70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rekonstrukcja trudnych wspomnień

W znaczącym stopniu na pamięci zbudowany jest projekt artystyczny Grynberga. W pierwszej płaszczyźnie na pamięci rodzinnego przekazu, a szczególnie na jej wyjątkowym aspekcie, który Marianne Hirsch nazwała „post-pamięcią”.

I

Wydany w trzech językach (polskim, niemieckim, angielskim) album Co ja tu robię? Mikołaja Grynberga jest książką wyjątkową. Autor doświadczony osobistym dramatem rodzinnym (jego babka przeżyła obóz w Auschwitz) postanawia przenieść się do obozu Auschwitz-Birkenau, by dokonać rejestracji fotograficznej oraz przeprowadzić rozmowy z odwiedzającymi muzeum Auschwitz.

Album składa się z czterech części, z których pierwsza jest krótkim wstępem autorstwa przewodniczki po obozie, Anny Sommer. Druga rozmową Mikołaja Grynberga z dziennikarką Justyną Sobolewską, która stawia pytania nie tylko o zamysł koncepcyjny albumu, ale wkracza w sferę osobistych motywacji autora: jego rodzinnych relacji, pamięci, wędrówek po obozie śladami najbliższych, wreszcie spotkań i rozmów z odwiedzającymi. Trzecia przedstawia fotografie spotkanych osób, z którymi Grynberg w czasie swojego pobytu w muzeum rozmawiał, pytając o odczucia, motywacje i refleksje towarzyszące zwiedzaniu. Z tych rozmów wybiera jedynie małe fragmenty, niekiedy pojedyncze zdania. Wreszcie czwarta część, może najbardziej „autorska” i różnorodna stylistycznie, na którą składają się fotografie obozu wykonane przez Grynberga – zdjęcia prawie monochromatyczne, w odcieniach sepii lub sinego fioletu t imitującego pierwsze kolorowe odbitki „Agfy”, które stanowią immanentną i ważną ikonografię Zagłady – by wspomnieć odnalezione przez Dariusza Jabłońskiego fotografie wykonane przez Waltera Geneweina dokumentujące tragiczny los Żydów z getta łódzkiego.

Ta kompozycja (dwie części tekstowe i fotograficzne pozostające w dialogu i korespondencji) jest nadzwyczaj udana i spójna; od osobistych motywacji po artystyczne przetworzenie, w którym migawka aparatu jest nie tylko narzędziem rejestracji obozowego świata, ale, ośmielę się powiedzieć, staje się dla Mikołaja Grynberga Lacanowską „fazą zwierciadła” – by nadużyć, może nie najstosowniejszej w rozpoznaniu pamięci Zagłady metody interpretacyjnej, ale w moim odczuciu nadzwyczaj przydatnej w interpretacji drogi, którą przeszedł autor albumu.

II

Fotografie odwiedzających obóz są celowo nieostre, kontury rozmazane, twarze wydają się rozpływać w skalach szarości obozowego tła. Ta obecność chiaroscuro, ziarnistość portretów ma coś z nieodgadnionych, mglistych Celanowskich metafor z Fugi śmierci (Czarne mleko świtania pijemy cię nocą/pijemy południem śmierć mistrzem co rodem jest z Niemiec/pijemy cię zmierzchem i rankiem pijemy i pijemy (przeł. Jacek Buras). Użyta przez Grynberga poetyka bliska jest również fotografii słynnego filmu Alaina Resnais Noc i mgła (1955), którego tytuł nawiązywał do kryptonimu niemieckiego dekretu z 1941 roku dotyczącego przeprowadzenia akcji deportacyjnej więźniów obozów koncentracyjnych, który naziści zaczerpnęli z wagnerowskiego Złota Renu. Szczególnie jedna z fotografii przedstawiająca perspektywę obozowych zasieków, z których tylko najbliższy detal drutu kolczastego posiada rozpoznawalną fizyczną realność, a dalsze plany nikną, rozpływając się w nieostrym świetle świtu, prawie tożsama jest z ujęciem z Nocy i mgły w scenie, gdy kamera ukazuje długą, niespieszną panoramę zasieków obozowych. Tylko one są wyraźne i rozpoznawalne, dalsze giną w jednostajnej monotonii błotnistych, ciężkich ugorów. Kamera pozostaje na „zewnątrz”, wszystko, co istnieje za drutem, wydaje się niemożliwe do opisania. Autor fotografię opatrzył inskrypcją „Dalej nie ma na co patrzeć – wszędzie to samo”. Ta perspektywa świadczy o znakomitym wyczuciu dekorum przez autora, który świadomy jest własnych ograniczeń poznania – będąc poza doświadczeniem obozowej hekatomby. I jeszcze jedna fotografia, która osobiście głęboko zapadła mi w pamięć. Prawie abstrakcyjna, nieczytelna, gdyby nie inskrypcja obok „Migające tory”. Fragment torowiska z rampy obozu Auschwitz II został uchwycony w pędzie, jakby z perspektywy ofiar wjeżdżających na osławioną rampę Birkenau. Ale nie jest to rekonstrukcja przeszłości, ani żadne inne zawłaszczenie pamięci, czy też posłużenie się obozem jako dekoracją dla stworzenia autorskiej narracji, a jedynie sugestia, daleka i niesprecyzowana, wieloznaczna interpretacyjnie.

W znaczącym stopniu na pamięci zbudowany jest projekt artystyczny Grynberga. W pierwszej płaszczyźnie na pamięci rodzinnego przekazu, a szczególnie na jej wyjątkowym aspekcie, który Marianne Hirsch nazwała „post-pamięcią”. „Post-pamięć” związana jest nie tylko z opowieściami ocalonych członków rodziny, w których cieniu wzrastały kolejne pokolenia, ale obecnością rodzinnej fotografii – depozytariuszki traumy. Na pytanie Anny Sommer: „W Auschwitz chodzisz po śladach swojej babci…”, Grynberg odpowiada: „Natykałem się na nie w stu miejscach, w archiwach wygrzebałem dokumenty, które ona pisała, wyniki badań krwi, które podpisywała”. Grynberg przyznaje, że jego babcia wiele nie mówiła o swoich przeżyciach obozowych. Na przeszłość otwarła się dopiero po dwudziestu latach. Ale ta erupcja pamięci związana była z imperatywem dania świadectwa – naczelnym powołaniem świadków Zagłady. Gdy po prelekcjach w szkołach, na które była zapraszana jako Ocalona, wnuk zadawał pytania, zbywała go: „Daj mi już spokój”. W tym miejscu wchodzimy w obszar osobistej relacji, bardzo delikatnej i kontrowersyjnej, która ma bogatą tradycję w tekstach Holokaustu – zawłaszczenia pamięci, pewnej potrzeby identyfikacji z ofiarą, w której granice pomiędzy przeszłością i teraźniejszością są wciąż zamazywane. Mikołaj Grynberg podążą śladem obsesji Lanzmanna, gdy mówi: „Rano, jak się ubierałem, bo było zimno, nagle pojawiła się myśl, że nie włożę grubych skarpet ani polaru. Jak ja mogę ciepło się ubierać, pić gorącą kawę? Na początku zupełnie podświadomie się karałem, marzłem, nie jadłem ciepłych posiłków. Są tam grupy pielgrzymów, zimą pojawiają się pojedyncze osoby na bosaka. Moje zachowanie było kompletnie podświadome, w trakcie się na tym złapałem i postanowiłem, że jestem wolnym człowiekiem, a nie więźniem tego obozu i mogę się ubrać, bo mam w co, i napić się kawy”. Ale szczęśliwie, Grynberg porzuca perspektywę uzurpatora pamięci i obiera świadomie perspektywę Tadeusza Różewicza z Nożyka profesora, w której podmiot liryczny opuszcza wraz z matką pociąg Zagłady „pociąg towarowy/wagony bydlęce/bardzo długi skład”, zanim przybędzie on do miejsca swego ostatniego przeznaczenia. Świat Zagłady wszak nie jest ich światem, ich perspektywą, doświadczeniem. A flanki pamięci powinny być jasno wytyczone.

III

Wszelako już poza wizualną, niezwykle piękną i wystudiowaną stroną albumu, istnieją równie ważne zapisy rozmów z odwiedzającymi obóz. Nie są one jedynie dyskretnym komentarzem do zdjęć dominujących w książce, ale stanowią ważne świadectwo przeżyć i perspektywy pamięci. W albumie są zapisy rozmów z młodzieżą izraelską, Ocalonymi, z Polakami, rabinem i pracownikami Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Są wreszcie zapisy rozmów z Niemcami, o których autor powie: „Niemców, niestety, zazwyczaj się pyta, gdzie był wtedy twój dziadek, a tego nie wolno robić. Zdarzają się spotkania trudne, »ustawki« np. konfrontacja niemieckiej grupy i izraelskiej. Jedni pytają »Czy możemy wam zadać kilka pytań« – »A my możemy?«. Niemcy: »Czy ktoś z twojej rodziny tu zginął?« W większości przypadków odpowiedź brzmi: »Tak«. Potem tamci pytają Niemców: »Gdzie był twój dziadek w tym czasie?«. Przy czwartej osobie Niemcy płaczą i kończą rozmowę”. Jeżeli w zapisach rozmów Grynberga z ofiarami, potomkami ofiar, świadkami, by posłużyć się klasyczną hilbergowską triadą – wciąż na nowo rozszerzaną przez badaczy  otrzymuje on odpowiedzi, których się spodziewamy, to istnieją odpowiedzi, które rozsadzają relację świadków – sprawców i ofiar. Jak choćby rozmowa z francuskimi turystami („turysta” jest osobnym i celnym określeniem pewnej grupy zwiedzających obóz) „Dość wulgarnie się zachowywali. Kiedy nasze drogi się rozchodziły, pożegnałem się z nimi po francusku”. Wówczas jedna z kobiet przyznała Mikołajowi Grynbergowi, że jemu „(…) jest dużo łatwiej niż nam, to straszne, co tu widzimy. Wy jesteście przygotowani, a my zupełnie”. Autor odpowiedział: „Moja babcia przyjechała pociągiem SNFC (Société Nationale des Chemins de fer Francis  BK) z Paryża, bo rząd francuski ją wysłał jak innych Żydów do Auschwitz”. Rozmówczyni jest wyraźnie zaskoczona. Dla historyka Holokaustu oczywistym jest fakt, współodpowiedzialności narodów Europy za dzieło Zagłady, ale dla obywateli państw narodowych jest to wciąż kategoria pamięci wypartej, nieobecnej w edukacji szkolnej i nie podlegającej rytuałom pamięci zbiorowej. Wyobrażenia społeczne (w koncepcji Bronisława Baczki) są silniejsze od historiografii. Tożsamym wektorom polityki historycznej, strategii obronnej i asekuracyjnej poddana była polska pamięć Zagłady. Gdy jeden z rozmówców Grynberga pyta: „Dlaczego ludzie z okolicznych miasteczek pozwolili na to, co tu się wydarzyło”, Autor odpowiada, zasadnym i racjonalizującym pytaniem: „Myślisz, że oni mogli coś zrobić?”. Otrzymuje infantylną, ale przerażającą w swej prostocie odpowiedź: „Jestem na nich zły!”.

Justyna Sobolewska, w jednym z pytań zadanych Grynbergowi, gdy mówi „W Auschwitz I patrzyłam na twarze chłopaków z wycieczki, różne, trochę bezmyślne, charakterystyczne i nijakie. Takie twarze mogły tam być”, dotyka precyzyjnie anatomii zbrodni. Zwyczajności, banalności i nijakości twarzy sprawców i pomocników, twarzy banalnych i powszechnych, pozbawionych odium demoniczności. Gdy patrzę na twarze z albumu Grynberga – Francuzów, Polaków, Niemców: rozmazane, niemożliwe do identyfikacji – pomimo składanych przez nich deklaracji solidarności z ofiarami – nie chcę ich sobie wyobrażać 65 lat temu. Ale wiem, że byłyby takie same.

IV

Album ma niezwykle piękną oprawę edytorską (projekt graficzny: Kuba Skoczek). Każdy detal, szczegół – od koncepcji układu całości, po wybór papieru, lekko połyskliwego, w którym czerń nabiera nadzwyczajnej głębi tak, że fotografie wydają się wynurzać z ciemnego tła, świadczy o wyczuciu najdrobniejszych niuansów graficznych.

Ostatnią fotografią zamykającą album jest zdjęcie Mikołaja Grynberga wykonane przez wybitnego dokumentalistę (autora Miejsca urodzenia) Pawła Łozińskiego. Jest to najmniejsza fotografia w albumie, ale jedyna niezamazana, tradycyjna, można powiedzieć – portretowo banalna, jaką zwykliśmy robić przy okazji uroczystości rodzinnych czy w czasie tych niezobowiązujących wojaży, gdy usztywnieni pozujemy na tle weduty miasta. Mikołaj Grynberg ubrany w jasne spodnie i białą koszulę trzyma ręce w kieszeni. Widoczny jest czarny pasek aparatu fotograficznego przewieszonego przez ramię. Droga i poszukiwanie dobiegły końca. Grynberg stoi pomiędzy dwoma szpalerami zasieków obozu w Auschwitz, jest pomiędzy obozem a sąsiadującą równiną, wolnością a uwięzieniem, wyzwoleniem, odpowiedzią a imperatywem stawiania wciąż nowych pytań. W rozmowie z Justyną Sobolewską powie: „(…) inni mówią, że losem tamtych było cierpienie, a naszym jest pamiętanie. A wszystko się mieści pomiędzy tymi biegunami”.


Mikołaj Grynberg, Auschwitz. Co ja tu robię?, Fundacja Pauza, Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, Kraków-Oświęcim 2010.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter