70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Poeta pamięta

Literatura – zdaje się pisać Jacek Leociak – znacznie lepiej niż historia dostępna często tylko specjalistom przechowuje naszą pamięć. Zdarza się jednak, że sama literatura coraz rzadziej staje się częścią naszego doświadczenia. Dlatego potrzebujemy kogoś, kto – nieważne, sprawiedliwie czy niesprawiedliwie – przywoła do odpowiedzi. Być może kimś takim jest Jan Tomasz Gross.

Tak naprawdę o wszystkim wiedzieliśmy już na długo przed Grossem. Ta wiedza ma kształt piramidy. U podstawy – lokalne społeczności wiejskie, małomiasteczkowe, owi „sąsiedzi” właśnie. Oni wiedzieli. Tę straszną wiedzę dziedziczą następne sąsiedzkie pokolenia. Im wyżej, coraz więcej filtrów, mechanizmów obronnych, coraz bardziej wyrafinowane techniki wypierania i zaprzeczania. Na samym stożku piramidy – grono historyków, którzy czytają dokumenty, świadectwa, relacje. Na ich podstawie układają opowieść o historii. Rekonstruują jej obraz, czy też starają się konstruować wizerunek przeszłości według różnych porządków mitologicznych: od internacjonalistycznego po nacjonalistyczny, od komunistycznego po katolicki.

Tak naprawdę wszystko zostało powiedziane i napisane dużo wcześniej. Myślę tu nie tylko o źródłach historycznych: dokumentach wytworzonych przez cywilnych i wojskowych biurokratów czy dyplomatów, raportach kurierów, prasie, materiałach procesowych, relacjach ofiar, świadków i katów. Myślę również o literaturze pięknej. O niej przede wszystkim. Literatura od początku mówiła mocnym głosem. Ale czy chcieliśmy tego słuchać? Niemal ćwierć wieku temu Jan Błoński na łamach „Tygodnika Powszechnego” napisał to, co usłyszał w jednym wierszu Czesława Miłosza. Rozpoczęła się wielka rozbiórka muru, który dzielił (wciąż dzieli?) Żydów i Polaków, a także samych Polaków. Poruszyły się sumienia przeciwko zmowie niepamięci.

Zdjęcia

Zacznijmy jednak od fotografii, która – jak pisze Gross – stała się impulsem do napisania Złotych żniw. Kompozycyjnie książka osnuta jest wokół rozważań o tym zdjęciu, prób spojrzenia na to, co przedstawia, prób zrozumienia tego, co na nim widać. Kiedy po raz pierwszy zostało opublikowane trzy lata temu w artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego Gorączka złota w Treblince[1], nie wzbudziło większego zainteresowania. W tym samym roku wyszła książka Martyny Rusiniak[2], w której jeden z rozdziałów nosi znamienny tytuł: Długi cień Treblinki – Eldorado Podlasia? Tam znajdują się informacje o podstawowych faktach i liczne relacje dotyczące wykopywania „złota” z terenów poobozowych przez miejscową ludność. W aneksie fotograficznym do książki nie ma jednak zdjęcia, które w rozwijającej się dyskusji wokół Złotych żniw stanowi casus belli. Są inne. Zryte pole pełne dziur, zarosłe chwastami, z rozsypanymi wokół ludzkimi kośćmi; czaszki i piszczele walające się pośród zielska.

Zostawmy jednak na boku to zdjęcie. Obrasta już ono całą masą komentarzy. Jedni widzą na nim brygadę „porządkującą teren”, inni – szukających żydowskiego złota kopaczy, mieszkańców wsi otaczających miejsce obozu zagłady. Chciałbym przywołać dwa inne zdjęcia. Myślę, że szerzej nieznane i dotąd niepublikowane. Zdjęcia, które sprawiają ból, kiedy się na nie patrzy. Nie ma na nich drastycznych obrazów makabry. Nie ma stosu ciał, nie ma zabijania, nie ma żniwa śmierci, do którego oglądania przyzwyczaiły nas albumy o Holokauście. Na jednym zobaczymy niebywałą skalę poniżenia, jakie oprawcy zgotowali swoim ofiarom. Na drugim jest to, co po zgładzonych Żydach zostało. Ich rzeczy.

Pierwsza fotografia przedstawia scenę typową dla początkowego okresu okupacji niemieckiej w Polsce: obcinanie bród Żydom[3]. Są setki zdjęć o podobnej tematyce. Zapełniają archiwa fotograficzne w różnych miejscach świata. Sądzę, że wciąż spoczywają także w domowych szufladach, bardzo często bowiem niemieccy żołnierze robili sobie takie zdjęcia na pamiątkę. Torturze obcinania bród rabin Szymon Huberband, współpracownik Emanuela Ringelbluma w Oneg Szabat, poświęca całą rozprawkę pt. „Brody”.[4] Opisuje w niej wymyślne formy znęcania się Niemców nad brodatymi Żydami: przymusowe golenie w zakładzie fryzjerskim, za które ofiara musiała zapłacić; obcinanie bród nożyczkami i zmuszanie do zjadania obciętych włosów; brutalne obrzynanie bagnetem czy wyrywanie razem z kawałkami skóry, a nawet podpalanie bród. Stanisław Sznapman, który po wydostaniu się z getta warszawskiego spisywał w ukryciu pamiętnik, zwraca uwagę na inną formę tej tortury, o wiele bardziej perwersyjną w swym okrucieństwie. Niemcy łapali Żydów na ulicach i „kazali im tańczyć, śpiewać piosenki i wyrywać sobie wzajemnie brody, włosy z głów, tłuc głową o głowę, klęczeć, okładać się wzajemnie pejczami do krwi…”.[5]

Podobny obraz odsłania przed nami pierwsza fotografia. W swej typowości jest nietypowa z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – nie ma na niej oprawców, pozujących zazwyczaj bez skrepowania razem ze swymi ofiarami, prezentujących się dumnie, uśmiechniętych i rozbawionych. Tutaj jeden Żyd obcina brodę drugiemu Żydowi. Żyd maltretuje i poniża Żyda. Po drugie – prawy bok zdjęcia zajmują trzy postacie obserwatorów. Archiwiści w Waszyngtonie identyfikują ich jako „polskich chłopów” wyszydzających Żydów, zmuszonych do obcinania sobie bród. Nie wiemy, kim są trzej mężczyźni przypatrujący się z rodzajem drwiącego uśmiechu całej scenie. Stanowią „publiczność” – to pewne. Znaleźli się tu dobrowolnie, czy zostali do tego zmuszeni? Obraz przedstawiony na zdjęciu jest ewidentną inscenizacją. Reżyserami są niemieccy oprawcy. Ofiarami są wystawieni na upokorzenie i pośmiewisko Żydzi. A „chłopi”? Czy są tu przygnani przemocą, czy sterroryzowani biorą udział wbrew swojej woli w propagandowym spektaklu? Czy zatrzymali się z ciekawości? Czy się po prostu „głupio gapią”?

Druga fotografia przedstawia zgromadzone na rynku w Żychlinie mienie „pożydowskie”.[6] Żychlin przed wojną zamieszkiwało prawie 3000 Żydów. Po wybuchu wojny znalazł się poza granicami Generalnego Gubernatorstwa, w tzw. Kraju Warty, rejencja Inowrocław, powiat Kutno. Getto zostało tam utworzone w lipcu 1940 roku. Deportacje do obozu zagłady w Chełmie nad Nerem zaczęły się w końcu lutego 1942. Do getta warszawskiego dochodziły wtedy rozpaczliwe listy od krewnych i znajomych z Żychlina. Szyfr był aż nadto przejrzysty: „Od kilku dni jestem poważnie chory i cała rodzina moja oraz Opatowskich zarazili się. Nie wiem, czy przetrzymamy tę chorobę. Jestem pewny, że nie” – pisał 22 lutego Bulcio Opatowski do Gołdy (Guci) Tabaczyńskiej na Dzielną 18 m. 5. Cztery dni później Lilka Opatowska pisała już niemal otwarcie do tej samej adresatki: „Przeżywamy od ostatnich dni stałe tragedie i trudno skupić się bodaj na chwilę (…). Jesteśmy pełni rezygnacji i bólu. Wszyscy świadkowie naszych przeżyć twierdzą, że to, co u nas, nie widzieli jeszcze”.[7] Ostatecznie 3 marca 1942 większość mieszkańców getta została wywieziona, na miejscu Niemcy zabili około 200 ludzi, w tym członków Judenratu i policji żydowskiej. Żychlin stał się judenrein.

W Biuletynie Oneg Szabat pt. „Drugi etap” jest krótka wzmianka o likwidacji getta w Żychlinie. Prócz podstawowych faktów mamy też zapis o tym, że w ostatnich dniach likwidacji „rozpoczął się rabunek”.[8] Ale na prezentowanym zdjęciu jest absolutny spokój. Można powiedzieć – martwa cisza. Ani jednego człowieka. Najmniejszego poruszenia, zamieszania, bezładu. Przed nami piętrzą się stosy rzeczy starannie posegregowanych. Osobno zastawa stołowa, jakieś butle , flakony, słoje, garnki… W dalszym planie góra rzeczy, które trudno rozpoznać. Pewnie pościel, poduszki, wózki czy inne sprzęty. Rzeczy wydarte z domów rodzinnych, z prywatnej przestrzeni, ze sfery intymnej i kameralnej. Wystawione na widok publiczny. Być może przygotowane do aukcji czy licytacji, które Niemcy urządzali nieraz dla okolicznej ludności po likwidacji żydowskich wspólnot. Zawsze pilnowali jednak prawa do pierwszeństwa w grabieży. „Jak tylko Żydzi zostali z gett wywiezieni i zamordowani, natychmiast zaroiło się tam od tysięcy chłopów, nawet staruszek i dzieci. Ludzie wywlekali wszystko, co tylko mogło się zmieścić na wyładowanych po brzegi wozach. Czego nie zdołali zabrać od razu, kupowali potem za bezcen od Niemców na »wyprzedażach używanych rzeczy żydowskich«” – pisze ukrywający się na wsi w okolicach Mińska Mazowieckiego Leib Rochman.[9]

Rzeczy

W „Złotych żniwach” Gross pisze: „grabież żydowskiej własności i mordowanie Żydów to dwie czynności ściśle ze sobą związane”, a dalej: „plądrowanie własności żydowskiej podczas Drugiej Wojny Światowej stało się wspólnym doświadczeniem całej Europy”. Problematyka ta badana jest szczególnie intensywnie w ostatnim dziesięcioleciu.[10] Zostawmy jednak historyków i sięgnijmy po literackie świadectwa pisane na gorąco. W eseju powstałym w 1943 roku, czytamy: „Należy pamiętać o tym, że, obok innych aspektów, gigantyczny mord na Żydach był też w pierwszym rzędzie na gigantyczną skalę zakrojonym mordem rabunkowym”.[11] Czy Rachela Auerbach – pisarka i dziennikarka, współpracowniczka Oneg Szabat, kierowniczka kuchni dla literatów na Lesznie 40, jedna z nielicznych, która wojnę przeżyła – ukrywając się wówczas w Warszawie na aryjskich papierach jako Aniela Dobrucka, mogła zdawać sobie w pełni sprawę ze skali „ostatecznego rozwiązania”? Czy mogła wiedzieć to, co dzięki otwierającym się coraz szerzej archiwom wiemy dzisiaj my? Nie musiała znać archiwów. Była w getcie od początku jego istnienia do marca 1943 roku. Widziała wszystko na własne oczy: „wielki sezon umierania” (to jej określenie), wielką akcję likwidacyjną, a przede wszystkim – pejzaż getta po wywiezieniu 300 tys. Żydów do Treblinki. Zostawiła nam jedyne w swoim rodzaju studium miasta, w którym nie ma już żywej duszy, a ulice i podwórka zasypane są rzeczami. Nadała mu znamienny tytuł: „Lament rzeczy martwych”. Panoramę getta po akcji styczniowej w 1943 zatytułuje „Lacrimae rerum”. W tym opisie getto zamienia się w monstrualny śmietnik, czyli bezładną kupę gratów, kalekich i sprofanowanych. Stosy rzeczy, zmieszane ze sobą w amorficzne kłębowisko, uwalane w gnoju, błocie i krwi przypominają obraz pierwotnego, przed-ludzkiego chaosu. Gettowy śmietnik staje się krańcową postacią egzystencji zdegradowanej i udręczonej. Dzielnica zamknięta, której mieszkańców wywieziono na śmierć, umiera po raz wtóry w najohydniejszej scenerii biologicznego rozkładu rzeczy-po-Żydach.

Rachela Auerbach formułę „rzeczy pożydowskich” podnosi do rangi jednego z podstawowych toposów Zagłady. W wierszu „Rzeczy” Władysława Szlengla, który zginął podczas powstania w getcie warszawskim, epopeja warszawskich Żydów przesiedlonych za mury, potem przenoszących się z miejsca na miejsce w obrębie zmniejszającej się wciąż dzielnicy zamkniętej, aż w końcu trafiających na Umschlagplatz, opowiedziana jest właśnie jako historia rzeczy.

Podczas ostatecznej wędrówki cały ten mikrokosmos rzeczy stopniowo rozprasza się. Pociąg odjeżdża, ale zostają domy, mieszkania, porzucone na ulicy toboły i walizy. Rzeczy po zgładzonych szybko zmieniają swoich właścicieli, puste miejsca po Żydach szybko się zapełniają. Życie nie znosi próżni.

„Wiatr przez okno porusza / rękaw zimnej koszuli, / leży kołdra wgnieciona, / jakby ktoś się w nią wtulił, / leżą rzeczy bezpańskie, / stoi martwe mieszkanie, / aż pokoje zaludnią / nowi ludzie: Arianie… / Zamkną okna otwarte, / zaczną życie beztroskie / i zaścielą te łóżka / i te kołdry żydowskie, / i koszulę upiorą, / książki włożą do półki, / szklankę kawy wyleją, / robra skończą do spółki.” [12]

Zuzanna Ginczanka, ukrywająca się od czasu wkroczenia Niemców do Lwowa, nękana kolejnymi szantażami i wymykająca się szmalcownikom, jesienią 1944 roku padła ostatecznie ofiarą donosu. W grudniu 1944, tuż przed wyzwoleniem Krakowa, gdzie się wówczas ukrywała, została rozstrzelana w Płaszowie. W Non omnis moriar, niewątpliwie jednym z najczarniejszych, ale też i najważniejszych polskich wierszy, przywołuje wielką tradycję Horacjańską oraz arcydzieło polskiego romantyzmu, by dokonać ich druzgocącego przenicowania. Posługując się językiem pełnym sarkazmu i wyrafinowanego szyderstwa, przekazuje nam już niejako zza grobu swój straszliwy testament.

Non omnis moriar – moje dumne włości, / Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych, / Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel / I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie. / Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica, Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera, / Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, / Donosicielko chyża, matko folksdojczera. / Twoje, niech twoim służą, bo po cóż by obcym, / Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię. / Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy, / Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie. / Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze / I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo: / Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze – / Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku / Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota / W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach. O, jak się będzie palić w ręku im robota, / Kłęby włosia końskiego i morskiego siana, / Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn / Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie; / To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym / I uskrzydlonych nagle w aniołów przerobi.”[13]

W odzie Exegi monumentum aere perennius Horacy z dumą obwieszczał, iż swoją twórczością wzniósł sobie pomnik trwalszy od spiżu, i że non omnis moriar, ponieważ póki istnieje Rzym, czytaj: świat, póty trwać będą jego nieśmiertelne pieśni. Ginczanka zostawia w spadku dla świata, czytaj: dla donosicielki Chominowej i innych szmalcowników, swoje rzeczy, których tak bardzo pożądają i które będą ich sycić jeszcze długo po jej zamordowaniu. Juliusz Słowacki w słynnym wierszu „Testament mój” zostawia po sobie ową „siłę fatalną”, która „zjadaczy chleba – w aniołów przerobi”.[14] Ginczanka ma wokół siebie szpicli, donosicieli i denuncjatorów. To oni zbierają się na stypę, która przeobraża się w jakąś złodziejską orgię poszukiwania, rozgrzebywania, rycia, węszenia za złotem. Owi „spadkobiercy” poetki, całkowicie pochłonięci zbożnym trudem rabunku, stają się aniołami à rebours. Takich „aniołów” spotkać można było w różnych miejscach okupowanej Polski. To nie wielkość ducha i moc poezji przemienia człowieka w anioła, to tylko pierze z rozdartej pościeli i pakuły z rozprutego materaca zmieszane z krwią ofiary oblepiają ramiona rabusiów.

Złoto

Proceder „gospodarczej eksploatacji miejsc masowej zagłady” i przekopywania tych terenów w poszukiwaniu pożydowskiego złota, o którym pisze Gross, był nie tylko powszechny, lecz także odnotowywany w niektórych wydawnictwach konspiracyjnych już w czasie okupacji. Tuż po wojnie działająca na Podlasiu w ramach partyzantki antykomunistycznej 6. Brygada Wileńska AK podejmuje na własną rękę działania represyjne wobec „kopaczy”. W kronice Brygady z lutego 1946 roku czytamy: „2.II.1946 r. Zbliżamy się do sławnej Treblinki. Według opowiadań ludności, ciągłe odkopywanie i ograbianie trupów doszło do ostatnich granic zezwierzęcenia. Wyrywa się zęby, całe szczęki, odcina się ręce, nogi, głowy, aby zdobyć kawałek złota. Profanacja, a władze nie przedsiębiorą [żadnych działań] celem zabezpieczenia tego jedynego w swoim rodzaju cmentarzyska (…). 3-4.II.1946r. Chmielnik. Jesteśmy o trzy km od «obozu śmierci». Wywiad przeprowadzony w «obozie» potwierdził dane o profanacji. Wieczorem 4.II.46 jedziemy do wsi Wólka-Okrąglik na ekspedycję karną przeciwko poszukiwaczom złota w Treblince”.[15]

Spod Treblinki, Bełżca, Sobiboru, Chełmna nad Nerem czy Oświęcimia wróćmy do uwolnionej od Niemców i zrujnowanej Warszawy, która stała się jednym wielkim terytorium gorączkowego, namiętnego szabru. Cała Warszawa!

„W mieście jęły grasować wilki. Wilki i szakale wyległy na pobojowisko, o świcie, chyłkiem, o zmierzchu, a ślepia ich latarek obmacywały mroczny głąb zawalonych murów, pełzały po zawalonych szkieletach kamienic. Piwnice, legendarne piwnice z zakopanym złotem, z żywnością, odzieżą, mieszkania ze sprzętem, stały się terenem nowej walki o łup” – pisze w końcu 1945 roku Pola Gojawiczyńska.[16] W ciszy ruin pl. Wareckiego Jerzy Waldorf słyszy przekopujących gruzy szabrowników. „Lata upłyną, ludzie poczną zapominać o tej wojnie, a oni nadal będą węszyć po piwnicach, zaślepieni swą namiętnością, ciągle w nadziei wygrania na szabrowniczej loterii wielkiego losu ukrytego po murach złota i klejnotów”.[17] W szkicu o Warszawie pierwszych miesięcy po wyzwoleniu Mieczysław Wionczek nazywa plagę szabru gwałtem na trupie zamordowanego miasta. Ten niebywale ostry, gniewny, przejmujący tekst stawia jasną diagnozę moralnych źródeł powszechnego szabru: „Futra i meble z gett całej polski zrobiły swoje, przesłoniły oczy, zakneblowały sumienia”.[18]

Prasa warszawska co rusz donosi o szabrownikach, działających szczególnie intensywnie na obszarze byłego getta. „Większość z nich nocuje na terenach getta w przekopanych przez siebie norach. (…) Zdarza się, że w czasie poszukiwań całej cegły robotnicy natrafiają na biżuterię lub monety”.[19] Ekipy Polskiego Czerwonego Krzyża, przeszukujące miejsce masowych egzekucji na tzw. Gęsiówce, żydowskim więzieniu w okresie getta, a potem obozie koncentracyjnym KL Warschau, mają swoich konkurentów. „Niestety, na «Gęsiówce» grasowali już najpotworniejsi złodzieje, którzy sami przesiewali prochy, wybierając z nich większość przedmiotów, oczywiście, przede wszystkim cennych”.[20] W związku z powtarzającymi się profanacjami cmentarza żydowskiego przy Okopowej, „rozkopywaniem mogił i obdzieraniem nieboszczyków z kosztowności, a nawet rozbijaniem czaszek w celu wyłamania złotych koron czy zębów, (…) została zarezerwowana pomoc oddziałów KBW, w celu całkowitego zlikwidowania profanacji i cmentarnego szabrownictwa”.[21] Rozpoczęcie w 1949 roku budowy osiedla Muranów podsyciło tlącą się cały czas gorączkę złota. W ruiny getta, niczym nad legendarną rzekę Klondike w Kanadzie, ruszyła kolejna fala kopaczy. „Z chwilą przystąpienia do robót porządkowych, poruszona została powszechna legenda o jakowymś złocie i skarbach ukrytych w resztkach piwnic i murów. Na wieść o rozpoczęciu robót zaczęła ściągać tu masa włóczęgów i wszelkiego rodzaju «poszukiwaczy złota». Oczywiście w tych warunkach trudno było o normalną pracę. Wszystkie usiłowania w kierunku zorganizowania jakiegoś porządku i jakiegoś systemu brygadowego były niweczone przez tych właśnie «poszukiwaczy skarbów» ulegających psychozie «gorączki złota», jakby żywcem wziętej z opowiadań Jacka Londona”.[22]

Jan Tomasz Gross myli się pisząc, że „Bogdan Wojdowski był jednym z nielicznych pisarzy, którzy utrwalili w literaturze polskiej obraz kopania w poszukiwaniu «żydowskiego złota»”. Paradoks polega właśnie na tym, że takich pisarzy było więcej, niż moglibyśmy się spodziewać. Nie miejsce tu na przeprowadzanie historycznoliterackiego wywodu. Wymieńmy tylko, prócz już wspomnianych, tych najwybitniejszych: Tadeusz Borowski, Bogdan Czeszko, Jalu Kurek, Adolf Rudnicki, Stanisław Wygodzki, Kazimierz Brandys, Czesław Miłosz, Jarosław Iwaszkiewicz, Aleksander Wat, Julian Przyboś, Stanisław Benski, Tadeusz Hołuj, Jerzy Ficowski, Henryk Grynberg, Tadeusz Różewicz, Irit Amiel.[23]

Wojdowski w opowiadaniu „Naga ziemia”, wbrew temu co twierdzi Gross, potrafi całkiem jasno i jednoznacznie nazwać cały proceder. „Złoto! Złoto!” – to pierwsze słowa tekstu, a już w pierwszym akapicie dowiadujemy się, że mężczyzna, który przeżył obóz, „teraz po pięciu latach wraca z powrotem, żeby bawić się w poszukiwacza złota”. Okazuje sie, że on sam ukrył złoto w poobozowej ziemi i teraz chce je wydobyć. Potem obserwujemy przygotowania do kopania, kompletowanie narzędzi, wyprawę na miejsce, wreszcie rycie szpadlem i kilofem w piachu zmieszanym z kośćmi i czaszkami. To, co się dzieje, zostanie nazwane w zdeformowanej mowie wiejskiego jąkały „Zeuuuoto kopiiiecie pooo Żyyydach”. To kalekie zdanie Gross interpretuje jako znak bezradności języka, nieposiadającego „słownictwa, w którym taka czynność (takie przekroczenie granic moralności) może być wprost nazwana”. Jednak na końcu opowiadania narrator pisze wprost o chłopach, którzy pobili się w wygrzebanym szpadlami dole, że „kopali złoto koło rozwalonych bud, na miejscu obozu koncentracyjnego”. A że chodzi na pewno o „żydowskie złoto” dowiadujemy się już wcześniej, kiedy narrator opisuje miejsce kopania: „tam Żydów spędzali, to taki Żyd, gdzie stanął, dołek kopał na złoto”.[24]

Warto przypomnieć, że Wojdowski w powieści „Chleb rzucony umarłym” opowiada o grupie chłopców z getta warszawskiego, którzy w desperacji idą na cmentarz żydowski, by okradać trupy. Wyprawa kończy się fatalnie. Wprawdzie chłopcy wynoszą z cmentarza węzełek pełen mostków i koronek, ale czekający na nich żydowski pośrednik w tym „złotym interesie” nie ma zamiaru płacić za towar. Zostają pobici, a ucieczka udaje się tylko dlatego, że jeden z nich „ręką sięgnął do kieszeni i z rozmachem, prosto przed siebie, na ulice cisnął pełną garść złomu”.[25] Napastnicy zaniechali pogoni i rzucili się do zbierania złotych zębów rozsypanych na gettowym bruku.

Złote żydowskie zęby i sterty pożydowskich rzeczy spotkać można na kartach polskiej prozy i poezji nie w postaci enigmatycznych, zaszyfrowanych aluzji, lecz wprost, z brutalną dosłownością. Jalu Kurek: „Co było z Żydami w Topornej? Rumian ich ukrywał, a potem wyrzucił, rzeczy im zabrał i już nie oddał. (…) Rumiana nie palą przywłaszczone koce, zegary, dywany i koszule nieboszczyków”.[26] Jarosław Iwaszkiewicz: „…«ci Żydzi to pewno mieli jeszcze jakie towary przy sobie, złoto gdzie schowane, pozaszywane w kapotach, trzeba ich było przeszukać…» (…) Poszliśmy przeszukać, za parę dni, kiedy już dobrze śmierdzieli. (…) Ja i tak nic nie znalazłem, a on, szelma, niby Edek, dwa złote zęby jakoś wymacał i wyłamał, nosił toto w kieszeni przez parę dni, że od niego także zaczęło śmierdzieć…”.[27] Tadeusz Hołuj, fragment rozmowy między złapaną na „kopaniu” chłopką a dyrektorem obozowego muzeum: „ – A skąd wiedzieliście, że tam może coś być. – I Skąd? Wszyscy wiedzą, od lat. W tej ziemi jest ogromny majątek, panie. A to jest nasze przecie. – Nie wasze, nie wasze. Ohyda, grzebać w ludzkich prochach, kraść pierścionki, biżuterię, złoto zmarłych, to świętokradztwo”.[28]

Literatura polska na wiele lat przed „Złotymi żniwami” Grossa rozpoznała i opisała to zjawisko. Rzeczy pożydowskie „nie palą” tych, którzy je zabrali, a spoczywający w poobozowej ziemi „ogromny majątek” jest „nasz”! Jerzy Ficowski na początku „Listu do Marc Chagalla (III)” daje następujący komentarz: „Na terenach byłych obozów zagłady grasują bandy rabunkowe, szukające złota w pokładach popiołu pozostałego po spalonych więźniach”. Poeta kreśli mroczny pejzaż kraju, gdzie w ludzkich popiołach grzebią „ręce człekokształtnych”.

Czasem noc rozświeci / zmartwychwstała spod ziemi gwiazda: / złoty ząb wyrwany z popiołów. / I wtedy widać w tym błysku / ręce człekokształtnych / ociekające czerwienią. / Dzisiaj poznałem te dłonie, / choć za dnia są czyste jak opłatek: / biły brawa jadącym pociągom, / w których opuszczali nas na zawsze / Róża Gold i Frycek zza szafy.[29]

Epilog

Profesor Ludwik Hirszfeld (1884 – 1954), światowej sławy bakteriolog i serolog, twórca polskiej szkoły immunologii, był Polakiem pochodzenia żydowskiego. Należał do grupy katolików zamieszkujących w getcie plebanię przy kościele Wszystkich Świętych na pl. Grzybowskim. Stał na czele Rady Zdrowia i kierował walką z epidemią tyfusu. Zarówno za murami getta, jak i po wojnie w wielu środowiskach żydowskich był nielubiany, czasem traktowany wręcz jako antysemita. Po wyjściu z getta, ukrywając się w Miłosnej pod Warszawą, spisał autobiografię Historia jednego życia – jedno z najbardziej znanych świadectw. Książkę wznawiano w Polsce aż sześć razy.[30] W 2010 wydawnictwo University of Rochester Press opublikowało jej angielskie tłumaczenie.

U Hirszfelda znajdziemy wiele wątków obecnej debaty wokół „Złotych żniw”. Antysemityzm ludzi „łagodnych i dobrych”, głęboko wierzących i niezdolnych do nienawiści katolików, którzy „byli przekonani, że Żydzi są odwiecznymi wrogami Kościoła”, ale „mimo chęci pozbycia się ich z Polski, potępiali morderstwa okupantów”. Znajdziemy prefigurację tytułu książki Jana Grabowskiego „Judenjagd”. Polowanie na Żydów, 1942-1945. Studium pewnego powiatu: „Gdy ogłoszono, że kto zabije Żyda, otrzyma jego ubranie, znaleźli się pośród motłochu tacy, którzyszli na Żydów, jak na polowanie”. Znajdziemy obrazy okradania uciekinierów z pociągów jadących do Treblinki: „Ci, którzy decydowali się wyskoczyć z pociągu, otrzymywali nieraz majątek swoich współtowarzyszy niedoli. (…) Część prosiła o pomoc okoliczną ludność. Nie była to sprawa błaha: za ukrywanie lub pomoc groziła śmierć. A jednak niektórzy ukrywali tych Żydów lub dawali im talerz strawy. Ale te przejawy dobrego serca nie mogą przesłonić innego obrazu: uciekający bywał jednocześnie łupem dla wielu okolicznych mieszkańców. Chodziło się na nich jak na polowanie, by zrabować im dolary i kosztowności. W trzaskający mróz rozbierano ich czasem do naga lub zdejmowano z konających płaszcze i ubrania. (…) Opowiadano mi o młodej kobiecie, której pociąg obciął obie nogi. Umierała na torze z utraty krwi i z zimna, gdy pojawiły się hieny i konającą rozebrały do naga.”.[31]

Archiwa odwiedzają zawodowi historycy. Zgromadzone tam dokumenty źródłowe dostępne są więc dla nielicznych. Garstka zainteresowanych dociera do specjalistycznych publikacji naukowych. Książkę Hirszfelda czyta (czy na pewno czyta?) już trzecie pokolenie Polaków. A wielkie nazwiska polskiej literatury? Widzieliśmy, że i w tym wypadku… „poeta pamięta”! Ale ta pamięć i ta wiedza spoczywają w jakiejś niszy. Dopiero Jan Tomasz Gross sprawia, że nagle opadają nam łuski z oczu i zaczynamy o tym mówić wszyscy jak Polska długa i szeroka.

 

_

[1] „Gazeta Wyborcza. Duży Format”, 8 stycznia 2008.

[2] Obóz zagłady Treblinka II w pamięci społecznej (1943–1989), Warszawa 2008.

[3] Zdjęcie ze zbiorów Archiwum Fotograficznego United State Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, oznaczone jest sygnaturą #09019, dotyczy Łodzi lub okolic, ofiarowane przez Mieczysława Morgensterna.

[4] Szymon Huberband, Beards, w tegoż: Kiddush Hashem. Jewish Religious and Cultural Life in Poland Duiring the Holocaust. ed. by J.S. Gurock, R. S. Hirt, New York 1987, s. 188-192. Pisma Huberbanda stanowią część Archiwum Ringelbluma.

[5] Stanisław Sznapman, Warszawa po kapitulacji. Warszawa – getto – po tzw. „stronie aryjskiej”, Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, zespół „Pamiętniki Żydów”, syg. 302/198, s. 7-8.

[6] Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej.

[7] Oba listy zostały opublikowane w Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, tom 1: Listy o Zagładzie, oprac. Ruta Sakowska, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1997, s. 59-60; 63.

[8] 27.Ring I/469, s. 2.

[9] The Pit and the Trap. A Chronicle of Survival, Holocaust Library, New York 1983, s. 24.

[10] By wymienić tylko dla przykładu: Avi Beker, The Plunder of Jewish Property During the Holocaust: Confronting European History, Palgrave Macmillan, 2001; Frank Bajohr, “Aryanisation” In Hamburg: The Economic Exclusion of Jews and the Confiscation of their Property in Nazi Germany (Monographs in German History), Berghahn Books, 2002;  Itamar Levin, Walls Around. The Plunder of Warsaw Jewry during Worls War II and Its Aftermath, Westport 2004 (tu rozdział dotyczący problematyki „Złotych żniw” Grossa pt. „«Kapitalizowanie tragedii». Treblinka: kradzież w drodze do komór gazowych i póżniej”). Za pomoc bibliograficzną dziekuję prof. Janowi Grabowskiemu. Na polskim rynku wydawniczym pojawiła się jedna z klasycznych książek tego nurtu: Götz Aly, Państwo Hitlera, przeł. W. Lygaś, Fina, Gdańsk 2006

[11] Rachela Auerbach, Lament rzeczy martwych, „Przełom” 1946, nr 6.

[12] Cyt. za Władysław Szlengel, Co czytałem umarłym. Wiersze z getta warszawskiego, zebrała i opracowała Irena Maciejewska, PIW Warszawa 1977.

[13] Cyt. za Męczeństwo i zagłada Żydów w zapisach literatury polskiej, wybór, opracowanie i wprowadzenie Irena Maciejewska, Krajowa agencja Wydawnicza, Warszawa 1988, s. 147.

[14] Cyt. za Juliusz Słowacki, Utwory wybrane, PIW Warszawa 1965, tom I, s. 41-42.

[16] Stolica, Warszawa 1948, część I, s. 18 (powieść powstała między październikiem i grudniem 1945). O powszechności szabrowniczego procederu pisał Marcin Zaremba Gorączka szabru, „Zagłada Żydów. Studia i materiały” nr 5 (2009).

[17] Jerzy Waldorff, Żaby na placu Wareckim, „Tygodnik Powszechny” 1946, nr 13.

[18] Mieczysław Wionczek, Gesty i symbole, „Twórczość” 1945, nr 1. Cyt. za: Pamięć warszawskiej odbudowy 1945-1949. Antologia, wybór i przedmowa Jan Górski, PIW Warszawa 1972, s. 127. Redakcja „Twórczości” uznała za stosowne zdystansować się do wniosków autora.

[19] „Express Wieczorny”, 29 XI 1946.

[20] „Robotnik” 5 IX 1946.

[21] „Express Wieczorny”, 14 XII 1946.

[22] „Stolica”, 16 X 1949.

[23] Tym wątkiem w prozie zajmuje się Sławomir Buryła i Dorota Krawczyńska, w poezji zaś Piotr Matywiecki w książce zbiorowej „Literatura polska wobec Zagłady 1939-1968”, która jest efektem kierowanego przeze mnie projektu badawczego realizowanego w Zakładzie Badan Nad Literatura Holokaustu IBL PAN. Publikację przewidujemy na przełomie 2011 i 2012 roku.

[24] Bogdan Wojdowski, Naga ziemia, w: Wakacje Hioba, PIW, Warszawa 1962, s. 166; 180; 190; 181.

[25] Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1981, s. 297.

[26] Jalu Kurek, Dzień dobry Toporna, Czytelnik, Warszawa 1954, s. 32-33.

[27] Jarosław Iwaszkiewicz, Wzlot, Książka i wiedza, Warszawa 1972, s. 150 (opowiadanie z 1957 r.).

[28] Tadeusz Hołuj, Puste pole. Sztuka w trzech aktach, w tegoż: Dom pod Oświęcimiem. Puste pole, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979, s. 119.

[29] Jerzy Ficowski, List do Marc Chagalla (III), w tegoż: Odczytanie popiołów, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1980, s. 30.

[30] Wydanie I – Czytelnik 1946; II – Pax 1957; III – Pax 1967; IV – Pax 1989; w roku 2000 ukazało się w Czytelniku wydanie V, a w 2006 Wydawnictwo Comandor wydało książkę po raz szósty.

[31] Ludwik Hirszfeld, Historia jednego życia, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1989, s. 364; 387; 416-417.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata