70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kultura i życie

Lata 1964–1972 to bez wątpienia najbardziej intensywny okres w trwającej prawie pięćdziesiąt lat korespondencji Jerzego Giedroycia z Czesławem Miłoszem. Pisali wówczas do siebie niezwykle często, niekiedy co kilka dni – zwłaszcza w latach 1968–1972. Listy z tego okresu są najbardziej obszerne i wielowątkowe. Wyraźnie dowodzą też różnic zapatrywań na wielkie sprawy ożywiające tę korespondencję: na literaturę i kulturę polską, w ogóle na sprawę Polski, a zwłaszcza na Rosję, wewnątrz której zachodziły doniosłe zmiany (samizdat, ruch dysydentów, fenomen Sołżenicyna i jego program „żyć bez kłamstwa”).

Listy te składają się na tom II ich korespondencji, od kilku lat oczekiwany. Tom pierwszy wyszedł przed trzema laty nakładem wydawnictwa „Czytelnik” (Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Listy 1952—1963, Warszawa 2008, ss. 791; w roku 2010 ukazał się także przekład litewski tego tomu).

Koniec lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych to czas ważnych zmian w świecie i Polsce. Działo się wówczas wiele – wiele też procesów, decydujących o obliczu Polski i Europy Wschodniej zostało w tym czasie zapoczątkowanych. Polski Marzec 1968 r. był bez wątpienia wymownym dowodem bankructwa ideologii legitymizującej reżim PRL. Stłumiona przemocą „Praska Wiosna” w Czechosłowacji dowodziła, że możliwa jest ewolucja reżimów komunistycznych od wewnątrz. Rozwijał się podziemny ruch wydawniczy i ruch dysydentów w Związku Sowieckim. I Giedroyc, i Miłosz patrzyli na to wszystko z uwagą. Ale to przede wszystkim Redaktor „Kultury” był przekonany o doniosłym przyspieszeniu historii, o otwierającej się perspektywie wielkich zmian w położeniu Polski i Europy Wschodniej. Jego listy obfitują w bardzo liczne wypowiedzi dotyczące przyszłości. Listy Giedroycia z tych lat wydają się najbardziej poruszające, często świadczące o krótkotrwałym zwątpieniu w sens misji „Kultury”. Obfitują one także w przepowiednie wielkich zmian – robotniczej rewolty w PRL, a także nieuchronnego krachu systemu sowieckiego i doniosłych konsekwencji tego faktu dla Polski i innych narodów Europy Wschodniej.

W roku 1960 Miłosz osiadł w Ameryce. Możemy powiedzieć, że swoją pracę jako profesor literatur słowiańskich Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley zaczął wysoko cenić. Wyszedł w ten sposób daleko poza kompleks spraw polskich. W wykładach szeroko sięgał do literatury rosyjskiej – zaoferowany studentom kurs o Dostojewskim jest tego przykładem. Poszukiwał nowej interpretacji historii literatury polskiej, którą zawrze w wydanej w roku 1969 The History of Polish Literature.

W drugiej połowie roku 1963 poeta odbył podróż do Europy, złożył też wizytę Giedroyciowi w Maisons-Laffitte. W styczniu 1964 wrócił do Ameryki – trwająca od 1952 r. korespondencja z Redaktorem „Kultury” została wznowiona i była kontynuowana bez większych przerw.

Oczywiście „Kultura” w drugiej połowie lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych wciąż pełniła „obowiązki wobec literatury polskiej”. Powinności te inaczej jednak rozumieli Giedroyc i Miłosz. Ich korespondencja jest zapisem dyskusji na ten temat. Jest przede wszystkim dokumentem poświadczającym spór dwóch Polaków o obowiązki wobec Polski i kultury polskiej w drugiej połowie XX stulecia. Powstał w ten sposób pasjonujący dialog – jeden z może najbardziej poruszających jakie śledzić możemy po latach, kiedy zagłębiamy się w lekturę tych listów.

Stroną dominującą w korespondencji był niewątpliwie Giedroyc. To on nieustannie o coś prosił, coś polecał, na coś zwracał uwagę, często dzielił się informacjami z kraju, które właśnie zdobył.

Zasypywany prośbami Miłosz żył w nieco innym świecie – jako profesor uniwersytetu. Stawszy się człowiekiem świata akademickiego, miał inne problemy. 25 marca 1970 pisał w odpowiedzi na jedną z próśb Redaktora: „No trudno, każdy musi robić swoje, jako organizator niestety nie jestem zdolny”.

Dużo mocniej ujął swe uwagi wobec Giedroycia w liście z 3 lutego 1972 r.: „Ty zegarmistrza chciałbyś zaprząc do ścinania drzew. Tak to niestety wygląda, że łatwiej jest nauczyć się ścinania drzew niż zegarmistrzostwa i że krytyków musisz szukać (aż się uda) wśród tych co mają mniej niż 60 lat (…) Jedno jest pewne, że historii polskiej współczesnej literatury nie będę pisał. Mój podręcznik powstał bo dyktowany i po angielsku, inaczej nie mógłbym przezwyciężyć nudy. Czy zwróciłbyś się z taką propozycją do Gombrowicza? Ja dużo rzeczy ubocznych robiłem – ale do skończenia 60 lat”. Giedroyc odpowiedział 13 lutego 1972: „Piszesz, że zegarmistrza zapędzam do rąbania drzew. Mój biedny – jakie to drzewa proponowałem Ci kiedyś rąbać?”

Ale bywały i takie chwile, kiedy Giedroyc – zawsze nader powściągliwy i chłodny w ocenach – nie był w stanie powstrzymać się od entuzjazmu. I tak 1 grudnia 1971 po otrzymaniu od Miłosza utworu L’Accleration de l’histoire („Przyspieszenie historii”) pisał: „Właśnie dostałem przed chwilą – nie wiem jak to nazwać – Twój esej-poemat i jestem pod dużym wrażeniem. Myślę że to jest jedna z najlepszych Twoich rzeczy i bardzo gratuluję. Bardzo często doprowadzasz mnie do cichej furii (jakże słusznej), ale takie poematy są związane z paruset latami odpustu”.

6 września 1969 – jakby wahając się – Miłosz pisał: „Posyłam Ci artykuł „Prywatne obowiązki”. Szczerze mówiąc, nie wiem co o nim myśleć. Być może jest zbyt drażniąco-osobisty. Przeczytaj go i wypowiedz zdanie czy warto go drukować w tej formie. Niewykluczone, że lepiej coś z niego usunąć. Kiedy piszę o sprawach polskich, nie umiem pozbyć się różnych zapiekłych zadziorów. Skoro już go napisałem, to go przeczytaj, ale nie spiesz się, może iść do numeru listopadowego gdybyś orzekł, że warto go wydrukować”. Giedroyc z uznaniem przyjął tekst do druku – doradzał kontynuację te tematyki. Esej Prywatne obowiązki wobec polskiej literatury („Kultura”, nr 10, 1969, s. 3—28) da tytuł tomowi wydanemu przez Miłosza trzy lata później (1972), w Instytucie Literackim.

Tom II korespondencji ukaże się w maju bieżącego roku. Obejmuje 306 listów. Poniżej drukujemy kilka z nich z roku 1964.

Marek Kornat


Wybór listów

25 lutego [1964]

Kochany Czesiu,

To prawdziwe świństwo, że nie piszesz. Zupełnie nie wiem, co słychać z licznymi projektami, o których mówiliśmy: czy coś się realizuje, czy zapadłeś w białoruskie lenistwo. Ja mam przynajmniej na swoje usprawiedliwienie, że nie mogę wyjść z różnego rodzaju gryp, a przy tym nie jestem w najlepszej formie psychicznej z wielu powodów, a to nie zachęca do radości życia ani pracy. Teraz próbuję jakoś zebrać się do kupy i zaczynam od Ciebie.

Zarówno artykuł, jak i wiersze zamieszczam w n[ume]rze marcowym. Możesz być spokojnym, że korekta była dobra. (…)

Co z Achmatową? Liczę, że zrobisz przekład i że go lada dzień dostanę. Mam omówienie twórczości Achmatowej przez Grudzińskiego, chętnie bym to zamieścił wraz z Twoim przekładem. (…)

W Rosji są rzeczy coraz dziwniejsze. (…) Sytuacja ekon[omiczna] katastrofalna, powszechna demoralizacja, kradzieże, nadużycia (większe niż w Polsce). Jednocześnie fermenty wśród młodej inteligencji rosnące. Swoboda mówienia i krytykowania zdumiewające. Większe niż w Polsce (faceci w drodze powrotnej byli cztery dni w Polsce, gdzie mają sporo kontaktów wśród młodych rewizjonistów i rusycystów, którzy to im potwierdzili). Pasjonują się literaturą emigracyjną lat trzydziestych, której nie można dostać nawet na wagę złota. Jak Rosjanie nic nie robią, najlepszym dowodem przywieziono mi Requiem Achmatowej dla wydania tutaj. Nic nie wiedzieli, że to już dawno dotarło i że Rosjanie to wydali w Monachium. Bożyszczami młodzieży jest Pasternak, Achmatowa i Sołżenicyn. Grób Pasternaka [zmarł 30 maja 1960 roku] jest stale zasypany świeżymi kwiatami, są prawie procesje. (…) Chruszczow prowadzi politykę zygzakowatą, raz grożąc, raz ustępując. We Włoszech jest teraz kilku stypendystów sowieckich, z którymi spotkał się Grudziński. Mówili mu to słowo w słowo. Dobijają się o książki. Z trudem je tu wydostaję. Raz, że trudno a po drugie, to bardzo drogie książki, a ja nie mam forsy. (…) Jaki wniosek? Trzeba rozpocząć, i to możliwie szybko, wydawnictwo w języku rosyjskim literackie, obejmujące przedruki ważniejszych rzeczy emigracji rosyjskiej, utwory pisarzy w Rosji poszukiwanych (Mandelsztam, Chlebnikow, Cwietajewa etc.) oraz przekłady z literatury światowej, które tam mogą prowokować: jak np. Hłasko czy Gombrowicz, czy H. Miller (nie zżymaj się). (…)

Liczę na szybką odpowiedź, a tymczasem Cię ściskam.

Jerzy Giedroyc

 

[luty/marzec 1964]

Drogi Jerzy,

Milczenie moje, nieprzyzwoite, ma jednak powody. Po prostu nie mogę zdążyć. Czas, jakim się rozporządza, jest ograniczony przez samą naturę, chciałoby się dzień wypchać do maksimum, ale jest granica. W „załatwianiu” to ja nie jestem specjalista, a ta doza „załatwiań”, jaka jest, i tak już mnie goni, więc są ciągle zaległości i wtedy wolę nie pisać do Ciebie, bo niczego nie mogę konkretnego donieść. Weź pod uwagę, że chcę też pisać i ukręciłem mnóstwo tej swojej „psychoanalizy polskości”, ale poza tym są wykłady, seminarium, dwa razy na tydzień student, z którym robię przekłady na angielski, tzn. najpierw je przygotowuję, potem z nim sesje po 3–5 godzin. Plus pchlarstwa brane z własnej woli – dwa wieczory, np. ostatnio spędzone na przepisywaniu przekładów poezji angielskiej na polski, bo Hindus tutaj przekazał plik rękopisów swego ukochanego profesora indianistyki [sic!] w Londynie, Stefana Stasiaka, który parę lat temu zginął w wypadku samochodowym, i obiecałem Hindusowi, że coś z tym zrobię, więc może PIW wykorzysta to w swojej antologii poezji angielskiej, niektóre przekłady dzieł ładne. I tak ciągle coś. Requiem Achmatowej jest wstrząsające. Ale zupełnie nieprzetłumaczalne. To jest już prostota czastuszki: „Muż w mogile, syn w tiurmie,/Pomolities obo mnie” [Mąż w grobie, syn w więzieniu/Pomódlcie się za mnie] i nie mogę tego dotknąć. Rzuciłem się na Requiem naprawdę z zamiarem tłumaczenia i ręce mi opadły. I mówię to ja, który Białoszewskiego i Grochowiaka mogę tłumaczyć na angielski! Zresztą ta niemożność jest dla mnie pouczająca, mówi o różnym duchu poezji polskiej i rosyjskiej. Nie znaczy to, żebym uważał Requiem za wielką poezję. Ma się do tego stosunek jak do folkloru. Jak do pieśni serbskich o Bitwie na Kosowym Polu. Na polski, stosując technikę młodopolską czy Skamandra nie można, bo polszczyzna w tym zakresie ma inne prawa i trzeba byłoby dokonać transpozycji na jakiś wiersz XVII-wieczno-nowoczesny. Więc musisz zwrócić się do Łobodowskiego. On to potrafi. Zrobi to na trójkę. Co mogę poradzić, żadnej wrogości wobec Łobodowskiego u mnie nie ma, ale w literaturze liczy się coś, jest hierarchia walorów. Przetłumaczyłem ostatnio na angielski wiersz poetessy, która pewnie ma lat dwadzieścia, nazywa się Urszula Kozioł, wiersz Larum, znalazłem w warszawskiej „Kulturze”. Mais quelle dignité! [Ale jakie dostojeństwo!]. Amerykanie, którym pokazać polską poezję po 1956 roku, zupełnie wariują, nigdy w życiu nie miałem od wydawcy takiego listu jak teraz, kiedy posłałem próbkę swoich przekładów do New Yorku. I to nie jest wcale tak, że cenią zachodniość tej poezji, tylko jej różność i swoistość.

Teraz idzie w Berkeley Nóż w wodzie Polańskiego. To jest b. dobry, moim zdaniem, b. ludzki film, który zbiera więcej waluty dla Polski Ludowej niż wszystkie rzekomo dla ekonomicznych powodów obcięcia papieru mogą zaoszczędzić.

Hostowiec [Jerzy Stempowski] jest najmocniejszą pozycją „Kultury”. Co z jego dalszymi książkami, przecie Esseje dla Kassandry to tylko drobna część?! Nie łudź się, miejsce „Kultury”, to pisma literackiego, tej literatury, która kiedyś zostanie oceniona jako wielka, takiej jak Hostowca. Rozpraszasz się w zbyt wielu kierunkach niepotrzebnie. To było i będzie moje zdanie.

Chciałbym wiedzieć, co z [Stanisławem] Vincenzem, z jego książką. Czy przeczytałeś te eseje? Jeżeli uznasz to za przeszłość, to ten wymiar historyczny jaki jest w Vincenzu i Hostowcu (zjawiska nie tak różne, jak się wydaje) jest jedyną wielkością polskiej kultury, w której jest wielka poezja a powieść i nowela z rzadkimi wyjątkami jest gównem. (…)

Ściskam Cię.

Czesław

 

13 marca [1964]

Mój Drogi Czesiu,

Nareszcie znak życia od Ciebie. Bardzo żałuję, że nie podejmujesz się przetłumaczenia Achmatowej. (…)

Wróciliśmy więc do punktu wyjścia sprzed paru lat i nasze – nieliczne – rozmowy z okresu Twego pobytu w Laffitte, który tak przyjemnie wspominam – nic nie zmieniły. Reagowałeś wtedy albo pod wrażeniem chwili, albo z grzeczności, by potem wrócić do normalnej nieufności do mnie i mojej roboty. Zawsze z dużą uwagą słucham wszystkich uwag i krytyk. Jedyną bowiem zaletę, jaką sobie przypisuję, to to, że nie mam mentalności „sekciarskiej” i nie powoduję się uprzedzeniami. Niemniej bardzo mnie irytują sztancowe (nie gniewaj się) krytyki na temat niedoceniania przeze mnie literatury, miotania się etc. Ależ przejrzyj wreszcie spis tytułów w bibliotece „Kultury” czy spis autorów, których drukowałem. Nie tylko doceniam rolę literatury, ale nawet w pewnej mierze ją przeceniam. Natomiast nie mam zamiaru ograniczyć się jedynie do niej. Jakkolwiek byłoby to pójście drogą najmniejszego oporu, uniknięcia wielu kłopotów. Można by nawet zyskać pochwały Warszawy. Poza tym doceniając talenty etc., nie mam zamiaru być służebnym wszystkich oportunizmów. Już nawet w Związku Sowieckim skończono nie tylko z kultem jednostki, ale z kultem inżynierów dusz.

Jeśli się jest w przededniu, a właściwie na początku rozwoju wydarzeń, które będą miały zasadniczy i rewolucyjny wpływ nie tylko na nasz kraj, ale na cały świat, to nie można się od tego wszystkiego odwrócić i kultywować swój ogródek. Niewątpliwie bodajże Bonnard w czasie komuny malował kwiaty i nawet nie wiedział, co się dzieje za oknami. I na pewno zrobił więcej dla Francji czy malarstwa w ogóle, niż gdyby siedział na barykadzie. Ale Ty nie jesteś Bonnardem i myślę, że jest dużo różnych, złożonych niewątpliwie powodów, które wpływają ostatnio na Twoją postawę. Ja jestem politykiem i tzw. działaczem, i jednym z moich zadań jest również zajmowanie się Bonnardami. Bardzo mi polecasz wydanie książek Stempowskiego. To są tzw. dobre rady Cioci Zosi. Przygotowanie książki zależy od Stempowskiego, natomiast moim obowiązkiem jest nie tylko wydanie tej czy tych książek, ale również troska, by Stempowski miał z czego żyć. I te kłopoty mam nie tylko ze Stempowskim. Tylko to nie obchodzi nikogo. Ja muszę wyciągać króliki z cylindra i to jest normalne. Ale również normalne jest mieć do mnie pretensje i nie pomagać w niczym. Myślę tu właśnie o Jedlickim, który jest nie tylko w ciężkiej sytuacji materialnej, ale i psychicznej. Jestem o niego bardzo niespokojny.

Liczę, że nie obrazisz się za ten poirytowany list, ale wyłażę z dość przykrych dolegliwości zdrowotnych, a nie widzę szans wyjścia z jeszcze przykrzejszych kłopotów i przykrości.

Po co ten biedny Wat rozsyła do bliższych i dalszych znajomych messages o swoim zerwaniu z „Kulturą”. Ląduje to na moim biurku i nie mogę powiedzieć, by to wyglądało smacznie. Jasne, że nie wdaję się w żadne wyjaśniania czy komentarze. (..)

Ściskam Cię.

Jerzy Giedroyc

 

***

23 X [1964]

Drogi Jerzy,

Gorączkowy dosyć był u nas czas, jako że początek roku i egzaminy doktorskie, i demonstracje studenckie, skąd posiedzenia senatu uniwersyteckiego, trwające po 3 godziny, i burzliwe.

Nie jest tak, że mogę Ci obiecać książkę, bo nic z tego u mnie nie wychodzi. Tyle że zacząłem dyktować historię literatury polskiej po angielsku, bo takowej nie ma – książka Kridla jest wyczerpana, a poza tym jest przestarzała i nudna. Ale to praca, którą będę robił powoli, i w niczym nie może ona mi przeszkodzić w innych zajęciach, bo materiały i tak mam gotowe. Mój pisarski impas pochodzi z nadmiaru tego, co chciałbym powiedzieć, jest to spazm jąkały, który tak wykrzywi gębę, że ani słowo z niej się nie wyciśnie. Przypuszczam, że wynika on z mego pobytu w Ameryce, gdzie sytuację człowieka dzisiejszego widzi się w sposób może bardziej złożony niż w Europie, a podejrzewam też, że nie jest bez związku z jakimś zasadniczym politycznym impasem. Mam chwilami wrażenie, że mógłbym siąść do maszyny i wystukać niezliczoną ilość stron na najrozmaitsze tematy, ale zaraz jakby paraliż i pytanie cui bono. Nigdy właściwie zapewne nie lubiłem i nie mogłem uprawiać „literatury czystej”, miała ona u mnie cel i teraz po prostu przeżywam utratę celu. Stąd zapewne moje roboty utylitarne – antologia poezji czy historia literatury, którą prościej jest napisać samemu niż bawić się w zjazdy i repartycję rozdziałów pomiędzy ich uczestników, z których jeden do Sasa a drugi do lasa.

Mam ostre poczucie, że cały jeden wielki rozdział historii wypełniony „problemami komunizmu” kończy się definitywnie – zechciej mnie zrozumieć dobrze – nie znaczy to, że owe problemy się kończą, tylko że następuje przesunięcie ludzkich zainteresowań i przemiany tam na Wschodzie, jakiekolwiek będą, będą odbywały się przy akompaniamencie coraz większego przesunięcia zainteresowań. Jeżeli zawsze od pewnego czasu próbuję Ciebie namówić do wycofania się ze sporów z partyjnym aparatem w Polsce, to przecie nie w imię „czystej literatury”. Mnie się zdaje, że np. Sobór Ekumeniczny czy filozoficzno-socjologiczne rozmyślania o cywilizacji technicznej są ciekawsze, ponieważ odbywa się dewaluacja stopniowa wszystkiego, co dotyczy „bezpośredniej polityki”, do poziomu gazetowej żurnalistyki albo do jeszcze bardziej jednodniowych form telewizji i radia. (…) Nie chcę mieszać się do sposobu redagowania pisma, nie rozum mnie tak, zdaję sobie sprawę z mnóstwa dylematów, przed którymi stoisz co dzień, a żeby o nich orzekać, trzeba być wewnątrz, nie zewnątrz. Chodzi mi tylko o współgranie rytmu pisma i rytmu odbiorców, mam niekiedy obawy, że wydajesz mnóstwo wysiłków i pieniędzy na rzeczy, które będą rozkoszą historyka archiwisty za lat pięćdziesiątych, ale dzisiaj właśnie spadają dopiero w przeszłość, a nie jest to dobry moment, żeby odgrzać do nich zainteresowanie, bo to niemożliwe.

Ja osobiście mam poczucie przegranej we wszystkim, gdzie dotykałem komunizmu, bo co się miało odbyć i tak by się odbyło, i cała moja awantura była niepotrzebna [aluzja do Zniewolonego umysłu]. Przyznawać się do przegranej jest trudno i gorzko, ale co mogę zrobić. (…)

Ściskam Cię.

Czesław

PS Już po napisaniu listu dowiedziałem się o Noblu dla Sartre’a.

 

***

14 grudnia [1964]

Mój Drogi,

Zygmunt mi pokazał Twój list z opisem wypadków na Twoim uniwersytecie. Dosyć przerażające. Nie wiem, co bardziej podziwiać: czy głupotę Twojego rektora, czy doskonałą robotę komunistyczną, czy też Waszą, tj. profesorów bezradność. Pomijając niebezpieczeństwo penetracji komunistycznej, która może być b. groźną dywersją, chyba można się obawiać, że może to pobudzić drzemiące nastroje „makkartystowskie” i Wragi wszelkiej maści rozpoczną kampanię przeciwko Żydom i komunistom. To po niedawnych wyborczych namiętnościach może bardzo chwycić. Powinniście w tej ogromnej sali urządzić odczyt Kiereńskiego na temat jego wspomnień, dosyć chyba podobnych.

Nie ma nic łatwiejszego, jak dawanie „rad Cioci Zosi” na odległość i przy zupełnej nieznajomości stosunków miejscowych, ale nie wyobrażam sobie, by można to załatwić bez ostrych środków. To jest dymisja waszego rektora, zamknięcie uniwersytetu na miesiąc czy dwa, ogłoszenie wyraźnego statusu studentów, że mogą zajmować się polityką, jaką chcą, ale poza uniwersytetem, zakaz (dość szczegółowy), czego nie mogą robić na terenie uniwersytetu z jednoczesnym zakazem wkraczania policji na teren uniwersytetu. I to wszystko nawet pod groźbą konieczności nowych zapisów na uniwersytet. Tych prowodyrów należałoby relegować. To brzmi wszystko bardzo ostro, ale nie wyobrażam sobie, by to można było załatwić bez operacji chirurgicznej. (…)

Inaczej to może zdegenerować w nieustanne burdy. To wszystko bardzo mi przypomina klimat uniwersytetów polskich przed wojną, tylko że tam byli oenerowcy, a nie komuniści. Władze były słabe i niezdecydowane, profesorowie też bali się okazać, że nie są „narodowymi”, i praktycznie żyletki i burdy były nieustanne. Powinieneś z tamtych doświadczeń wyciągnąć wnioski. (…) Czy nie miałbyś nic przeciwko temu, bym mógł pokazać Twój list Mieroszewskiemu i Grudzińskiemu, ma się rozumieć z całym zastrzeżeniem dyskrecji, czy też wolałbyś nie? (…)

Ściskam Cię.

Jerzy Giedroyc

 

[grudzień 1964]

Drogi Jerzy,

Nie, nie chciałbym, żebyś pokazywał komuś mój prywatny list o tutejszych wypadkach, dlatego że powstaje pokusa interpretacji, a choćby ta interpretacja była najmądrzejsza, to musi chybić, bo jest tutejsza specyfika, niezwykle złożona. Dla mnie to było widowisko pasjonujące, zresztą brałem czynny udział, zajmując stanowisko jak mi się wydaje rozsądne, przyczyniając się w pewnym stopniu do wyboru Egzekutywy Akademickiego Senatu nie po myśli „junty”, która pojawiła się wśród profesorów i dążyła do objęcia władzy, reprezentując współpracę na 100 procent z leaderami studenckiego ruchu i znaną nam lewicowość dość przyjemną, kiedy ma się dwa Buicki w garażu. Drastyczne środki, o których piszesz, są jak najmniej wskazane ze względu na akcję solidarności mnóstwa uniwersytetów, depesze, w tym od Bertranda Russella i zrosty sprawy z ruchem murzyńskim, tzw. Civil Rights. Wrzask straszny, jakby chodziło tu o pogwałcenie swobody słowa i tak to jest za granicą przedstawiane, choć po prostu chodzi o teren organizowania akcji pozauniwersyteckiej, teren, jakiego poza tym nie ma, bo gdzie znajdzie się – darmo – place do meetingów i 27 000 młodych ludzi w kupie? (…) Wszystko to razem jest dla mnie tylko zewnętrznym objawem czegoś, co się w Ameryce odbywa (…). Mówić o wpływach komunistycznych jest to właściwie przechodzić obok, bunt jest w istocie anarchistyczny, skierowany przeciwko technokracji, bezosobowej maszynie, dokładnie jak tych „situationistes” w Paryżu, z których pismem radziłbym Ci się zapoznać. 99 procent studenckiej masy kieruje się odruchami etycznymi, to jest ta specyficzna forma amerykańska, za sprawiedliwością, komuniści nic ich nie obchodzą, marksizm nie chwyta, tyle że ich kodeks nie pozwala mówić o udziale komunistów, bo jak ktoś o tym wspomni, znaczy że maccarthysta. Oczywiście, że leaderzy uwielbiają Castro i czytają Che Guevarę. Ale w pewnym sensie są to procesy odwrotne niż kiedyś w Rosji, gdzie przez cały XIX wiek rozprawiano o historii i jej prawach, podczas gdy gros tego ruchu jest beatnickie, indywidualistyczne, zajęte filozofią Zen, zażywaniem peyotlu i wolnością dla wszystkich, zbuntowane przeciwko starszemu pokoleniu, w czym brak dyscypliny w szkole odgrywa niepoślednią rolę. Choć wychodzi nieraz na podobieństwo, pomimo różnic. (…) Ale może zrozumiesz na tym przykładzie, dlaczego ja coraz głębiej pogrążam się w problematykę tutejszą i coraz mniej zajmuję się Europą wschodnią, bo istotne dla przyszłości ludzkiego gatunku procesy zachodzą tutaj. Zresztą pewna „latynizacja” amerykańskich uniwersytetów musiała przyjść prędzej czy później i nic a nic mnie to nie zdziwiło. Uniwersytety w Ameryce Łacińskiej są twierdzami rewolucyjnego ruchu, ze strzelaniem z karabinów maszynowych do policji spoza bram uniwersytetu, i dlatego, zważywszy na potworność struktury społecznej w tych krajach, wielkich szans na uniknięcie w nich rewolucji nie widzę – od 1948, kiedy w tym się trochę zorientowałem. Nie znaczy to wcale, że zapowiadam rewolucję w Stanach, co byłoby zupełnym nonsensem. Że jest tu wojna klasowa, to niewątpliwe, ale przybiera ona postać wojny ras – i będzie przybierać, bo 22 miliony proletariatu to 22 miliony Murzynów. Natomiast – masz całkowitą rację – niebezpieczeństwo faszyzmu jest realne i ci profesorowie, którzy sprzyjali deptaniu prawa, są liberałami, ale idiotami, bo wkrótce może prócz prawa nie będą mieli żadnej obrony. Kalifornia jest pełna paramilitarnych organizacji prawicowych, które ćwiczą się w lasach. A pieniędzy i uzbrojenia mają jak lodu. Jest to tradycja vigilantes, prawa we własnych rękach czyli gwałtu.

Widzisz, o Ameryce chciałbym pisać i może będę pisać. Czemu Ty się zajmujesz w „Kulturze” jakimiś nieistotnymi sprawami? Działa na Ciebie atmosfera Europy zapatrzonej we własny pępek. Szlag niech ją trafi. A Polska i Węgry są w stosunkowo znośnej sytuacji, bo nie grozi im już nigdy niebezpieczeństwo infiltracji komunistycznej. Zresztą skłonny jestem uznać wagę Europy Wschodniej jako doświadczenia, tak że co gdzie indziej się zaczyna, tam przechodzi w inną fazę. (…) Co do Ameryki, to rzecz nie w polityce. To są sprawy sięgające głębiej, to jest problem socjologiczno-filozoficzny. Dałeś się zafascynować tym tańcem na europejskim podwórku, podczas kiedy wiek dwudziesty rozgrywa się gdzie indziej. (…)

Musisz zrozumieć, że moje myślenie nie jest apolityczne, a tym samym nie jest w sprzeczności z Twoim myśleniem. Każda epoka jednak wymaga innych środków. Dzisiaj jest epoka, kiedy to, co wydaje się jak najmniej polityczne (myślę np. o problemach teologicznych i religijnych w Stanach), jest naładowane różnymi potencjalnościami, także politycznymi, na przyszłość. (…)

Ściskam Cię

Czesław

Życzenia świąteczne i uściski.

PS Myślenie moje o ruchu studenckim jest europejskie, tzn. polityczne, tak jak i Twoje. Mimo że ze studentami mam dobry kontakt. Uznaję jednak w pewnym stopniu ich argumenty: 1) że ideologia i polityka światowa nic ich nie obchodzą, 2) że reakcje ludzi europejskiego pochodzenia są błędne, bo w Ameryce odbywało się to i odbywa się inaczej. I to jest prawda, że Ameryka roztapiała ruchy i prawicowe, i lewicowe. O tyle też może mają rację, że zjawisk nowych, mimo analogii, nie należy mierzyć całkowicie jedną, raz przyjętą miarą. Odbywa się to w kraju, gdzie problemy technicyzacji i automacji są o wiele bardziej dotkliwe niż w Europie i gdzie słowo „alienacja” ma pełny sens. Ci młodzi nie znoszą „społeczeństwa”, co należy do amerykańskiej tradycji, tylko że kiedyś były to małe grupki intelektualistów (przechowujących anarchiczny wzór kolonisty uciekającego w lasy przed cywilizacją), dziś są to tysiące i setki tysięcy. I swoje środowisko przeciwstawiają pogardzanym zjadaczom chleba. Business ma duże trudności z werbowaniem nowego personelu na uniwersytetach, po prostu nie chcą tam iść i „Wall Street Journal” bił niedawno na alarm. Jest to młodzież sarkastyczna, ale zdumiewająco idealistyczna, spragniona ciepła, którego w życiu społecznej machiny nie ma, i wytwarzająca to ciepło, mająca swoje rytuały, przypominające bohemę XIX w. Wypadki u nas miały silne tło buntu przeciwko maszynie, jaką niewątpliwie jest olbrzymi uniwersytet, „procesujący” studentów przy pomocy elektronicznych maszyn. Przedstawianie administracji jako demonów nie powinno być obce Polakom – tu jest wspólny rys z Polską, bo każda władza jest automatycznie podejrzana. (…)

 

Wybór i skróty od redakcji.

 

MAREK KORNAT , historyk, sowietolog, publicysta

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata