70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pogodzić fides i ratio?

W drugim tomie Jezusa z Nazaretu, w porównaniu z pierwszym, widoczne są dwa znaczące przesunięcia: jest mniej analiz i wiele badań jest referowanych dość pobieżnie, za to o wiele wyraźniej wybija się w wielu miejscach medytacyjny, osobisty ton.

Na początek sięgnijmy spojrzeniem wstecz, do wieku XII. Sporem, który najmocniej naznaczył teologię tamtej epoki, był konflikt o metodę refleksji teologicznej pomiędzy Bernardem z Clairvaux i Abelardem. Tak w jednej ze swoich katechez ujął jego istotę Benedykt XVI: „O ile jednak w XII wieku mocniejsze pozycje zajmowała teologia »fides«, to obecnie w naukowym świecie dominuje teologia »intellectus«, o ile nawet nie »ratio«”[1]. Dlaczego zaczynam od tego przypomnienia? Otóż kiedy czytałam drugi tom Jezusa z Nazaretu, nie potrafiłam uciec od skojarzenia, że dokonany przez papieża wybór metody badań i sposobu przekazu rozważań ukazuje nową odsłonę tamtej debaty. O ile jednak w XII wieku mocniejszą pozycję miała teologia „fides”, o tyle obecnie w naukowym świecie dominuje teologia „ratio”. Nie jest to scholastyka, lecz podejście czysto racjonalne, wciąż podważające nawet treści podawane przez Magisterium jako te, które możemy całkowicie pewnie przyjąć z wiarą. Podejście to nie potrzebuje kultu, duchowość i przeżycia religijne traktuje co najwyżej jako pewne zjawiska socjologiczne lub psychiczne i gubi to, co Benedykt XVI już w pierwszej części swojej trylogii określił jako kluczowe dla chrześcijaństwa: żywą więź ze Zmartwychwstałym. Papieska książka w tym świetle jest z jednej strony wskazaniem nie wprost na niebezpieczeństwa radykalnego pójścia za teologią „ratio”, z drugiej zaś – podzieleniem się swoim obrazem Chrystusa, próbą zafascynowania Jego postacią: „Łącząc ze sobą dwie hermeneutyki [historyczną i teologiczną], o których przed chwilą wspomniałem, starałem się ukazać takie wpatrywanie się w Jezusa Ewangelii i słuchanie Go, które by mogło stać się spotkaniem oraz – we wspólnym z uczniami Jezusa wszystkich czasów słuchaniu Go – mieć także pewność rzeczywiście historycznej postaci Jezusa” (s. 8–9).

Pośpiech czy metoda?

Jakby zgodnie z tą zapowiedzią ze wstępu, w drugim tomie, w porównaniu z pierwszym, widoczne są dwa znaczące przesunięcia: jest mniej analiz i wiele badań jest referowanych dość pobieżnie lub jedynie zaznaczonych ze wskazaniem na bibliografię, za to o wiele wyraźniej wybija się w wielu miejscach medytacyjny, osobisty ton.

Najwyraźniej chyba jest to widoczne we fragmencie mówiącym o Ogrodzie Oliwnym: „Jednakże Góra Oliwna jest ta sama, co wtedy. Kto znajdzie się tam, stanie wobec dramatycznego szczytu tajemnicy naszego Odkupienia: tutaj Jezus doświadczył krańcowej samotności i całej nędzy egzystencji człowieka. Tutaj przepastna otchłań grzechu i wszelkiego zła przeniknęła do najgłębszego wnętrza Jego duszy. Tutaj przeżył wstrząs bliskiej śmierci. Tutaj pocałował Go zdrajca. Tutaj opuścili Go wszyscy uczniowie. Tutaj walczył także o mnie [podkreśl. E.W.]” (s. 163). Benedykt XVI, który w całej książce  konsekwentnie używa pierwszej osoby liczby mnogiej, w tym jednym miejscu nagle redukuje ją do liczby pojedynczej. Dzięki temu ten zwrot wybrzmiewa mocnym dysonansem, akcentującym właśnie ten, bardzo osobisty w wymowie punkt narracji.

Kontrast między tym, co wypływa z duchowego doświadczenia, a tym, co jest owocem intelektualnych analiz, jest widoczny w całej książce, choć w pozostałych partiach tekstu nie jest tak wyrazisty, ma raczej charakter płynnego przechodzenia od jednego do drugiego. I tu rodzi się pokusa, żeby uznać, że papież po prostu zebrał posiadane notatki, połączył je luźniejszymi przemyśleniami i opublikował, chcąc wywiązać się ze zobowiązań wobec czytelników.

Rzeczywiście, można odnieść wrażenie, że papież, pisząc tę książkę, śpieszył się. Bierze się ono z odsyłania czytelnika do samodzielnego uzupełnienia wiedzy związanej z poruszanymi zagadnieniami, które autorowi wydają się ważne, choć nie najistotniejsze dla całości wywodu. Wynika ono także z obecności w treści tak syntetycznych akapitów, że wymagają kilkukrotnej lektury, aby stały się w miarę zrozumiałe.

Jednak nie wskazywałabym na tę przyczynę, jeśli chodzi o pojawienie się fragmentów o charakterze zbliżającym się do modlitewnych rozważań. Uważam, że ich obecność umotywowana jest przyjętą przez Benedykta XVI metodą.

Gra paradoksów z błogosławionym Newmanem w tle

Kluczowym elementem zastosowanego podejścia jest przyjęcie z wiarą ewangelicznych narracji i dopiero. Przywodzi to na myśl koncepcję rozwoju dogmatu opracowaną przez niedawno beatyfikowanego kardynała Johna H. Newmana. Rozwój ów opiera się na przyjęciu z wiarą danego (przekazanego) słowa. Następnym krokiem jest refleksja nad przyjętym słowem, życie zgodne z wynikającymi z niej wnioskami, rozumowanie oparte na przyjętych prawdach[2]. Praktyka życia jest tutaj papierkiem lakmusowym weryfikującym poprawność wnioskowania, a nade wszystko prawdziwość przyjętych z wiarą założeń. Jeśli słowo jest prawdziwe, wypełni się.

Ten sposób myślenia stoi w wyraźniej opozycji do przyjętej we współczesnym podejściu naukowym „metodologii podejrzeń”, negującej wszystko, co niemierzalne statystycznie czy eksperymentalnie, czemu często towarzyszy wprowadzanie tylnymi drzwiami uznanych przez danego autora aksjomatów, częstokroć nawet nie wyrażonych wprost. Taka postawa jest szczególnie problematyczna w rozwijaniu teologii, gdyż mnoży hipotezy, nie dając rozwiązań, i przez to stwarza poczucie, że wszystko wolno, bo jedna, pewna prawda nie istnieje. Zwalnia to z obowiązku jasnego zdeklarowania się, podjęcia decyzji, tymczasem z teologii winny wypływać konkretne wskazania religijne i rozwiązania etyczne[3].

Benedykt XVI pisze inaczej. Wskazuje na to, że w chrześcijaństwie splata się z sobą mnóstwo paradoksów i jednym z nich, wyraziście widocznym w historii, jest Wcielenie Boga rozumiane nie tylko jako narodzenie się jako człowiek, ale także w wymiarze historycznym. Stąd zapewne tak wiele w Jezusie z Nazaretu odniesień do Ewangelii według świętego Jana, który najmocniej z ewangelistów ukazuje, że konkretne gesty i sytuacje z życia Pana miały charakter semeia – znaków. Ich czytelność dla odbiorców zależy właśnie od wiary „czytającego” znaki. Jednocześnie jednak, aby zostały odczytane, znaki musiały się wydarzyć – bez wymiaru historycznego tracą swoje znaczenie, niczego nie potwierdzają ani na nic nie wskazują. Pozostają w sferze mitu, nie doświadczenia.

Skoro jednak miały miejsce, tylko wiara sprawia, że wiele ewangelicznych opisów nie jawi się wyłącznie jako wyraz teologicznej twórczości pierwotnej wspólnoty, ale raczej jako zapis ludzi zderzających się z nową, nie do końca opisywalną rzeczywistością. Tę nieporadność podkreśla Benedykt XVI, pisząc o zmartwychwstaniu: „Ta dialektyka, należąca do istoty Zmartwychwstałego, w opowiadaniach jest przedstawiona wręcz nieporadnie i w tym właśnie ukazuje się jej prawda” (s. 283). Nieumiejętność przedstawienia doświadczonej rzeczywistości za pomocą dotychczas znanych pojęć wskazuje, że Ewangelie spisywali naoczni świadkowie, dla których krzyż i zmartwychwstanie były tak mocnym doświadczeniem, że zmusiły ich do całkowitego przeformułowania dotychczasowego obrazu rzeczywistości. Stanęli wobec konieczności redefinicji swojego pojmowania zapowiedzi mesjańskich, Bożego królestwa, zmartwychwstania.

I tu dla mnie wspaniałym zabiegiem jest częste stosowanie przez papieża metody tłumaczenia Biblii nią samą. Centrum narracji, zresztą tak jak i w Nowym Testamencie, pozostaje Jezus, dzięki czemu widać, jak poszczególne teksty się uzupełniają, ukazując odmienne, a jednak komplementarne obrazy Paschy Chrystusa. Komentarze egzegetów służą jedynie jako tło lub źródło koniecznych informacji pozwalających odtworzyć kontekst historyczny bądź literacki. Dzięki temu tekst pozostaje spójną opowieścią o kluczowych dniach misji Jezusa i o Nim samym, uzupełnioną wskazówkami, w jaki sposób ta opowieść dotyka naszego życia jako chrześcijan i naszego rozumienia siebie jako ludzi.

Traktat, nie historiografia

Faktem jest, że wiele kwestii pozostaje w książce nie do końca omówionych. Jedną z takich słabości jest pozostawienie na boku kwestii różnic między synoptykami i Ewangelią Janową. Inną, jak słusznie zauważył w swojej recenzji w „Tygodniku Powszechnym” ksiądz Strzelczyk[4], jest brak wskazania na rolę Ducha Świętego w kształtowaniu się tradycji i zapisów. Nie uważam jednak, aby była to pozycja trudna czy mało zrozumiała dla czytelnika, który nie jest specjalistą. Dla niego wartość będą miały fragmenty o charakterze osobistych refleksji czy napisane przystępnym językiem miniwykłady z chrystologii, jak choćby ten o rozwoju chrystologii w pierwszych wiekach Kościoła (s. 171–175).

Jeśli spojrzymy na tę książkę wyłącznie z punktu widzenia metody historycznokrytycznej czy spróbujemy traktować jako historiografię, w zależności od wybranej szkoły odczytywania przeszłości będziemy mogli wskazać w Jezusie z Nazaretu wiele wad. Jednak papież we wstępie sam zastrzega, że ta pozycja nie jest żywotem Jezusa, rekonstrukcją ściśle historyczną czy chrystologią. O jej formie pisze następująco: „Bliższe moich intencji byłoby już przyrównanie do traktatu teologicznego o tajemnicach życia Jezusa, któremu klasyczną postać nadał św. Tomasz z Akwinu w swej Sumie Teologicznej (por. STh III q. 27–59)” (s. 8). Autor szuka historycznego Jezusa, ale szuka Go, kierując się wiarą w dane Tradycji i zaufaniem do pierwotnego Kościoła. Właśnie w ich imię nie zgadza się na podważanie istotnych aspektów wiary (na przykład ekspiacyjnego wymiaru śmierci Jezusa) czy negowanie jej podstaw (prawdy o realnym zmartwychwstaniu Jezusa i przemianie, jakiej zostało poddane w zmartwychwstaniu człowieczeństwo Pana). I stara się wykazać (według mnie skutecznie), że tak wyrażająca się wiara ma swoje racjonalne uzasadnienie i potwierdzenie w badaniach historycznych.

***

Tym, co dla mnie osobiście było najważniejsze w tej książce, jest inny aspekt. Dzięki opieszałości PKP i wielogodzinnym podróżom udało mi się w ostatnim czasie przeczytać wywiad Petera Seewalda z Benedyktem XVI pt. Światłość świata. Nie bez powodu zestawiam te dwie pozycje – według mnie łączy je nie tylko osoba głównego narratora. W obu pojawia się, jako najmocniejszy według mnie akcent, motyw pełnej nadziei radości, która wypływa z wiary. Nawet pisząc o ekspiacyjnym wymiarze Krzyża, papież przemyca w tych rozważaniach radość z pojednania z Bogiem i to ona dominuje, nie krwawe narzędzie zbrodni. Chrystus w ostatecznym rozrachunku jest tym, który jednoczy: dwie natury, dwa wymiary, Stwórcę i stworzenie. Być może piszącym o Nim uda się także zjednoczyć dwie hermeneutyki: historyczną i teologiczną.

 


[1] Katecheza papieża Benedykta XVI wygłoszona na audiencji generalnej w Rzymie 4 listopada 2009 r.

[2] Por. J. Newman, Kazania uniwersyteckie, (Filozofia i religia) tłum.: P. Kostyło , Kraków 2000, XV, s. 3.

[3] Wracając jeszcze na chwilę do cytowanej wyżej katechezy: „Trzeba ponadto podkreślić, że jedną z motywacji, które skłoniły Bernarda do »przeciwstawienia się« Abelardowi i poproszenia o interwencję Magisterium, była troska o dobro zwykłych i prostych wiernych, których należy bronić, kiedy zbyt osobiste opinie bądź zuchwałe argumenty teologiczne, wywołując w nich zamieszanie i wprowadzając w błąd, wystawiają na szwank ich wiarę”.

[4] ks. G. Strzelczyk, Polemicznie o Jezusie, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 11(3128).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter