70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zadziwienie cudem i cud zdziwienia

Jeżeli istnieje Bóg, w świecie muszą zachodzić i cuda, a jeżeli Go nie ma, nie ma też cudów. Kto wierzy w Boga, musi wierzyć także w cuda, kto nie wierzy, cuda musi uznawać za absurd. Albo – albo. Jest to w sumie spór ideologiczny, w którym ścierają się dwa światopoglądy, symbolicznie określane się mianem nauki i wiary. Z zasady spór ten nie może zostać rozstrzygnięty.

Do cudu można podchodzić w sposób wścibski i nachalny, jak opowiada o tym na przykład tekst Protoewangelii Jakuba. Rzecz dotyczy dziewictwa Maryi, czyli tego, że miała ona począć swego Syna bez współżycia z mężczyzną i pozostać dziewicą także po porodzie. Takie nadzwyczajne poczęcie i porodzenie miało być cudem wskazującym na boskość Jej Dziecka. Ewangelie kanoniczne są na ten temat dosyć powściągliwe i można różnie je interpretować. W połowie drugiego wieku powstał więc wyżej wspomniany tekst, w którym pojawia się akuszerka rozgłaszająca, że Maryja, pomimo że porodziła, pozostała dziewicą. Zadziwiający cud! Jednak wtedy na scenie pojawia się sceptyczna Salome, matka przyszłych apostołów Jakuba i Jana, która nie może uwierzyć w taki cud i pragnąc dowodów „namacalnych”, mówi: „Na Boga żywego, jeśli nie włożę palca mego i nie zobaczę jej przyrodzenia, nie uwierzę, że dziewica porodziła” (19, 3). Maryja więc odpowiednio się kładzie, a Salome wkłada palec w jej przyrodzenie i zadziwia się cudem dziewictwa Maryi. Proszę wyobrazić sobie, jak weryfikacja tego rodzaju cudu dokonywałaby się dzisiaj przy współudziale watykańskich kongregacji, lekarskich komisji, zebranych na konsystorzu kardynałów, komentarzy mediów i tłumów wiernych czekających jedynie na znak, by móc oddać się zbiorowej euforii.

Do cudu można też podchodzić dyskretnie, jak głosi podanie krążące pośród kartuskich mnichów. Gdy jeden z nich kopał grób dla zmarłego współbrata, natrafił w ziemi na doskonale zachowane ciało innego, zmarłego przez wielu laty mnicha. Mnich  grabarz w podekscytowaniu pobiegł do przełożonego klasztoru, ciesząc się, że oto będą teraz mieli w klasztorze świętego, do którego grobu będą ciągnęły tłumy, cuda będą się mnożyły, skończy się codzienna nuda. Przełożony jednak zgromił entuzjastę, nakazując mu zakopać cudownie zachowane ciało tak głęboko, by już nikt nigdy go nie odkrył, gdyż tego rodzaju cudowność odwodzi od  autentycznej pobożności.

Cudologie

Te dwie opowieści doskonale wprowadzają w dwuznaczny świat religijnych cudów, w którym splatają się sensacja i dyskrecja, pewność i zwątpienie, wiara i nauka, krzykliwy entuzjazm i rzeczowa analiza. Wszystkie religie mówią o cudach i we wszystkich religiach spotykamy „cudologie”, czyli różne, rozwijane przez wieki teorie na temat cudów oraz zajmowane wobec cudów postawy. Cuda to wdzięczny temat dla historyków i dziennikarzy, religijnych fanatyków i sarkastycznych sceptyków, psychologów i filozofów, teologów i naukowców, proroków i mistyków. Trudno nawet wyobrazić sobie, jak wielkie miałoby być archiwum, w którym zebrano by cały nagromadzony przez ludzkość w ciągu wieków materiał dotyczący cudów: relikwie, hagiograficzne teksty, ekspertyzy lekarzy, opasłe tomy teologów i naukowców, obrazy, zdjęcia, filmy i tak dalej.

Rozglądając się w myśli po takim wyimaginowanym archiwum cudów, można by z jednej strony znaleźć tam dzieła podkreślające konieczność istnienia cudów religijnych, z drugiej zaś te mówiące o absolutnej niemożliwości ich występowania. Dla jednych ich istnienie jest czymś oczywistym i niepodważalnym, dla drugich zaś po prostu „nie ma cudów”. Klasycznym przykładem pierwszej postawy jest nowożytny rzymski katolicyzm, który na Pierwszym Soborze Watykańskim oficjalnie ogłosił: „Jeżeli ktokolwiek mówi, że cuda są niemożliwe i że wszystkie świadectwa o nich, nawet te zawarte w Piśmie Świętym, są zbiorem nieistotnych baśni i mitów lub że nie mogą być nigdy z pewnością poznane, i że boskie pochodzenie religii chrześcijańskiej nie może być przez nie potwierdzone, niech będzie wyklęty” (Konstytucja dogmatyczna Dei Filius, 3.4). Takie doktrynalne oświadczenie katolicyzm sformułował w reakcji na nurty ogólnie określane wtedy mianem oświeceniowych i racjonalnych, głoszące, że istnieje tylko ten świat i jego prawa i że nie ingeruje w nie żaden Bóg, którego najprawdopodobniej nie ma, a w konsekwencji w świecie nie ma i nie może być żadnych cudów. W sporach tych cud był monetą przetargową na rzecz istnienia lub nieistnienia Boga, Jego działania lub niedziałania w świecie, a przeświadczenie o istnieniu cudów – papierkiem lakmusowym na rzecz wiary lub niewiary. Jeżeli istnieje Bóg, w świecie muszą zachodzić i cuda, a jeżeli Go nie ma, nie ma też cudów. Kto wierzy w Boga, musi wierzyć także w cuda, kto nie wierzy, cuda musi uznawać za absurd. Albo – albo. Był to w sumie spór ideologiczny, w którym ścierały się dwa światopoglądy, symbolicznie określane mianem nauki i wiary. Z zasady spór ten nie mógł zostać rozstrzygnięty. Był to dialog ślepego z głuchym, po którym ślepy pozostał ślepym, a głuchy głuchym.

Między skrajnymi i przeciwstawnymi sobie biegunami, czyli między wiarą w niepodważalne istnienie cudu i teoriami o jego niemożliwości, powstała cała gama postaw i teorii pośrednich. Z jednej strony na kompromis poszli myśliciele spod znaku nauki i oświeconego rozumu, twierdząc, że choć na tym świecie wszystko odbywa się według niezmiennych praw, za cuda można ewentualnie uznać te zdarzenia, których nauka nie potrafi jeszcze wyjaśnić. Cuda więc wydarzały się tam, gdzie nauka nie docierała, a Bóg był ciekawą hipotezą służącą do wypełniania ciemnych dziur ludzkiej niewiedzy.

Na kompromisowe rozwiązania poszli także teologowie. Pojawiła się na przykład teoria demitologizacji, starająca się wytłumaczyć obecne w Biblii i żywotach świętych z minionych epok opisy cudów, które pomimo wiary w tego samego Boga obecnie – przynajmniej w takiej formie i na taką skalę – już się nie zdarzają. Krótko mówiąc, utrzymywano, że owe dawne cuda nigdy tak naprawdę się nie wydarzyły, lecz były jedynie barwną czy mityczną opowieścią, którą trzeba było zdemitologizować. Na przykład: Jezus nie chodził po wodzie, lecz ludzie wierzący w Niego zaczęli rozpowiadać, że chodził, aby tym sposobem wyrazić swoją wiarę w to, że był On Bogiem, który zmartwychwstał. Cud więc z realnego świata przeszedł w sferę języka i opowieści. To wszystko oczywiście nie zmieniło tego, że autorytety religijne podkreślały konieczność wiary w istnienie cudów, bo inaczej rozpadłaby się cała misternie zbudowana struktura systemu religijnego. W konkretnej codzienności było z tym trochę kłopotów, zwłaszcza gdy historia stała się tragiczna. Jahwe, który kiedyś przeprowadził swój naród wybrany przez Morze Czerwone, w XX wieku nie wyprowadził go z komór gazowych. Nie było zbawienia, zabrakło proroków i jedynym cudem obecności Boga był absurdalny znak Jego milczenia. Dla pociechy i aby jakoś usprawiedliwić Boga, który nie czyni żadnych cudów, niektórzy mówili, że o ile do tej pory Bóg był wierny swemu ludowi pomimo jego niewierności, o tyle teraz to ludzie powinni „mimo wszystko” dochować wierności Bogu (Etty Hillesum) i to byłby prawdziwy cud. Chrześcijanie z kolei zaczęli zastanawiać się, czy aby nie zmodyfikować swoich dogmatów i nie zacząć ponownie mówić o Nim cierpiącym w swoim „mistycznym ciele” lub odmówić Mu wszechmocy, co oczywiście także rozsadziłoby ich religijny system. Jeszcze inni dumnie i heroicznie wyznawali, że nie potrzeba im żadnych cudów, by wierzyć, bo cudem jest już sama wiara. Modny więc stał się zwrot przypisywany Tertulianowi: „credo quia absurdum est”. Tymczasem niektórym tu i tam pojawiała się Matka Boża, jacyś święci (czasem wątpliwej jakości) dokonywali drobnych uzdrowień, na których temat dyskutowały komisje teologów i lekarzy, a na podstawie ich ustaleń kościelne hierarchie kanonizowały ku radości tłumów. Sceptyczni naukowcy podrwiwali sobie z tego, o czym z rozbawieniem rozpisywali się dziennikarze, a pośród tego rozkojarzenia do sanktuariów i na kanonizacje świętych wyruszały przeładowane wiernymi pociągi, autokary i samoloty. Słowem: był ruch w interesie.

W archiwum ludzkości na temat cudów istnieje inna jeszcze kategoria, którą można by opatrzyć mianem „możliwe, ale niekonieczne”. Na przykład Jan Kasjan piszący na początku piątego wieku i wyraźnie polemizujący z nadmiernym zainteresowaniem cudami w swojej epoce, w piętnastej Konferencji w usta Abby Nesterosa wkłada wywód o tym, że cudów mogą dokonywać święci i grzesznicy, Bóg i demony. Nie należy więc zwracać na nie większej uwagi, gdyż skupiają one uwagę człowieka na rzeczach zewnętrznych i odwodzą od prawdziwej religijności, która opiera się na czystości serca, czynieniu dobra i kontemplacji Boga. Kasjan uważał jednak, że cuda są przydatne do celów apologetycznych. Pisząc bowiem w okresie zagorzałych sporów doktrynalnych, utrzymywał, że cuda dokonane przez świętych mogą być argumentem przemawiającym na rzecz prawdziwej doktryny i odwodzić ludzi od zgubnych nauk, sprowadzając ich na drogę ortodoksji. Cóż, nawet Kasjan nie był doskonały. Takie bowiem podejście do cudów, Boga, świata i ludzi jest karykaturą religijności. Pomyślmy. Ktoś na przykład się rozchorowuje, lepiej byłoby wyrazić się niegramatycznie, mówiąc „zostaje rozchorowany”… przez Boga oczywiście, bo przecież to On w takim myśleniu jest ostateczną przyczyną wszystkiego. Potem zaś przez tego samego Boga, za pośrednictwem wyznawcy autentycznej doktryny, człowiek taki zostaje uzdrowiony, aby wszystko posłużyło za argument mający przekonać do „drogi prawdy”. Pomimo ulgi, jaką taki cud przynosi choremu, stojące za tym wszystkim myślenie jest kpiną uwłaczającą wspaniałości Boga, godności człowieka i tajemnicy świata.

Znaleźć język dla cudu

Zostawmy jednak ów niesamowity i obfitujący w przeróżne fenomeny i teorie świat cudów i zastanówmy się nad kilkoma kwestiami fundamentalnymi. Zacznijmy od słów. W grece istnieje słowo téras, które oznacza coś nadzwyczajnego, co się widzi: przykuwające uwagę zjawisko, którym może być zarówno przerażający potwór, jak i zachwycające człowieka rozgwieżdżone niebo. Kiedy indziej greka używa też po prosto słowa semeěon, czyli znak, który wskazuje na „coś” – na przykład na działającego w świecie Boga. W łacinie na oznaczenie cudu używano takich słów jak signum (znak), prodigium (coś rzucającego się w oczy), virtus (moc). Najciekawszym jednak jest miraculum – przedmiot podziwu, od mirus, czyli to, co piękne, urocze – które wiąże się z greckim meidáo (uśmiechać się) odsyłającym do sanskryckiego (s)merah, czyli – podobnie jak w polskim – śmiech. Cud to więc coś, co wywołuje uśmiech. W polszczyźnie używamy słowa cud związanego z czasownikiem czuć i odsyłającego do tego, co cudne, czyli piękne, ale i cudaczne, czyli o dziwnym wyglądzie. Używamy też słowa dziw, z równie dwuznacznymi słowami pochodnymi takimi jak dziwaczny czy dziwka. Jakkolwiek by było, cud to coś, co się postrzega, co zadziwia i rozpogadza uśmiechem oblicze.

Tyle o słowach, które trzeba cenić, jednak nie przeceniać, gdyż objawiają nie mniej, niż przysłaniają. Po pobieżnym rozejrzeniu się po świecie cudu, pomyślmy o nim jakby od nowa, spoglądając nań z trzech różnych, lecz dopełniających się perspektyw: świata, Boga i człowieka. Nie są to dopracowane i systematyczne myśli, lecz pewne intuicje, które może komuś dadzą do myślenia.

Świat, Bóg i człowiek

Świat. Jeżeli w wizji świata nie ma miejsca na cuda, cudów nie będzie. Jeżeli zaś świat postrzega się jako cudowny, będzie on pełen cudów. Cud jest możliwy, jeżeli założy się, że świat jest zmienny i podatny na wpływy, czyli że działa w nim zasada przyczynowości (to poniekąd oczywiste, ale i poważne w skutki założenia metafizyczne). Czy cuda w świecie zdarzałyby się, gdyby nie było w nim zdolnego postrzegać je człowieka? Czy można o nich myśleć, wykluczając Boga? W naszym podejściu do cudu za bardzo ulegamy teocentryzmowi i antropocentryzmowi, lekceważąc świat. Może bez Boga i człowieka nie byłoby cudów, na pewno jednak nie byłoby ich bez świata. Jednak świat nie jest tylko bierną materią, w której Bóg dokonuje swoich sztuczek, aby człowieka oczarować lub poinformować o swoim istnieniu. Świat też jest protagonistą cudów: czasami zadziwia on człowieka (wierzącego w Boga lub nie) i myślę, że niejeden raz zadziwia on i Boga, z którym pozostaje w bliskiej zażyłości.

Bóg. Jedni powiedzą, że bez Boga nie ma cudów i że to On jest ich sprawcą. Dla ludzi tak myślących cuda będą dowodem na Jego istnienie. Inni z kolei będą twierdzić, że Bóg istnieje, ale cudów jako takich nie ma i można w Niego wierzyć bez nich. Cudem będzie dla nich samo istnienie: człowieka i świata w powiązaniu z Bogiem. Myśląc jednak o cudzie, nie powinno się tworzyć karykatury Boga. Świat nie jest sceną, a Bóg nie jest stojącym za nim lalkarzem, który za pomocą swoich świętych marionetek chce zadziwiać tłumy. Jego działanie jest dyskretne i potężne, o czym wiedzą  ludzie czystego serca i milczące kamienie.

Człowiek. Człowiek postrzega cuda i ich nie postrzega. Uważa, że są, i że ich nie ma. Może je przypisywać Bogu, może na ich podstawie myśleć o czymś spoza świata, lecz może i tego nie czynić. W sumie jedyną istotną rzeczą w tym wszystkim jest to, że człowiek jest kimś, kto potrafi się dziwić. Człowiek z natury jest otwarty na dziw (cud) i zdziwienie. Może dziwić się temu, że Bóg jest, jak i temu, że Go nie ma; może zadziwić go zjawisko przekraczające tak zwane prawa natury, ale i po prostu świat taki, jaki jest, bez żadnych ekscentrycznych wyskoków; człowiek może zadziwić się sobie i temu, że się dziwi. Powiedziałbym, że nie ma nic wspanialszego niż cud zdziwienia, który niekoniecznie dotyczy rzeczy spektakularnych, lecz polega na otwarciu się na tajemnicę, piękno i grozę istnienia, jak na przykład pisał o tym Wittgenstein, gdy starał się zrozumieć fundamentalne dla siebie doświadczenie: „Myślę, że najlepiej opisać je, mówiąc, że mając to doświadczenie, dziwię się istnieniu świata… Teraz opiszę doświadczenie zadziwienia z powodu istnienia świata: jest to doświadczenie widzenia świata jako cudu” (Vortag über Ethik, w: Lezioni e conversazioni sull’etica, la psicologia e le credenza religiosa).

Człowiek jest nie tylko widzem podziwiającym Boga, który dokonuje cudów w „biernym” świecie. Oczywiście, że postrzegając cuda, może odnosić je do Boga, jednak potrafi także odkrywać cudowność świata jako świata oraz doświadczać swojej otwartości na zdziwienie. Z drugiej strony człowiek jest także protagonistą cudów. Przecież cudowne ludzkie dzieła, widzialne i niewidzialne, wielkie i małe, sławne i ukryte, to cuda, w których splatają się moce świata, tajemnicza obecność Boga i ludzkie działanie. Chyba jedną z bardziej znaczących pod tym względem była kanonizacja Andrzeja Rublowa w 1988 roku. W sumie nic o nim nie wiadomo poza tym, że namalował trochę ikon będących dowodem jego świętości i cudownego działania Boga, w którym nie mniej uczestniczą tworzący ikonę człowiek i materialny świat koloru. Prawdziwy cud to związek Boga, człowieka i świata. Dziwi się temu człowiek, dziwi się świat, dziwi się Bóg i wszyscy trzej w owym zadziwieniu nawzajem się sobie powierzają. Kiedyś chciałbym się dowiedzieć, co o cudzie myślą i Bóg, i świat oraz co uważają oni na temat naszych rozmyślań o cudzie. No i oczywiście chciałbym, aby na świecie było tak cudownie, że cuda byłyby niepotrzebne.

Cuda poza światem chrześcijańskim

Chrześcijaństwo nie ma wyłączności na opowieści o cudach – równie często można natknąć się na nie, studiując inne religie.  Zainteresowany wyjściem poza sferę ułudy oraz łańcuch narodzin i śmierci hinduizm uznaje przydatność cudów jedynie na pewnym etapie duchowego wzrostu. Mogą one bowiem rozbudzić człowieka duchowo i skierować go na drogę wyzwolenia. Ta wzniosła doktryna w niczym nie zmienia tego, że hinduizm w swoim wymiarze ludowym jest niezwykle zainteresowany wszelkiego rodzaju cudownością. Zdawałoby się, że nie ma nic bardziej trzeźwego i dalekiego od cudów niż taoizm, jednak i tam istnieją nurty głoszące istnienie cudownych eliksirów mogących zapewnić „życie wieczne”, jakby i śmierć nie mogła być cudem. Sceptyczny w pewnym sensie judaizm – bo jakże nie być sceptycznym, gdy Jahwe biczuje swój lud lub milczy – za cud nad cudami uznaje Torę, jednak i tam nie brak barwnych opowieści o czyniących cuda cadykach. Dla niektórych prawdziwym cudem jest utworzenie – za jaką cenę?! – Państwa Izrael. Wiadomo, że Mahomet nie czynił cudów, twierdząc, że jedynym i wystarczającym cudem jest Koran. Potem oczywiście dopisano historie na temat cudownego powstania tej Księgi, a rzesze mahometan w ciągu wieków pielgrzymowały do miejsc, w których ich święci dokonywali cudów. Dla niektórych wyznawców islamu jednym z ostatnich cudów dokonanych przez Allaha było obalenie Twin Towers.

Może najbardziej radykalnym podejściem do cudów charakteryzował się Budda (zob. Kalama Sutta). Nie kwestionował on możliwości dokonywania cudów, jednak w porównaniu z praktyką dharmy wiodącej do nirwany uważał je za nieważne, zbędne, a nawet szkodliwe. Znana jest opowieść o jego spotkaniu z ascetą, który po wielu latach wyrzeczeń i religijnych praktyk pochwalił się, że może w końcu przejść po wodzie na drugą stronę rzeki, na co Budda odparł, że zmarnował cały ten czas, gdyż on mógł dokonać tego natychmiast, korzystając po prostu z uwiązanej przy brzegu łódki.

Jak widać, wiara w cuda jest nieodłączną towarzyszką religii i wszędzie tam, gdzie pojawia się sacrum, podąża za nim pewnego rodzaju zapotrzebowanie na zdarzenia cudowne, wspólne ludziom niezależnie od wyznawanej doktryny.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata