70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chrześcijaństwo dwu prędkości

Czy w związku ze współczesną rozmaitością ścieżek wiary grozi nam popadnięcie w kryptoschizmę „chrześcijaństwa dwu prędkości”? Przyznam, że nie widzę takiego problemu. Na pewno nie stanowi takiego sporu to, co dzieje się od początku sierpnia przed Pałacem Prezydenckim. Mieszkając przy Krakowskim Przedmieściu, słuchając co noc biesiadnych piosenek, gwizdów i niecenzuralnych okrzyków, muszę stwierdzić, że nazywanie tego sporem religijnym stanowi przejaw radosnej twórczości.

Bardzo cenię twórczość Charlesa Taylora. Jego prace uważam za niezwykle trafny klucz do rozumienia świata, w którym przyszło nam żyć. Nie do przecenienia jest również wartość, jaką dla chrześcijańskiej etyki stanowi monumentalne studium podmiotowości zawarte w Sources of the Self. Nie będę zatem rozwodził się nad tym wszystkim, co w wykładzie Profesora trafne i inspirujące – jego myśl broni się sama. Uwagi moje będą zatem miały charakter małego dopowiedzenia – chwilami polemicznego.

1. Nade wszystko ważne wydaje mi się wprowadzenie rozróżnienia, które w wykładzie profesora Taylora się nie pojawia. Otóż czym innym są ścieżki do wiary, czym innym zaś ścieżki wiary. Innymi słowy – odróżnić należy status człowieka poszukującego (z rozmaitych motywów wewnętrznych i zewnętrznych) Boga Trójjedynego, od statusu chrześcijanina, a więc człowieka, którego relacja do Boga zakorzeniła się w Kościele. Zasługą profesora jest prześledzenie w historii Zachodu nieustannej fluktuacji uwarunkowań cywilizacyjnych, kulturowych, ideowych, w kontekście których pojawiają się wciąż nowe drogi do Boga. Wyjaśnia to głębiej naturę zjawiska, które dla przeciętnego duszpasterza (od młodego wikariusza po biskupa) jest, jak sądzę, oczywiste – dani nam są w Kościele bracia i siostry, którzy do wiary dochodzili bardzo różnymi ścieżkami: od wiary odziedziczonej i nigdy nie kwestionowanej, poprzez wiarę rewitalizowaną w rozmaitych ruchach i wspólnotach, aż do wiary wybuchającej w sercu człowieka „ni z tego, ni z owego” – kiedy to stosunkowo najłatwiej przychodzi nam zaobserwować odciski palców Bożej łaski. Z mojego doświadczenia wynika, że uświadomienie sobie wielości (i zmienności) owego curriculum życia wiary członków naszych wspólnot eklezjalnych stanowi dla samego duszpasterza bardzo pożywny pokarm wiary. Oto na naszych oczach dzieje się historia zbawienia, którą w sposób typiczny opisuje Biblia: przychodzą ze wschodu i zachodu, z północy i z południa, pierwsi stają się ostatnimi, a ostatni pierwszymi. Bóg ma wszędzie swoich ludzi, a Jego Duch wieje tam, gdzie chce, wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

2. Ścieżki na górę Pana są zatem różne, ale prowadzą w jedno miejsce. Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba objawił się najpełniej w Jezusie z Nazaretu – jeśli możliwe jest spotkanie z Wszechmocnym, to jest to spotkanie zawsze przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie. Ową przestrzenią Chrystusową dostępną tu i teraz, w której zakotwicza się życie wiary chrześcijanina, jest naturalnie Kościół. Jak jednak zdefiniować jego granice? Z fragmentu wykładu profesora Taylora można by wnioskować, że sugeruje on sprowadzenie Kościoła do społeczności, w której rozmaitość dróg wiary sprowadza się do wspólnego mianownika poprzez wspólnotę misteryjną – celebracja liturgiczna miałaby zatem stanowić gwarancję jedności eklezjalnej. Myślę jednak, że owa zredukowana definicja Kościoła to jedynie uproszczenie, które nie oddaje w pełni myśli Autora. Kościół to wspólnota wiary i obyczajów (fides et mores). Jeśli owe obyczaje będziemy rozumieli jako sposób przeżywania wiary, to możemy stwierdzić, że Kościół to w istocie wspólnota ludzi, których – mimo skrajnie różnych ścieżek do wiary, cechuje jakieś podobieństwo dróg wiary. Treść owej przeżywanej przez chrześcijanina wiary musi się bowiem jakoś mieścić w obrębie Credo. Styl życia inspirowanego wiarą musi się jakoś mieścić w obrębie Jezusowych mores, a więc ma przybierać kształt czegoś, co nazywamy moralnością ewangeliczną. Jej fundamentem jest Dekalog, zaś najpełniejszym rozwinięciem Kazanie na górze. Określanie tego, co mieści się w obrębie tak rozumianego etosu Ewangelii, co zaś poza niego wykracza, należy do zadań własnych pasterzy Kościoła.

3. I tu pojawia się istotna, aczkolwiek dyskusyjna teza profesora Taylora. Wyrażając opinię, że posługa Rozeznających-Znaki-Czasu (a więc pasterzy dzierżących klucze dyscyplinarnych i doktrynalnych rozstrzygnięć) sprawowana jest kiepsko, proponuje on, by sprawę wziąć w swoje ręce. Kościół to my…

Jeśli chodzi o jakość i styl posługi rozeznania, to Kościół rzeczywiście ma z nią kłopoty od samego początku – wystarczy wspomnieć odnotowany w Biblii spór Piotra i Pawła (o styl posługi apostolskiej), czy też spory dyscyplinarne, które zaowocowały tak zwanym Soborem Jerozolimskim. W kontekście zmieniających się warunków zewnętrznych, konieczność nieustannej oceny nowych stylów życia, nowych problemów społecznych, ekonomicznych, technologicznych, medycznych etc. – stanowiła dla odpowiedzialnych za wspólnoty kościelne wyzwanie wymagające zawsze najwyższej staranności intelektualnej i duchowej. Braki w tym zakresie owocowały kryzysami, z których najcięższe rozwiązywał Duch Święty przy pomocy soborów bądź świętych i światłych papieży.

Czy jesteśmy w stanie w przyszłości uniknąć tych kryzysów? Czy też kryzys stanowi nieuniknioną (przy założeniu słabości ludzkiej kondycji) cenę rozwoju? Ostrożnie stawiałbym na tę drugą hipotezę. Utopia rozwoju bez bólu mogłaby zostać zrealizowana jedynie za cenę rezygnacji z prawdy. To fakt – odczuwamy tę pokusę, tym silniej, im mocniej obciąża nas kulturowe jarzmo „dyktatury relatywizmu”. Tymczasem pojęcia heterodoksji i heteropraksji nie przestały mieć zastosowania w Kościele żyjącym w „nowym, wspaniałym świecie”. Nazywanie po imieniu ponowoczesnych herezji nie przestało być obowiązkiem pasterzy ponowoczesnego Kościoła. Powtarzam – nigdy nie będzie to doskonałe: intuicje Ducha Świętego zbyt mocno splatają się z intuicjami słabych ludzkich umysłów. A jednak, w dłuższej perspektywie, gwarancja bezpieczeństwa dana wspólnocie uczniów Chrystusa przez Mistrza („bramy piekielne go nie przemogą”, „cokolwiek rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie…”) okazuje się ważna i skuteczna.

4. Istotę problemu stanowi zatem sposób definiowania przestrzeni ortodoksji i ortopraksji w zmieniającym się cywilizacyjnym tu i teraz. Odbiorcą impulsów Ducha Jezusa jest cała wspólnota wierzących. Rozeznawanie i definiowanie owych natchnień należy do urzędu apostolskiego. W tym kontekście próbuję rozumieć egzortę profesora Taylora zawartą w ostatnich zdaniach jego wykładu. Nie dyskutuję zatem z oceną niedostateczną wystawioną posłudze jednania, sprawowanej przez hierarchię. Każdy chrześcijanin ma tu prawo do własnych ocen. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na apel o większe zaangażowanie całej wspólnoty wierzących w tę posługę. Jeśli nie chcemy rozumieć tego apelu jako wezwania do rewolucji instytucjonalnej w Kościele, wówczas pozostaje nam przyjąć ów apel jako zaproszenie do wypłynięcia na głębię. Powtarzam: cały Kościół jest adresatem Bożych natchnień. Jeśli więc każdy chrześcijanin zaangażuje się mocniej w życie w Duchu, to na szczeblu urzędu apostolskiego łatwiej przełoży się to na natchnione orzeczenia tak w zakresie wiary, jak i obyczajów. Bóg ma pomysł dla swojej trzódki, żyjącej pośrodku globalnej wioski. Trzeba nam się uważniej weń wsłuchiwać.

5. Czy w związku ze współczesną rozmaitością ścieżek wiary grozi nam popadnięcie w kryptoschizmę „chrześcijaństwa dwu prędkości”? Przyznam, że nie widzę takiego problemu. Na pewno nie stanowi takiego sporu to, co dzieje się od początku sierpnia przed Pałacem Prezydenckim. Mieszkając przy Krakowskim Przedmieściu, słuchając co noc biesiadnych piosenek, gwizdów i niecenzuralnych okrzyków, muszę stwierdzić, że nazywanie tego sporem religijnym stanowi przejaw radosnej twórczości dziennikarzy, którzy chcieliby raczej kreować rzeczywistość, aniżeli ją opisywać. Jedyny naprawdę realny, bolesny podział chrześcijan to podział na tych, którzy na serio oparli swoje życie na Bogu, oraz na tych, którzy – mimo formalnych deklaracji wiary – dryfują z prądem świata. To rzeczywisty dramat „chrześcijaństwa dwóch prędkości”. Spory pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tradycyjnych (bądź ponowoczesnych) form przeżywania wiary są zazwyczaj sporami zastępującymi dyskusję o tym, co istotne. Bo przecież, gdy człowiek zbliża się do Prawdy, przestaje się ekscytować kroniką towarzyską w porannej gazecie.

Jak napisał pewien światły i święty Duszpasterz, który był mistrzem w posłudze jednoczenia w jednym Kościele ludzi o bardzo różnych ścieżkach wiary: „Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość wszystko rozwiązała – dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała (…)”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata