70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lekka przesada

We Lwowie zabawny moment: pierwszego dnia wieczorem, przy kolacji, nagle oskarżyłem moich współtowarzyszy podróży, że nic nie rozumieją z tego miasta, że traktują je tak, jakby byli w dowolnym miejscu Europy, w Liverpoolu albo w Bochum, że nic nie czują, omiatają obiektywnymi spojrzeniami ulice i place tak, jakby byli tylko aparatami fotograficznymi, a przecież to jest miasto niezwykłe, tu są rzeczy wspaniałe, chociaż ukryte…

Lwów

Są wciąż do pewnego stopnia schowane pod powłoką sowieckiego kurzu, który jeszcze na nich spoczywa, zgoda, ale trzeba pewnego wysiłku wyobraźni, żeby się do nich przedostać, to nie jest łatwa Florencja z jej oczywistą, absolutną, potwierdzoną przez sto przewodników urodą, to nie Rzym, którego piękno zobaczy każdy idiota, nie, tutaj jest zupełnie inaczej, miasto kryje się pod warstwą wulgarności – tym bardziej zasługuje ono na eksplorację, tym bardziej ludzie wrażliwi powinni wziąć się do pracy, a nie tylko biernie oczekiwać cudu… Tutaj, w tym pokaleczonym mieście, trzeba posłużyć się nie tylko wzrokiem i słuchem, ale i wyobraźnią. Wyobraźnia co prawda, jak mówił Marcel Proust, odnosi się do miejsc nieobecnych, odległych, nie można wyobrażać sobie ulicy, na której właśnie przebywamy, pokoju, w którym się znajdujemy, osoby, z którą rozmawiamy, ale przecież Proust żył w epoce klasycznej, przed katastrofą, nie mógł wiedzieć, że będą kiedyś miasta na wpół istniejące, na wpół porzucone, przykryte plandeką brzydoty, miasta stracone i półodzyskane, nie mógł przewidzieć, że w nich wyobraźnia staje się – musi się stać – jeszcze jednym zmysłem, pół wyobraźnią i pół aparatem zmysłowym, jako że te zwykłe, medycznie i empirycznie potwierdzone zmysły tu nie wystarczają, muszą zostać wspomożone okiem na wpół przymkniętym, intuicją… Nie mógł przewidzieć naszej wyprawy do Lwowa, do miasta, które do nikogo nie należy, ani do tych, co z niego wyjechali, ani do tych, co tu mieszkają na stałe i dlatego wymaga nowej odmiany wyobraźni. Mówiłem oczywiście krócej, wtedy nie umiałbym aż tak rozwinąć mojego argumentu, byłem o wiele bardziej lakoniczny i emocjonalny, zapewne też niezgrabny, to dopiero teraz, kiedy jestem sam w moim pokoju, słucham muzyki i kiedy mogę spisać to, co naprawdę miałem do powiedzenia, to teraz dopiero, pokonując mój wieczny esprit d’escalier, poprawiam niedoskonałą rzeczywistość tamtego wieczoru, kiedy siedzieliśmy w piwnicy pewnej restauracji przy ulicy Akademickiej (to nazwa przedwojenna) we Lwowie. W końcu przecież po to piszę, żeby korygować moje niezgrabności, moje lakoniczności, żeby z pomruków i równoważników zdań wyprowadzać zdania dłuższe, lepiej umotywowane.

Spojrzeli na mnie, nie rozumiejąc mojego wybuchu, ale po chwili chyba doszli do wniosku, że mają do czynienia z kimś trochę nienormalnym, z kimś, kto odbywa podróż do miejsca dlań niezwykłego, zrozumieli to, a następnego dnia – wydawało mi się – odczuli coś z majestatu tego miasta, coś z jego promieniowania…

 

Życie po śmierci

Nie wiem, jak możemy żyć po śmierci naszych drogich przyjaciół! A jednak dajemy sobie z tym radę. Jakaś część naszej substancji musi być zrobiona z obojętności, z szarego, obojętnego metalu, skoro potrafimy żyć jako tako, całkiem nawet znośnie, po odejściu naszych przyjaciół, naszych bliskich, najbliższych. Śmiejemy się, chodzimy do dobrych restauracji, czytamy nowe książki, których oni już nie poznają. Pierwszy moment żałoby, zaraz po otrzymaniu wiadomości o zgonie bliskiej nam osoby, jest czymś straszliwym. To nawet nie jest jeszcze żałoba, to ból i bunt w stanie czystym, a słowo „żałoba” już zawiera w sobie pierwiastek rezygnacji, paktowania z tym, co się stało. Lecz w pierwszym momencie nie ma jeszcze słów, nie ma zgody, nie ma rezygnacji. Jest tak, jakby otworzyła się dziura w istnieniu. To jest trzęsienie ziemi otwierające przepaść. Moment płaczu i wściekłości, kiedy Logos jest bezradny. Logos dyskretnie odsuwa się na bok. Potem ta szczelina powoli, stopniowo zamyka się i zaczyna się długotrwały proces żałoby, zaczynamy ostrożnie chodzić po kładce nad rozpadliną; z czasem blizna zmienia kolor i prawie upodabnia się do zdrowej skóry. Są jednak śmierci, z którymi nie można się pogodzić. Nigdy nie pogodziłem się i nigdy się nie pogodzę ze śmiercią mojego siostrzeńca, Marka. Miał tylko dziesięć lat, jeszcze nawet nie wiedział, kim był. I my nie wiedzieliśmy, kim zostanie, na kogo wyrośnie. Był uroczym, ładnym chłopcem. W Polsce lubimy eufemizmy i, mówiąc o umarłych, wciąż powtarzamy: teraz spotkają się na tamtym świecie z rodziną. Albo: na pewno zobaczymy ich na tamtym świecie. Albo: i teraz on patrzy na nas z tamtego świata. Tak jakby „tamten świat” był czymś w rodzaju zarośniętego trawą podwórka, które możemy obserwować z okna w naszej kuchni, kątem oka sprawdzając, jak bawią się dzieci i pies, czy nic im nie zagraża. Traktujemy umarłych jak dzieci. Katolicyzm zanadto oswojony prowadzi do takiej niefrasobliwości, do niewrażliwości na rzeczy niepojęte, przekraczające wyobraźnię. Często myślę o Josifie Brodskim, jednym z najbardziej niezwykłych ludzi, jakich spotkałem – o jego różnych obliczach, o tym, jak umiał być, niekiedy, błyskotliwym, aroganckim intelektualistą, do którego ci, co go nie znali, bali się podejść, ale i o jego czułych momentach, kiedy był najdelikatniejszym z przyjaciół. Wspominam nasze rozmowy, w których pozycje były tak rozdzielone, że on wygłaszał wielkie monologi, proponował szalone metafizyczne teorie, a mnie przypadała rola sceptyka, próbującego znaleźć niespójności, niekonsekwencje w jego argumentacji. Monologi Josifa związane były często z esejami, nad którymi właśnie pracował i wygłaszając swoje teorie, odbywał jakby próbę generalną eseju. Wielokrotnie wracał temat religii. Chętnie mówił o takiej religii, która by oderwała się od wielkich religii naturalnych i dzięki temu miała więcej nieskończoności. Bo przekazane nam w rodzinnej czy społecznej tradycji religie miały, według niego, za mało nieskończoności, zawierały kompromis z materiałem historycznym, w który były opakowane. A ja protestowałem i mówiłem, że religii nie można skonstruować tak jak doktor Zamenhof zbudował esperanto, i że on, Josif, właśnie tego rodzaju esperanto proponuje, natomiast chodzi raczej o to, żeby się skupić na nieskończoności już zawartej w istniejących religiach i w razie czego postępować z nią jak z żarem ogniska, dmuchając, rozniecając jeszcze większy ogień. Miałem wrażenie, że lubił te konwersacje, lubił nawet mój sceptycyzm, tego właśnie potrzebował, oporu, przekory. Kiedyś zadzwoniłem do niego z Houston, zaraz po przyjeździe z Europy, w momencie, gdy po oderwaniu się od rodziny, od M., odczuwałem pewną melancholię z powodu zmiany miejsca i spodziewałem się ciepłej, przyjacielskiej rozmowy, pocieszenia w niegroźnym zresztą smutku, ale nic z tego, Josif natychmiast zażądał, żebym powiedział mu, co sądzę o Horacym. Domyśliłem się, że pracuje nad szkicem o tym poecie. I rzeczywiście, tak było. Musiał mnie pocieszyć Horacy.

Miłosz

Czytam Wiersze ostatnie Czesława Miłosza opublikowane przez Znak dwa lata po śmierci autora. Przeciwnicy Miłosza – a tych nie brak w kraju nadzwyczaj polemicznym i często małostkowym; zresztą jego wysoka pozycja, sława sprawiają, że nie oszczędza go typowa dla demokracji niechęć do wielkości – twierdzą, że w ostatnich latach utracił on moc poetycką. Wystarczy jednak przeczytać kilka linijek poematu Orfeusz i Eurydyka, żeby przekonać się o fałszu tej krytyki: „Śpiewał o jasności poranków, o rzekach w zieleni. / O dymiącej wodzie różanego brzasku. / O kolorach: cynobru, karminu, / sieny palonej, błękitu, / O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał. / O tym, że swoje słowa układał przeciw śmierci / I żadnym swoim rymem nie sławił nicości”.

Przeciwnicy Miłosza w Polsce dzielą się na kilka kategorii. Są wśród nich ludzie, których poezja w ogóle nie interesuje, zarzucają natomiast autorowi Zniewolonego umysłu zdradę: przez kilka lat zatrudniony był w komunistycznej służbie dyplomatycznej (nicości jednak nie sławił: nie napisał ani jednego wiersza, który by się nadawał do antologii poezji stalinowskiej). Albo też nie mogą ścierpieć odrazy poety do polskiego nacjonalizmu… Odrazy, muszę powiedzieć, najzupełniej uzasadnionej. Tuż przed pogrzebem Miłosza pojawiły się głosy, że nie był dobrym katolikiem… i nie zasługuje na to, by spocząć w krypcie zasłużonych. Ci natomiast, którzy czytają wiersze, atakują nieraz Miłosza za ton podniosły, hymniczny. Dzisiaj należy pisać ironicznie i płasko, wyglądając lepszych czasów.

Kiedy czytam wers „O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał”, przypomina mi się rozmowa z Miłoszem sprzed paru lat; było to po wakacjach, które spędziliśmy z M. we Włoszech w pobliżu Lukki, w Toskanii, razem z C. K. Williamsem. Nieraz jeździliśmy stamtąd na kąpiele do Bocca di Magra, małej miejscowości już na terenie Ligurii (z autostrady widzi się reklamę hotelu „Shelley” – w tym miejscu utonął poeta). Magra to rzeka, która tutaj wpada do morza. Kiedy Miłosz usłyszał o tym, rozmarzył się, wróciły do niego wspomnienia minionych lat. W Bocca di Magra spędzał parokrotnie wakacje w towarzystwie Mary McCarthy, Nicoli Chiaromonte i innych przyjaciół – on też kąpał się tam w morzu i zapamiętał na zawsze widok białych skał marmurowych, które w pierwszej chwili można wziąć za ośnieżone zbocza gór – w pełni lata! Ale to nie jest śnieg, tylko marmur, Carrara, miasteczko sławne wśród rzeźbiarzy, położone u stóp marmurowych, białych gór. A morze jest tam ciemnogranatowe, ciepłe, słone, o lekkich falach. Na aksamitnej powierzchni wody zapisują się kreski i nieregularne figury geometryczne, które nie utrzymują się długo – to linie papilarne morza. Mewy krążą nad łodziami rybackim. Brzeg jest tu skalisty, taki jak powinien być nad Morzem Śródziemnym, bo plaże piaszczyste i równe, przykryte wielkimi ręcznikami niemieckich turystów czerwonych od słońca nie odpowiadają charakterowi tego morza, sprawiają, że staje się podobne do bladego i zimnego Bałtyku, traci swą głęboką kobaltową barwę.

Miłosz odszedł, myśląc, pracując, pisząc wiersze prawie do samego końca – jakby wypłynął daleko w morze, w stronę Carrary, w stronę błękitnej mgły i białych gór.

***

W późnych latach dziewięćdziesiątych zdarzyło się, że byłem w Houston, jak zawsze wtedy na wiosnę, a Czesław Miłosz. który w owym czasie dzielił swoje życie między Kraków i Kalifornię, przebywał w Berkeley, w tym niewielkim, jasnym domu wysoko na wzgórzach, na Grizzly Peak Boulevard (ileż to osób pielgrzymowało do tego domu, robiło zdjęcia, chwaliło się wizytami u poety). Co jakiś czas rozmawialiśmy przez telefon. Któregoś dnia Miłosz zadzwonił do mnie. W jego głosie wyczułem głęboki smutek, silną melancholię. Zaczęliśmy rozmawiać i już po chwili zrozumiałem, że jest u kresu sił i szuka u mnie pomocy. Wreszcie zapytał mnie: panie Adamie, proszę, niech mi pan powie szczerze, czy ja kiedykolwiek w życiu napisałem dobry wiersz?

Fragmenty zbioru prozy eseistycznej Lekka przesada, który ukaże się w maju nakładem Wydawnictwa a5.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata