływ na udział kobiet i mężczyzn w instytucjach władzy. Wynika to z kombinacji systemu wyborczego i z umieszczania na listach wyborczych przeważnie mężczyzn na tak zwanych miejscach mandatowych, a więc dających niemal pewność wyboru. Nie dzieje się tak zapewne z powodu mizoginizmu partyjnych liderów, ale raczej wskutek reprodukowania się dotychczasowego układu (mężczyźni wcześniej otrzymali wysokie miejsce i w konsekwencji zostali wybrani na kolejną kadencję, zatem mają większe szanse na wysokie pozycje na liście i na ponowny wybór w kolejnych wyborach), a także dlatego że mężczyźni rządzący partiami i listami wyborczymi znacznie częściej znają kompetencje i doświadczenie swoich kolegów niż koleżanek. Cała sieć towarzyskich i kulturowych podziałów na społeczny świat „męski” i „kobiecy”, w którym mężczyźni są kolegami grającymi wspólnie w piłkę nożną, polującymi czy pijącymi wódkę, sprzyja odtwarzaniu istniejących relacji płci w świecie publicznym. Kwoty i parytety zmuszają liderów partyjnych do sięgnięcia poza znajome grono i do zwrócenia uwagi na kompetencję kobiet oraz na posiadany przez nie kapitał społeczny, a tym samym przyspieszają proces wchodzenia przez kobiety na miejsca na listach wyborczych, z których mogą być wybrane. Dzięki temu także my jako wyborcy mamy większy wpływ na to, czy reprezentować nas będzie kobieta czy mężczyzna.

W Polsce do tej pory zdarzało się, że najwyżej umieszczona na liście poszczególnych partii kobieta zajmowała 9 lub 14 miejsce. W takiej sytuacji wyborcy nie mieli w praktyce możliwości sprawienia, aby kandydatka dostała się do parlamentu. Oddane na kobiety głosy przysparzają w takich sytuacjach głosów liderom list, w ogromnej przewadze mężczyznom. Wyjątkiem w Polsce jest zajmowanie ostatniego, także atrakcyjnego miejsca na liście, również rzadko przyznawanego kobietom. Aby zapobiec takim sytuacjom, systemy kwotowe i parytetowe uzupełniane są często przez dodatkowe zasady. I tak na przykład w Belgii do prawa wyborczego wprowadzono zasadę, że dwie pierwsze osoby na liście nie mogą być tej samej płci, w Hiszpanii zaś stosunek 40:60 procent osób danej płci musi być zachowany w każdej piątce kandydatów. I wreszcie, obowiązujący w niektórych partiach system suwakowy, który najbardziej przybliża do zasady równości, bo wymaga umieszczenia nazwisk kobiet i mężczyzn na przemian na całej liście.

Kolejną przeszkodą instytucjonalną jest blokowanie karier kobiet. W badaniach w Polsce najwięcej przykładów „podcinania skrzydeł” podawały te parlamentarzystki, które zaszły najwyżej. Po osiągnięciu wysokiego stanowiska w hierarchii władzy spotykały się z różnorodnymi przeszkodami – złośliwościami, próbami podważania wiarygodności swojej pozycji i władzy, ignorowaniem swoich działań, ale również z wypieraniem z wysokich miejsc na liście lub nawet pomijaniem ich w kolejnych wyborach. O podobnym mechanizmie mówiły kobiety w Hiszpanii, gdzie mimo systemu kwotowego partyjni liderzy dbali o to, aby nie dochodziło do ich reelekcji, zgłaszając niemal w każdych wyborach inne kobiety kandydatki i nie dopuszczając w ten sposób do rozwijania się ich karier politycznych, co badane nazywały bojkotem zasady równości płci. W skali międzynarodowej prowadzi to do takiego efektu, że większe prawdopodobieństwo na reelekcję mają mężczyźni niż kobiety.

Akcja parytetowa ruchu kobiet w Polsce

Systemy kwotowe związane z płcią wprowadza się na różnych poziomach i w odmienny sposób się je prawnie reguluje. W Europie większość systemów jest obecnie neutralna z punktu widzenia płci, to znaczy określa proporcje kandydatów obu płci na listach wyborczych. Kwoty są często środkiem wprowadzanym na pewien czas, czyli do momentu osiągnięcia zrównoważonej reprezentacji. W literaturze podkreśla się, że efekt ich obowiązywania nie następuje natychmiast – dopiero po dwóch lub trzech kadencjach zaczyna się wyrównywać proporcja kobiet i mężczyzn w wybieralnych gremiach. Obecnie kwoty lub parytety wprowadzono bądź do konstytucji, bądź prawa wyborczego w ponad czterdziestu pięciu krajach na świecie.

Analizy polskiej sceny politycznej oraz studia nad systemami kwotowymi wprowadzanymi w innych krajach wskazywały, że zwiększenie udziału kobiet w polskim parlamencie nie nastąpi bez zastosowania analogicznych regulacji. Dlatego zastosowanie zasad parytetu na listach wyborczych stało się głównym postulatem I Kongresu Kobiet, który odbył się w Warszawie w czerwcu 2009 roku. Kongres, zorganizowany przez grupę kobiet wywodzących się z bardzo różnych środowisk, skupił reprezentantki kobiecych organizacji pozarządowych, organizacji biznesowych, profesorki, aktorki, reżyserki, dziennikarki, kobiety ministrów, żony obecnych i byłych prezydentów z różnych opcji politycznych. Stał się świadectwem ich ogromnego obywatelskiego zaangażowania w ruch, w którym uczestniczyło ponad cztery tysiące kobiet. Efektem podjętych działań było zgłoszenie społecznego projektu ustawy o parytetach na listach wyborczych, co oznaczało konieczność zebrania minimum  stu tysięcy podpisów popierających inicjatywę. Uczestniczki Kongresu lobbowały na rzecz wprowadzenia parytetu wśród polityków – spotykały się między innymi z prezydentem, premierem, przewodniczącymi klubów parlamentarnych, partii politycznych, z marszałkami, przewodniczącymi komisji legislacyjnych Sejmu i Senatu. Inicjatywa ruchu kobiet zakończyła się sukcesem – zebrano ponad  sto pięćdziesiąt tysięcy podpisów, a przecież za akcją nie stała żadna partia polityczna, Kościół ani inna organizacja o masowym charakterze. W tym przypadku podpisy zbierały „społecznie” wolontariuszki i wolontariusze w różnych miejscach publicznych (centra handlowe, teatry, muzea), co stało się okazją do debaty o parytetach i o problemie uczestniczenia kobiet w polityce.

Kto za parytetami?

O poparciu społecznym dla projektu świadczą wyniki badań opinii publicznej przeprowadzone tuż po złożeniu go w Sejmie. Aż 60 procent badanych poparło projekt, przeciwko było 30 (pozostałe 10 procent udzieliło odpowiedzi – „trudno powiedzieć”). Wprawdzie parytet częściej popierały kobiety (66 procent), ale i wśród mężczyzn przeważali jego zwolennicy (53 procent). Badania pokazały, że bycie zwolennikiem parytetu nie wiąże się w sposób jednoznaczny z cechami społeczno-demograficznymi badanych: nieco częściej inicjatywę popierali ludzie młodzi, uczniowie i studenci (68 procent), pracownicy biurowo-administracyjni (72 procent), ale również gospodynie domowe (67 procent), częściej poparcie znajdowała wśród ludzi religijnych, uczęszczających do kościoła kilka razy w tygodniu (69 procent) niż u niepraktykujących (52 procent). Zaskoczeniem może być to, że nie wykazano związku między akceptowaniem projektu a deklarowanymi poglądami politycznymi – popierających spotykamy nieco rzadziej wśród osób o lewicowych poglądach. Poparcie dla parytetu było duże wśród osób bardzo różnych – pod względem płci, wykształcenia, wykonywanego zawodu, dochodów, religijności, poglądów politycznych i miejsca zamieszkania.

Pierwsze czytanie projektu odbyło się w Sejmie w lutym 2010 roku. W toku dalszych prac Platforma Obywatelska zgłosiła poprawkę zmieniającą parytet (50/50 procent) na kwotę, zgodnie z którą ani kobiety, ani mężczyźni nie mogą stanowić mniej niż 35 procent na listach kandydatów w wyborach. Dyscyplina partyjna w głosowaniu nad ustawą przesądziła o tym, że projekt został uchwalony. Warto podkreślić, że mimo to dziesięciu posłów PO (sami mężczyźni) zagłosowało przeciw. Przykład wprowadzenia kwot pokazuje, że kluczową rolę w ustanowieniu korzystnych dla kobiet rozwiązań odegrać może właśnie ruch kobiecy, który jest w stanie wywrzeć odpowiedni nacisk na elity polityczne i przekonać je do swojego projektu. Trzeba jednak pamiętać, że wprowadzenie takiej prostej w zasadzie regulacji prawnej, jak widać cieszącej się poparciem większości społeczeństwa, wymagało ogromnej mobilizacji i wysiłku ruchu kobiecego. W innych krajach (na przykład w Hiszpanii), gdzie kobiety stanowią znaczącą, ponad trzydziestoprocentową grupę w parlamencie, wprowadzenie rozwiązań kwotowych nie wymagało tak wielkiej mobilizacji społecznej.

Ten ostatni przykład pokazuje problem kluczowy dla udziału kobiet w polityce. Jeśli pominiemy oczywiste uzasadnienia równego udziału kobiet i mężczyzn w parlamencie, jakimi są sprawiedliwość i wykorzystanie potencjału kobiet, dla elektoratu najważniejsze jest wprowadzanie regulacji, które zmierzałyby do realizacji postulatów kobiet, co w politologii nazywane jest reprezentacją substancjalną. Niski udział kobiet w parlamencie ma wiele dalszych skutków – jedynie pojedyncze kobiety są wicemarszałkami Sejmu i Senatu (nigdy w Polsce kobieta nie była jeszcze marszałkiem Sejmu). Kobiety stanowią uderzająco niski odsetek przewodniczących komisji w Sejmie (7 procent), a w Senacie nie przewodniczą żadnej. W niektórych komisjach sejmowych, w tym w komisji rolnictwa, nie ma żadnej kobiety. Biorąc pod uwagę, że wiele prac o zasadniczym znaczeniu dla kształtu regulacji prawnych odbywa się właśnie w komisjach, łatwe do przewidzenia są skutki takiej sytuacji w postaci pomijania spraw ważnych dla kobiet w procesie stanowienia prawa.

Teraz, kiedy pisze ten tekst (lipiec 2011), partie tworzą listy osób kandydujących w wyborach, pierwszych po wprowadzeniu kwot na listach wyborczych. Partie muszą je po raz pierwszy tworzyć tak, by i kobiety, i mężczyźni stanowili co najmniej 35 procent osób kandydujących. Na jakich miejscach znajdą się kobiety, a na jakich mężczyźni? Niedługo się dowiemy, które partie rzeczywiście szanują zasadę równości płci, a które nadal dyskryminują kobiety w polityce.

MAŁGORZATA FUSZARA – profesor dr. hab. Uniwersytetu Warszawskiego, socjolożka, prawniczka, współtwórczyni Gender Studies przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspertka Rady Europy do spraw wprowadzania równości płci do głównego nurtu działań politycznych i społecznych.

 

Wypróbuj Znak!