70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły”

Wywód Ratzingera jest zrozumiały, jednak nie wszyscy wynikające z tego rozumowania postępowanie będą w stanie zaakceptować. Papieżowi wydaje się, że samo jasne zdefiniowanie jakiegoś pojęcia załatwi sprawę. Jakby nie uświadamiał sobie , że w sferze religii i rytu o wiele bardziej niż „koncepcja” czy „wywód” liczą się gest, symbol i związane z nimi myślenie symboliczne.

W czwartym rok pontyfikatu Pawła VI ukazała się książka będąca owocem spotkań, jakie z papieżem odbył Jean Guitton (Dialogi z Pawłem VI, 1967). W 1982 roku została wydana seria rozmów André Frossarda z Janem Pawłem II (Nie lękajcie się. Rozmowy z Janem Pawłem II). Był to również czwarty rok pontyfikatu. Na początku szóstego roku panowania Benedykta XVI dostaliśmy do rąk jego konwersacje z Peterem Seewaldem Światło świata. Papież, Kościół i znaki czasów, 2010[1]. Z pewnym zdziwieniem przeczytałem więc na samym początku tej publikacji: „Nigdy wcześniej w dziejach Kościoła żaden papież nie udzielił osobistego i bezpośredniego wywiadu” (s. 8). Wydaje mi się bowiem, że należy już do tradycji udzielanie przez następców św. Piotra „wywiadów rzek”, dzięki którym pragną oni, w formie bardziej przystępnej niż w encyklikach czy innych oficjalnych dokumentach i wystąpieniach, zaprezentować się i dotrzeć do szerokiej publiczności.

O ostatniej książce Benedykta XVI zrobiło się głośno na kilka dni przed jej oficjalnym ukazaniem się (23 listopada 2010), gdyż media zaczęły mówić o rewolucyjnej wypowiedzi papieża na temat prezerwatyw. Taka pikantna antycypacja sprawiała, że we Włoszech pierwszy nakład (50 tysięcy egzemplarzy) został rozchwycony jak świeże bułeczki. Sam tego doświadczyłem, gdyż w kilka dni po ukazaniu się książki, po mailu ze „Znaku” z prośbą o recenzję, obiegłem w Weronie wszystkie księgarnie (w centrum jest ich kilkanaście) i mimo to do domu wróciłem z pustymi rękoma, gdyż książki tej nigdzie już nie było. Nie ulega wątpliwości, że do tego sukcesu wydawniczego Światła świata przyczyniła się… prezerwatywa.

Uporajmy się więc z tym tematem na samym początku, aby potem móc podyskutować o innych zagadnieniach. Do tej pory Kościół katolicki używanie prezerwatyw uważał za „wewnętrznie złe”, a więc złe zawsze i wszędzie i tym samym absolutnie niedopuszczalne. Tak mówiła o tym encyklika Pawła VI Humanae vitae (14), tak powtórzył za nią Katechizm Kościoła Katolickiego (2370), sam Benedykt XVI jeszcze w trakcie swej wizyty w Afryce w marcu 2009 roku głosił, że użycie prezerwatyw nie tylko nie pomaga, lecz wprost pogarsza całą sytuację. Tymczasem w Świetle świata papież, wracając pamięcią do swojej wizyty w Afryce i rozmyślając o chorych na AIDS, mówi nie tylko, że mogą zaistnieć przypadki, w których użycie prezerwatywy jest „usprawiedliwione”, ale nawet że jej użycie „może być pierwszym krokiem na drodze ku moralności, pierwszym aktem postępowania odpowiedzialnego” (s. 170–171). Nie trzeba się więc dziwić, że po takiej wypowiedzi Ratzingera zrobił się szum, posypały się komentarze i interpretacje w gazetach, w telewizji, a ludzie z całego świata rozpisali się o tym na blogach. Z najwartościowszych i najciekawszych wypowiedzi na ten temat, w których nie omieszkano podkreślić różnicy między niemieckim oryginałem i włoskim tłumaczeniem (zobaczymy, jak rzecz wypadnie po polsku), można by utworzyć interesującą antologię (dla koneserów). Cokolwiek by na ten temat powiedzieć, jakkolwiek w przyszłości rzecz skomentuje jeszcze Watykan, teologowie, sam Benedykt XVI czy jego następcy, ta wypowiedź przejdzie do historii. Ludzie zaś będą dociekać, jak to się stało, że 83-letni papież zdobył się na tego rodzaju słowa, które przynajmniej dla świata katolickiego są prawdziwym novum i zaskoczeniem.

Wróćmy jednak do samej książki Światło świata, gdyż nie jest ona tylko o prezerwatywie. Tak naprawdę jest ona po trosze o wszystkim. Papież mówi w niej o sobie, o tym, jak widzi swój pontyfikat, o niektórych aspektach i problemach dzisiejszego Kościoła i świata. Można w tej książce wyróżnić trzy sfery: osobistą, apologetyczną i propagandową. Każda z nich w różnych partiach tekstu dochodzi bardziej do głosu, a na przestrzeni całej książki wszystkie razem wzajemnie się przenikają i dopełniają.

Sfera osobista jest najbardziej udana. Nie ulega wątpliwości, że jednym z głównych celów owej książki było ukazanie ludzkiego oblicza Ratzingera, którego, co tu wiele mówić, nie wszyscy darzą sympatią. Czy papieża, który opowiada o swoim codziennym życiu, o ulubionych filmach i aktorach (Don Camillo i Peppone – s. 30), o swoich radościach i smutkach oraz z nostalgią wspomina czasy, gdy był tylko profesorem czy kardynałem i mógł swobodnie ze swoim bratem zachodzić do rzymskich czy bawarskich tawern, można bardziej polubić? Zdaje się, że tak. Przynajmniej w Niemczech taki wpływ na opinię publiczną wywiera ta książka, nawet jeżeli tak naprawdę nie ma w niej nic szczególnie nowego na temat osobistego życia papieża. Dziennikarze już dawno bowiem wyśledzili jego rozkład dnia, preferencje estetyczne i kulinarne, rozpisali się o tym, jak i dlaczego zmienił on krawca ze służącego od lat papieżom Gammarellego na Euroclero oraz o tym, że buty na miarę sprawia mu szewc Adriano Stefanelli, którego warsztat znajduje się na corso Camillo Benso di Cavour 14 w Novarze. Nota bene: w 2007 roku papieskie „czerwone buciki” zostały przez magazyn „Esquire” ogłoszone „akcesorium roku”, a Benedykt XVI zaliczony do grupy czternastu najbardziej eleganckich ludzi świata[2].

O wiele ciekawsze od tych plotek są wywody, jakie papież w Świetle świata czyni na temat funkcji biskupa Rzymu w Kościele. Jego oświadczenie, że papież nie może „cały czas być nieomylny” (s. 23) i że „może mieć błędne opinie osobiste” (s. 24) powinni przemyśleć ci, którzy dogmat o nieomylności papieskiej pojmują zbyt „mitycznie”, a tak naprawdę błędnie i bałwochwalczo.

Benedykt XVI odsłania przed czytelnikiem także to, jak widzi swój pontyfikat w kontekście dziejów papiestwa. Jest on świadom tego, że kontekst jego panowania jest inny niż ten, w którym rządził Paweł VI, gdy kończył się Sobór, a Zachodem wstrząsały ruchy społeczne symbolicznie określane mianem rewolucji 1968 roku. Ratzinger przejmował rządy w Kościele po pełnym fajerwerków pontyfikacie Jana Pawła II. Niekończącego się festiwalu Wojtyły, i to na skalę światową, nie można było kontynuować i prawdziwym problemem było to, co i jak robić dalej, oraz kto byłby w stanie przejąć ster władzy w Kościele. W trakcie swojej rozmowy z Seewaldem Benedykt XVI kilkakrotnie powtarza, że naprawdę nie spodziewał się tego, że zostanie wybrany na papieża. A przecież było oczywiste, że to właśnie Ratzinger był jednym z nielicznych purpuratów, może nawet jedynym, będącym w stanie sprostać temu zadaniu, i trochę trudno mi uwierzyć w to, że on sam nie przeczuwał, że zostanie wybrany, gdy na przykład ja sam, obserwując, jak przewodzi on ceremoniom pogrzebowym Jana Pawła II, widziałem w nim następcę polskiego papieża.

Wyznam, że nie podzielając preferencji teologicznych Ratzingera, naprawdę cenię sobie jego stanowczość i odwagę, dzięki którym udało mu się zwolnić szalony bieg, rozkojarzenie i aktywizm, w jakim znajdowały się Kościół i Watykan, gdy przejmował on władzę. Benedykt XVI szczerze wyznaje, że wcale nie było to zadanie łatwe. Z perspektywy pięciu lat pontyfikatu i z pomocą jego osobistych wynurzeń na stronicach Światła świata należy przyznać, że manewr ten mu się udał. Papież w rozmowie z Seewaldem mówi też, że nie zamierza robić wielkich zmian i że nie lubi ani aktywizmu, ani fajerwerków. Nie uważa, że konieczny czy nawet możliwy byłby kolejny sobór (s. 99). Skromnie wyznaje, że „nie każdy pontyfikat musi koniecznie dążyć do jakichś nowych celów”, a zarazem jest przekonany, że „tka ten sam kawałek materiału” (s. 100) co jego poprzednicy. Mówi, że za cel stawia sobie dalsze realizowanie tego, co inni zapoczątkowali. Z tego rodzaju wyznaniami nie trzeba się zgadzać, jednak należy przyjąć je do wiadomości. Osobie zaś, która je wypowiada, należy się szacunek za szczerość i pewną skromność. Uważam, że Ratzinger, najpierw jako kardynał, a obecnie jako papież, bardzo znacznie wpłynął i wpływa na styl życia Kościoła katolickiego i kierunek, w jakim ta religijna wspólnota podąża. Pomimo pozorów nieśmiałości jest to człowiek wielkiej dyscypliny myśli i wytrwały w osiąganiu celów, które sobie wyznaczył.

Przypomnijmy, że na początku 2010 roku, na fali skandali pedofilskich wśród katolickiego kleru, pojawiły się wcale liczne i poważne głosy, mające na dodatek oparcie w strukturach wymiaru sprawiedliwości, które domagały się ustąpienia Benedykta XVI. Jednak papież zapytany przez Seewalda, czy przypadkiem nie zamierza tego czynić, jednoznacznie odpowiada, że „bez wątpienia nie jest to moment, w którym można by ustąpić. Właśnie w takich chwilach trzeba wytrwać i wytrzymać ową trudną sytuację” (s. 53). Pewnego klucza do zrozumienia tej jego „rycerskiej” postawy dostarczają słowa na temat cech, jakie powinni posiadać jego współpracownicy, którzy oprócz dobrego wykształcenia, odpowiednich kwalifikacji i pobożności, nade wszystko powinni „cechować się odwagą” (s. 126). Słowa te doskonale stosują się do tego papieża, któremu odwagi nie brakuje. Stronice Światła świata jednoznacznie to potwierdzają.

Mniej udane fragmenty tej książki można nazwać apologetycznymi, gdyż w nich to Benedykt XVI tłumaczy się z niektórych swoich aktów, gestów, decyzji i wypowiedzi. To oczywiście kolejny cel tej publikacji. Seewald bardzo dokładnie i czasem zbyt jednostronnie najpierw opisuje niektóre dramatyczne i konfliktowe zdarzenia tego pontyfikatu, po czym tak formułuje pytanie, aby papież mógł się wypowiedzieć i rzecz wyjaśnić, co oczywiście czyni z iście profesorską precyzją i pedanterią. Czytelnik więc na stronicach tej książki może ponownie przemyśleć takie zdarzenia jak nieszczęsne wystąpienie w Ratyzbonie we wrześniu 2007 roku, które wywołało liczne protesty w świecie islamu, cofnięcie ekskomuniki z biskupa Williamsona negującego Holokaust, które wywołało oburzenie pośród Żydów, przywrócenie do łask biskupów z konserwatywnego i schizmatyckiego Bractwa Piusa X, wprowadzenie na powrót mszału Pawła V i liturgii trydenckiej, które dla wielu były (i są) oznakami konserwatyzmu i działaniami sprzecznymi z odnową zaproponowaną przez Drugi Sobór Watykański, itd.

Benedykt XVI spokojnie i precyzyjnie wszystko to wyjaśnia. Jego wywody są rzeczowe i proste, tak więc czytelnik bez trudu może zapoznać się z racjami, jakimi kierował się papież, dokonując tego czy innego kontrowersyjnego posunięcia lub wypowiadając słowa, które nie zawsze i nie wszystkim się podobały i które różnie interpretowano. Dzięki Światłu świata można zapoznać się z papieskim rozumieniem i interpretacją tych kontrowersyjnych posunięć i wypowiedzi. Jedną jednak rzeczą jest wysłuchanie i zrozumienie tych wywodów, a inną zupełnie sprawą przyznanie papieżowi racji i zgodzenie się z nim. Niemalże wszystkim tym papieskim wyjaśnieniom można by przedstawić racje wprost przeciwne nie mniej wyważone, precyzyjne i rzeczowe.

Na przykład papież wyjaśnia, że w trakcie Mszy przez niego celebrowanych zaczął udzielać komunii tylko do ust (rzecz dziś już niespotykana w wielu przestrzeniach geograficznych i liturgicznych katolicyzmu), aby „podkreślić wymiar bojaźni” (s. 219) i zarazem uniemożliwić świętokradcze postępowanie, o którym, jak mówi, słyszał, polegające na tym, że ludzie zamiast spożywać hostię, „zabierają ją ze sobą jako souvenir” (s. 221). Przecież to samo można uczynić z hostią, którą wzięto bezpośrednio do ust, jak świadczy o tym na przykład sławny opis takiej świętokradczej komunii zamieszczony przez Czesława Miłosza w Dolinie Issy. Wywód Ratzingera na ten temat jest zrozumiały, jednak nie wszyscy będą w stanie zaakceptować wynikające z tego rozumowania postępowanie. I tu zbliżamy się do kwestii poważniejszej i bardziej dramatycznej dotyczącej mentalnością papieża. Jest on intelektualistą, który stawia na wyjaśnienia i wywody. Wydaje mu się, że wystarczy rzecz wytłumaczyć, jest przeświadczony, że samo jasne zdefiniowanie jakiegoś pojęcia załatwi sprawę. Jakby nie uświadamiał sobie tego, że w sferze religii i rytu o wiele bardziej niż „koncepcja” czy „wywód” liczą się gest, symbol i związane z nimi myślenie symboliczne. Mam wrażenie, że także u podstaw jego wielkiej niechęci do współczesności i dostrzegania demonizmu w tym, co nazywa on „dyktaturą relatywizmu”, leży jego mentalność konceptualna, racjonalna i historyczna, z trudem otwierająca się właśnie na myślenie symboliczne, dopuszczające wielość, a nawet nieskończoność interpretacji, oraz podkreślające wartość relacyjności, która nie jest tym samym co relatywizm. Jakkolwiek by było, czytelnik tej książki może bez trudów zapoznać się z niektórymi przekonaniami teologicznymi i filozoficznymi Benedykta XVI, które – jak powiedział on sam – mogą być omylne, gdyż nie przynależą w sposób automatyczny do sfery nieomylności.

Najdłuższy wywód apologetyczny (dwa rozdziały, 30 stron, czyli ponad 10 procent książki) dotyczy pedofilskich wykroczeń katolickiego kleru. Benedykt XVI i Seewald robią, co mogą, aby jak najlepiej cały ów skandal opisać i wyjaśnić. Choć dużo zostało tu powiedziane, stronice te absolutnie nie wyczerpują i nie zamykają problemu, który jest tragiczny i delikatny. Przypomnijmy bowiem, że w kwestii pedofilii kleru katolickiego główny zarzut skierowany pod adresem Ratzingera mówi, że i jako biskup, i jako kardynał oraz prefekt Kongregacji Nauki Wiary, nie tylko wiedział, ale i powinien był wiedzieć o tym wszystkim, a mimo to w porę nie zareagował. Na stronicach tej książki mimo wszystko nie udaje mu się tego rodzaju zarzutów odeprzeć. Seewald stara się pokazać papieża w jak najlepszym świetle, przytaczając daty, statystyki i fakty, a sam Benedykt XVI wyjaśnia i tłumaczy się, jak może. Z jednej strony można by tu przytoczyć niemieckie przysłowie: „kto się tłumaczy, oskarża się”. Z drugiej zaś – należy pamiętać, że nie o wszystkim, co tego skandalu dotyczy, może on, i jako hierarcha, i jako osoba duchowna, mówić. Myślę, że jak wiele ludzkich spraw, także ta pozostanie już na zawsze, na dobre i na złe, otoczona cieniem milczenia.

Benedykt XVI z kwestią pedofilii katolickiego kleru zmierzył się, jak żaden z jego poprzedników. Nie jest to bowiem skandal ostatnich dziesięcioleci, lecz ciągnie się on od wieków i od wieków też zamiatany był przez papieży i hierarchię katolickiego kleru pod dywan[3]. Zdziwiłem się więc, czytając słowa papieża, który mówi: „Dla wszystkich nas był to prawdziwy wstrząs. Nagle i niespodziewanie cały ów brud. Było to, jakby nagle wulkan wypluł z siebie olbrzymią chmurę brudu, która spowiła i zacieniła wszystko” (s. 44). Jakże człowiek, który niemal całe życie spędził w świecie kleru, może mówić, że wszystko to „nagle” go zaskoczyło? Z jeszcze większym zakłopotaniem odczytywałem takie oto „teologiczne” interpretacje tego faktu: „Można wyobrazić sobie, że diabeł nie mógł znieść Roku Kapłańskiego [wtedy to nastąpił wybuch donosów na temat pedofilii kleru w mediach – M.B.] i dlatego też właśnie wtedy rzucił nam w twarz cały ów brud. Chciał pokazać światu, ile nieczystości jest właśnie pośród kleru. Z drugiej zaś strony można by powiedzieć, że Pan chciał wystawić nas na próbę, wezwać nas do głębszego oczyszczenia” (s. 59, 60). Wszystko więc rozegrało się tu między Panem i szatanem? Dramat ten jednak trwa i ani Światło świata, ani żadne inne wyjaśnienia i działania Benedykta XVI i hierarchów tak szybko go nie zakończą. Jest to długi cień, który pada na papiestwo, kler i przebija ze stronic tej książki.

Najsłabszą sferą Światła świata jest jej wymiar propagandowy. Seewald i Benedykt XVI, summa summarum, wszystko starają się zaokrąglić, a Kościół i papieża ukazać w jak najlepszym świetle. Jest to zrozumiałe. Rozmówca papieża starannie przytacza w tym celu różne statystyki. Mówi więc, że nigdy w dziejach nie było tylu katolików i papież jest najpotężniejszym przywódcą religijnym na świecie – zapominając, że w stosunku do wzrostu demograficznego ludzkości, katolików procentowo ubywa. Na szczęście papież odpowiada, że statystyki to nie wszystko i że „moc papieża nie spoczywa w liczbach” (s. 21). Jednak kilka stron dalej pociesza się, że w Afryce i Ameryce Południowej rośnie liczba młodych i entuzjastycznych kleryków – nie za wiele zaś mówi o tym, że liczba zakonników i zakonnic maleje w sposób zatrważający i to wszędzie. Czytamy o tym, że katolicyzm i prawosławie dzieli jedynie 3 procent, zaś 97 procent  ich łączy – co nie zmienia faktu, że skandal schizmy trwa i mimo postępów w dialogu papież nie widzi szans na szybkie pojednanie. Seewald tryumfalnie wylicza, że Benedykt XVI w trakcie swego pontyfikatu utworzył 9 nowych diecezji, 1 prefekturę apostolską, zamianował 169 nowych biskupów, odbył 20 podróży apostolskich, pomimo swoich 83 lat… Tego rodzaju propagandowe teksty są nachalne, jakby ich autorzy chcieli pokazać, że nawet jeżeli jest źle, w sumie jest dobrze.

Mam wrażenie, że do tego tryumfalistycznego tonu przyczynili się nade wszystko Seewald, w sumie konwertyta, a więc siłą rzeczy człowiek „oczarowany”, oraz ci, którzy przyłożyli ręki do ostatecznej redakcji tej książki i którym zależy na jak najbardziej pozytywnym przedstawieniu Kościoła i obecnego pontyfikatu. Jednak właśnie ten ton sprawia, że Światało świata jest, pomimo kilku przebłysków, książką monotonną: pytanie – odpowiedź, problem – wyjaśnienie, krytyka – apologia, i tak przez prawie 300 stron. Zasługą Seewalda jest oczywiście to, że udało mu się dotrzeć do serca Ratzingera i uchylić maski ukrywającej jego prawdziwe oblicze, jednak brak w tym tekście lekkości, wigoru, iskry. Zastanawiając się, co mogłoby być tego przyczyną, doszedłem do wniosku, że przyczyną tego nie jest to, że pontyfikat Benedykta XVI rzuca długi cień – rzuca go wszystko, co istnieje, jak mówił Poeta. Nie jest to spowodowane także melancholijnym nastrojem i głębokim rozczarowaniem papieża z powodu awersji do Kościoła, która według niego istnieje na Zachodzie (s. 183). Jest to książka monotonna i monochromatyczna, gdyż brakuje w niej kontrastu między rozmówcami. Paweł VI (Włoch) rozmawiał z Guittonem (Francuzem), z polskim papieżem rozmawiał André Frossard. Tamte pontyfikaty też były trudne i miały swoje cienie, a jednak książki Frossarda i Guittona były inne. Może właśnie różnica narodowości między papieżami a ich autorami wpływała na koloryt i wewnętrzny dynamizm owych tekstów. W przypadku Światła świata mamy bowiem do czynienia z konwersacją dwóch Bawarczyków, którzy mogą rozmawiać ze sobą w boarisch (bawarski dialekt), klimat jest tu „swojski”, a rozmowa toczy się „intra nos”. Jednak brak kontrastu i dystansu kulturowego wpływa na monotonię tego tekstu jako całości. Może i to też jest jeden z kluczy do zrozumienia Benedykta XVI: człowieka bardzo wyrafinowanego, jednak najlepiej czującego się w obrębie swojej kultury i tylko z jej przestrzeni wychodzącego ku innym. Nie jest to krytyka, jest to cecha, którą trzeba brać pod uwagę, a nawet docenić, podobnie jak i wysiłek komunikacji ze światem podejmowany przez w sumie bardzo już podeszłego w latach człowieka, jakim jest papież.

Na zakończenie nie będę pisał, że nie powiedziałem tu wszystkiego, co powiedzieć by należało, bo jest to rzecz oczywista – w książce tej bowiem jest wiele innych ciekawych tematów, aspektów i wątków. Pozwolę sobie jednak na wyznanie tego, co najbardziej mnie podczas tej lektury zaskoczyło. Ponad 40 lat temu niemiecki teolog Karl Rahner, kolega po fachu Josepha Ratzingera, w jednym ze swoich esejów napisał, że „pobożny chrześcijan jutra będzie mistykiem, człowiekiem doświadczenia, albo w ogóle go nie będzie”. Zdanie to zrobiło w ciągu dziesięcioleci zawrotną karierę, trafiając do wielu podręczników i książek. Różnie je tłumaczono i interpretowano. Nie można odmówić mu mocy i wyzywającej atrakcyjności. Wszystko oczywiście zależy od tego, jak rozumie się dwuznaczne i zdewaluowane słowo „mistyk”. Jakkolwiek jednak by je interpretować, każdy intuicyjnie wyczuwa, o co w tym zdaniu chodzi. Aby zadośćuczynić duchowi precyzji, który panuje w omawianej książce, dopowiem więc, że zdanie to zostało wypowiedziane przez Raimona Panikkara, a Rahner, bez przytaczania swego źródła, jedynie wykorzystał je w swoich pismach, skąd wywędrowało ono w świat, stając się własnością wszystkich. Mając zdanie to wyryte głęboko w pamięci, dosłownie podskoczyłem w trakcie lektury Światła świata, gdy rozmawiając o swojej wierze ze Seewaldem papież Benedykt XVI sucho i jednoznacznie powiedział: „Nie jestem mistykiem” (s. 33). I do dziś nie potrafię sobie wyjaśnić, czy tym, co uderzyło mnie w tej wypowiedzi było światło czy cień.


[1] BenedettoXVI, Luce del mondo. Il Papa, la Chiesa e i segni dei tempi. Una conversazione con Peter Seewald, edizione italiana a cura di Pierluca Azzaro, Libreria Editrice Vaticana 2010; przy cytatach umieszczam w nawiasie numer wskazujący na stronę tej książki; wszystkie tłumaczenia, dokonane na podstawie włoskiego wydania, są moje. Książa ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Znak.

[2] Zob. A. Smotlczyk, Vatikanistan. Eine Entdeckungsreise durch den kleinsten Staat der Welt,  München 2008.

[3] Zainteresowanych odsyłam do mego tekstu Przebudzenie z książki Mikroteologie, Kraków 2008, s. 173–186.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata