70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Głosy o Błońskim

W styczniowym numerze opublikowaliśmy fragmenty Dziennika profesora Jana Błońskiego wraz z trzema krótki esejami o książce i jej autorze. Dziś kolejne głosy o Błońskim.

Z niezwykłym wzruszeniem czyta się zamieszczone w tomie relacje Błońskiego z dziejów rodziny i z różnych okresów jego życia. Dynamikę tej książce nadaje upływający czas, dojrzewanie i  zmienność punktów widzenia. W pierwszym tekstów nie ma jeszcze tego Błońskiego, którego znaliśmy wszyscy: dojrzałego i uznanego w świecie literackim krytyka, z którego zdaniem liczyli się wszyscy. Jest dziecko z rodziny inteligenckiej, ale po różnych przejściach – przeganianej przez historyczne wydarzenia po Europie, czasem życiowo degradowanej, doświadczanej też przez rozmaite tragedie. Zawsze się zastanawiałem, czy takie losy były dla Polaków owego pokolenia typowe, czy stanowiły coś niezwykłego. Chyba jednak to pierwsze. Podobnie jak dość zwyczajne były związki rodzinne z innymi nacjami – tak jak silne i brzemienne w konsekwencje związki polsko-francuskie w przypadku rodziny Błońskich. I jeszcze jedna ważna rzecz, na którą autor wspomnień kładzie nacisk: edukacja rodzinna była wychowaniem w służbie wartościom moralnym. Rodzice, wujowie przyszłego krytyka byli ludźmi skromnymi, ale nieposzlakowanymi. Trudno przecenić to dziedzictwo w perspektywie czasów stalinizmu, które właśnie miały nadejść. Na razie jednak dorastającego chłopca czekały przeżycia wojny.

Bardzo interesujące są relacje wojenne Błońskiego. Przedstawia siebie jako chłopca nie przesadnie odważnego, wolnego od częstego u nastolatków „chojractwa”, a jednocześnie wrażliwego moralnie. Autor wspomnień opowiada – nie po raz pierwszy – historię  o żydowskich dzieciach, zapewne uciekinierach z getta, które spotkał na ulicy w sąsiedztwie muru. Jako dwunastolatek rzeczywiście nie mógł im pomóc, ale poczuł się niejako ich – pośmiertnie – dłużnikiem, skąd wziął się po latach przełomowy w stosunkach polsko-żydowskich artykuł Biedni Polacy patrzą na getto. Pamiętam, jak czytając ten szkic w roku 1987 – a potem wściekłe ataki narodowców na Błońskiego – czułem się dumny z odwagi mojego Profesora. To bardzo ważne w interpretacji odwagi Błońskiego: ta, której mu nie brakowało, to najczystszej wody odwaga cywilna, poczucie, co jest zachowaniem godziwym, a co – nagannym. Dzięki tej cywilnej odwadze krytyk, który – jak przyznaje – nigdy nie należał do żadnej otwarcie dysydenckiej organizacji – nigdy również nie splamił się posłuszeństwem wobec politycznych nakazów, swobodnie wyrażał swoje literackie sądy i gusta, nie sposób też wyobrazić sobie, aby był zdolny używać oficjalnej nowomowy czy w jakikolwiek sposób mówić wbrew sobie i swoim przekonaniom.

Czy pomogła mu w tym otwarcie wyrażana katolicka wiara? Wiara zajmuje we wspomnieniach Błońskiego miejsce szczególne: traktowana z wielką powagą, tłumaczona jakby u jej osobowościowego źródła, a nie poprzez lektury czy filozoficzne przemyślenia. Ale wydaje się, że ona jest w konstrukcji psychicznej Błońskiego może najważniejsza, jest bowiem tym jądrem, wokół którego oplata się moralność, wizja świata, rozeznanie dobra i zła. Niezwykle ciekawe są w tym kontekście przeżycia wojenne, a szczególnie dwa: spotkanie w Krakowie, pod sam koniec wojny, młodego, ubranego w elegancki mundur SS-mana, co skłania Błońskiego do refleksji nad atrakcyjnością siły, i opis wakacyjnego obozu, na który wyjechał tuż przed Powstaniem Warszawskim, obozu, na którym mógł obserwować kształtowanie się politycznego niejako kierownictwa grupy i towarzyszące mu rytuały prowadzące do wyłonienia samozwańczego przywódcy. Była to zapewne bardzo pouczająca wprawka do nadchodzącego totalitaryzmu i kreacji „wodzów”.

Stąd, z wczesnego dzieciństwa rozchodzą się wątki prowadzące w różne strony życia autora. Napisane to świetnie, ze zwyczajną u Błońskiego energią literackiego stylu, ze skłonnością do figur gnomicznych, które z łatwością mogłyby stać się obiegowymi powiedzonkami, jak choćby pierwsze słowa tekstu: „Pochodzenie moje pstre, ale ta rozmaitość składa się chyba na wzór banalny”. W języku tkwi zresztą bardzo wiele cech, które składają się na ogromną atrakcyjność wspomnień Błońskiego – bo krytyk „jest” swoim językiem i stylem wypowiedzi. W ten sposób Błoński był bez wątpienia jasnością i finezją swego języka, celnością metafor i porównań, seriami wyrazistych obrazów, jakie wywoływał pod powiekami. Ale najważniejsze z tego wykazu atrakcji jest zawsze to, co decyduje o jakości człowieka: wychowanie odebrane w domu, moralność tkwiąca w uwewnętrznionych regułach zachowania, książki przeczytane i słowa wysłuchane.

Wspomnienia wszelako pisze ktoś, kto na siebie-dziecko spogląda z pobłażliwością wynikającą z dystansu, kto jest i jednocześnie już nie jest tym chłopcem, który przeżywał wojnę. Inaczej sprawy się mają z następującym po wspomnieniach z dzieciństwa dziennikiem z lat sześćdziesiątych. To dokument zdecydowanie od tych pierwszych odmienny. Ton jego ostrzejszy, daleki od „poczciwości”, czasem zdarzy się charakterystyka któregoś z kolegów czy koleżanek, która musiałaby ich srodze zaboleć. Szczególnie dotyczy to postaci Andrzeja Kijowskiego, który zdawał się być Błońskiego konkurentem do sławy i znaczenia. W ogóle relacje między członkami krakowskiej szkoły krytyków w świetle tych zapisków okazują się wcale nie tak ciepłe, jak można by przypuszczać. Ale autor dziennika swą relację buduje tu i teraz, na gorąco, niejako kształtując się na naszych oczach i prowadząc dialog z samym sobą i partnerami intelektualnych dyskusji. Dziennik powstawał we Francji, autor nie boi się więc cenzorów ani szpiclów. Poza krytyką sowieckiego komunizmu bardzo ciekawe są tam także uwagi o francuskich luminarzach lewicy – tak wówczas wpływowych, a obok – o kondycji Polaka zagranicą: upokorzonego nie tylko z powodu peryferyjności swego kraju i jego problemów, ale także z przyczyn zwyczajnie materialnych. Na osobny nurt tych zapisków składają się nader oryginalne rozważania o polskiej literaturze renesansu, którą Błoński wykładał dla Francuzów. To prawdziwy wstęp do klasycznej dziś książki o poezji Sępa-Szarzyńskiego.

Dziennik rozpada się na dwie części: tę pisaną w początku lat sześćdziesiątych i tę, która powstawała w roku 1968. I tu niespodzianka: oczekiwalibyśmy jakichś, najdelikatniejszych choćby uwag na temat wydarzeń marcowych w Polsce, a potem paryskiego maja 68. Tymczasem nic z tego! Zapiski z roku 1968 są przede wszystkim osobiste, bardzo np. wiele miejsca zajmuje w nich opis i interpretacja pewnego snu, który przyśnił się autorowi, brak natomiast najzupełniej wątków aktualnie politycznych. Ta autoanaliza była snadź dla Błońskiego na tyle fascynująca, że przytłumiła kompletnie natrętny głos paryskiej ulicy, a nawet wieści z kraju. Dziennik 1968 urywa się zresztą szybko – tak jakby bliski powrót do Polski (pamiętam wspaniałą serię wykładów Błońskiego o literaturze polskiej XX wieku, wygłaszanych niebawem na Uniwersytecie Jagiellońskim) przerwał ten tok autorefleksji krytyka i oddał go innej już literackiej i politycznej aktualności. To z tych czasów pochodzi instruktażowa broszura partyjna, gdzie czujny autor przedstawia go jako niebezpiecznego wroga reżimu.

I jeszcze raz skwitować warto przemianę tonu i punktu widzenia w zamieszczonych w tomie wywiadach przeprowadzanych przez Błońskiego i z Błońskim: widać tu świetnie zachodzącą w nim ewolucję: od grzecznego młodzieniaszka toczącego rozmowy z luminarzami pióra, dla których zresztą prędko z adepta staje się partnerem, poprzez mądrego krytyka osądzającego literackie zjawiska i budującego hierarchie wartości, po Mistrza, którego pyta się o stan i perspektywy kultury. Wszystkie te role odgrywał w swym życiu Błoński. Dlatego książka, która na pierwszy rzut oka wydaje się zbiorem niejednorodnych ułamków składa się w fascynującą mozaikę, której tematem jest dojrzewanie wielkiego umysłu ze wszystkimi tego procesu komponentami. Nie ucieka tu Błoński od zdarzeń i zwierzeń rozmaitej wagi i kalibru, ale pokazuje zarazem to, co było u niego najważniejsze: nieustępliwe poszukiwanie wartości, dążenie by rozpoznawać je, rozumieć i – jak chciał Proust – „widzieć jasno w zachwyceniu”.

Jerzy Jarzębski


Jan Błoński powiada, że nie nadaje się na pamiętnikarza, gdyż nie dysponuje niezbędną do tego celu „chytrością szczegółu”. Wspaniała to uwaga, ale zapewne nadmiernie samokrytyczna. Na pewno jednak Błoński dysponuje „chytrością ogółu”, która polega na spoglądaniu na sprawy zupełnie wprost, i od razu widzi tak jasno, że – zaskoczeni – musimy mu ufać, mimo że przedtem podobnie nie myśleliśmy.

Za moment kilka słów na ten temat, a teraz króciutkie wspomnienie. Błoński, a spotykałem go niegdyś w miarę często, mówił czasami rzeczy zupełnie fundamentalne, takie, jakie rozważał we wspomnieniach, i jakby się wstydził swojej niebywałej mądrości i umiejętności trafnego sformułowania tezy, bo zaraz wybuchał cienkim, nieco piskliwym i wyraźnie autoironicznym śmiechem. To wielu skłaniało do sądu, że się bawił dowcipem, ale było przeciwnie – był tak poważny, że aż się tego wstydził.

Wspomnę jedynie o dwu dziedzinach, w których we wspomnieniach jest tak przeraźliwie poważny. Przede wszystkim to religia. Mimo wszystkich normalnych, zwłaszcza w młodości, wahań, nigdy nie przestał być religijny i nigdy się w tej mierze nie wahał. Nie przestał też wierzyć w zasadniczo religijny sens rzeczywistości. Jednak z tego wynikały dlań najróżniejsze konsekwencje. Od pomieszanej z szyderstwem sympatii dla polskiej religijności ludowej, dla bab wrzeszczących – jak pisał – pod obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, po bardzo krytyczny stosunek do polityczno-religijnych konwersji. Nawet do konwersji przyjaciół, takich jak Andrzej Kijowski. Nie podejrzewał ich o nieszczerość, wynikało to z jego zasadniczego stosunku do polityki, której nie znosił i którą traktował z całą należną jej powagą. Pisał przecież o tym, że ciągle rozmawiamy o polityce, co należy do naszych obywatelskich obowiązków. Polska religijność była dla niego całkowicie autentyczna i silna, mimo całego krytycyzmu i nieuchronnych okazji do ironii. Powtarzał za Czesławem Miłoszem, że chętnie by żył w państwie teokratycznym i całkowicie zdecentralizowanym.

Ponadto zupełnie zdumiewające i całkowicie przekonujące są jego uwagi na temat polskości. Jakże bliskie mi jest to przekonanie – niezgodne z liberalno-demokratyczną poprawnością polityczną – że tak zwane polskie nieracjonalne zachowania, od powstań po opór, czasem na pozór zupełnie nierozsądny, przeciwko kolejnym okupantom, umożliwiły przetrwanie pewnej siły duchowej, jaka w innych krajach, bardziej uległych, nie przetrwała, co miało dla nich niekorzystne konsekwencje.

Natura polskości jest stałym tematem rozmyślań Błońskiego, który nie potrafi kochać Polaka (sławny esej w „Znaku” Polak jaki jest, każdy widzi z grudnia 1970 roku), ale polskość jest dla niego oddychalnym powietrzem. Opisuje podróże i rodzinne zagraniczne koneksje, ale wszystko zawsze odnosi go do Polski. Co ciekawe, nie do polskiego krajobrazu, jak u Iwaszkiewicza, ale przede wszystkim do polskich zachowań zbiorowych i polskiej literatury, gdzie naturalnie prym wiodą Gombrowicz i Miłosz, a po trochu i Witkacy. Ten szczególny obraz polskości, polskiej dumy i polskiego sprytu, zupełnie nie pasuje do żadnych znanych nam poglądów. Błoński, jeszcze bardziej niż w rozważaniach na temat literatury, jest tu całkowicie niepowtarzalny, oryginalny. Wiem z góry, jakie oburzenie u wielu wywołają te rozważania, ale cieszę się na tę chwilę, bo będzie znakomita okazja, żeby odróżnić ludzi bezmyślnych od reszty. Błoński musiał to wiedzieć, gdyż bardzo niewiele z tych uwag ujawnił w esejach publikowanych za życia.

Marcin Król


Zdumiewające zapiski! Przejmująco, wręcz rozbrajająco szczere, zabarwione na przemian ciepłym liryzmem, ironią i nieco zgryźliwym humorem. Kilkoma celnymi kreskami szkicujące pojedyncze sylwetki, ale dążące także do bardziej syntetycznego ujęcia. Osobiste i pozaosobiste zarazem. Zawierające, obok prywatnych zwierzeń, a nawet odważnej, psychoanalitycznej analizy własnego snu, pasjonujące wspomnienia ze spotkań z Gombrowiczem oraz wnikliwe uwagi o jego pisarstwie. Co skłoniło autora do ich zanotowania podczas jednego z pobytów we Francji?

Jak wiadomo, we wszystkim, co wyszło spod jego pióra, Jan Błoński był nade wszystko znakomitym pisarzem. Literatura stanowiła dla niego jedynie medium antropologicznej medytacji. Przenikliwy analityk, znawca najbardziej zawiłych sekretów ludzkiej duszy, pisał o jej – tragicznych, groteskowych i komicznych – przygodach w ubiegłym stuleciu, głównie studiując dzieła literackie. Znakomity stylista, którego język rozbłyskiwał celnymi, zapadającym w pamięć formułami, coraz to zmieniał formy ekspresji: na początku, w wybornym studium o Sępie Szarzyńskim, pragnąc sprostać obrotom poetyckich znaczeń, operował długimi okresami, które łączył średnikami. Później, w książkach o Witkacym, Gombrowiczu, Miłoszu, w pogoni za wielością nawarstwiających się sensów, sięgał po zdania krótkie, urywane znakiem zapytania czy wielokropkiem. Chcąc gruntownie przedstawić Wszystkie sztuki Mrożka, sypał aforyzmami.

A przecież najwyraźniej odczuwał niedosyt, pragnąc dotrzeć także w sobie samym do tego, co intymne i zaszyfrowane, niedostępne, wysondować najbardziej ukryte. Bez cenzury i bez autocenzury. Innymi słowy, dysponując dobrze przećwiczonymi, najbardziej subtelnymi metodami analizy, samego siebie – podobnie jak innych pisarzy – podstawił pod mikroskop i zamienił w przedmiot drobiazgowej, nieco bezwzględnej wiwisekcji.

*

Ten dziennik daje się czytać na trzy przynajmniej sposoby: jako prolegomena do dzieła o schyłku pewnej formacji, jako szkicowane naprędce studium autobiograficzne i jako prywatny komentarz do historycznoliterackich wyborów.

Odsłaniając sekrety swojej genealogii, Błoński z całą bezpośredniością stwierdza: „Pochodzenie moje pstre, ale ta rozmaitość składa się chyba na wzór banalny”. Już w tym pierwszym zdaniu przeglądają się charakterystyczne cechy stylu i wrażliwości autora Romansu z tekstem: umiejętność i łatwość stylizacji, podszyta ironiczną przekorą, skłonnością do dezynwoltury i dystansem wobec samego siebie. Legenda rodzinna Błońskich przechowała bowiem pamięć o pradziadku powstańcu z 1863 roku, który szukał schronienia w Galicji. Ale także „romans sierżanta ze służącą”, co, jak powiada autor, napawało go „raczej przewrotnym zadowoleniem”. Owocem tego romansu, zakończonego małżeństwem, stało się liczne grono córek i synów, wśród których znalazł się ojciec przyszłego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeden ze stryjów, sędzia, a następnie prokurator Sądu Najwyższego, odznaczał się, powiada autor, cechującym Błońskich „rygoryzmem moralnym, połączonym z przyciemnionym, pesymistycznym spojrzeniem na ludzi”. W czym łatwo dostrzec pośrednią autocharakterystykę uczonego. Udziałem rodziny stają się tragiczne losy Polaków w XX wieku: ów sędzia zostaje rozstrzelany we wrześniu 1939 roku przez Rosjan „jako dostojnik aparatu ucisku”, jego brat, zesłany w głąb Związku Sowieckiego, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Rodzina tego brata, wywieziona w głąb Syberii, przedostała się do Stanów Zjednoczonych, „gdzie w amerykańskim melting-pot rozpłynęły się rodzinne więzy”.  Błoński niezwykle ciepło, z nietajoną miłością wspomina ojca, „człowieka wielkiej dobroci”, prawego i bezinteresownego, harmonijnie godzącego tolerancję z moralnym rygoryzmem. Rozmowy z nim podczas okupacji, żywo przypominające scenę ze Świata Miłosza, uzna za „matrycę swojego życia”. Rodzina matki, za sprawą babki zakorzeniona we Francji, w małej mieścinie w Ardenach, sprawiła, że cała familia stała się w sposób naturalny, a nie wyuczony – dwujęzyczna, a zarazem dwukulturowa. Dziadek był energicznym przedsiębiorcą. Wpierw zgromadził spory majątek w Rosji, jako współwłaściciel odlewni mosiądzu, później, po rewolucji 1905, stał się posiadaczem wytwórni szczotek pod Paryżem, wreszcie pracownikiem niemiecko-petersburskiej fabryki metalowej. Dokonał życia w Warszawie w 1943 roku. Jak powiada autor Dziennika, „W małżeństwie moich rodziców spotkały się zatem stolica i prowincja, Królestwo i Galicja, mieszczaństwo i inteligencja, tradycja francuska z – znacznie słabszym – wpływem niemieckim”. Gotowy materiał na sagę rodzinną! Tutaj zaledwie naszkicowana cienką kreską.

*

Dla pokolenia ojca Błońskiego Polska była najważniejszą sprawą. Błoński wyznaje, że zazdrościł jej spełnienia marzenia młodości, czyli doczekania końca rozbiorów i powstania Polski niepodległej. Domaga się rewizji zanadto krytycznego stosunku do tego państwa, które przybrało kształt „ułomny może”, ale na pewno nie „pokraczny”. I to mimo klęski wrześniowej, a także „bardzo podejrzanych haseł, myśli, których się odruchowo boimy”, jak się można domyślić – oznak szowinizmu i antysemityzmu w okresie sanacji. Między tamtą epoką a PRL przebiega jednak nieprzekraczalna granica. Był to bowiem okres „sprzed czasu niedoli, sprzed chwili, kiedy diabeł wszedł do historii”. Kiedy świadomość społeczna w Polsce była „niemalże nietknięta przez totalizm”. „Kiedy ani Nietzsche, ani Marks nie walili kolbą w twarz”. Z perspektywy powojennej dwudziestolecie – przy wszystkich swoich brakach i niedoskonałościach – jawi się jak Atlantyda. Wszechwładzy politycznego aparatu towarzyszy bowiem w systemie totalitarnym dojmujące poczucie, że codzienne życie jest udane i fałszywe. Jak powiada Błoński, „To, co zatruwa nasz świat, to nieustanna oscylacja między przymusami totalizmu, a dekadencją rozpanoszonego laissez-faire… laissez-faire, które z dziedziny ekonomii przeniosło się do obyczaju, sztuki i moralności”. Owa antynomia była dla ojca Błońskiego, wychowanego wedle dawnych wzorów, całkowicie niezrozumiała, dla jego syna – dotkliwie odczuta i stanowczo odrzucona. Przymusom i pokusom totalizmu przeciwstawił pamięć o zamordowanych stryjach, dekadencji haseł leseferyzmu – dawne cnoty „rzetelności, powagi i uczciwości”.

*

Wytrawny znawca literatury nie ukrywa, że interesowały go także ekonomia, demografia, historia i socjologia. Studiował pilnie drobne ogłoszenia w zagranicznych gazetach, przeglądał mapy i przewodniki – wciąż nienasycony, usiłujący zrozumieć społeczności „jako zagadki do przeniknięcia… albo raczej całości żądające interpretacji”. Stąd jego wędrówki po rozmaitych krajach. Szczególnie malownicza i zabawna była wyprawa z Paryża do Kopenhagi, „bez jednego grosza przy duszy”, którą przetrwał jedynie dzięki karafce wody w toalecie.

Błoński wyznaje, że strawił wiele czasu na sprawy nie najważniejsze: politykę i podróże. Dokonując podsumowania swoich dokonań, stwierdza „odczuwam żal i czasem nawet przerażenie, że nie dotknąłem niemal tego, co było dla mnie najważniejsze. A najważniejsze były sprawy religijne, ta jakby drzazga Boża, która tkwiła we mnie latami, w uśpieniu albo też jątrząc, ale zawsze obecna”. Wiary nie ukrywał, ale też nie demonstrował w swoich wypowiedziach w przekonaniu, że „nie można wyjaśnić wiary, przestałaby być łaską”. Nawet wówczas, gdy oddalał się od Boga, nie przestawał w niedzielę chodzić do kościoła w przekonaniu, że „Skoro nie można złożyć ofiary serca, niech zostanie chociaż znak pamięci i wierności”.

W polskiej religijności, niedojrzałej, prowincjonalnej i dziecinnej, dopatruje się, za Brzozowskim, niedokształtowanie narodowej świadomości, ale dostrzega także źródło siły, która pozwala przetrwać historyczne nieszczęścia. Jego zdaniem, z religijnością, bardziej odczutą niż do końca przemyślaną, sprzymierza się u Polaków „sentymentalny patriotyzm”, którego wyrazem jest wytrwałość, upór i honor, a nawet pewna doza sprytu. Zauważa: „Tyle napisano o lekkomyślności polskiej, zbędnym bohaterstwie”. I dodaje: „Ale dość się rozejrzeć po sąsiadach, aby zobaczyć, że rzadko kiedy i mało komu opłaciły się małoduszna przezorność i wegetacja na kolanach”. Nawet nieufność wobec państwa albo jego lekceważenie okazały się zbawienne. Stąd pytanie nic nietracące na aktualności: „Może znowu czas, aby ludzie słuchali raczej wiary i zwyczaju niż prawa i policji? Bo przecież czymś muszą się kierować, jeśli nie mają zostać pajacami rozhasanej konsumpcji i rozwrzeszczanych mass mediów”.

*

Sprawy religijne to, jak się okazuje, najmocniejszy, choć ukryty nurt pisarstwa Błońskiego. Nawet w Zmianie warty jest, wedle jego słów, „jakby wołanie o wartości, które nie byłyby pokoleniową mitologią”. Dodaje: „Nie zająłbym się nigdy Sępem, gdyby nie fascynacja potrydencką, barokową religijnością”. Z gruntu obca mu była idea chrześcijaństwa historycznego, rozumianego jako fundament europejskiej cywilizacji. Jego wiara czuje się „wyobcowana z historii”. Doświadczeniem fundamentalnym stało się zaś „doświadczenie przygodności”, chwilowa utrata wiary, która przemieniła świat zewnętrzny w grę pozorów, co dostarczyło badaczowi poezji Leśmiana niezbędnego do niej klucza. Według Błońskiego, jego pokolenie było podczas okupacji hitlerowskiej chronione przez „tradycję i obyczaj”, „niepisany kodeks środowiska”. Młodsi od pokolenia Borowskiego, Różewicza, przechowali wartości dla tamtych ostatecznie unicestwione, pozostali bardziej „przedwojenni” niż ich poprzednicy. A przecież uznając Zagładę za zbrodnię i nieszczęście, nie potrafili jej uznać również za polskie nieszczęście. Jak podkreśla Błoński, „za to właśnie rozróżnienie musimy odpokutować, znosząc cierpliwie wyrzuty świata”. Kluczowym doświadczeniem okazało się spotkanie na jednej z ulic okupowanej Warszawy pary żydowskich rówieśników, którym nikt nie chciał pomóc. Wyznaje: „Z latami poczucie winy wobec tych dwojga dzieci, wobec społeczności żydowskiej, której twórczą osobliwość tak polubiłem – narastała jak świadomość bratobójstwa”. O niej napisze jedną ze swoich najważniejszych książek: Biedni Polacy patrzą na getto.

*

Credo swojego Dziennika Jan Błoński zawiera w słowach:

„Zabrałem się do tych wspomnień, bo uprzytomniłem sobie, że w życiu pisałem nie o tym, co było dla mnie najważniejsze, ale o tym, co sprawiało mi przyjemność. Przyczyn było pewnie sporo, ale jedną z najważniejszych było to, że bałem się rzucić na głęboką wodę. Dana mi została tylko zdolność biernego oporu połączona z trzeźwością. Nigdy nie dałem się nabrać na pierwszomajowe uniesienie, żelazne prawa historii albo promienną przyszłość ludzkości”. Zyskał sobie za to już w latach pięćdziesiątych opinię „estety i formalisty”, a znacznie później „przydomek katolika”. Jak zauważa, „Wiele mi te przezwy nie zaszkodziły. Ale też nie umiałem być do końca estetą i do końca chrześcijaninem. Tyle sobie odkładałem na później. To jest właśnie niedostatek odwagi”. Zbyt surowa samoocena. Swoim życiem i dziełem Jan Błoński dał wzór cichego męstwa, które się sobą nie chełpi, patriotyzmu, który unika zbędnych deklaracji i patetycznych słów, wyraża się upartym i wytrwałym pomnażaniem dobra społecznego, wreszcie katolicyzmu, który, głęboko uwewnętrzniony, staje się fundamentem praktykowanej na co dzień, niezależnie od zewnętrznych okoliczności, postawy moralnej.

Aleksander Fiut 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata