70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Campanella

Strefy cienia zawsze otaczać będą postać tego człowieka – pewnego siebie, chętnie posługującego się prowokacją i agresywnego, którego okoliczności, to jest procesy i więzienie, zmuszały do skrywania czasem swoich prawdziwych uczuć.

Na początku 1968 roku miałem szczęście spotkać w Paryżu Marguerite Yourcenar, która wydała właśnie swój Kamień filozoficzny, podczas gdy w księgarniach pojawiła się moja Cywilizacja Odrodzenia. Wydawcy zorganizowali nasze spotkanie. W trakcie długiej rozmowy w hotelu przy rue de Rivoli, gdzie się zatrzymała, Marguerite Yourcenar powiedziała mi, że rozważała uczynienie z postaci Campanelli tematu powieści historycznej. W nocie zamieszczonej w zakończeniu Kamienia filozoficznego zdradza, jak wpadła na ten pomysł. Wyjawia tam, że przedstawiając proces Zenona, bohatera swojej książki, inspirowała się rzeczywistym procesem Campanelli, który mu wytoczono, kiedy zainicjowany przez niego w 1599 roku spisek kalabryjski przeciwko wicekrólowi Neapolu zakończył się niepowodzeniem. Marguerite Yourcenar nie zrealizowała swojego zamierzenia. Być może w trakcie późniejszych badań zorientowała się, że Campanella nie był w dosłownym znaczeniu „wolnomyślicielem”, jak, opierając się na dokumentach z procesu przedstawiali go historiografowie z końca XIX i początku XX wieku. W każdym razie rozmowa ta zapadła mi w pamięć i przez lata pomysł ten tak mnie nurtował, że zainteresowałem się, nie jako powieściopisarz, lecz jako historyk, tym niepospolitym człowiekiem, który wzbudzał w swojej epoce i wzbudza do dziś sprzeczne sądy. Bardzo byłem ciekaw, kim on był naprawdę.

Campanella był autentyczną postacią powieściową i do relacji o jego życiu nie potrzeba dorzucać żadnych szczegółów. Składa się na nie podejrzliwa niezależność, nawroty nieufności, dramatyczne przygody, więzienia i tortury, zaskakujące zwroty i nieprzewidziane zakończenia. Campanella przejawiał w dodatku przez wszystkie lata swojego życia niewiarygodną zdolność, fizyczną i moralną, powstawania z najgorszych doświadczeń.

Urodzony w 1568 roku jako syn kalabryjskiego szewca analfabety Campanella pozostał głęboko przywiązany do swojej ojczystej Kalabrii, choć opuścił ją na zawsze w wieku trzydziestu jeden lat. Pokażmy więc tu pokrótce tę odległą prowincję, której mieszkańcy uważani są w tamtym okresie za wierzących w zabobony dzikusów. Nękana przez tarantule, nawiedzana przez trzęsienia ziemi i częste susze, przemierzana przez rozbójników, którzy łupią podróżnych, pełna mnichów uprawiających mniej lub bardziej włóczęgowski tryb życia Kalabria z końca XVI wieku ma złą reputację. W 1612 roku jakiś angielski podróżnik stwierdza, że ze wszystkich ludów chrześcijańskich Kalabryjczycy są „najmniej cywilizowani i najbardziej chłopscy”.

Mimo to region ten, niegdyś stolica pitagoryzmu, w czasach Campanelli miał za sobą długą przeszłość niezależności intelektualnej, która bezsprzecznie wywarła wpływ na autora Miasta Słońca. Z dumą będzie przywoływać później „Kalabrię, swoją ojczyznę, niegdyś Wielką Grecję, która rozpowszechniła po całym świecie wiedzę o gwiazdach i architekturze wszechświata”. W Kalabrii urodzili się i żyli: mnich prorok Joachim z Fiore (zm. 1202), którego Campanella często będzie cytować, i filozof Bernardino Telesio (zm. 1588), którego głęboka wrogość wobec Arystotelesa odegra decydującą rolę w ewolucji naszego bohatera.

Jeśli Campanella stał się w swoich czasach filozofem o światowej sławie, to dlatego, że mógł studiować dzięki zakonowi dominikańskiemu, do którego wstąpił w wieku czternastu lat, w którym nigdy nie czuł się dobrze, ale którego habit zawsze nosił, nawet w więzieniu. Zmarł w paryskim klasztorze braci kaznodziejów w 1639 roku. Stworzył, najczęściej w więzieniu i dzięki fantastycznej pamięci, dzieło ogromne, w którym łączą się filozofia, nauka, teologia, polityka, astrologia i przepowiednie. W więzieniach spędził w sumie trzydzieści lat: w Padwie, w Rzymie, przede wszystkim w Neapolu (dwadzieścia siedem), potem znowu w Rzymie.

Zatrzymajmy się na chwilę nad jego procesem w Neapolu po klęsce spisku kalabryjskiego. Jako zakonnik sądzony był przez miejscowy sąd inkwizycji podzielony na dwie sekcje. Jedna orzekała w sprawie buntu, druga – w kwestii przypisywanych Campanelli heretyckich wypowiedzi. Pierwsze dochodzenie nie zostało nigdy zamknięte, ponieważ oskarżony był raczej inspiratorem niż sprawcą. Drugie musiałoby doprowadzić do kary śmierci. Oskarżony był bowiem recydywistą, skazanym już w Rzymie w 1595 roku na odprzysiężenie z powodu „poważnego podejrzenia o herezję”. Campanella wymyślił więc fortel, który stał się słynny: w więzieniu i przed trybunałem zaczął symulować obłęd. Inkwizycja nie skazywała bowiem na śmierć szaleńców, ponieważ człowiek zgładzony w stanie obłąkania umierał bez skruchy i mógł trafić do piekła. Bardzo zakłopotani sędziowie poddali więc oskarżonego dość rzadkiej torturze, która miała zweryfikować jego szaleńcze zachowanie – męczarni zwanej veglia (czuwanie): skazańcowi nie wolno było zasnąć przez 36 godzin. Usadowiony był dodatkowo na raniącym go siedzisku i miał utrudnione oddychanie. Campanella dobrze to zniósł i sędziowie skazali go na dożywocie, tłumacząc wątpliwości na jego korzyść.

Przebywając od tego momentu w więzieniu, pisał z niezachwianą pewnością siebie list za listem do kolejnych papieży, wpływowych kardynałów, władców Hiszpanii, austriackich arcyksiążąt, wielkich książąt Toskanii, władz Wenecji, a także Galileusza. Ciesząc się sławą astrologa jeszcze w czasach swojego pobytu w lochach neapolitańskich, wzbudził zainteresowanie Rzymu, kiedy został tam przeniesiony w 1626 roku do więzienia inkwizycji. Nastąpił zaskakujący zwrot akcji: Campanella został wtedy na pewien czas zaufanym astrologiem Urbana VIII, który lękał się bliskiej śmierci z powodu niepomyślnego horoskopu. Papież sprowadzał go potajemnie z więzienia do swego pałacu, a ten organizował dla niego obrzędy mające zażegnać zły wpływ gwiazd. Niedługo został uwolniony; jego nazwisko zdjęto z indeksu, a jego zakon przyznał mu nawet stopień „doktora teologii”. Ale ponieważ astrologiczne związki między papieżem a Campanellą zostały odkryte, Urban VIII nie mógł już udzielać mu nadal poparcia i ułatwił jego ucieczkę do Francji. Filozof astrolog został wtedy kimś w rodzaju doradcy kardynała Richelieu w sprawach włoskich, w chwili kiedy Francja przystąpiła do wojny trzydziestoletniej. Campanella po raz ostatni pojawił się na scenie publicznej, żeby na prośbę Anny Austriaczki i Richelieu sporządzić horoskop delfina, który w 1638 roku właśnie przyszedł na świat – przyszłego Ludwika XIV. Do horoskopu dołączył napisaną po łacinie sielankę, swoje ostatnie dzieło, przepowiadając, że to cudowne dziecko zostanie królem „Miasta Słońca” obejmującego cały rodzaj ludzki.

Trudno wyobrazić sobie w ramach tamtej epoki życie obfitujące w większe kontrasty i bardziej zadziwiające. Dlatego użyłem określenia „bohater powieściowy”.

Otóż – co stanowi wielką komplikację – dzieła, jakie pozostawił, naznaczone są sprzecznościami i paradoksami wprawiającymi w bezradność tych, którzy próbują je zgłębiać. To „zagadka Campanelli”. Jego najbardziej znaną dzisiaj (choć nie w XVII wieku) pracą jest Miasto Słońca, napisane w 1602 roku, na początku jego uwięzienia w Neapolu. Klasyfikuje się ją powszechnie jako literacką utopię, podobnie jak dzieło Thomasa More’a, które wyszło w 1516 roku. Opublikowana została ona w Niemczech w 1623 roku jako dodatek do księgi zatytułowanej Philosophia realis. Wyobrażone przez siebie Miasto sytuuje Campanella gdzieś na wyspie Taprobane (Sri Lanka). Składa się ono z siedmiu koncentrycznych kół poświęconych odpowiednio Słońcu, Księżycowi oraz pięciu znanym wówczas planetom. Solariuszami rządzi najwyższy kapłan „Metafizyk”, wspomagany przez trzech książąt zwanych Pon, Sin i Mor, co ma oznaczać: Potęgę, Mądrość i Miłość. Pon zajmuje się pokojem i wojną, Sin nauką, sztukami wyzwolonymi i mechaniką, Mor prokreacją, edukacją, rolnictwem wokół miasta oraz ubiorami. Najbardziej spektakularną cechą charakterystyczną miasta zbudowanego wokół świątyni Słońca jest to, że powstało z sześciu ogromnych murów służących jednocześnie jako mieszkania i jako fortyfikacje. Dodatkowo wszystkie sześć murów na zewnątrz i w środku pomalowanych jest tak, by mogły służyć jako ilustrowana encyklopedia, z której każdy może skorzystać w dowolnej chwili. Miasto Słońca było zaskakujące ze względu na skojarzenie teokracji z całkowicie komunistyczną organizacją społeczeństwa. Poligamia jest tam regułą i służyć ma wyłącznie prokreacji. Prokreacja dokonywać się ma według wskazówek wyczytanych w gwiazdach.

Miasto Słońca odniosło wielki sukces w XIX wieku, kiedy to rozwijała się literatura socjalistyczna i wrażliwość na propozycje upowszechnienia wykształcenia, pochwałę pracy rąk, krytykę próżniactwa bogaczy, a zatem odrzucenie wyzysku człowieka przez człowieka. Campanella pisał: „[w Mieście Słońca] nikt nie uważa za upokarzające nakrywać do stołu, pracować w kuchni czy gdzie indziej… Oni mawiają, że dla stopy zaszczytne jest chodzenie, a dla oka patrzenie”. Kontrprzykładem jest Neapol, gdzie, jak stwierdza Campanella, „na 300 000 mieszkańców ciężko pracuje mniej niż 50 000. Całymi dniami próżniacy żyją w upodleniu lenistwa, skąpstwa, rozwiązłości i psują wielu, trzymając ich na służbie lub wciągając we własne nałogi”. Dzisiaj rozumiemy jednak lepiej niż w XIX wieku, że wyobrażone przez Campanellę miasto było w jego zamyśle społeczeństwem doskonałym, które wyszło z rąk Boga u zarania dziejów ludzkości, społeczeństwem, które miało się na nowo urzeczywistnić w ciągu tysiąca lat pokoju mającego poprzedzać, według Apokalipsy, koniec świata. Należy więc umieścić to marzenie o przyszłości w perspektywie milenarystycznej, bardzo dla nas mylącej.

Nowy aspekt „zagadki Campanelli”: jako jedyny lub prawie jedyny w swoich czasach, a co więcej w więzieniu, napisał Obronę Galileusza, opublikowaną w 1622 roku w Niemczech. Argumentacja, jaką tam rozwinął, zawiera następujące punkty: 1. Mojżesz i Jezus nie objawili nam ani astronomii, ani nauki w ogóle, a więc, pisał, „nie wiem, jak Pismo Święte miałoby ucierpieć z powodu doktryn Galileusza”; 2. Mojżesz przystosował się do ówczesnego sposobu wyrażania. Wiedział dobrze, że Księżyc jest mniejszy niż Ziemia, „ale mówił w taki sposób, jak mówiła powszechnie jego epoka”; 3. z powodu niewiedzy święci i ojcowie Kościoła mogą mylić się w dziedzinie nauk; 4. „Jeżeli Galileusz wykazał w ostateczny sposób to, co głosił, to odszczepieńcy od rzymskiej teologii nie będą z tego [wyroku skazującego] szydzić”.

Trzeba jednakże zrównoważyć te stwierdzenia różnymi racjami. Campanella bowiem dystansował się zawsze od Kopernika i, jak się wydaje, powątpiewał w heliocentryzm. Z drugiej strony, podczas gdy Galileusz interesował się życiem przyrody i jej zwyczajnymi prawami, Campanellę pociągała wyjątkowość i tajemnica. Nie był on w dodatku ani matematykiem, ani specjalistą od obserwacji (ale jak miałby to robić w więzieniu?). Jego zainteresowanie od początku do końca życia skupiało się na rzekomym przybliżaniu się Słońca do Ziemi, co dla proroka, za którego się uważał, było zapowiedzią wstrząsów mających poprzedzać ostatnią epokę świata. Campanella nie wiedział, że kąt między pozorną trajektorią Słońca a równikiem Ziemi ulega wahaniu i zmienia się co 20 000 lat. Obecnie się on zmniejsza i można mieć wrażenie, że Słońce zbliża się do Ziemi.

Trzeba ponadto zaznaczyć, że od pierwszej do ostatniej ze swych książek Campanella deklarował się jako wróg Arystotelesa, co bardzo wcześnie wzbudziło nieufność jego zakonu, ponieważ św. Tomasz z Akwinu chciał „ochrzcić” Arystotelesa, a w epoce katolickiej reformacji Kościół powrócił do Arystotelesa, po tym jak Renesans opowiedział się za platonizmem. Jako antyarystotelik Campanella miał zatem, najpierw w Niemczech, następnie we Francji, reputację „nowatora”, którą wzmocniło jego długotrwałe uwięzienie i obrona Galileusza. Z bardziej odległych środowisk zaliczyliby go chętnie do swoich paryscy „libertyni”, ale spuścili z tonu, kiedy był we Francji. Jeśli chodzi o Kartezjusza, ironicznie potraktował on jego Metafizykę, która ukazała się w Paryżu w 1638 roku.

Inny paradoks: począwszy od 1613 roku Campanella pisał ogromną Teologię w trzydziestu tomach, która ukazała się dopiero w drugiej połowie XX wieku i w której przedstawia się jako obrońca katolicyzmu. Nigdy jednak nie wyparł się dzieła napisanego w 1604, a opublikowanego w Niemczech w 1620 roku, De sensu rerum et magia, w którym stwierdzał, że wszechświat ma duszę, a wrażliwością obdarzał nawet kamienie. Poza tym przez całe swoje życie i we wszystkich pismach utrzymywał, że religia jest sprawą wrodzoną i że chrześcijaństwo jest ukoronowaniem religii naturalnej obecnej w sercu każdego człowieka. Był więc podejrzany w oczach Kościoła, który zarzucał mu, że nie docenia Objawienia i wstrząsu, jakim był grzech pierworodny.

Ale to jeszcze nie koniec sprzeczności związanych z Campanellą i problemów, jakie z nich wynikają. Jednym z najbardziej dyskutowanych w XVII wieku dzieł jest napisany przez niego w 1607 roku Atheismus triumphatus („Zwycięstwo nad ateizmem”). Atakuje tam z pasją Machiavellego, którego oskarża o to, że opowiadał się za odnoszeniem zwycięstw politycznych wszelkimi sposobami, a w religii widział tylko narzędzie władzy. Campanella argumentował, przeciwnie, że religia ma cementować społeczeństwo, ponieważ pochodzi od Boga. Campanella był jednak oskarżony w swoim czasie, że sam jest uczniem Machiavellego. Uważano tak ze względu na cyniczne porady, jakich udzielał katolickim książętom swojej epoki, szczególnie królom Hiszpanii, w kwestii walki z heretykami. Rady te, z których można się domyślać, że cel uświęca środki, figurują przede wszystkim w książce zatytułowanej Monarchia hiszpańska, która ukazała się w Niemczech w 1620 roku i która była niewątpliwie najbardziej poczytnym dziełem Campanelli w Europie pierwszej połowy XVII wieku.

Znaczącą próbką porad udzielonych katolickiemu królowi w Monarchii hiszpańskiej jest zalecenie, które miało przyspieszyć poddanie się zbuntowanych Niderlandczyków: „Jeśli waleczny i rozumny kapitan króla hiszpańskiego będzie sprawiać wrażenie, że się buntuje i przechodzi na stronę wroga, zdobywając z czasem zaufanie, niech Stany [Generalne Niderlandów] mianują go kapitanem wojny przeciwko Hiszpanii i w ten sposób wyda on następnie armię i Stany Hiszpanii”.

Trzeba wreszcie dodać, co się tyczy niejasnych czasem intencji Campanelli, że Święte Oficjum, a także luteranie podejrzewali go niekiedy, iż jest zakamuflowanym libertynem, w Atheismus triumphatus przedstawił bowiem bardzo detalicznie zarzuty przypisywane przeciwnikom chrześcijaństwa: była to wówczas często stosowana przez „libertynów” taktyka.

Wspomnieliśmy już, że wiele ważnych książek Campanelli zostało wydanych w Niemczech w czasie, gdy on sam był więźniem w Neapolu i miał w zasadzie zakaz publikowania we Włoszech. Można się dziwić, że mimo bardzo ciężkich czasem warunków w kolejnych więzieniach mógł on, z jednej strony, kontynuować pisanie, a z drugiej – przekazywać swoje rękopisy na zewnątrz. Było tak dlatego, że miał tam wsparcie – dostarczano mu papieru i świec i przekazywano jego teksty przyjaciołom, którzy przepisywali je w wielu egzemplarzach – niektóre z nich znalazły się potem w Niemczech.

I tutaj pojawia się kolejny paradoks. Campanella stał zawsze na stanowisku przeciwnika Reformacji, której zarzucał dwie rzeczy: 1. że podzieliła świat chrześcijański, podczas gdy należało, przeciwnie, pracować nad zjednoczeniem ludzkości, a w pierwszej kolejności chrześcijan; 2. że nauczała, iż grzech pierworodny zniweczył całkowicie wolną wolę; Campanella zawsze obalał to stwierdzenie. Otóż to właśnie dzięki niemieckim luteranom Europa poznała mnicha filozofa, humanistę saksońskiego Tobbia Adamiego, który podróżując po Włoszech, spędził w Neapolu osiem miesięcy w latach 1612–1613. Już wcześniej słyszał o Campanelli. Ponieważ nie mógł się z nim spotkać, w samym Neapolu wymienił z uwięzionym około 200 listów, po czym wyjechał z pewną liczbą jego rękopisów, które wydał następnie w Niemczech. To właśnie Adami opublikował w Niemczech w latach 1620–1623 De sensu rerum et magia, Philosophia realis zawierającą Miasto Słońca, Obronę Galileusza (tytuł pochodzi od niego), Monarchię hiszpańską oraz wybór 89 wierszy Campanelli. W korespondencji neapolitańskiej Campanella niewątpliwie próbował nawrócić swego niemieckiego przyjaciela na katolicyzm, lecz bez powodzenia. Jednak dzięki tej bocznej drodze przez Niemcy i pewnemu luteraninowi Campanella zyskał międzynarodową sławę.

Kolejny paradoks: w 1599 roku Campanella zainicjował w Kalabrii spisek przeciwko rządom wicekróla (hiszpańskiego) z Neapolu. Tymczasem przed spiskiem i potem, przez 30 lat, opowiadał się za światową monarchią pod berłem króla Hiszpanii. Pragnienie to wyraził w Monarchii hiszpańskiej, jednej z najbardziej znanych i dyskutowanych jego książek w tamtym okresie. Po czym, pod koniec życia, zwrócił się do przeciwniczki Hiszpanii – Francji, której król zdał mu się teraz księciem najbardziej zdatnym do sprawowania światowego władztwa.

Król Hiszpanii czy Francji powinien być jednakże, zdaniem Campanelli, najwyżej namiestnikiem, rycerzem papieża, najwyższego dowódcy zjednoczonego ponownie chrześcijaństwa, które samo miałoby poprzedzać wspólnotę światową. Żaden z teologów katolickich nie poszedł ówcześnie równie daleko jak on w projektowaniu papieskiej teokracji o światowym zasięgu. Niemniej jednak, kiedy Campanella był, jak się wydawało, w łaskach u Urbana VIII, władze Rzymu wycofały ze sprzedaży jedną z jego książek, Monarchię Mesjasza, na której druk wyraziły wcześniej zgodę: obawiano się bowiem, że jej skrajny cezaropapizm będzie miał katastrofalny wpływ na katolickich książąt.

Pod wieloma względami Rzym obawiał się więc tego myśliciela, który głosił, że jest obrońcą papieża i katolicyzmu, ale dawał powody do podejrzeń, kiedy z jednej strony pisał o astrologii, z drugiej – o grzechu pierworodnym, wolnej woli i łasce: palących tematach XVII wieku. Dodatkowym powodem, by mu nie ufać, było to, że wielokrotnie stwierdzał, iż pewność istnienia świata pozaziemskiego zdobył dzięki demonom, które ukazały mu się w neapolitańskim lochu w 1603 roku.

Wreszcie Campanella nie przestaje nas zadziwiać, ponieważ od początku do końca swojej kariery uważa się za proroka. Opierając się na Platonie, Sybillach, Hermesie Trismegistosie, Biblii, ojcach Kościoła, Joachimie z Fiore, świętej Brygidzie… i znakach na niebie i ziemi, niestrudzenie przepowiadał wydarzenia eschatologiczne… które nie następowały.

Ktoś taki jest dla historyka wyzwaniem, ale wyzwaniem pobudzającym, przede wszystkim jeśli uwzględnia jego zwroty w myśleniu, mniej lub bardziej szczere, i strefy cienia, które otaczają jego postać. Kim był naprawdę? Co tkwiło u podłoża jego myśli? Cóż to za materiał! Czy w efekcie moich badań bardziej przejrzysta stanie się dla nas jego dusza i doktryny? Będę próbował więc teraz rozjaśnić kwestie, które podniosłem, i zrekonstruować, przynajmniej w formie hipotez, spójność tego zaskakującego człowieka, wielkiej postaci późnego Renesansu, zbyt często nieznanej dziś poza Włochami.

*

Nie ukrywajmy więc przede wszystkim, że strefy cienia zawsze otaczać będą postać tego człowieka – pewnego siebie, chętnie posługującego się prowokacją i agresywnego, którego okoliczności, to jest procesy i więzienie, zmuszały do skrywania czasem swoich prawdziwych uczuć.

Najpierw niejasna jest jego rola w powstaniu kalabryjskim. Był niewątpliwie jego inspiratorem, w nadziei, w naszych oczach złudnej, na utworzenie w swojej ojczystej prowincji mikrorepubliki komunistycznej, która rozprzestrzeniłaby się następnie na Włochy i jeszcze dalej. Przywołani w Kamieniu filozoficznym anabaptyści z Münsteru w latach 1534–1535 żywili równie fantastyczne złudzenia. Jednak bunt przeciwko przedstawicielowi króla Hiszpanii w południowych Włoszech nastąpił w momencie, kiedy Campanella, jak się wydaje, miał już częściowo napisaną Monarchię hiszpańską i opowiadał się w niej za światowym władztwem katolickiego króla, który sam miałby być mieczem papieża. Czy przeczył sam sobie?

Niekoniecznie. Dalszym planem projektu, jakkolwiek nierealistyczne nam się to wydaje, było być może uzdrowienie Kalabrii eksploatowanej przez urzędników wicekróla i oddanie jej wraz z całym królestwem w ręce papieża, teoretycznego suzerena południowych Włoch. Po czym biskup rzymski i król Hiszpanii, „nowy Cyrus”, wspólnie rozciągnęliby na cały świat chrześcijański, a później na świat w ogóle, system republiki wspólnotowej urzeczywistniony najpierw w górach południowych Włoch. Jednakże Campanella nie mógł nie wiedzieć o negocjacjach, które Maurizio de Rinaldis, szlachcic kalabryjski walczący w rebelii, prowadził z Turkami będącymi wówczas głównym wrogiem chrześcijaństwa.

Z drugiej strony kwestia „konwersji” Campanelli ciągle jeszcze jest częściowo zagadkowa, jeśli nie co do tego, czy rzeczywiście nastąpiła, bo to uznaje obecnie większość historyków, to przynajmniej co do tego, kiedy miała miejsce i jak była głęboka. Wydaje się, że Campanella sprzed spisku jest deistą, zwolennikiem „religii naturalnej”, raczej sceptycznym co do boskości Jezusa, dziewictwa Maryi, sakramentów i cudów i niezbyt skłonnym uważać grzech za dramat. Jego „konwersja”, niewątpliwie stopniowa, dokonała się w więzieniach Neapolu. Ale kiedy i jak? Już w Obronie przedstawionej sędziom w 1600 roku ujawnia się jego powołanie proroka chrześcijańskiego. Potem, w 1603, objawiają mu się „demony”, co przekonuje go o istnieniu świata pozaziemskiego.

Dla przybliżenia psychologii Campanelli warto przypomnieć, jak relacjonował to widzenie w swoim dziele De sensu rerum et magia, napisanym w następnym roku:

Diabły usiłowały mnie przekonać, że dusza [po śmierci] wędruje z ciała do ciała i że człowiek nie ma wolnej woli. Przepowiadały mi sprawy prawdziwe i fałszywe. Nie twierdzę, że były zamknięte w ludzkich ciałach, ale że mnie się jawiły w pewien określony sposób. Nigdy bym nie pomyślał, że są tak złe… Otóż jeśli demony kontaktują się z ludźmi, jeszcze bardziej czynić to będą aniołowie, i to jest ważnym dowodem, że dusza po opuszczeniu ciała wędruje w otoczeniu dobrych lub winowajców, do których najbardziej upodobniała się w swoich dziełach. Jeśli nie, po cóż mieliby [aniołowie i demony] zajmować się nami?

W Atheismus triumphatus, którego pierwszy zapis datowany jest na 1607 rok, Campanella powraca do tego wyznania i przedstawia się teraz jako przewodnik Kościoła rzymskiego i rzecznik zreunifikowanego chrześcijaństwa. W listach do papieży i kardynałów sugeruje utworzenie kolegium misjonarzy kalabryjskich przygotowanych do nawracania pogan i heretyków. Siebie widzi jako ambasadora katolicyzmu wobec książąt luterańskich. W 1615 ukończy dzieło, które w tamtym okresie pozostało w formie rękopisu, zatytułowane Quod reminiscentur, napisane w celu nawrócenia na katolicyzm wszystkich książąt i wszystkich narodów ziemi. Tytuł odsyła do Psalmu 22 („Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi”). Nie przeniesie zresztą poligamii, o której pisze w Mieście Słońca, do swoich przepowiedni dotyczących nowego złotego wieku, a do swojej Teologii, którą rozpoczął w 1613, wprowadzi grzech pierworodny. W tej ogromnej summie (30 tomów), która opublikowana została dopiero w XX wieku, wychwalać będzie cuda, siedem sakramentów i ustalenia soboru trydenckiego.

Po swojej konwersji natomiast zachowywał się niezbyt szczerze. Pragnienie opuszczenia więzienia i konieczność znalezienia możnych protektorów tłumaczą jego przesadnie serwilistyczne gesty, jak na przykład wobec Pawła V pozostającego w ostrym konflikcie z Wenecją z powodu pewnego problemu sądowego w 1606 roku. Obrzuca wtedy inwektywami Republikę Wenecką mimo podziwu, jakim ją darzył. Podobnie wobec Urbana VIII, którego uważał za „Apolla chrześcijan” i którego wiersze sprzed pontyfikatu komentował z przesadną emfazą. Jeśli chodzi o zadziwiające wycofanie się, na mocy którego zastąpił ostatecznie króla hiszpańskiego królem francuskim w swoim projekcie reunifikacji chrześcijaństwa, wytłumaczyć je można potrzebą ochrony, którą odczuwał przez całe życie, nawet po opuszczeniu więzienia.

Zacieranie sprzeczności dotyczących tak zaskakującego człowieka byłoby działaniem antyhistorycznym. Największą z nich jest prawdopodobnie jego postawa wobec Machiavellego. Zwalczał go we wszystkich swoich dziełach, zarzucając mu negowanie boskiego pochodzenia religii i degradowanie jej do poziomu czynnika przydatnego w polityce. Ale przypomnijmy, że wielokrotnie, w licznych wskazówkach dawanych kolejno królom Hiszpanii i Francji, którzy mieli zaprowadzić jedność chrześcijaństwa, udzielał „makiawelicznych” rad posłużenia się przemocą, przebiegłością czy przekupstwem.

Niemniej jednak ważniejsze niż ustępstwa czy sprzeczności było w myśleniu i działaniu Campanelli to, co stałe. Przeciwstawiając poznanie pochodzące z odczuć i obserwacji natury teoretycznym koncepcjom arystotelików, pozostał wierny temu, co nazwano renesansowym panwitalizmem, zgodnie z którym wszystko łączy się ze wszystkim, a siły aktywne to z jednej strony ciepło i zimno, a z drugiej – zasady zachowania i przeciwieństwa.

Zabawnym naświetleniem teorii korespondencji i sposobu, w jaki wszystko łączy się ze wszystkim według panwitalistycznej filozofii Campanelli, jest następujący przypadek przedstawiony z największą powagą w De sensu rerum et magia. Chodzi o pewnego Neapolitańczyka, który na skutek wypadku obciął sobie nos i któremu go odtworzono, przeszczepiając ciało pobrane z ramienia niewolnika, który w podzięce został wyzwolony. Efekt był zadowalający, póki dawca żył. Ale ten zmarł po trzech latach. Nos biorcy zaczął się wtedy rozkładać i odpadł. Tę historię dowcipnie wykorzystał Edmond About w Nosie notariusza (1862).

Ta panwitalistyczna filozofia nieodłączna była od astrologicznych poglądów Campanelli, które przez całe życie leżały u podstaw jego myśli i działań. Jego talent astrologiczny uwiódł Neapol, Rzym i Paryż, Urbana VIII, Richelieugo, Annę Austriaczkę, a nawet pewnego wysokiego dostojnika inkwizycji. Mimo formalnych ustępstw i trudnych sporów z teologami i rzymskim Magisterium Campanella nigdy nie odstąpił od swego początkowego stanowiska w tej dziedzinie. Zawsze wierzył i nauczał, że „Bóg zapisał w gwiazdach prawa i uporządkowanie wszystkiego, co dzieje się w świecie ciał”. Negując regularność i powtarzalność, którą arystotelizm, ale również Galileusz, przypisywali ruchom i zjawiskom na niebie, głosił, że Bóg wkracza w bieg spraw niebieskich według swojej woli, aby wprowadzić tam perturbacje zapowiadające ziemi i ludziom wielkie zmiany. Stąd wywodził ważność astrologii, jednej z form mądrości, mającej interpretować to, co chcą nam przekazać komety, zaćmienia, nowe gwiazdy i gwiezdne koniunkcje, a przede wszystkim niepokojące przybliżanie się Słońca do Ziemi. To rzekome przybliżanie się było stałą troską Campanelli i podstawą proroczych przepowiedni od początku do końca jego kariery.

Ten astrolog był bowiem również autentycznym milenarystycznym prorokiem. Takim stawił się przed spiskowcami z 1599 roku; a czterdzieści lat później napisał sielankę, którą dołączył do horoskopu sporządzonego dla przyszłego Ludwika XIV i w której zapowiadał bliskie nadejście złotego wieku. Miasto Słońca nie było więc jedynie marzeniem więźnia usiłującego w 1602 roku zapomnieć o srogiej niewoli. Nie było tylko, jak zdawała się być Utopia Tomasza Morusa, sposobem krytykowania praktyk politycznych, ekonomicznych i społecznych w tamtych czasach. Było ono, po platońsku, zapowiedzią czasu i społeczeństwa, które miały nadejść. Z jednej strony można je więc łączyć ze spiskiem kalabryjskim, z drugiej – z jego powracającymi przepowiedniami ponownego nadejścia złotego wieku. Campanella chciał, jak mówił: „wprowadzić świat w profetyczną czujność wyczekiwaną przez całe Pismo Święte i świętych doktorów”. Jego misją było odczytywanie na niebie znaków pożogi zwiastującej nowy ziemski raj. Pisał z dumą: „Ten, kto jest w ciemności, nie może ich ujrzeć. Ale ja czuwam i widzę”. Z wyjątkiem poligamii, z której Campanella zrezygnował w swych ostatnich komentarzach Miasta Słońca, nowy wiek złoty, tym razem chrześcijański, miał urzeczywistnić w ciągu tysiąca lat zapowiadanych w Apokalipsie to, co zostało przewidziane na początku historii pod znakiem prawa naturalnego i naturalnej religii – rząd teokratyczny, wspólnotę dóbr, odrzucenie próżniactwa, ale również wyzysku człowieka przez człowieka, wprowadzenie powszechnej edukacji dla kobiet i mężczyzn.

Powstaje więc pytanie, w jakim stopniu Campanella był „nowatorem”, którego, jak sądzili, potrafią rozpoznać jego niemiecki wydawca Adami i francuscy libertyni. Oni to przyjęli go w Paryżu w 1634 roku z entuzjazmem, który potem minął. Dzisiaj Campanella jawi nam się jako Janus o podwójnym obliczu. W rozpoczętym w jego czasach sporze starożytników z nowożytnikami stoi jedną nogą w każdym z obozów. Jest archaiczny ze względu na swoją „magiczną” koncepcję wszechświata, swoją astrologię, która nie otwiera się na astronomię, swój profetyzm zakorzeniony w oczekiwaniach średniowiecza. Archaiczny jest również przez swoje marzenie o powszechności chrześcijaństwa, a nawet monarchii, niewątpliwie spełnione ze względu na sukcesy katolickiej reformacji, ale sprzeczne już z jego epoką z powodu politycznej konsolidacji państw. Wreszcie, mimo Obrony Galileusza, nie może być zaliczony do obrońców wolności sumienia. Wielokrotnie żałował, że Karol V nie kazał zabić Lutra.

Jest jednak „nowożytnikiem”, bo podziwia Krzysztofa Kolumba i Galileusza, bo broni wobec teologów wolności badania natury, bo uważa, że wiek XVII przewyższa wiedzą starożytność, bo pragnie edukacji obejmującej kobiety i szeroko otwierającej się na naukę i technikę, bo w Mieście Słońca proponuje model społeczeństwa, które nie zna wyzysku człowieka przez człowieka.

Trzeba wreszcie wyjaśnić, dlaczego Campanella, najpierw skazany na dożywocie jako heretyk, potem uwolniony dzięki łaskawości Urbana VIII, pozostał ostatecznie postacią podejrzaną w oczach Kościoła rzymskiego mimo licznych propozycji służby misyjnej. Kościół był zakłopotany przypadkiem Campanelli. Kiedy zorientowano się, że nie był – czy też już nie był – obłąkany, trybunał inkwizycji powinien był powtórnie wytoczyć mu proces, w którym zostałby zgodnie z logiką skazany jako ponowny odszczepieniec. Ale w Neapolu procesu nie otwarto i wyrok dożywocia pozostał w mocy, ponieważ Campanella został skazany jako, mniej czy więcej, zwolennik religii naturalnej. Następnie, uwolniony przez wicekróla Neapolu, przejęty został w Rzymie przez Święte Oficjum. Przychyliło się ono chwilowo do życzenia Urbana VIII, usiłowało jednak przyprzeć Campanellę do muru, co ostatecznie udało się w dwóch kwestiach. Po pierwsze, jego doktryny astrologiczne były podejrzane, ponieważ głosił, że nawet powstanie i rozwój religii zależą od gwiezdnych koniunkcji; następnie zbyt wielki nacisk kładł na wolną wolę i nie doceniał wagi grzechu pierworodnego oraz niezbędności łaski – a były to kwestie zasadnicze w XVII wieku. Dla inkwizycji Campanella był i pozostał półheretykiem – jak wówczas mawiano semipelagianinem – którego jak najszybciej trzeba było powstrzymać przed publikowaniem. Francja Ludwika XIII i kardynała Richelieu sprzeciwiła się woli Rzymu.

Pragnę zakończyć na kwestii teologicznej: Campanella był w swoich czasach, naznaczonych augustiańskim pesymizmem, jednym z rzadkich katolików protestujących przeciwko niemal powszechnej akceptacji źle pojmowanej formuły: „wielu wezwanych, niewielu wybranych”, i broniących nieograniczonego zbawienia wszystkich ludzi dobrej woli. Oto na ten temat znaczący fragment z Quod reminiscentur: „Wydaje się niewłaściwe, by, jeśli przyjąć, że świat jest ogromny jak ciało ludzkie, a chrześcijaństwo proporcjonalnie wielkości palca, Bóg chciał zbawić ze wszystkich swych dzieł tylko palec i zgubić resztę, a nawet by ocalona została tylko część palca, skoro dobrych chrześcijan jest tak niewielu”.

Żeby głosić takie poglądy w tamtej epoce, trzeba było wielkiej odwagi, szczególnie, jeśli siedziało się w więzieniu. Otóż taki był Campanella, kiedy pisał te słowa.

Tłumaczyła Dorota Zańko


Powyższy tekst stanowi zapis wykładu wygłoszonego przez Jeana Delumeau podczas IX Dni Tischnerowskich w Krakowie.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter