70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Odkupienie czyli ofiara w przyszłość

Tekst ten został wygłoszony wiosną 1985 roku w stołecznym kościele pw. Świętego Krzyża – w trzecim dniu (czterodniowych) rekolekcji wielkopostnych. Publikujemy go (za książką ks. Józefa Tischnera Polski młyn, Kraków 1991, s. 337–345) w przekonaniu, że owo rozważanie staje się dzisiaj, A.D. 2010 – w kontekście beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki – szczególnie aktualne.

Proponuję, abyśmy rozważyli dziś sprawę więzi zbawienia. Więzi, która powstaje pomiędzy Bogiem a człowiekiem oraz pomiędzy człowiekiem a człowiekiem jako owoc ofiary, ofiary Syna Bożego na drzewie krzyża. To bardzo istotna sprawa. Dotykając jej bowiem, dotykamy tajemnicy cierpienia. Musimy przy tym, oczywiście, pamiętać, że tajemnicy tej nie próbuje rozwiązać do końca żadna filozofia. Czyni to jedynie religia, i to właśnie religia chrześcijańska. Lecz nie w ten sposób, że proponuje nam jakąś koncepcję cierpienia, która mogłaby zadowolić każdego, ale w tym sensie, że czyni z cierpienia ofiarę, a z ofiary więź.

Bo czymże jest krzyż na Golgocie? Najpierw Słowo stało się ciałem i mieszkało między nami. A teraz na krzyżu znów ciało stało się Słowem i przemówiło za zbawieniem świata.

To właśnie chcielibyśmy dziś zobaczyć, te dwa akty ewangelicznego dramatu: pierwszy, kiedy Słowo ciałem się staje, i drugi, na krzyżu, kiedy ciało staje się Słowem.

Wydaje się, że ostatnio sprawa ofiary stała się nam szczególnie bliska, przez to, co się stało w naszej Ojczyźnie. Dlatego przypomnijmy sobie ten obraz, który każdy z nas tak czy inaczej nosi pod powiekami.

Wokół tamtej trumny stał lud i milczał. A jeśli nawet mówił i śpiewał, to tylko z Bogiem i ku Bogu. Nie wołał o chleb. Jakże można było wtedy wołać o chleb, skoro jasnym się stało, że nie samym chlebem żyje człowiek. Nie wołał o godność. Jakże można było dopominać się godności, skoro z tej trumny spłynęła na lud godność tak wielka, że przewyższająca możliwość wysłowienia. Nie wołał o sprawiedliwość, bo okazało się, że temu krajowi bardziej od sprawiedliwości potrzebne jest miłosierdzie.

Lud milczał. Rozumiał, że ta trumna to znak obecności Boga, znak zarazem straszliwy i łaskawy. Oto raz jeszcze w naszych dziejach pojawiła się ofiara. Czyjeś ciało stało się Słowem i przemówiło do Boga za swój lud. Ile razy w historii dzieje się coś takiego, lud czuje, że Bóg go nawiedza. Wtedy także czuł, dlatego jeśli nawet mówił, to tylko z Bogiem i do Boga.

Ale powstaje pytanie, czy w tej sytuacji może milczeć myśliciel, czy może milczeć poeta… O kim to kiedyś powiedziano, że jeśli wy wołać nie będziecie, kamienie wołać będą? Jeśli więc trzeba mówić, to pozostaje pytanie: co mówić?

Myślę, że w tym punkcie należy bardzo dobrze przyjrzeć się apostołom. A co oni mówili? Może opisywali rany, może notowali nazwiska winnych, może płakali? Nic podobnego. Apostołowie mówili o jednym – jaki jest owoc tamtej ofiary. Wskazywali na to, za kim i za czym przemówiło to ciało, które stało się Słowem. Wszystko inne okazało się bez znaczenia.

Myślę, że to bardzo dobrze, iż ta trumna stała się nam tak bliska. Dzięki niej, jakby w jej perspektywie, będziemy mogli dzisiaj lepiej zrozumieć ofiarę Jezusa Chrystusa. Ta ofiara i ta trumna wyniknęła w sposób dziejowy z tamtej ofiary. My pójdziemy jak gdyby pod prąd dziejów: poczynając od tej trumny, będziemy chcieli zrozumieć to, od czego wzięła ona początek. I znów chciałbym was prosić o sięgnięcie pamięcią w nieco inne regiony europejskiej przeszłości. Chciałbym zwrócić uwagę na to, o czym już napomknąłem, mianowicie na pogaństwo, które było sprawcą Chrystusowego krzyża.

Trzeba bez żadnej przesady stwierdzić, że ówczesny pogański świat – ten sprzed dwóch, trzech tysięcy lat – mógł istnieć i rzeczywiście istniał między innymi dzięki wpisanemu w jego ekonomię i politykę okrucieństwu. Okrucieństwo było niezbędnym warunkiem istnienia tego świata. Broniło go przed wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi, faktycznymi i możliwymi. Nadeszła jednak chwila, gdy okrucieństwo owego świata odwróciło się przeciwko niemu. Gdzieś w dalekim Jeruzalem ukrzyżowano jakiegoś Jezusa z Nazaretu. I wtedy stało się coś dziwnego. Długo – bardzo długo – z okrucieństwa wobec wrogów rosła potęga rzymskiego państwa. Bardzo długo to trwało, ale oto teraz ta śmierć okazała się czymś niezwykłym, zadawała cios w plecy ówczesnemu okrucieństwu.

Jest, drodzy moi, jakaś granica okrucieństwa, poza którą traci ono już swój sens. Ukrzyżowanie miało wzbudzić trwogę, a roznieciło męstwo. Miało dzielić człowieka od człowieka, tymczasem stało się początkiem więzi. Miało być znakiem przekleństwa, tymczasem stało się znakiem dziejowego błogosławieństwa. Skąd się to wzięło? Skąd to dziwne przeistoczenie okrucieństwa, tak że zwróciło się ono przeciwko sobie? Wzięło się to stąd, że męczeństwo, do którego doprowadziło, stało się dobrowolną ofiarą.

Należy tutaj subtelnie odróżnić męczeństwo od ofiary. Zazwyczaj zamazujemy tę różnicę, tymczasem nie każde męczeństwo jest ofiarą. Ofiara tym różni się od męczeństwa, że coś usprawiedliwia, a usprawiedliwiając – ocala.

Powiedział święty Paweł: „Jesteśmy usprawiedliwieni przez śmierć Jego”.

Męczeństwo oznacza po prostu, że człowiek zostaje umęczony. Z tego męczeństwa nie musi płynąć ofiara. Ofiara dorzuca do męczeństwa ten szczególny moment – jest ofiarą za kogoś. A ponieważ jest ofiarą za kogoś, coś w kimś usprawiedliwia.

Rozważając w jednym ze swoich listów tajemnicę ofiary, Cyprian Kamil Norwid użył słów, które wydają się w tym przypadku niezwykle celne: „Zaprawdę do smutnego dochodzę wniosku, że to nie są ofiary w przyszłość. To ofiary w przeszłość, na wstecz, to tylko konsekwencje niekonsekwencji”.

Trzeba sobie to konkretnie przedstawić. Oto ofiara w przeszłość, ofiara w dzień wczorajszy. Jest ból żegnania jakiegoś świata i jest ból rodzenia nowego człowieka. Te dwa bóle, ból żegnania i ból rodzenia, pod względem natężenia mogą być podobne. Ale przecież jest między nimi istotna różnica. Ofiara w przeszłość jest owocem wspomnień, jest krzykiem bólu z powodu upływającego czasu, jest płaczem. Jest płaczem tęsknoty, którą boli to, że codziennie musi kogoś żegnać. Taka ofiara, takie męczeństwo boli, ale niczego nie usprawiedliwia. Na przykład Judasz. Nikt nie powie, że Judasz nie cierpiał. Judasz cierpiał, ale na próżno, jakby poza historią. Cierpiał w przeszłość, dlatego nie nazywamy tego ofiarą. Można najwyżej powiedzieć: „jakieś męczeństwo Judasza”, bo ten człowiek rzeczywiście zamęczył samego siebie.

Zdarza się czasem, że ktoś jest męczennikiem samego siebie, ale to nie jest ofiara w przyszłość. Ofiara w przyszłość oznacza, że daje się świadectwo prawdzie. „Jam się po to narodził i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”. Jakiej prawdzie?

Oczywiście, trzeba to wyczytać z głosu Ukrzyżowanego, z głosu Tego, który na krzyżu mówi: „Przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”; „W Twoje ręce oddaję ducha mojego”; „Matko, oto syn Twój. Synu, oto Matka twoja”.

Są i inne prawdy, którym się daje świadectwo. Bo to prawda jest tu istotna. Prawda ujawnia się z ofiary. Ofiara ujawnia się z prawdy.

To dzięki prawdzie ciało staje się Słowem. Słowo na krzyżu rozpięte przynosi światu nowe objawienie Boga. Objawia, ukazuje, oświetla. Taka jest pierwsza charakterystyczna cecha ofiary. Cecha, która różnicuje męczeństwo i ofiarę. Ofiara zawsze objawia coś więcej niż sam ból, objawia prawdę, jest słowem, poza którym kryje się prawda. Ale to dopiero początek – najważniejsze bowiem zawiera się w tym, co powiedział święty Paweł: „Usprawiedliwieni przez Krew Jego”.

Te słowa: „usprawiedliwieni przez Krew”, są bardzo ważne.

Usprawiedliwieni. Co to znaczy usprawiedliwieni? Usprawiedliwić to znaczy sprawić, żeby coś było wartością. Usprawiedliwić człowieka znaczy wykazać, że ten człowiek jest wartością. Ale w jaki sposób można wykazać, że ten człowiek jest wartością? Jakimi słowami? Jaką perswazją?

Nie ma takich słów i nie ma takiej perswazji. Można, co najwyżej, zwrócić uwagę na to, że ktoś jest do czegoś przydatny. Przydatny do prowadzenia samochodu, do noszenia listów, do rozdawania gazet. Ale że jest wartością, tego słowami się wykazać nie da. To wykazuje się inaczej: poprzez poświęcenie. Jeśli poświęcę się za ciebie, jesteś wartością, a jeśli nie – nie jesteś.

Bóg Stwórca stworzył na początku świat. Ale samo powołanie do istnienia świata nie oznacza, że świat ten i ludzie na nim żyjący mają jakąś wartość. Albo że jeden stworzony byt jest więcej wart od drugiego bytu. Dopiero wybranie i śmierć Syna Bożego na krzyżu było prawdziwym stworzeniem wartości. Syn Człowieczy, który poświęcił się za człowieka, stworzył człowieka jako wartość. Absolutne poświęcenie ustanowiło absolutną wartość człowieka. Stąd to: „cenniejsi jesteście niż wróble”.

Ale zobaczmy to jeszcze wnikliwiej, bo sprawa jest niesłychanie ważna. Dotykamy tutaj jądra chrześcijaństwa. Co znaczy poświęcić się za kogoś? Znaczy zrobić coś za kogoś, umrzeć zamiast kogoś, dać się zabić zamiast kogoś, zastąpić go w jego umieraniu jak jakiś zakładnik. I na tym właśnie polega ofiara w przyszłość – od świadectwa prawdzie po usprawiedliwienie. Usprawiedliwienie, którego punktem istotnym jest poświęcenie. Męczeństwo staje się wtedy ofiarą, kiedy potrafi się przeistoczyć w poświęcenie. W przeciwnym wypadku, jeśli męczeństwo staje się tylko męczeństwem, zostaje niedojrzałym bólem, ofiarą w przeszłość. Ale prawdziwa ofiara jest zawsze ofiarą w przyszłość. I z niej bierze się więź – więź łaski.

Łaska to gratia, a gratia to wdzięk, czyli wzajemna wdzięczność Boga i ludzi. Wczoraj mówiliśmy o tym, że z wybrania wynika wierność, dzisiaj – że z ofiary wynika wdzięczność. I wierność łączy się z wdzięcznością. Rozumiecie, co to jest wdzięczna wierność?

Chrześcijaństwo w tej myśli o łasce, która spływa z ofiary krzyża, niesie w sobie wielką metafizykę wdzięczności. Czasem była wierność niewdzięczna, ale tutaj jest wdzięczna wierność. Na tym polega łaska. I to jest właśnie to, przy pomocy czego chrześcijaństwo pokonywało pogańskie fatum.

Wspomnieliśmy o pogaństwie. Pogaństwo, zwłaszcza greckie, znało ideę męczeństwa, ale nie znało idei ofiary. Był męczennikiem Prometeusz, był męczennikiem Edyp, była męczennicą Antygona. Wszyscy oni byli męczennikami podziemnego fatum. W ich losie ukazywała się ostateczna prawda o dramacie człowieka. Od losu uciec nie można – ta prawda nie przyniosła żadnego wyzwolenia. Bohater grecki przegrywał w starciu z fatum. Kiedy przegrywał, milczał, bo nie miał już nic do powiedzenia ani bogom, ani ludziom. Jego tragedię komentował pieśnią chór. Pieśniarz i poeta dążyli do tego, ażeby tragedię fatum przemienić w wielkie dzieło sztuki. Zamiast rozpaczać nad losem bohatera, można było los ten ubrać w kategorię piękna i uczynić przedmiotem podziwu. Sztuka grecka dokonuje cudu, skłania do podziwiania tragicznej historii ludzi. To przynosi jakąś ulgę; powoduje dystans, odległość; w pewnym sensie wyzwala. Ale wyzwala w tym sensie, że oddala od wzroku. Rozwiązania tego będzie potem próbował każdy artysta przy każdym męczeństwie. Wielki artysta będzie starał się ludzkie męczeństwo zamknąć w pięknie tragedii i uczynić je przedmiotem estetycznego podziwu.

Estetyczne przezwyciężenie klęski nie jest jednak jej przezwyciężeniem do końca. Ono wyrasta z pogaństwa i pozostaje w jego ramach, nawet wtedy, jeżeli uznać trzeba, że taka estetyka jest najwyższym wykwitem pogańskiego ducha. A dlaczego tak jest, że nie ma przezwyciężenia? Jest tak dlatego, bo estetyka nie stwarza więzi.

Antygona jest sama. Prometeusz jest sam. Edyp jest sam. Nikt im nie jest za nic wdzięczny. Jest fatum, ale nie ma wiernej wdzięczności. Bo też nie ma usprawiedliwienia.

Ale Chrystus nie jest sam. Chrystus od samego początku rodzi wyznawców, to znaczy tych, którzy wiedzą, co to jest wierna wdzięczność. I dlatego łaska zajmuje miejsce fatum. Fatum wiązało człowieka z tym, co poniżej człowieka. Łaska, czyli wdzięk ducha, łączy Chrystusa z Piotrem, Piotra z Pawłem, Pawła z Teofilem, mnie z tobą. Łączy o tyle, o ile zrozumiemy, co to jest wierna wdzięczność Chrystusowi za wybranie, za usprawiedliwienie, za to, że stawszy się ciałem, stał się potem Słowem, ażeby do Boga przemówić za ciebie i za mnie.

Tego niezwykłego dzieła usprawiedliwienia dokonuje Bóg w obliczu Boga. To zdumiewające. To szokujące, a może nawet gorszące – jak twierdzi Nietzsche: Syn Boży umiera na krzyżu w obliczu Boga Ojca; Bóg Ojciec stwarza świat dla Syna, aby Syn mógł świat usprawiedliwić dla Ojca.

Ale tego nie należy rozumieć po dziecięcemu. To nie jest tak, że jeden Bóg syci się widokiem bólu drugiego Boga. Nie ma przecież dwóch Bogów. Bóg jest jeden. To, co się dzieje, dzieje się w łonie jednej i tej samej Boskości. Usprawiedliwienie dokonuje się w łonie Trójcy Świętej. Dzięki ofierze Syna Bożego, który stał się człowiekiem, człowiek wkroczył w wewnętrzne życie Trójcy Świętej. Jak kiedyś dzięki Maryi Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami, tak teraz dzięki usprawiedliwieniu dokonanemu przez Syna Bożego ciała nasze stają się częścią Słowa i mieszkają między Osobami Trójcy Świętej.

To wszystko, drodzy moi, zakłada oczywiście określoną wizję cierpienia i śmierci. My, ludzie cieleśni, patrząc powierzchownie, widzimy, że cierpienie jest przede wszystkim niszczeniem. Cierpienie nas niszczy, ale Ewangelia uczy nas głębszego spojrzenia. Cierpienie może być również objawieniem prawdy, świadectwem danym prawdzie, a przede wszystkim usprawiedliwieniem. Może być poświęceniem, które usprawiedliwia i stwarza więź. To jest ta druga strona cierpienia, na którą zazwyczaj jesteśmy ślepi. Pod jednym wszakże warunkiem, że z męczeństwa potrafimy uczynić ofiarę. Każdy z nas jest w jakimś stopniu męczennikiem. Samo życie czyni nas męczennikami. Ale nie każdy potrafi z własnego męczeństwa wykrzesać ofiarę. Dlatego męczeństwo nas dzieli, bóle nas dzielą. Dzielą, a nie łączą. Jeżeli jednak w życiu naszym nasze męczeństwo przestanie dzielić, a zacznie łączyć, to znaczy, że zaczyna się ofiara. I wtedy, w tym momencie, cokolwiek by się rzekło, świadomie lub mniej świadomie, stajemy się uczniami Jezusa Chrystusa. Bo na tym polega to, żeby być uczniem Jezusa Chrystusa, na tym i tylko na tym, by umieć z męczeństwa krzesać ofiarę.

Drodzy Bracia, drogie Siostry! Powróćmy do obrazu, od którego wyszliśmy. Wokół trumny stał lud i milczał. A jeśli nawet mówił lub śpiewał, to tylko z Bogiem i ku Bogu. Jakże można było wołać wtedy o chleb, jakże można było wtedy wołać o własną godność, jakże można było wtedy dopominać się sprawiedliwości, skoro miłosierdzia było nam trzeba. Ta trumna była znakiem, że Bóg znów nawiedził swój lud. Znów okrucieństwo tego świata zadało cios, który obraca się przeciwko niemu. Zamiast strachu i rozproszenia pojawia się więź. Trzeba nam ten znak dobrze zrozumieć. Chylimy czoła w kornej modlitwie przed tą ofiarą. Ale z trwogą myślimy o tym, że trzeba nam takich aż znaków, abyśmy zrozumieli to, co najprostsze. Trzeba, abyśmy zadali sobie pytanie: Kogo i co usprawiedliwia ta ofiara?

Pytanie takie jest pytaniem ludzi myślących. Jeśli go nie postawimy albo jeśli nie znajdziemy na to pytanie odpowiedzi, to męczeństwo będzie zmarnowane. Ale ja dzisiaj tej odpowiedzi nie dam. Odpowiedź musi dać każdy z was z osobna, patrząc na przykład apostołów i na to, co oni z męczeństwa Chrystusa czynili. Chcę tylko na marginesie powiedzieć, że znak ten jest łaskawy, ale i straszliwy. Straszliwy, bo – prawdę rzekłszy – po krzyżowej ofierze Chrystusa nie powinno już być żadnych podobnych powtórzeń. Cokolwiek można było osiągnąć przez męczeńską ofiarę życia, zostało już wtedy osiągnięte. Świadectwo prawdzie zostało dane. Bóg jest już między nami i my też mamy już mieszkanie w Bogu. Jeśli jednak nadal pojawiają się wśród nas męczeńskie ofiary, jest w tym powód do skruchy także dla nas, chrześcijan. Nie potrafiliśmy bowiem dotąd przekonać świata, że takie ofiary nie są już mu potrzebne.

Dlatego ta trumna jest dla nas nie tylko łaską, ale i upomnieniem. Tak, także upomnieniem.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter