70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chrystus i ludzkie serce

Aby woda żywa stała się dla ciebie źródłem bijącym, musisz być zupełnie wolny, niczego nie mieć, niczego nie gromadzić, niczym nie być, aby stać się jedynie źródłem tryskającej wody, umiejscowieniem, obramowaniem tego tryskającego źródła.

Wstęp o. Konrada Małysa OSB

Ojciec Piotr nie lubił, gdy nazywano go “mistykiem”. Łaski mistyczne, jak w przypadku św. Faustyny czy św. Teresy, uważał za sprawy wyjątkowe w życiu duchowym, udzielane przez Ducha Świętego tylko niektórym osobom, do których siebie nie zaliczał. Natomiast często powtarzał, że ta zdumiewająca bliskość Boga względem człowieka, o której mistyczne dary niejako u swoich podstaw ze szczególną mocą świadczą, dana jest każdemu z nas bez wyjątku.

Profesor Stefan Swieżawski, wspominając swoje spotkania z ojcem Piotrem, mówił, że w jego postawie i działaniu widoczny był wyraźnie prymat kontemplacji. Jednakże ów prymat nie był jakimś dążeniem do rzeczy wyjątkowych kosztem małych i codziennych; było to raczej pełne żaru kierowanie się na wskroś naturalną dla ludzkiej duszy wrażliwością wewnętrzną, otwartą na spotkanie z Obecnym, przenikającą wszystkie dziedziny życia. Tą wrażliwością ojciec Piotr żył, skupiał w niej cały wysiłek woli, umysłu i serca, sprawiając przez to, że jego słuchacz czy rozmówca odkrywał ją również u siebie lub pogłębiał. Jakże często wrażliwość ta tli się w człowieku bowiem ledwie małą iskierką, tłumiona pokusami zwątpienia wobec piętrzących się problemów lub przysypywana gruzami kolejnych pseudointelektualnych konstrukcji.

Gdy mowa o “mistyce” w odniesieniu do o. Piotra Rostworowskiego, należałoby więc albo ująć słowo “mistyka” w znaczeniu bardziej ogólnym, jako głębokie życie duchowe, albo zastąpić je pojęciem prymatu kontemplacji zaznaczającym się wyraźnie w całej jego postawie. Jeśli zaś mówić o “mistyce serca”, punktem wyjścia do refleksji mógłby być na przykład następujący fragment komentarza o. Piotra do Ewangelii według św. Jana:

Czym więcej się czyta Ewangelię, tym wyraźniej się widzi, że problem wiary i niewiary znajduje się w samym centrum ewangelicznej perspektywy. Mówiąc “problem wiary i niewiary”, zawężamy właściwie perspektywę, bo nauczyliśmy się wiarę, nadzieję i miłość widzieć oddzielnie, jako trzy różne cnoty. Natomiast to, o co chodzi w Ewangelii, to coś niepodzielnego, to po prostu przyjęcie lub odrzucenie Boga i Jego zbawienia w Chrystusie. To otworzenie się lub zamknięcie na Jego zbawczą miłość. Chodzi więc o postawę człowieka, która jest jednocześnie wiarą, ufnością i miłością, a przy tym z natury rzeczy i pokorą, i posłuszeństwem, i wdzięcznością. Tylko ta postawa spotyka Boga, nie rozmija się z Nim, nie zatrzaskuje się przed Nim[1].

We fragmencie tym nie ma bezpośrednio mowy o ludzkim sercu, jednak pojawia się wzmianka o postawie wewnętrznej, za którą właśnie “serce” jest odpowiedzialne. Serce bowiem nie jest w człowieku jakąś nad-jaźnią, rzeczywistością oddzieloną od intelektu i woli, lecz żywym centrum osoby skupiającym i jednoczącym wszystkie władze duszy. To niepogłębiony i nieukorzeniony należycie intelekt widzi właśnie na przykład wiarę, nadzieję i miłość “oddzielnie jako trzy różne cnoty”, biorąc za właściwe poznanie samą metodę porządkowania wiedzy, serce natomiast sprawia, że wszystkie duchowe władze człowieka jednoczą się ze sobą, kształtując postawę, która i “jedynie która” – jak dodaje z naciskiem o. Piotr – “spotyka Boga, nie rozmija się z Nim, nie zatrzaskuje się przed Nim”.

W tym sensie każda prawdziwa mistyka, czy to w ujęciu ogólnym, czy też w kontekście darów wyjątkowych, jest ze swej istoty “mistyką serca”. Natomiast poznanie spraw duchowych przekazywane przez ludzi o pogłębionym życiu wewnętrznym jest z jednej strony bardzo bogate i zróżnicowane, z drugiej – nacechowane również często swoistymi szkołami duchowości właściwymi pewnym prądom czy nurtom, a czasem nawet związane wręcz “terytorialnie” z jakimś krajem, obszarem społecznym czy środowiskiem kulturowym. Na pewno udałoby się znaleźć  wiele cech znamiennych i dla polskiej myśli teologicznej w tej sferze, gdzie teologia jest sobą naprawdę. Być może jedną z takich cech jest właśnie – w kontekście wyjątkowych dziejowych napięć – szczególnie silne odwołanie się do ludzkiego serca jako sanktuarium spotkania z Bogiem, gdzie rodzi się i rozwija najintymniejszy dialog człowieka ze swoim Stwórcą i Odkupicielem.

Pisze o. Piotr:

Gdy umysły są zaciemnione, gdy w dziedzinie intelektualnej panuje zupełna niejasność, a siła argumentacji gubi się w ogólnym chaosie, zostaje wola i serce człowieka. Można czasem bez długich przekonywań zwrócić się wprost do serca człowieka i powiedzieć mu na przekór wszelkim trudnościom i wszelkim obiekcjom: jednak przyjdź do mnie. Jezus to czyni i wielkim głosem raz jeszcze woła do siebie człowieka: Przyjdź! Przecież jesteś spragniony, chociaż sam może o tym już nie wiesz, tak bardzo cię ta zewnętrzność otępiła i rozproszyła. A jednak dno twojej duszy, dno twojej istoty to ogromne pragnienie, którego nic na ziemi zaspokoić nie zdoła. Uświadom sobie to pragnienie, abyś je odczuł, a wówczas zrozumiesz, że masz przyjść do mnie i pić. Ja jestem tym Jedynym, z którego wnętrza strumienie wody żywej popłyną, rzeki żywej wody. Wystarczy dla wszystkich! Przyjdźcie! Ludzie mogą dać dobrobyt, mogą dać naukę, mogą dać sławę, ale to wszystko nie jest żywa woda. Nauka interesuje, pochłania, rozwija i pogłębia, ale to nie jest żywa woda. Praca uszlachetnia, kształtuje charakter, rozwija zdolności twórcze, ale to też nie jest woda żywa. Ani to upojenie, jakie daje sztuka, ani to, co może dać rozkosz zmysłowa, ani to co daje bogactwo lub kariera, nie jest wodą żywą. Nawet najszczytniejsze poświęcenie ani idealizm, ani bohaterstwo nie są tą wodą żywą, której sam rdzeń ludzkiej istoty pragnie, tą wodą, która ożywia, która raduje radością niezniszczalną, która ratuje od śmierci wiecznej, bo jest życiem wiecznym. Tej wody On jeden może nam dać[2].

Refleksje o “wodzie żywej” o. Piotr rozwija, analizując spotkanie Jezusa z Samarytanką. Oddajmy mu głos, cytując obszerniej jego komentarz do Ewangelii św. Jana. Dodajmy jeszcze, w jakich okolicznościach powstawał. 19 marca 1966 roku o. Piotr został aresztowany przez SB za próbę przerzutu za granicę dwóch Czeszek i skazany na 4 lata więzienia. Zwolniony został warunkowo 11 grudnia 1967. W więzieniu miał ze sobą egzemplarz Ewangelii św. Jana w języku greckim i w wolnych chwilach pisał komentarz. Po wyjściu z więzienia przepisał notatki i ten maszynopis jest podstawą edycji.

O. Konrad Małys OSB

Rozmowa przy studni – zdumiewające spotkanie Boga Wcielonego z biedną kobietą, biedną nie tylko ze względu na przynależność do społecznych nizin, ale i biedną moralnie, wykolejoną i w swym życiu osobistym bardzo nieszczęśliwą, spotkanie, które pokazuje, że Bóg przychodzi do każdego człowieka, nawiązuje dialog z każdym człowiekiem, każdemu chce się objawić, odkryć swe własne tajemnice, każdego chce napoić i upoić przeobficie swą wodą żywą – Duchem Świętym.

Bylibyśmy może skłonni zlekceważyć taką biedną, wykolejoną kobietę, która już z szóstym z rzędu mężczyzną próbowała szczęścia w nielegalnej, pozamałżeńskiej miłości. A jeślibyśmy nawet jej nie zlekceważyli, to z pewnością uznalibyśmy ją za niegodną wielkich Bożych objawień i bliskości Syna Bożego. Bo przecież cóż taka kobieta może zrozumieć z tajemnic Ducha Świętego i życia nadprzyrodzonego? Cóż jej zbrukane, zmysłowe serce zrozumie z tajemnicy duchowości Boga i adoracji w duchu i prawdzie, która się Bogu należy? A najbardziej może nas zdziwić, że wśród tylu ludzi właśnie tej biednej kobiecie Jezus raczył się przedstawić jako Mesjasz! Bóg nie gardzi żadnym człowiekiem i z każdym chce nawiązać szczególną łączność i przyjaźń i po to, abyśmy w to uwierzyli i nie pogardzali nikim, ale każdego uważali za powołanego do dialogu z Bogiem, Jezus wybrał tę biedną kobietę i chciał z nią mówić. Chciał również, aby ta Jego rozmowa utrwalona została na wieczne czasy w Ewangelii.

Lubimy Jezusa zmęczonego. Jest jakiś jeszcze nam bliższy, gdy siedzi zdrożony i wyczerpany przy studni w skwarze palestyńskiego południa. Bliższy nam jest Bóg, którego zmęczyła kamienista droga, która i nas męczy, którego piekło słońce, które i nas piecze, który odczuł dotkliwe pragnienie, które i my odczuwamy. W tych wszystkich mało znaczących szczegółach opowiadania przemawia do nas ogromna, wstrząsająca prawda, że odwieczny Logos, przez który stała się ziemia, słońce i niezmierzony wszechświat, naprawdę stał się jednym z nas. Rozmowa Jezusa z Samarytanką jest wzorem pełnego miłości prowadzenia duszy ku górze, ku rzeczom wyższym, duszy bardzo przyziemnej i bardzo opornej, i nastawionej źle.

Rozmowę zaczyna Jezus. On szuka kontaktu z człowiekiem, który Go nie szukał. Sposób, jaki wybiera przy nawiązaniu tego kontaktu, jest pełen pokory – jest to prośba o drobną przysługę. Bóg przychodzi do człowieka jako potrzebujący, jako ten, który gotów jest przyjąć z wdzięcznością dar kubka wody. Odpowiedź kobiety jest złośliwa. Wykorzystuje potrzebę tego zmęczonego człowieka, by Go upokorzyć. Zamiast po prostu dać to, o co prosi, mówi do Niego z przekąsem: “Wy przecież, Żydzi, gardzicie Samarytanami, to dlaczego się do mnie zwracasz?”. Jezus nie zraża się złośliwością i zaczyna podnosić tę duszę do rzeczy wyższych: “O, gdybyś wiedziała, gdybyś znała dar Boży, jaki ci teraz jest dany, i kim jest Ten, kto z tobą rozmawia i który cię prosi o małą przysługę, to ty sama poprosiłabyś Go i dałby ci wodę żywą”. Dusza przyziemna nie pojmuje zaproszenia, aby się wznieść wyżej, nie wyzbywa się też złośliwej ironii i mówi: “Panie, nie masz czym czerpać, a studnia jest głęboka, skądże więc weźmiesz wodę żywą? Czyś Ty jest większy od patriarchy Jakuba, który dał nam to źródło?”. Jest w tym znowu ironia. Kobieta ani przez chwilę nie myśli, by ten nieznajomy mógł być większy od patriarchy Jakuba. Chce w ten sposób zaznaczyć, że to, co Jezus mówi, jest niedorzeczne. Jednakowoż postać Jezusa zaciekawia ją i zaczyna wzbudzać pewien szacunek, który wyraża, zwracając się do niego “Panie”. Jezus nie zraża się jednak i naprowadza ją ku swojej myśli o wodzie żywej, która jest inna od tej, którą można naczerpać ze studni: “Ktokolwiek pije z tej studni, będzie znowu pragnął, kto zaś pić będzie wodę, która Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, ale woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu”.

Kobieta jeszcze nic nie rozumie. Jeżeli słów Jezusa nie bierze za żart, to w każdym razie nie pojmuje, że o duchową wodę tu chodzi. “Panie, daj mi tej wody, abym nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać”. Tę zamkniętą duszę trzeba inaczej rozbudzić. Nauka duchowa natrafiła na twardą skorupę powierzchownego, czysto ziemskiego myślenia i ześlizguje się po niej, nie wnikając do wewnątrz. Trzeba uderzyć w czuły punkt. Jezus nagle zmienia temat i wypowiada słowo, którego ostrze wnika w żywą substancję duszy, porusza czułe sprężyny, dotyka bolących jeszcze, zadawnionych ran: “Idź, zawołaj twego męża i przyjdź tu”. A gdy kobieta stropiona tym nagłym zwrotem odpowiada: “Nie mam męża”, Jezus przypomina jej nieuporządkowane życie w tej dziedzinie. Z Jezusem nie da się prowadzić konwencjonalnej rozmowy, nie angażującej osobowości. Jemu chodzi o człowieka, i dobiera się zaraz do niego, do samego miąższu jego duszy. Wśród śmietnika nędz, które stwarzają wokół jądra ludzkiej głębokiej jaźni jakby konwencjonalną pseudo-osobowość, która dusi to, co w człowieku jest prawdziwe i autentyczne, Jezus umie znaleźć to, co najgłębsze, umie odszukać tę iskierkę, ku której zmierza Jego łaska, w której ta łaska może znaleźć punkt zaczepienia, rozpalając ją swoim niestworzonym płomieniem. Głęboko w duszy tej kobiety tkwiły jednak zainteresowania i pragnienia religijne, przysypane wprawdzie, zepchnięte przez roztrzepany i grzeszny styl życia, ale nie całkiem zgaszone. Tę iskierkę dostrzegł Jezus i tę iskierkę rozdmuchał. Znikła zamknięta, ironiczna postawa kobiety, i przychodzi najistotniejsze dla każdego człowieka pytanie: jak czcić Boga? Może ten nowy temat został do pewnego stopnia wybrany przez kobietę po to, aby zejść z przykrego tematu, który poruszył Jezus, jednak było to również skutkiem duchowego przebudzenia. W ten sposób, wstępując coraz wyżej, prowadzona i podtrzymywana przez Jezusa, doszła ta biedna, grzeszna, zanurzona w zewnętrzności kobieta do tego, że Mesjasz się jej objawił.

Przykład ten uczy, że w każdej, nawet wulgarnej i omotanej grzechem duszy jest fundamentalna zdolność do wzniesienia się aż do najbardziej bezpośredniego obcowania z Jezusem i poznania Go. Rozmowa z Samarytanką ujmuje nas nie tylko swoją cudowną treścią, ale i tym, że jest to po prostu spotkanie miłującego Boga z grzesznym człowiekiem, to znaczy całą ludzkością i każdym z nas. W tym spotkaniu Bóg się nie brzydzi upadłego człowieka, ale poprzez całe zwały zła doszukuje się dobra, buduje na nim i w końcu udziela mu łaski swej niepojętej bliskości.

Jezus, spotkawszy kobietę z Samarii, zaczyna rozmowę od prośby: “Daj mi pić”. Bóg nie chce podchodzić do człowieka odgórnie. Chce, aby człowiek mu coś dał, bo serce człowiecze tego potrzebuje. Przychodzi więc Bóg do człowieka nie jako dobroczyńca, ale jak potrzebujący. Chrystus raduje się naszą miłością, naszą ofiarnością. Chrystus dziś jeszcze przychodzi do nas w potrzebujących ludziach i mówi: “Daj mi jeść, daj mi pić”. Taka jest metoda Boga. Musimy więc uważać, byśmy do ludzi nie podchodzili jak odgórni dobroczyńcy.

Następnie mówi Jezus: “O, gdybyś znała dar Boży i gdybyś wiedziała, kim jest Ten, który cię prosi: >>daj mi pić<<, to sama byś Go prosiła i dałby ci wody żywej”. To słowa do nas wszystkich. Gdybyś wiedział, kim jest Ten, kto do ciebie przyszedł z Nieba i chce z tobą rozmawiać! Gdybyś wiedział, jaki jesteś szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, na przekór wszystkim nieszczęściom i bólom! Bo przecież Syn Boży jest z tobą, współżyje z tobą, rozmawia z tobą i prosi cię: “Daj mi pić”. Gdybyś to wiedział, gdybyś umiał pojąć dar, który otrzymałeś, to upadłbyś na kolana i błagałbyś Go o wodę żywą, a On by ci ją dał.

I znowu woda, jak w poprzednich rozdziałach Ewangelii Janowej, wiąże się z życiem, z przemianą człowieka, z Duchem Świętym. Bo czegóż nam potrzeba, jeżeli nie tej żywej wody? Życia jest w nas mało, i to jest cały wielki, jedyny problem człowieka, który w swej prośbie w Kanie Galilejskiej wyraziła Maryja w trzech słowach: “Wina nie mają”. Tak, życie się w nas ledwie tli, a chcemy żyć w pełni, chcemy żyć potężnie, ogniście, gorąco, a tymczasem nasz ognik życia ledwie się tli i wciąż się czuje zagrożony przez podmuch śmierci.

“Kto będzie pił z wody, która Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, ale woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody żywej, tryskającej ku życiu wiecznemu”. Tryskającej ku życiu wiecznemu – eis dzoen aionion – to tak, jakby owo bijące źródło wlewało się w ocean życia wiecznego. Kto zakosztuje tej wody, kto pozna smak Ducha Świętego, ten już niczego innego pragnąć nie będzie, ale tylko i wciąż tej żywej wody. Woda ta jednak nie będzie mu podana w naczyniu, lecz samo Źródło w nim będzie, samo Źródło życia, to Źródło, które wciąż tryska ku żywotowi wiecznemu, które się wznosi ku Ojcu, ten Duch-Źródło życia, wołający wciąż: “Abba, Ojcze!”

Nikodem usłyszał naukę o odrodzeniu człowieka w Duchu Świętym, które miało się stać początkiem nowego życia. Kobiecie z Samarii, która żyła z pięciu mężczyznami, a obecnie żyła z szóstym, zostało objawione to samo nowe życie jako źródło w człowieku bijące wciąż ku żywotowi wiecznemu. Ale Chrystus powiedział jej jeszcze więcej. Oto przychodzi przełomowa chwila historii, kiedy następuje radykalna zmiana w stosunku człowieka do Boga. Kończy się okres kultu zlokalizowanego, który był tylko znakiem. Okres religii znaku dobiega końca, a rozpoczyna się okres rzeczywistości, okres prawdziwych czcicieli Boga w duchu i prawdzie. Świątynia Jerozolimska była tylko wyobrażeniem tej świątyni, którą miał się stać teraz każdy człowiek. Stare Przymierze miało być tylko znakiem nowej, wiecznej więzi przyjaźni i usynowienia, mającej odtąd łączyć Boga z człowiekiem, a obecność Boga w miejscu Najświętszym miała być jedynie wyobrażeniem intymności, jaka miała teraz zaistnieć między człowiekiem a Bogiem. Przychodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jeruzalem nie będzie miejsca uprzywilejowanego dla czczenia Boga, i ta godzina już jest, godzina prawdziwych czcicieli w duchu i prawdzie, godzina, kiedy kult Boży oparty zostaje na prawdziwym poznaniu i na synowskim stosunku w Duchu Świętym. Jezus mówi, że adorować będziemy Ojca, i te dwa słowa “adorować Ojca” dobrze oddają istotę nowej ery religijnej. Bóg chce być uważany za Ojca, kochany jak Ojciec, chce bliskości, chce ufności, chce dziecięcej postawy, ale jednocześnie ten Ojciec jest Bogiem i należy mu się adoracja, uznanie całkowitej zależności.

Mówi również Jezus, że Ojciec szuka takich czcicieli, którzy by Go w ten sposób uczcili. Te słowa, że Ojciec szuka tych, którzy Go uwielbią, są wezwaniem skierowanym do nas. Mamy po prostu być czcicielami w duchu i prawdzie i mamy Ojca uwielbić. Kobieta wobec tych słów, które z pewnością nie całkiem zrozumiała, całą swoją nadzieję skupiła na Mesjaszu, który miał przyjść: “Wiem, że przyjdzie Mesjasz zwany Chrystusem i On nas wszystkiego nauczy”. Ten prawdziwie chrześcijański akt wiary w Chrystusa – to złożenie w Jego ręce wszystkich swych niepewności i wszystkich problemów – otworzyło ostatecznie jej serce na łaskę Objawienia się jej Syna Bożego. Na jej słowa, że wszystkiego się spodziewa po Mesjaszu, Chrystus jej się objawił: “Jestem Nim Ja, który z tobą mówię”.

Uczniowie dziwią się, że Jezus rozmawiał z tą kobietą. Zwyczaje były pod tym względem surowsze niż dziś, zwłaszcza że była to Samarytanka. Nie rozumieją jeszcze uczniowie uniwersalizmu miłości Bożej ani posłannictwa Jezusa. Nie znają również ceny ludzkiej duszy, dla której Słowo stało się Ciałem, ani nie przeczuwają, do jakiego stopnia Bóg chce posunąć swą intymność z człowiekiem. I do nich również stosują się słowa Jezusa wypowiedziane do Samarytanki: o gdybyście znali dar Boży i wiedzieli, kim jest Ten, kto z wami przebywa i rozmawia. Do wszystkich nas się to stosuje. Kobieta natomiast odeszła pełna światła i radości, napojona żywą wodą przez Jezusa, wodą tryskającą. Posiadanie Boga jest zawsze wodą tryskającą, nie może być zatrzymane nieruchomo w sobie. Kobieta zaczęła więc głosić Chrystusa.

Tak jak Samarytanka wypowiedzi Jezusa o wodzie żywej zrozumiała bardzo przyziemnie o zwyczajnej wodzie, którą się czerpie ze studni, uczniowie również wypowiedzi Jezusa o pokarmie rozumieją czysto po ziemsku i zastanawiają się, kto mógł Mu przynieść posiłek. Pokarm w szerszym znaczeniu to to, czym człowiek żyje, co stanowi treść jego życia i jego radości. Mówi się o ludziach pasjonujących się nauką czy sportem, że “tym żyją”. Osobowość Chrystusa skupia się w tej jedynej skoncentrowanej woli, aby wypełnić wolę Ojca, który Go posłał, aby wypełnić dzieło Ojca, które jest celem Jego posłannictwa. On tym żyje, do tego wszystkimi siłami dąży. Chrystus jest dla nas wzorem niedościgłym, ale jednak wzorem, który powinien inspirować i przekształcać nasze życie. Cudowna prostota, jedność i zwartość psychologicznej osobowości Jezusa płynie z doskonałego poznania swego powołania i swego zadania na ziemi i z koncentracji całej woli, całej miłości i wszystkich sił duchowych i fizycznych na wypełnieniu tego zadania. My się często wahamy, miota nami niepewność co do naszego ziemskiego zadania. Nie rozeznajemy dobrze woli Ojca, widzimy ją niewyraźnie i mętnie. A gdy ją nawet znamy, nie przywieramy do niej całą duszą i całą wolą, ale połowicznie. Dlatego nasze osobowości są miękkie, niescalone i zmienne. Gdybyśmy całym sercem chcieli wolę Ojca wypełnić, to i intelektualne poznanie tej woli stałoby się jaśniejsze i chwiejność nasza ustąpiłaby jasności wizji celu i środków, zrodziłyby się mocne przekonania, z których wypływałaby energia czynu. Naszą chorobą jest, że nie bardzo chcemy wolę Ojca wypełnić, a gdy w tym punkcie słabi jesteśmy, wszystko się rozlatuje.

A jakie jest to dzieło Ojca? Jezus mówi dalej o polach, które bieleją już przed żniwami, które już są dojrzałe. Nie dotyczy to materialnego żniwa, gdyż jeszcze nie był czas na żniwa, gdy Jezus mówił te słowa. Jezus mówił o duchowym żniwie. Rozmowa z biedną kobietą była już pierwszym aktem tego duchowego żniwa i dlatego rozmowa ta nakarmiła Jezusa, podczas gdy On sam dawał pić wodę żywą tej słabej i grzesznej duszy.

Otwierać się na działanie Jezusa, aby w stosunku do nas wypełnił wolę Ojca i swe posłannictwo zbawcze, to przynosić Mu pokarm duszy. To wielkie żniwo, które wzrasta, jest dziełem Ducha Świętego, ale całe pokolenia ludzi nad nim pracowały. Ci, którzy pracują teraz, niech pamiętają, że w cudzą pracę weszli, niech nie przypisują sobie żniwa, aby w ostatni dzień żniwa jedna radość połączyła ze sobą wszystkich, którzy kiedykolwiek dla tego żniwa pracowali. Dzisiejsi pracownicy nie mają być pyszni, ale pamiętać mają o tym, jak wielka praca ich poprzedziła i jak bardzo ich własny wkład opiera się na trudzie i wkładzie poprzednich pokoleń.

Radością tego rozdziału jest niewypowiedziana bliskość, do jakiej Słowo Wcielone zeszło ku człowiekowi; bliskość w sensie upodobnienia się przez przyjęcie cielesnej słabości i cielesnych potrzeb, bliskość przez nawiązanie dialogu z biednym człowiekiem, przez okazanie szacunku temu biednemu człowiekowi i miłości aż do objawienia się jemu.

Radością tego rozdziału jest, że ten niesłychany dar Boży, bliskość Chrystusa i kontakt z Nim są dane na stałe i stanowią nasz stan. Radością jest obietnica wody żywej, że ona ugasi wszelkie pragnienie, że kto ją pić będzie, nie zazna już pragnienia. Radością jest, że ta woda stanie się w nas samych bijącym źródłem, wciąż nowym, wciąż młodym, tak że nie trzeba będzie tej wody zatrzymywać ani gromadzić, ale nurt jej będzie wciąż świeży, płynący z głębin Boga mieszkającego w nas. Co za radość! Co za wolność w takim źródlanym życiu wciąż obficie tryskającym i rwącym ku niezmierzonym przestrzeniom oceanu wiecznego życia. Radością jest i to, że Syn Boży prosi człowieka o przysługę: “Daj Mi pić”, że człowiek może Mu dać. Radością jest, że w szukaniu naszej duszy Chrystus nie zraża się naszą powierzchownością, naszą gruboskórnością, przyziemnością, a nawet złośliwą ironią. A także i to raduje, że Chrystus nie zraża się, iż kobieta owa miała wiele grzechów, miała tak nieuporządkowane i zmysłom oddane życie. Raduje i ta cierpliwość, z jaką Chrystus naprowadza wciąż duszę na właściwą drogę, chociaż ona ciągle zbacza z kierunku rozpoczętego dialogu, wciąż się rozprasza na rzeczy nieistotne, jak nasz umysł w czasie modlitwy.

Radością jest, że Ojciec szuka takich, którzy Go prawdziwie uczczą, a także i to, że przyszła już godzina, w której każde miejsce stało się miejscem spotkania z Bogiem, że Bóg gotów jest przyjąć nas na każdym miejscu i o każdym czasie, jeżeli będziemy chcieli spełnić dwa warunki prawdziwej czci, a mianowicie, że będzie ona wewnętrzna, a nie tylko zewnętrzna, i że ten stosunek będzie w prawdzie, to znaczy będzie odpowiadał temu, czym Bóg jest, i temu, czym my jesteśmy.

Jezus znużony u studni: “Daj mi pić”. Uszanowanie dla człowieka, nawet marnego. Bez spotkania z Nim pozostałby człowiek w swojej nędzy. “Gdybyś znała dar Boży…” – obojętność i tępota, jaką powoduje pycha, przechodzą obok daru Bożego bez zdziwienia. Pycha uniemożliwia poznanie miłosierdzia Bożego. Pokora rodzi zdumienie wobec bliskości Pana, wobec rzeczywistości dialogu. Tylko pokora może upaść na kolana i wyprosić wodę żywą. Jezus obiecuje ją dać, ale obiecuje ją modlitwie: “prosiłabyś o nią, a dałby ci”. Aby woda żywa stała się dla ciebie źródłem bijącym, musisz być zupełnie wolny, niczego nie mieć, niczego nie gromadzić, niczym nie być, aby stać się jedynie źródłem tryskającej wody, umiejscowieniem, obramowaniem tego tryskającego źródła. Przychodzi godzina, kiedy skończą się przywileje narodu wybranego i nie będzie już żadnej wyższości człowieka nad człowiekiem wobec Boga. Jest to godzina pokory, kiedy wszyscy upadną na twarz i unicestwią się, aby uwielbić Ojca. Jest to godzina wielkiej adoracji i uwielbienia Boga, godzina, w której człowiek odnajdzie pokój, odnajdując maleńkość swoją i obierając w niej swoje mieszkanie.

Jezus nie szuka żadnych pseudo-wielkości. Jego pokarmem jest posłuszeństwo woli Ojca i wypełnienie posłannictwa, które od Ojca otrzymał. Nie nazywa tego nawet dziełem swoim, ale dziełem Ojca. Uczy nas tej samej postawy. Nasza praca jest tylko cząstką ogólnej pracy ludzi. W każdej chwili opieramy się na tym, co zdziałali inni, ale musimy swój wkład dodać do wkładu innych, nie wyodrębniając go. Jedynym prawdziwym źródłem radości jest udział w dziele Ojca i całkowite poświęcenie się temu dziełu – to jest prawdziwy pokarm duszy. Wówczas wszystko raduje i wszystko karmi: kontakt z jedną grzeszną duszą jest źródłem wesela. Radość przynoszą bielejące plonem pola. Tę radość dzieła Bożego będzie miał każdy, kto przyłoży doń rękę – zarówno ten, co sieje, jak i ten, co zbiera.


[1]O. Piotr Rostworowski ErCam, Komentarz do Ewangelii wg św. Jana, maszynopis, arch. benedyktynów w Tyńcu, s. 39. [2]Tamże, s. 124n.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata