70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Moralna ekonomia w dobie kryzysu

Wspólnota powinna opierać się na socjalizacji, kształtowaniu egzystencji jednostki i tradycyjnych sposobów życia. Tymczasem opętana obsesją marki kultura, która stanowi znak firmowy globalnego rynku, postępuje zgoła odmiennie. Stara się ukształtować społeczeństwo na swój obraz i podobieństwo, sprawiając tym samym, że jego członkowie chętniej będą nabywać wytwarzane przez nią produkty. Z pozoru nikt na tym nie cierpi – poza wspólnotą, z jej złożoną siecią zależności społecznych, rodzinnych i sąsiedzkich, których rozpad boleśnie odczuwa wielu ludzi.

Efekt domina, zapoczątkowany załamaniem się w ostatnich latach sektorów finansowych i bankowych na całym świecie, unaocznił zjawisko, które od dłuższego czasu wpływa na życie większej liczby ludzi niż jakiekolwiek inne zdarzenie od czasu zawieruchy lat czterdziestych. Rządy wielu krajów wprowadzają drastyczne środki oszczędnościowe i cięcia wydatków na usługi publiczne, pogłębia się ubóstwo, szerzy się klęska głodu i pogłębiają niedobory żywności w Afryce subsaharyjskiej, z powodu biedy w całej Europie wybuchają zamieszki i strajki. Wszystko to pozwala sądzić, że globalne stosunki społeczno-gospodarcze trapią wady systemowe, a w samo ich centrum wkradła się etyczna pustka. Społeczności i wspólnoty lokalne również okazały się nieodporne na wpływ globalnych przemian. Zachodnie społeczeństwo zmienia się w takim tempie, że ujawnia się bezprecedensowa dezorganizacja społeczeństwa obywatelskiego i samorządności. Towarzyszy temu pewna forma kompulsywnego konsumeryzmu, która dodatkowo podkreśla problematyczną zmianę kursu w zasadach i strukturach społecznych. Skutkiem światowego kryzysu gospodarczego jest jednak przede wszystkim obnażenie braku kontroli rządów nad przedsiębiorstwami handlowymi i ukazanie wpływu, jaki bezsilność sprawujących władzę wywiera na społeczeństwa całego świata.

Kultura powstała w wyniku gospodarczej liberalizacji, oparta w dużej mierze na ideale indywidualizmu, rodzi napięcia w obrębie społeczności lokalnych, w życiu jednostek i w całym społeczeństwie. Nastąpiła radykalna reorientacja społeczno-gospodarcza, która być może przynosi korzyści nielicznym, ale negatywnie wpływa na miliony. Całe rzesze ludzi krztuszą się w paroksyzmach agresywnej fiksacji ekonomicznej, jakiej ulegają światowi przywódcy kosztem społeczeństw i składających się na nie wspólnot. Laureat Nagrody Nobla Amartya Sen dopatruje się w tym nowym porządku tendencji mizantropijnych, które, jak twierdzi, są bezpośrednim wynikiem fundamentalizmu rynkowego i działają na szkodę społeczeństwa jako całości. Wzrostowi gospodarczemu przyznaje się prymat nad potrzebami społecznymi, odmawiając w ten sposób człowieczeństwu należnego mu pierwszeństwa. Charakterystyczny dla globalizacji doby kryzysu wariant gospodarki nakazowej, podporządkowany dążeniu do finansowej ekspansji, często po prostu lekceważy wymogi rozwoju społecznego[1]. Coraz wyraźniej ujawniają się przeszkody piętrzące się na drodze do bardziej sprawiedliwego i godziwego społeczeństwa. Mówiąc o ścisłym związku rozwoju społecznego z globalną sprawiedliwością, a także o systemach, które wstrzymują postęp, Simone Weil zauważyła niegdyś proroczo: „Związki międzyludzkie są do pomyślenia, tylko jeśli są oparte na zasadzie równości (…) Z moralnego punktu widzenia sądzę, że pewna forma społecznej organizacji jest dobra o tyle, o ile dąży do zmniejszenia nierówności (równając w górę, a nie w dół). Jest zła o tyle, o ile nierówności zaostrza. Gdy wznosi bariery nie do pokonania, zaczyna być destrukcyjna”[2]. Krach międzynarodowego systemu bankowego w 2008 roku wymusił na tym sektorze krok wstecz, a rządom w niemal wszystkich krajach narzucił podjęcie „drastycznych środków oszczędnościowych” – które jeszcze bardziej nadszarpnęły środki publiczne, żeby wesprzeć główne centra wymiany rynkowej. Przesunięcie zasobów miało na celu przede wszystkim rentowność międzynarodowego systemu bankowego. W rezultacie skurczyły się inwestycje w mechanizmy wsparcia społecznego i podstawy rozwoju lokalnego.

Kryzys i jego skutki można było jednak przewidzieć, biorąc pod uwagę naturę ideologii, która napędza dominujący obecnie model globalnego rozwoju gospodarczego. System kulturowo-gospodarczy, znany pod nazwą „globalizacji”, od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wywiera coraz większy wpływ na wspólnoty lokalne i jednostki na całym świecie. Jego efekty można obserwować na wszystkich poziomach organizacji społecznej, a jego dynamika pozwala sądzić, że ten niekontrolowany i niepoddający się kontroli proces stworzy problemy, z którymi będą się borykać jeszcze następne pokolenia. Słownictwo tego systemu podkreśla ideę „powiązania” – dominują w nim pojęcia takie, jak Internet, współzależność i komunikacja. W praktyce opiera się on na ideale konsumenckiego i kulturowego ujednolicenia. Powszechnie mówi się o nim jako o zjawisku nowej liberalizacji (lub neoliberalizacji), która niesie z sobą fundamentalizm w dużej mierze uzależniający jednostki ludzkie i lokalne wspólnoty od ślepej wiary w moc rynku.

Dezintegracja społeczna powoduje, że jednostki konsumują, robią zakupy, kompulsywnie nabywają kolejne dobra, a te czynności społeczne dla wielu stają się jedynym rzeczywistym spoiwem wspólnotowym. W tym modelu rozwoju tradycyjne mechanizmy wsparcia osób słabszych i wykluczonych ulegają osłabieniu i są bliskie rozpadu. Można to było zauważyć już w latach dziewięćdziesiątych, gdy globalizacja powoli zaczęła się zadomawiać. Jednak dopiero z nadejściem kryzysu rozpad sieci rozwoju lokalnego i widmo ubóstwa, które nawiedziło miliony ludzi, odsłoniły niebezpieczną społeczno-polityczną próżnię, której neoliberalizm prawdopodobnie już nigdy nie będzie w stanie zapełnić. Jaskrawe sprzeczności nowego porządku światowego sprawiają, że społeczeństwo staje się całkowicie bezbronne. Jak zauważa Manuel Castells: „Zatem, ogólnie rzecz biorąc, wzrost informacyjnego globalnego kapitalizmu charakteryzuje się w istocie jednoczesnym gospodarczym rozwojem i niedorozwojem, społeczną inkluzją i wykluczeniem, w procesie jedynie z grubsza odzwierciedlanym przez porównawcze statystyki. Istnieje polaryzacja w podziale dochodu na poziomie globalnym, zróżnicowana ewolucja wewnątrzkrajowej nierówności dochodów, aczkolwiek z dominującą tendencją do zwiększania nierówności oraz szerzenia się ubóstwa i nędzy w świecie w ogóle i w większości – lecz nie wszystkich – krajach, zarówno rozwiniętych, jak i rozwijających się”[3]. Innymi słowy: niesprawiedliwość społeczna jest cechą konstytutywną nowego modelu rozwoju gospodarczego.

 

Nowa globalizacja

Zarówno międzynarodowe instytucje finansowe, jak i rządy zgodnie przedstawiają innowację technologiczną i finansową, mającą na celu otwieranie nowych rynków, jako panaceum na kryzysowe uderzenie globalizacji. Ponadnarodowe podmioty gospodarcze zachęca się, by uległy współczesnej gorączce złota – dominuje obsesja konsumeryzmu, dzięki któremu jednostki mogą rzekomo odnaleźć spełnienie w osobistej gratyfikacji. Po raz pierwszy w krótkiej historii nowożytnego handlu konsumpcjonizm zbiega się z liberalizacją systemu rynkowego. Naszą tożsamość określa dzisiaj to, co kupujemy, a ludzką sprawczość mierzy się siłą nabywczą. Coraz większy wpływ na ludzi i społeczności całego świata ma dzisiaj agresywny model ekonomii, który swój rozmach czerpie z rewolucji technologicznej i powierza ludzkość rządom hegemonii o cechach korporacyjnych. Pod względem kulturowym styl życia warstw zamożnych na całym świecie ulega stopniowej homogenizacji, podczas gdy doświadczenia biednych stają się coraz bardziej skrajne. Niedobór żywności dotyka coraz więcej społeczności w skali globalnej. Najbardziej widocznym rezultatem procesu liberalizacji rynkowej okazuje się pogłębienie przepaści między bogaczami a biedakami tego świata.

Społeczeństwa zachodnie doświadczają dezintegracji społecznej i surowych procesów przystosowawczych w sferze finansowej. Z kolei piętno, jaki ten nowy model globalizacji odciska na krajach rozwijających się, ma w dużej mierze charakter neokolonialny. Europejskich klientów obsługują call-center w Indiach, w grach komputerowych i kinematografii wojnę traktuje się jak rozrywkę, kampanie wojenne przeciw krajom rozwijającym się przedstawiane są jako szansa na dochodową działalność gospodarczą, w całej Europie powstają bezpieczne, odporne na globalny kryzys miejsca pracy w fabrykach amunicji, którą wykorzystuje się w walce z mieszkańcami rozwijającego się świata, europejskie firmy produkują beton, który służy do budowy palestyńskich gett i pozwala wznosić mury izolujące bogatą Północ od biednego Południa, dzieci w Azji zatrudnia się do produkcji odzieży i zabawek na rynek zachodni, mieszkańcy Afryki w niewolniczych warunkach wydobywają zasoby naturalne niezbędne, by w Europie można było produkować komputery, telefony, kosmetyki, środki konsumpcyjne i dobra luksusowe, do tego dochodzi jeszcze nowoczesny, niepoddający się kontroli przemysł czasu wolnego, najwyżej ceniący to, co skrajne i przewrotne. Wszystkie te przemiany przyniósł właśnie neoliberalny model gospodarczy, zawsze technologicznie na czasie, połączony siecią globalnych powiązań i niezmiennie dochodowy. Przemiany te tworzą nowe obozy zwycięzców i przegranych współczesnego świata.

W ramach tego procesu ekonomicznej reorientacji państwowe gospodarki i kultura uległy w ostatnich latach dalekosiężnym przemianom, zwłaszcza za sprawą rewolucji internetowej i deregulacji międzynarodowych rynków finansowych. Stojący u steru tej drugiej fazy globalizacji aktorzy, świadomi zagrożenia kryzysem, po raz pierwszy od złotego wieku epoki imperializmu wypowiadają się w sposób, który znów opisuje świat w kategoriach własności i śmiałych przedsięwzięć gospodarczych. Mentalność drapieżcy, zaszczepiona w umyśle człowieka Zachodu przez globalizację, w oczach reszty przyglądającego mu się świata niewiele się różni od ideologii, która niegdyś poruszała pax Brittanica, pax Germanica, a ostatnio pax Americana. Wiara, że nie ma przestrzeni wyłączonej spod hegemonii sił rynkowych, to mantra, która przenika język nowego imperializmu i od razu przywołuje na myśl ideologię dawnych potęg kolonialnych. Mówi się, że elastyczność finansowa i oszczędność, a także internetowa komunikacja, mogą stworzyć nowy globalny system rynkowy. W teorii tej kontrolowane przez główne ponadnarodowe podmioty gospodarcze przetasowanie między sektorem publicznym i prywatnym wszędzie stworzy nowych konsumentów i producentów towarów. Miarą rozwoju ma być ekspansja rynkowa. Teoretycznie rezultatem powinno być pomnożenie ogólnego bogactwa, w praktyce jednak okazuje się, że jest na odwrót: rynkowy model rozwoju wtrąca wiele społeczności w skrajną nędzę.

Dążenie do bogactwa stanowi siłę napędową nowej globalizacji, którą kształtują międzynarodowe instytucje finansowe i ponadnarodowe korporacje. Nowa ideologia opiera się na wierze, że siła „niewidzialnej ręki rynku” wytworzy wartości i społeczny dobrobyt przez produkcję towarów, zarządzanie obiegiem pieniężnym i rozszerzenie możliwości finansowych. Za Adamem Smithem, Johnem Lockiem, F.A. Hayekiem i Miltonem Friedmanem utrzymuje ona, że wolność i demokrację można ustanowić jedynie za pomocą otwartego, nieskrępowanego i rygorystycznego system rynkowego. W myśl ideologii neoliberalnej demokracja jest tylko produktem ubocznym obecnego modelu globalizacji, wolność zaś powstaje na marginesie wzrostu ogólnego dobrobytu. Nie trzeba daleko szukać, by przekonać się, ile korzyści ma w zanadrzu globalizacja dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na uczestnictwo w wyścigu. W Internecie roi się od sklepów z tanią odzieżą, na każdym kroku spotyka się oferty tanich lotów, a prywatna telewizja rośnie w siłę. Ci, którzy przyjmują ideologię neoliberalizmu, za cel nadrzędny uznając rozwój handlu, z przyczyn finansowych nie widzą jednak potrzeby, by wypowiedzieć wojnę osi zła, którą stanowi światowe ubóstwo i epidemie śmiertelnych chorób. Ideologia nierozerwalnie wiążąca bogactwo z wolnością odsuwa od siebie myśl o niekomercyjnych aspektach rozwoju społecznego. Neoliberalizm jest „przede wszystkim teorią praktyk polityczno-ekonomicznych, która głosi, że ludzkiemu dobrobytowi najlepiej służyć będzie uwolnienie przedsiębiorczości w ramach instytucjonalnych, których cechy charakterystyczne to: mocne prawa własności prywatnej, wolne rynki i wolny handel”[4]. Nie ma on mechanizmów, które pozwalają zaradzić problemom takim jak bieda, i nieswojo czuje się z samym pojęciem „społeczeństwa”.

 

Skutki rynkowego fundamentalizmu

Obecne tempo transakcji finansowych i operacji na światowych rynkach nie ma równego sobie w historii ludzkości. Cykl koniunkturalny przyjmuje formy bardziej skrajne niż kiedykolwiek wcześniej w epoce nowożytnej. Konsolidacja nowego porządku rynkowego za pomocą pomysłowych rozwiązań telekomunikacyjnych i przemysłu czasu wolnego była jednocześnie jaskółką nowej globalizacji i umocniła jej zasięg i wpływy. Nowy model rozwoju gospodarczego doprowadził nie tylko do dezintegracji społecznej, ale i do rozpadu struktur państwowych. Jednym z pierwszych kostek domina, które runęły, był Związek Radziecki. Wkrótce do nowego porządku dołączyły Chiny, hucznie świętując swoje nawrócenie oraz wszem wobec skandując nowy oficjalny slogan partii komunistycznej: „Bogactwo jest dobre”.

Reszta świata, nie licząc religijnych państw islamskich, weszła do globalnej sieci tylnymi drzwiami. Neoliberalny porządek przyniósł wprawdzie pewne wymierne korzyści – w niektórych krajach pozwolił na przykład znacznie podwyższyć poziom życia. Rozległe zmiany, jakie zaprowadził, zrodziły jednak również wiele niebezpieczeństw, które przekształciły społeczności na całym świecie, niekiedy zmieniając je nie do poznania. Na jednego z czołowych krytyków neoliberalnego modelu globalizacji w krajach globalnego Południa wyrósł kardynał Rodríguez z Hondurasu, który jako dawny współpracownik międzynarodowych instytucji finansowych, w tym Banku Światowego, niewątpliwie ma szczególne prawo zabierać głos w dyskusji. 9 marca 2006 roku w wielkopostnym kazaniu wygłoszonym w St. Patrick’s College w Dublinie Rodríguez powiedział: „Nowy porządek opiera się na ujednoliceniu rynków, które ułatwia obieg towarów i pieniądza. Krótko mówiąc, globalizacji uległa przede wszystkim logika rynków finansowych. Absolutyzm kapitału sieje na świecie spustoszenie. Można zatem powiedzieć, że zglobalizowani zostali jedynie bogaci”. Analiza ta niezwykle jasno pokazuje, że państwo bogatych i państwo biednych nie mieści się, niestety, na tej samej mapie. Bezprecedensowa restrukturyzacja globalnych finansów, która bezpośrednio poprzedziła kryzys światowy, sprawiła, że stopniowo wyłania się bezdenna przepaść między tymi, którzy na nowej globalizacji korzystają, a tymi, którzy systematycznie pozostają w tyle.

Dowody na niekorzystne aspekty tego nowego porządku są druzgocące. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku wprowadzono w Rosji gospodarkę wolnorynkową, oczekiwana długość życia w ciągu następnej dekady systematycznie się tam zmniejszała – o jeden procent rocznie. Ludzie, którzy jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dożywali ponad sześćdziesięciu lat, dzisiaj umierają o całą dekadę wcześniej. Rosjanie borykają się z chronicznym niedoborem opieki społecznej i zasiłków państwowych dla słabszych członków społeczeństwa. W położonej w Afryce subsaharyjskiej Zambii, która za wszelką cenę usiłowała sprostać kryteriom globalizacji, oczekiwana długość życia zmniejszyła się z niespełna sześćdziesięciu jeszcze w latach siedemdziesiątych do trzydziestu lat dzisiaj. Liberalizacja gospodarki w takich krajach, jak Zambia, Botswana i Kenia, oznaczała wycofanie mechanizmów wsparcia dla tych członków społeczeństwa, którzy na pełne uczestnictwo w gospodarce rynkowej nie mogą sobie pozwolić. Skutki okazały się katastrofalne. Szpitale utraciły środki na leczenie, nie budowano szkół. Około jednej czwartej ludności świata żyje dzisiaj za mniej niż jedno euro dziennie, a dla wielu i ta kwota jest jedynie rzadkim luksusem przeplatanym ciągłymi klęskami głodu. Ponad jedną czwartą ludności świata dotykają dotkliwe niedobory żywności. Ocenia się, że jeśli proces ten będzie się nasilał, do roku 2050 populacja Rosji i krajów Afryki subsaharyjskiej zmniejszy się o połowę. Przypomina to współczesną odmianę średniowiecznej zarazy dziesiątkującej olbrzymie połacie Europy. Zgubne skutki nowego modelu rozwoju uderzyły również w państwa bogatsze. Irlandia jeszcze w 2004 roku należała do krajów oferujących najlepsze warunki bytowe, w roku 2010, w wyniku globalnej zawieruchy finansowej, ma najwyższy w całej swej historii odsetek ludności, która korzysta z zasiłków rządowych, notuje największy na świecie spadek cen nieruchomości, a na ulicach jej głównych miast ustawiają się długie kolejki po jedzenie. Wszystko to dzieje się w kraju, którego polityczni i gospodarczy przywódcy jeszcze nie tak dawno szczycili się, że udało im się stworzyć najbardziej zglobalizowaną, liberalną i prężną finansowo gospodarkę na całym globie. Irlandia pilnie przestudiowała neoliberalny podręcznik, który nakazuje otwierać rynki i przymuszać obywateli do posłuszeństwa, a teraz ponosi niespodziewane konsekwencje.

W praktyce politycznej i podejmowaniu decyzji system neoliberalny sprowadza się do kilku niewzruszonych zasad, których podobny wzorzec powtarza się na całym świecie. Po pierwsze, usługi publiczne należy przekazać w ręce prywatnych przedsiębiorstw. Skutkiem tego jest stopniowy odpływ środków publicznych ze służby zdrowia, oświaty, sektora wodociągów i kanalizacji, transportu i budowy dróg. Po drugie, należy poddać deregulacji gospodarkę. Polityka gospodarcza powinna być kształtowana przez aktorów, którzy działają na rynkach na poziomie makroekonomicznym, takich jak banki, giełdy papierów wartościowych i międzynarodowe instytucje finansowe. Przedsiębiorstwa, które wcześniej znajdowały się pod kontrolą państwa lub pod jego zarządem, stopniowo przekazuje się sektorowi prywatnemu. Można to zauważyć na przykładzie sektora dostaw energii, telekomunikacji, transportu publicznego i gospodarki mieszkaniowej. Najgłośniej rozlega się jednak mantra nakazująca ograniczać wydatki na cele publiczne, obniżać podatki i oszczędzać jak najwięcej dla jednostki. W rezultacie środki oszczędnościowe, które zaleca neoliberalizm, uznają bezrobocie za sposób zarządzania systemem wynagrodzeń, a rządy występują przeciwko związkom zawodowym i aktywności społecznej (na przykład interwencjom o charakterze moralnym ze strony przywódców religijnych). Biurokracja rządowa jest stale zmniejszana, dominują outsourcing i racjonalizacja, a wydatki na cele publiczne ogranicza się na rzecz przedsiębiorstw prywatnych. Kluczowy dla tego procesu jest międzynarodowy system rynkowy z ponadnarodowymi korporacjami, które stale się z sobą łączą, by system mógł się rozwijać i adaptować. W rezultacie ponadnarodowe korporacje budują szpitale i szkoły zgodnie z rynkową zasadą popytu. Pełen zestaw tych przemian kreśli obraz globalnego systemu, zostawiając na nim swój charakterystyczny odcisk palca. W wypadku Irlandii, przy specyficznej interpretacji międzynarodowych pryncypiów neoliberalizmu przez celtyckiego tygrysa, zostawił wręcz odcisk łapy.

Wiadomo wprawdzie, że na całym świecie miliony ludzi padają ofiarą nowego porządku, ale nietrudno dostrzec również drugą stronę medalu. Istnieją przypadki, w których nowy przepis na globalizację się sprawdził, i warstwy społeczne, które wyraźnie skorzystały na otwarciu rynków światowych. Straty i korzyści można prześledzić, przyglądając się rozwojowi rozbieżności, jaki nastąpił, odkąd przewagę na poziomie międzynarodowym zdobyła polityka deregulacji rynków. W jej wyniku otworzyły się drogi ekspansji finansowej, choć nie obeszło się bez zamieszania. Jeden procent najbogatszych ludzi na świecie posiada obecnie tyle dóbr, ile przypada w sumie na najbiedniejsze pięćdziesiąt siedem procent ludzkości. Dotacja, jaką otrzymuje jedna europejska krowa (2,5 dolara), dwuipółkrotnie przewyższa dzienną kwotę, za którą musi przeżyć przeciętny mieszkaniec Afryki. W krajach Zachodu marnuje się rocznie więcej żywności, niż zużywa cała reszta świata razem wzięta. Nierówności widać również na poziomie bardziej lokalnym. Jeszcze w 2001 roku Bank Światowy uznawał Irlandię za „kraj najbardziej zglobalizowany”, którego zaangażowanie w międzynarodowe życie finansowe nie ma precedensu. Tymczasem przemiany gospodarcze w Irlandii zrodziły jedne z największych w rozwiniętym gospodarczo świecie nierówności w zakresie dostępu do oświaty, służby zdrowia i zasobów finansowych. Szanse na przeżycie w razie zawału serca zależą tam obecnie w dużej mierze od poziomu zamożności. Rząd irlandzki na walkę z tym najgroźniejszym w kraju zabójcą przeznacza mniej środków niż jakiekolwiek inne państwo Unii Europejskiej, poza Maltą. Jeżeli jednak pacjent jest odpowiednio uposażony, opiekę nad nim ochoczo przejmie prywatna służba zdrowia. Dla tych, którzy dysponują kapitałem, obecny porządek stwarza niespotykane nigdy wcześniej możliwości. Dla tych zaś, którzy z tego systemu są wykluczani lub przezeń niewoleni, sytuacja staje się z roku na rok trudniejsza. Wraz z nadejściem globalnego kryzysu przepaść między bogatymi a biednymi pogłębiła się do tego stopnia, że rządy stają się coraz bardziej nieskuteczne i po raz pierwszy w tym pokoleniu powszechnie obniża się poziom życia.

 

Moralna odpowiedź

W tekście opublikowanym 9 lipca 2003 roku na łamach „LA Times” Jeffrey Sachs i Sakiko Fukuda-Parr z ONZ zaapelowali do państw zachodnich o odpowiedzialną reakcję na skrajne nierówności, jakie niesie z sobą globalizacja: „Nie chodzi o to, czy bogate kraje są w stanie uczynić więcej i czy muszą dokonać wyboru między wydatkami na obronę narodową a walkę z ubóstwem na świecie. Na ten cel potrzeba nie więcej niż jeden procent dochodu narodowego. Chodzi zatem jedynie o to, czy eliminację skrajnego ubóstwa podniosą w swej polityce międzynarodowej do rangi priorytetu”. Słowa przestrogi w zaskakująco podobnym tonie dało się słyszeć również z innej strony. W encyklice Deus caritas est papież Benedykt XVI także nawołuje do przeciwdziałania skrajnym przejawom nowej, agresywnej formy globalizacji: „Każdego dnia stajemy się świadomi, jak wiele jest cierpienia w świecie, pomimo wielkiego postępu na polu nauki i techniki, z powodu różnorakiej biedy materialnej i duchowej. Nasze czasy domagają się zatem nowej gotowości do wychodzenia naprzeciw potrzebującemu bliźniemu. Już II Sobór Watykański podkreślał to jasno w słowach »Dziś, gdy zostały usprawnione środki komunikacji, dzięki którym w pewnej mierze zostało pokonane oddalenie między ludźmi (…), działalność charytatywna może i powinna (…) ogarniać swym zasięgiem wszystkich bez wyjątku ludzi i wszystkie potrzeby«. Z drugiej strony – a jest to aspekt procesu globalizacji pobudzający do działania, a zarazem dodający otuchy – współczesność dostarcza nam niezliczonych narzędzi do niesienia pomocy humanitarnej potrzebującym siostrom i braciom, ważnych i nowoczesnych systemów rozdzielania pożywienia i odzieży, jak również możliwości zaoferowania mieszkania i gościny”[5]. W słowach papieża brzmi wyraźny nakaz pomocy ofiarom nowej globalizacji i jej kryzysu, a także przeciwstawienia się koncepcji rozwoju, która umożliwia zaistnienie niesprawiedliwości. W praktyce wymaga to zobowiązania do obrony ideału ekonomii moralnej, która przyzna pierwszeństwo rozwojowi społecznemu przed ideologią rynku, a nie na odwrót.

W bezpośrednim związku z globalnym postępem gospodarczym dokonały się w ostatnich latach dalekosiężne przemiany na poziomie społeczeństwa i wspólnot lokalnych. Społeczności lokalne, wspólnoty religijne i małe grupy społeczne, które były dotychczas źródłem społecznego wsparcia, coraz częściej muszą się dostosowywać do gospodarki rynkowej nawet w tych sferach życia, które zawsze pozostawały poza jej wpływem. W dzisiejszych czasach wspólnota nie najlepiej sobie radzi. Ideologia neoliberalna za główny czynnik rozwoju uznała nieskrępowany indywidualizm. Twierdzi się, że w naszej najgłębszej naturze leży myślenie konsumpcyjne, a do kultury, która opiera się na konsumpcji, przynależymy z urodzenia. Po prostu musimy kupować. Im więcej konsumujemy, tym bardziej wikłamy się w sidła systemu. Żeby zwiększyć zasięg swoich wpływów, musi on wyrwać jednostkę z krępujących ją społecznych ograniczeń, uwolnić od tych wszystkich reguł, które zmuszają do pewnej powściągliwości jej wewnętrzną srokę, gotową rzucić się na każdą błyskotkę. Wspólnoty – rodzinne, parafialne czy sąsiedzkie – zawsze otaczały jednostkę społeczno-kulturowym buforem, który skutecznie bronił przed naciskami ze strony rynku. W obecnej kulturze konsumpcja ma jednak charakter kompulsywny i przed nieustraszonym przedsiębiorcą-sprzedawcą rozpościera się morze nieprzebranych możliwości. Aby stać się pełnoprawnym uczestnikiem tej kultury, trzeba, jak się zdaje, przedzierzgnąć się w nieustannego konsumenta dóbr. Ofiarą napięć między rynkiem a wspólnotą w pierwszej kolejności padają związki zdecentralizowane, lokalne i prowincjonalne. Nie bez powodu Erich Fromm pisał o cywilizacji, która dzieląc ludzi na dwie przeciwstawne kategorie: producentów i konsumentów, sprzyja narodzinom automatów.

W ciągu lat kwestię tę poruszano już wielokrotnie, począwszy od Ericha Fromma przez Herberta Marcusego po Amitaja Etzioniego, który w swej niedawno wydanej książce The Spirit of Community omawia kilka aspektów globalizacji bardzo istotnych dla wspólnot lokalnych. Etzioni utrzymuje, że cechom, które nazywa „cnotami społecznymi”, grozi obecnie poważne niebezpieczeństwo ze strony neoliberalnej globalizacji i agresywnego systemu rynkowego. Wspólnota powinna się opierać na socjalizacji, kształtowaniu egzystencji jednostki i tradycyjnych sposobów życia – wyrazem tego ducha są jej instytucje. Tymczasem opętana obsesją marki kultura, która stanowi znak firmowy globalnego rynku, postępuje zgoła odmiennie. Przede wszystkim stara się ukształtować społeczeństwo na swój obraz i podobieństwo, sprawiając tym samym, że jego członkowie chętniej będą nabywać wytwarzane przez nią produkty. Odziera jednostkę ze wspólnotowych tożsamości, by tym łatwiej skłonić ją do wierności marce. Z pozoru nikt na tym nie cierpi – poza wspólnotą, z jej złożoną siecią zależności społecznych, rodzinnych i sąsiedzkich, których rozpad boleśnie uderza w wielu ludzi. Podobnie jak przy rozpadzie rodziny, w procesie rozkładu wspólnoty najbardziej cierpią jednostki słabe i bezbronne. Nie jest to zjawisko nowe, ale jego dzisiejszy zasięg nie ma precedensu. Chcąc się przekonać o skali społecznej dezintegracji, wystarczy się przyjrzeć przepaści dzielącej garstkę tych, którzy z nowego porządku czerpią korzyści, od milionów jego niewinnych ofiar. W okresie klęski głodu w Irlandii, w latach 1845–1849, Benjamin Disraeli poczynił proroczą obserwację. Stwierdził mianowicie, że pozbawiony kontroli model agresywnego, skupionego na handlu społeczeństwa wykorzenia ludzi ze wspólnot i tradycyjnych ról życiowych: „Jeśli chodzi o dążenie do dobrobytu, ludzie nie nawiązują współpracy, lecz działają w izolacji. Bliźni jest im całkowicie obojętny. Chrześcijaństwo nakazuje nam miłować bliźniego swego jak siebie samego, tymczasem nowożytne społeczeństwo w ogóle go nie uznaje”[6]. Nowy porządek nieodmiennie uznaje społeczności lokalne – małe wspólnoty, rodziny, parafie, organizacje wspólnotowe – za potencjalną przeszkodę i to w nie najczęściej wymierzone są jego pierwsze ataki. Jacques Maritain w dziele La personne et le bien commun z niezwykłą przenikliwością uznał nowy porządek za źródło odczłowieczenia, dodając, że żaden model rozwoju społecznego, w tym napędzany gospodarczo, nie może się obejść bez pojęcia „społecznej integracji sumienia obywatelskiego”. Wszystkie mechanizmy, jeśli mają sprzyjać postępowi społecznemu, wymagają zasadniczych ram moralnych, które będą się odwoływać do ideału wspólnego dobra[7]. Moralnej busoli wymaga zwłaszcza mechanizm rozwoju gospodarczego.

Jak z etycznego punktu widzenia należy reagować na negatywne przejawy globalizacji? W jaki sposób chronić społeczeństwo i wspólnotę przed groźbą wykorzenienia? Frank Field, brytyjski działacz społeczny, kilka lat temu wypowiedział w Izbie Gmin niezwykle trafne słowa. Najpoważniejszą wadą nowego porządku jest zniszczenie tradycyjnych ram wsparcia, jakie dotychczas zapewniało życie w obrębie wspólnoty, i zastąpienie ich pustą obietnicą konsumeryzmu. Ofiarą systemu padają zwłaszcza Kościoły i związki zawodowe, dwie formy organizacji, które przez całe lata zapewniały wspólnotom skuteczne mechanizmy wsparcia, pozostające poza zasięgiem nieuregulowanego rynku. Frekwencja w kościołach Europy Zachodniej spada o 5 procent rocznie, a inne instytucje lokalne zasysane są przez próżnię komercyjnej rzeczywistości. Pora zadać kilka kluczowych pytań. Czy możliwa jest gospodarka alternatywna, inspirowana moralnym ideałem? Czy instytucje wspólnotowe można zaprosić do współczesnych katedr – galerii handlowych? Jak wpłynąć na media, które je karmią? Kardynał Rodríguez otwarcie zaapelował o „globalizację solidarności”, która pełniej otworzy jednostkę na ludzką niedolę związaną ze społecznym i ekonomicznym wykluczeniem. Współcześnie rodzą się trudne problemy, zwłaszcza w cierpkiej rzeczywistości globalnego kryzysu: „Globalizacja gospodarcza bez globalizacji solidarności dla biednych, a więc dla większej części ludzkości, oznacza samobójstwo. Nie możemy dłużej zamykać oczu. Zmierzamy nie tylko w stronę globalizacji rynków i akumulacji bogactwa, lecz również w stronę globalizacji ubóstwa”.

 

Tłumaczyła Urszula Jachimczak


[1] Zob. A. Sen, Rozwój i wolność, tłum. J. Łoziński, Poznań 1999.

[2] S. Weil, Simone Weil. An Introduction, New York 1994, s. 69.

[3] M. Castells, Koniec tysiąclecia, tłum. J. Stawiński, S. Szymański, red. nauk. M. Marody, Warszawa 2009, s. 72–73.

[4] D. Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, tłum. J.P. Listwan, Warszawa 2008, s. 9.

[5] Ojciec Święty Benedykt XVI, Deus caritas est, Kraków 2006, s. 60.

[6] R. Putnam, Bowling Alone, New York 1999, s. 380.

[7] Zob. G. McCann, Globalisation. Policy, Values, Critique, Belfast 2007, s. 43.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata