70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Verba sunt odiosa

Mój generalny wniosek z lektury Ceny przetrwania? jest taki, że gdyby autor tę książkę przepisał, eliminując esbeckie pojęcia i zastępując je normalną polszczyzną, to byłaby to zupełnie inna książka, znacznie bardziej precyzyjna w opisie faktów i wniosków z tych faktów płynących. Swoja drogą, byłby to fascynujący eksperyment z zakresu wpływu języka na świadomość.

Książka Romana Graczyka wzbudziła wiele emocji i refleksji. Główną falę dyskusji mamy już za sobą. Dyskutanci w zasadzie nie podważali faktów zgromadzonych przez autora, krytykując głównie jego warsztat za selektywny dobór faktów i prawomocność wnioskowania oraz polemizując z samymi wnioskami. Pod tym względem jest to dyskusja analogiczna do równolegle toczonej debaty nad książką Grossów.

W dyskusji nad książką Graczyka zabrakło systematycznej refleksji nad językiem zastosowanym do opisu zebranych faktów. Moim zdaniem przynajmniej w pewnym stopniu to właśnie użyty język zaprowadził autora, częściowo wbrew jego woli, na pozycje, które obecnie zajmuje i które są tak ostro krytykowane. Poniżej uzasadniam ten pogląd na najważniejszych przykładach, zastrzegając, że są to refleksje amatora, a nie językoznawcy.

Tytuł

Co oznacza pytajnik postawiony w tytule? We wszystkich znanych mi językach pytajnik za tezą oznacza zakwestionowanie tej tezy. Gdy postawimy go po słowach „czarny kot”, to oznacza on niepewność autora co do tego, czy to był kot lub czy był czarny. Zatem pytajnik w tytule to sygnał, że autor nie jest pewien, czy opisane przez niego wydarzenia należy zakwalifikować jako „cenę przetrwania”. Zwrócił na to już uwagę Robert Krasowski w „Rzeczpospolitej” (23 marca), ale nie poszedł dalej, by konsekwentnie zapytać: jeśli nie cena przetrwania, to co? Z kontekstu wynika dla czytelnika tylko jedna logiczna, domyślna alternatywa: zdrada. Roman Graczyk stwierdził w korespondencji ze mną, że nie to chciał powiedzieć; starał się tylko dać do zrozumienia, że cena była za wysoka, czyli że można było „wykupić się” taniej. Zatem już poprzez źle skonstruowany tytuł wysłał logicznie rozumującym czytelnikom fałszywy sygnał.

Współpraca

To chyba najczęściej używane w Cenie przetrwania? słowo, a zarazem najbrzemienniejsze w negatywne skutki językowe potknięcie autora. W normalnej polszczyźnie zakres pojęcia „współpraca” jest dobrze zdefiniowany: współpraca to wspólna praca, czyli wspólne działanie na rzecz tego samego celu. Innymi słowy współpraca implikuje intencję pomocy dla strony, z którą się współpracuje, a nie realizację własnego, odmiennego celu. Dlatego właśnie nikt do tej pory nie nazwał kontaktów Rady Głównej Opiekuńczej z Hansem Frankiem współpracą. W kontekście kontaktów z SB współpraca jest więc pojęciem wartościującym: oznacza zdradę, czyli przejście na druga stronę i pracę dla drugiej strony, bowiem to były kontakty stron pozostających w konflikcie. Tego słowa używamy też przecież dla opisania wyczynu kpt. Adama Hołysza, który zdradził SB i podjął współpracę z „Solidarnością”. Zatem użycie słowa „współpraca” niezależnie od intencji autora oznacza dla logicznie myślącego czytelnika to samo, co pytajnik w tytule: informuje, że autor w gruncie rzeczy ocenia te kontakty jako zdradę. Takie skojarzenie jest w polszczyźnie chyba automatyczne: zbyt wiele naczytaliśmy się o współpracy czy kolaboracji z okupantem lub zaborcą. Pamiętamy też, że na kolaborantach wykonywano wyroki. To jest wyjątkowo emocjonalnie obciążone słowo.

Takie słowo nie nadaje się do opisu faktów. Zapewne w humanistyce nie ma tak ścisłego wymogu rozdzielania opisu od interpretacji jak w naukach przyrodniczych, ale jakieś analogiczne zasady zapewne obowiązują, a ta książka nie jest przecież beletrystyką, tylko dziełem historycznym. Użycie słowa „współpraca” oznacza kompletne pomieszanie opisu z interpretacją. Dla potrzeb opisu należało zastosować sformułowanie czysto deskryptywne, a nie wartościujące, na przykład „zgoda na kontakty”. Wtedy autor mógłby w części oceniającej zachowanie swojego bohatera zakwalifikować jego „zgodę na kontakty” jako „współpracę”, gdyby zdobył twarde dowody zdrady. Jestem przekonany, że gdyby taka dyscyplina językowa została zachowana, słowo „współpraca” pojawiłoby się w tej książce wyłącznie w odniesieniu do osób, które były konfidentami, i nikt by tego nie kwestionował. W miejscu „współpracy inédite ” znalazłoby się zapewne sformułowanie typu „kontakty szkodliwe lub zbędne dla środowiska”, gdyby autor uznał, że nie przyniosły one środowisku „TP” żadnego pożytku lub wręcz mu zaszkodziły. Z takimi ocenami można by merytorycznie dyskutować, ale nie sposób byłoby je mieć autorowi za złe.

Roman Graczyk wiedział, że użycie słowa „współpraca” jest zabiegiem kontrowersyjnym, o czym świadczy dyskusja w ostatnim rozdziale. Myślę jednak, że nie do końca był świadom rozległości konsekwencji zastosowania tego słowa, gdyż wpadł jak wielu przed nim w pułapkę terminologii SB: studiując ich papiery, oswoił się ze swoistą esbecką nowomową i jemu samemu zakres pojęcia „współpraca” przesunął się w kierunku znaczenia, jakie temu słowu nadała SB: współpracownik to ktoś, kto spotyka się regularnie z SB, ma świadomość, z kim się spotyka, i udziela SB interesujących ją informacji. Jest to definicja całkowicie utylitarna; SB nie interesowały intencje interlokutora, tylko skutek w postaci wartościowej informacji. Graczyk zadeklarował w rozmowie ze mną, że używa słowa „współpraca” właśnie w takim sensie. To jest, jak sądzę, jądro konfuzji: czytelnik nie został przecież uprzedzony o takim przedefiniowaniu pojęcia, więc automatycznie interpretuje jego treść w duchu normalnie stosowanej polszczyzny, co prowadzi do nadinterpretacji intencji autora. Nawet niezwykle wnikliwy i życzliwy autorowi oraz „staremu” „TP” Robert Krasowski nie ma wątpliwości, że Krzysztof Kozłowski „broni oskarżonych o współpracę przyjaciół”. W odbiorze czytelników znikają wszelkie niuanse i pozostaje wrażenie współpracy sensu stricto.

Konfuzję językową dobrze ilustruje opinia zamieszczona s. 337: „możemy mówić jedynie o pośrednich dowodach współpracy k.o. Ala przy rozpracowaniu ks. Gorzelanego”. W myśl definicji współpracy SB to zdanie oznacza, że są pośrednie dowody na to, iż z rozmów z Haliną Bortnowską esbek uzyskał jakieś informacje, które uznał za pożyteczne przy rozpracowywaniu Gorzelanego. Taki komunikat, jak rozumiem, miał dotrzeć do czytelnika. Dociera oczywiście inny: Bortnowska świadomie, z własnej woli pomagała SB przy rozpracowywaniu Gorzelanego.

Co więcej, użycie tego nieszczęsnego słowa zdaje się także oddziaływać specyficznie na samego autora, wyostrzając jego oceny, co nie jest niczym osobliwym, bo związki języka ze świadomością są dobrze znane. Gdyby Graczyk opisał przypadek Haliny Bortnowskiej w kategoriach zgody na kontakty z SB i wycofania tej zgody w zmienionej sytuacji, to zapewne potrafiłby te kontakty i ich zerwanie racjonalnie ocenić jako korzystne, neutralne lub niekorzystne dla środowiska „TP” i samej zainteresowanej, ale nie pisałby o wycofaniu zgody na kontakty jako o „moralnym zwycięstwie”. Ten zwrot sugeruje, że autor podświadomie z góry uważa każdy kontakt z SB za czyn niemoralny, niezależnie od intencji, których przecież nie zna. Podświadomie, gdyż nie stwierdza tego otwarcie, niuansując przecież swoje oceny.

Donos

Donos to drugi przykład słowa o potężnym ładunku emocjonalnym, którego znaczenie w języku SB podległo pragmatycznemu przedefiniowaniu. Donos według SB to po prostu zapis rozmowy, tak zwana notatka ze słów spisana często przez oficera SB. W takim sensie to słowo używane jest w Cenie przetrwania? i tym razem na szczęście autor o tym czytelników uprzedza (s. 105). W normalnej polszczyźnie donos kojarzy się jak najgorzej: z denuncjacją, szpiegostwem, płatnym donosicielstwem. Użycie tego słowa w sposób nieuchronny prowadzi do tego typu skojarzeń nawet wtedy, gdy podana została explicite jego inna definicja. Dlatego jego zastosowanie w wersji SB, czyli jako kategorii opisowej, uważam za błąd. To słowo nie jest opisem, lecz czysto negatywnym wartościowaniem. Nadaje się ono do użycia nie na etapie opisu, lecz wyłącznie oceny, i tylko wtedy, gdy dowody winy są doprawdy niezbite. Na etapie opisu faktów należałoby mówić na przykład o zapisach rozmów.

Wykonywanie zadań

Mam wrażenie, że to sformułowanie występuje w książce na podobnej zasadzie jak „współpraca”, czyli jest używane w wersji SB, ale czytelnik tego nie wie. Taki wniosek można wysnuć, analizując passus na s. 337. Najpierw dowiadujemy się, że „Nie wiemy w jakiej formie przekazano jej [Bortnowskiej] te plany i czy w ogóle można mówić o zlecaniu zadań do wykonania w potocznym rozumieniu tych słów”. Następnie autor rozważa na podstawie swej wiedzy ogólnej (bo nic na ten temat nie wiadomo w tym przypadku), jak ewentualnie takie zlecanie mogłoby wyglądać, i w końcu podsumowuje, iż „nie da się obronić tezy, że w żadnym stopniu” nie wykonała tych zadań. Na gruncie normalnej polszczyzny jest to ewidentny błąd logiczny (nie wiemy, czy w ogóle jakieś zadanie zlecono, a konkludujemy, że przynajmniej częściowo zostało wykonane). To zdanie ma logiczny sens tylko wtedy, gdy przyjmiemy definicję „wykonania zadania” analogiczną do esbeckiej definicji współpracy (jeśli esbek zrealizował swój plan, czyli uzyskał informacje, na których mu zależało, to zadanie zostało wykonane, niezależnie od tego, czy osoba „wykonująca” wiedziała, że coś wykonuje, czy nie). Obawiam się, że większość czytelników takiej analizy nie przeprowadzi i pozostanie z opinią, iż Halina Bortnowska wykonywała zlecenia SB. A zatem verba sunt odiosa.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter