70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kaleka pomoc

Jeśli utrzymamy dotychczasowy model pomocy Afryce, w dającej się przewidzieć przyszłości liczba mieszkańców tego kontynentu żyjących za mniej niż dolara dziennie zwiększy się z 70 do 90%. Będzie też więcej upadłych państw, skorumpowanych rządów i wojen domowych.

Mija sześćdziesiąt lat, w czasie których do Afryki napłynęła pomoc o łącznej wartości około biliona dolarów – jest więc rzeczą niepokojąca, że wciąż źle się dzieje pod tym względem[1]. Z 60 procentami ludności w wieku poniżej 24 lat (w wielu krajach kontynentu ponad połowa populacji nie ma ukończonych 50 lat) Afryka sprawia wrażenie tykającej bomby zegarowej.

Jeżeli byliście w którejś z afrykańskich metropolii, nie mogli umknąć waszej uwadze młodzi ludzie, którzy nie mają innego wyjścia, jak tylko sprzedawać na ulicy wszystko: od podkoszulków i DVD po lustra, a nawet gęsi. Jako Zambijkę boli mnie, że sama martwię się tym wszystkim, podczas gdy afrykańscy przywódcy nie są zaniepokojeni takim stanem rzeczy.

Te zjawiska uświadamiają mi, że najwyższy już czas zrezygnować z modelu pomocy, który tak długo funkcjonuje w Afryce i który na co dzień wyraża się coraz głośniejszymi apelami o pomoc dla tego kontynentu.

Bono i Afryka

Moje wystąpienie nie dotyczy pomocy humanitarnej, pomocy ofiarom klęsk żywiołowych, takich jak huragan Karina czy tsunami. Moralną powinnością człowieka jest nieść pomoc zawsze, gdy gdzieś na świecie zatrzęsie się ziemia. Nie mam również na myśli działalności charytatywnej. Oba te rodzaje pomocy, jeśli chodzi o wartość, to zresztą nic w porównaniu z miliardowej wartości pakietami pomocowymi, które każdego roku wędrują do Afryki.

Sama zasiadam w radach organizacji charytatywnych, jestem więc życzliwie nastawiona do myśli, że możemy doraźne pomóc, na przykład przyznając stypendium jakiejś dziewczynce, żeby mogła pójść do szkoły. Jednak ten rodzaj pomocy nigdy nie sprawi, że poszczególne kraje Afryki i kontynent jako całość osiągną wskaźnik wzrostu gospodarczego w wysokości koniecznej, by wyeliminować problem ubóstwa.

Swoją ostatnią książkę, Dead Aid, dedykowałam Peterowi Bauerowi, ekonomiście węgierskiego pochodzenia, który w latach 50. i 60. sporo pisał o problemie związanym z polityką pomocy. Były to czasy po II wojnie światowej, po planie Marshalla, kiedy wszystkim udzielała się euforia związana ze skutecznością pomocy.

Gdyby zresztą spojrzeć na to wstecz, okazałoby się, że takie postępowanie miało wtedy sens. Kraje Afryki wychodziły z okresu kolonialnego i nie zdążyły jeszcze uruchomić swojego potencjału. Mówiono, że do inwestycji koniecznych do osiągnięcia wzrostu gospodarczego najkrótsza droga wiedzie przez oszczędności. Co jednak zrobić, jeśli kraj nie ma żadnych oszczędności? Przyznać pomoc – to zadziała. Brzmiało to więc logicznie. Peter Bauer mówił wtedy jednak, że taka polityka może doprowadzić do zgubnych skutków. Nie mylił się.

Wypowiadający się często w sprawie Afryki celebryci służą głównie do zwrócenia uwagi na problem. Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie, co mają do powiedzenia. O wiele bardziej ważne jest dla mnie zapewnienie tego, aby kontynent afrykański stał się na globalnej scenie równym partnerem dla innych kontynentów. Wchodzenie w dyskusję z Bono czy Bobem Geldofem tylko zaciemnia podstawowy problem. Po pierwsze, oni kompletnie się mylą, chcąc przeznaczyć więcej pomocy dla Afryki. Myślę, że jest to złe podejście.

W związku z tym, że rządy afrykańskie dość luźno traktują swoje obowiązki wobec własnych społeczeństw, dla znanych osobistości wydaje się zupełnie naturalne, że stają się pierwszą twarzą Afryki. Mimo to nie są przecież przedstawicielami wybranymi podczas głosowania. Tacy – wybrani w wyborach przedstawiciele Afryki – nie wywiązują się z tego obowiązku właściwie. Punkt widzenia reprezentowany przez celebrytów wskazuje na to, że oni po prostu zobaczyli próżnię, w której znaleźli dla siebie miejsce. Uznali, że nie ma na tym obszarze żadnego przywództwa i wnieśli do dyskusji swoje własne poglądy na temat tego, co jest potrzebne dla Afryki.

To nie ja powinnam być w tym miejscu. Powinni tu stać politycy z Afryki, to oni powinni tłumaczyć się ze swoich planów na przyszłość. Nie ma ich – to niepokojące. Tymczasem wolimy, aby to Bono lub Bob Geldof rozmawiali z nami o Afryce. To zupełny absurd.

Amerykanie byliby przecież oburzeni, gdyby w kwestii wychodzenia z  kryzysu finansowego doradzała im międzynarodowa gwiazda pop. Ale kiedy gwiazdy wypowiadają się na temat Afryki, wszystko jest w porządku.

Być może najgorszą rzeczą w odniesieniu do problemu udziału w tej dyskusji znanych osobistości jest to, że ich przesłanie ma charakter negatywny. Gdyby mówili o tym, że widzą na tym kontynencie możliwości dla inwestorów, zachęcali do spojrzenia na tę rzeczywistość w inny sposób, nie byłabym do nich tak krytycznie nastawiona. Oni jednak – tak napisałam w książce – wcielili się w rolę „czwartego jeźdźca Apokalipsy”: mówią o wojnach, chorobach, ubóstwie i korupcji, nie zaś o czymś pozytywnym. Świat oczekuje od Afryki, aby przygotowała swoją młodzież (przypomnę, że ponad 62 procent ludności Afryki ma poniżej 24 lat) do udziału w światowym życiu gospodarczym, równocześnie siejąc w niej przekonanie, że pewnych rzeczy i tak nie będą w stanie osiągnąć.

Najważniejszy zarzut: nieskuteczność

Rozpocznijmy od podstawowego problemu, jakim jest korupcja. Już od dziesięcioleci powtarzamy, że wysokie sumy pieniędzy przeznaczanych na pomoc dla Afryki są w najlepszym wypadku wykorzystywane w sposób zupełnie bezproduktywny.

Mamy więc do czynienia z wieloma chybionymi inwestycjami. Jest na przykład znana fotografia prezydenta Bokassy z Republiki Środkowoafrykańskiej – który sam siebie nazywa, zdaje się, cesarzem – na złotym tronie w kształcie wielkiego ptaka. Tronie zrobionym ze złota, powtarzam, a nie pozłacanym. Nazwiska despotów i skorumpowanych przywódców z Afryki można wymieniać bez końca: Mobutu Sese Seko z Demokratycznej Republiki Konga, Idi Amin z Ugandy, wspomniany już Bokassa…

Gdyby chodziło wyłącznie o wspomnienie z przeszłości, nie mówiłabym o tym. Ale ledwie na początku tego roku były prezydent Malawi został postawiony w stan oskarżenia za kradzież pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla kraju. Były prezydent mojego kraju Frederick Chiluba, swego czasu ulubieniec wielu osób zaangażowanych w politykę rozwojową, również został aresztowany i w tej chwili jest sądzony za defraudację setek milionów dolarów. Ukradł je szkolnictwu i służbie zdrowia, zostawiając Zambię z długami, które również ja muszę spłacać.

Niestety, system udzielania pomocy Afryce jest tak skonstruowany, że pożyczkodawcy, ofiarodawcy oraz instytucje międzynarodowe nie mają żadnej motywacji, by pieniędzy nie pożyczać. Samo istnienie takich instytucji jak Bank Światowy całkowicie opiera się na pożyczaniu pieniędzy tym krajom. Ich groźby i kary są nieefektywne, często również po prostu odstępuje się od nich, co skutkuje tym, że mamy teraz do czynienia z kontynentem pełnym despotów.

W Zimbabwe Robert Mugabe, pomimo skierowanej przeciw niemu krytyki, pozostaje u władzy od 1980 roku. Jest tam przecież ambasador amerykański, jest brytyjski Wysoki Komisarz. Jaki sens ma w ogóle narzekanie na Mugabe, skoro ten kilka miesięcy temu uczestniczył w Nowym Jorku w spotkaniu ONZ? Same tylko dane oficjalne podają, że w 2006 roku Mugabe otrzymał 300 milionów dolarów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Ktoś mi ostatnio powiedział, że sam fakt, iż jest on w stanie bezkarnie polecieć do Rzymu, nie martwiąc się przy tym, że w tym czasie zostanie w kraju odsunięty od władzy, pokazuje, jak bardzo jest pewny siebie.

Kolejny powód klęski dotychczasowej polityki stanowi biurokracja. Mój kolega z Anglii zażartował kiedyś, że biurokrację ma również u siebie. Odpowiedziałam mu, że owszem, ale w Afryce trzeba czekać całe dwa lata, zanim  otrzyma się pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Powiedzmy to wyraźnie: afrykańskich rządów nie obchodzi, czy prywatny sektor w ogóle tam istnieje. Jeśli go nie ma, w żaden sposób nie wpływa to na zasobność państwowego skarbca. Bez prywatnych pieniędzy rząd i tak przetrwa.

Otrzymanie pozwolenia na prowadzenie działalności gospodarczej zabiera nadmiernie dużo czasu, ale również zniechęca potencjalnych inwestorów – zagranicznych, a także krajowych. Nikt nie chce zawracać sobie głowy robieniem tam interesów.

Niedawno pojechałam do Ruandy, Kenii i Tanzanii – krajów, które ze sobą graniczą. Potrzebowałam trzech wiz, również walutę musiałam zmieniać trzykrotnie, co jest już zupełnym absurdem. Wiele pozostało więc do zrobienia również w dziedzinie integracji regionalnej.

Przez większość czasu w latach 80. i 90. państwa afrykańskie miały trzycyfrową inflację. Ona już się zmniejszyła. Ale generalnie my, Afrykanie, żyjemy w gospodarkach niemal uzależnionych od inflacji. Ma to bardzo wyraźny związek z pompowaniem z zewnątrz miliardów dolarów do naszego kontynentu.

Największy problem związany z tak wysoką inflacją wiąże się z tym, że niektóre rządy starają się ją zwalczyć przez emisję obligacji. A to kosztuje. W Dead Aid piszę o Ugandzie, w której walka z inflacją skończyła się wydawaniem dodatkowych 110 milionów dolarów rocznie, czego przyczyną była finansowa pomoc z zewnątrz.

Kolejną bolączką Afryki jest ciężar zadłużenia. Zgadzam się z postulatem, że powinna się rozpocząć dyskusja na temat umorzenia długów. W okresie, kiedy formowała się koalicja Jubilee 2000, nie nawoływałam do tego aktywnie, ale miałam możliwość przyjrzenia się problemowi z obu stron. Myślę, że polega on również na tym, iż umorzenie samo w sobie może mieć sens, ale o wiele ważniejsze jest pytanie: po co umarzać długi, jeżeli wkrótce później  krajom tym zostaną przyznane nowe pożyczki? To tylko utrwala to błędne koło.

Najprościej mówiąc, wszystko to prowadzi do sytuacji, w której rządy państw afrykańskich, wydają na konto obsługi zadłużenia około 20 miliardów dolarów rocznie. Te pieniądze są przeznaczone wyłącznie na utrzymanie systemu. Tak więc płaci się trochę Bankowi Światowemu, który później na powrót pożycza pieniądze – bądź też płaci się trochę norweskim, brytyjskim albo amerykańskim organizacjom humanitarnym i potem dostaje się te pieniądze z powrotem. Żadne jednak środki nie idą na szkolnictwo, opiekę zdrowotną albo, na przykład, na rozwój infrastruktury. W wielu krajach nakłady łożone na szkolnictwo lub ochronę zdrowia nie przekraczają dwóch procent wszystkich wydatków, podczas gdy nakłady na obronność przekraczają 40 procent – a większa część z pozostałej kwoty idzie na spłatę zadłużenia.

W obiegu funkcjonuje również pojęcie „choroby holenderskiej” – nazwa wzięła się stąd, że zjawisko to zaobserwowano po raz pierwszy, kiedy Holendrzy odkryli złoża ropy naftowej. Pomyślcie o dolarach, które idą, powiedzmy, do Kenii. Wysyłacie im miliardy dolarów. To oznacza, że kenijski szyling staje się coraz mniej osiągalny, a więc zaczyna go brakować – w konsekwencji zyskuje na wartości. To z kolei szkodzi eksportowi, ponieważ nikt nie chce kupować towarów z Kenii, jeśli miejscowa waluta jest tak droga. Zjawisko to jest szeroko opisywane w literaturze ekonomicznej oraz książkach dotyczących rozwoju jako „efekt uboczny” funkcjonującego dziś modelu pomocy dla Afryki. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego, nie zwracając uwagi na to, że uśmierca ono eksport.

I bynajmniej nie jest to wyłącznie kwestia eksportu. W ubogich krajach eksporterzy, czy szerzej: przedsiębiorcy, są grupą społeczną, która w podstawowy sposób wspiera całą krajową ekonomię. To są właśnie ludzie, którzy wydają pieniądze na fryzjera czy ubrania, którzy chodzą do restauracji. Jeśli więc nie mogą tego robić, bo zmusza się ich do zamknięcia swoich interesów, wtedy cała gospodarka zaczyna się cofać, co znów mogliśmy obserwować w Afryce.

Mówiłam już dużo o napływie znacznych sum pieniędzy do danego kraju, które w zasadzie nie wiążą się z żadnymi dodatkowymi obciążeniami, ponieważ rządy afrykańskie nie muszą nic robić. Nie muszą zaspokajać potrzeb swoich obywateli, swój czas spędzają głównie na kokietowaniu kolejnych ofiarodawców po to, aby dostać od nich jeszcze więcej pieniędzy. Oznacza to, że porzuciły swoje podstawowe obowiązki.

Mówiłam też o tym, że tak naprawdę to rządy z Afryki powinny przede wszystkim brać udział w debacie na ten temat, przedstawiać, w jaki sposób mają zamiar zwiększyć liczbę miejsc pracy. Tych głosów jednak w ogóle nie słychać.

Gdybym przeprowadziła małe badanie i poprosiła was o wymienienie nazwisk trzech afrykańskich prezydentów, jestem pewna, że mielibyście z tym kłopot. A gdybym dodatkowo poprosiła o scharakteryzowanie programu ekonomicznego przynajmniej jednego z nich, wszyscy bylibyśmy w kropce.

A więc ponawiam pytanie: czy dla całego kontynentu jest to rozsądne i praktyczne, aby jego przyszłość zależała od napływu pomocy i politycznych strategii, które są definiowane przez organizacje pozarządowe lub pomoc zagraniczną? Przypuszczam, że nie.

Chciałabym jeszcze dotknąć sprawy fundamentalnej – otóż tego rodzaju pomoc oznacza zgodę na zaangażowanie bez końca. Afrykańskie rządy nie widzą kresu pomocy, żaden z nich nie mówi niczego w rodzaju: „właściwie, za 30 lat, nie będziemy już otrzymywać żadnej pomocy, więc powinniśmy zacząć planować”.

Myślę, że ostatni kryzys dobitnie to pokazuje. Doszło do tego, że wiele afrykańskich rządów bierze udział w szczytach G20 – oczywiście nie jako pełnoprawni uczestnicy (tylko RPA jest członkiem G20) – powtarzając bez ustanku: „tylko nie zapomnijcie o Afryce, kiedy będziecie przyznawać dotacje!”.

Cóż, nikt nie odpowiada na pytanie: „A co jeśli Ameryka rzeczywiście nie jest w stanie wam pomóc, skoro sama zmaga się z własnym kryzysem ekonomicznym? Czy macie jakiś plan B?”. Rządy w Afryce nie mają takiej strategii. Są całkowicie uzależnione od pomocy z zewnątrz.

Wspomniałam już o prywatnych przedsiębiorcach i o tym, jak bardzo taki model pomocy zabija ten sektor. Jak powiedziałam, gdyby rządy rzeczywiście troszczyły się o wzrost dochodów z tytułu podatków od prywatnych przedsiębiorców, więcej środków przeznaczyłyby na jego stworzenie i rozwój, a przynajmniej na stworzenie odpowiednich warunków do tego, aby mógł wykiełkować. Nie robią tego jednak.

Oto przykład z Etiopii. Etiopia jest drugim pod względem liczby ludności krajem w subsaharyjskim regionie Afryki. Nigeria liczy około stu milionów ludzi, Etiopia – około 90 milionów. Około dwa procent populacji kraju posiada telefony komórkowe. Dla porównania: średnia dla całej Afryki wynosi około 30 procent (jeden na trzech Afrykańczyków ma telefon komórkowy), a jest też trzydzieści krajów, które mają wskaźnik telefonii komórkowejprzekraczający 100 procent (ludzie mają więcej niż jeden telefon). Nie wiem, jak jest w Stanach, ale w Europie, telefonia stacjonarna przestała już być podstawowym sposobem komunikacji. Ludzie używają komórek – prywatnych i służbowych.

Mamy wiele dowodów na to, że telefony komórkowe są bardzo ważne i że mogą być niezwykle istotnym czynnikiem rozwoju – mogą istotnie wpływać na powstawanie nowych miejsc pracy i tworzenie dochodu. Na przykład rolnik w słabo zaludnionych terenach państwa może zadzwonić do miasta A i spytać kupującego: „Dzwonię z terenów wiejskich. Jeśli przywiozę Ci worek zboża, ile za niego dasz?”. I w ten sposób może się przekonać, że jeśli przywiezie go do miasta A, dostanie 20 dolarów, ale jeśli przywiezione do miasta B, dostanie 40 dolarów”. W ten sposób rolnik może łatwo i szybko zwiększyć swój dochód.

Ponadto za pomocą telefonii komórkowej mogą być przekazywane informacje dotyczące opieki zdrowotnej. Ludzie w wiejskich regionach Afryki mogą dostawać SMS-y z wiadomością „lekarz przybędzie do waszej wioski w najbliższy wtorek o czwartej popołudniu”. I tak dalej.

W Etiopii mamy jednak 90 milionów ludzi i dwuprocentowy wskaźnik telefonii komórkowej. I  rząd, który na szczytach G20 domaga się zapomóg finansowych. Być może nie będzie dla was zaskoczeniem fakt, że 97 procent budżetu Etiopii opiera się na pomocy z zewnątrz. Ilustruje to brak innowacyjności. brak jakichkolwiek prób odstąpienia od pozyskiwania tej pomocy.

I na koniec, ostatnie dwie z mojej listy powodów, dla których pomoc w dotychczasowej formie nie sprawdza się w Afryce: wojny i konflikty domowe. Tylko na przełomie 2008 i 2009 mieliśmy do czynienia z czterema zamachami stanu: w Gwinei, Gwinei Bissau, Mauretanii oraz na Madagaskarze. Istnieje również kilka tak zwanych państw upadłych – za modelowy przykład służy tu Somalia. W latach 90. w Afryce toczyło się więcej wojen domowych niż na wszystkich innych kontynentach razem wziętych. Taki rodzaj niestabilności politycznej szerzy się na całym kontynencie.

W dyskusji na temat rozwoju jest wiele publikacji mówiących o tym, że w państwach, w których nie ma w ogóle prywatnego sektora w gospodarce albo w których istnieje bardzo słaby prywatny sektor, rząd po prostu pozostaje jedyną instytucją, która dysponuje jakąkolwiek gotówką. I tak trwa błędne koło. Jeśli spojrzymy teraz na cały kontynent afrykański, stanie się oczywiste, że tego rodzaju podejście występuje dość powszechnie.

W swojej książce piszę również na temat niektórych bardzo ciekawych dokonań uczonych. Jednym z nich jest publikacjaAdama Przeworskiego i innych, w której dokładnie obliczono prawdopodobieństwo utrzymania przez dane państwo ustroju demokratycznego. Jest ono bezpośrednio skorelowane z wysokością dochodu na głowę mieszkańca. A więc jeśli dochód jest niski, demokrację utrzymać jest trudno. Dla Przeworskiego takim progiem granicznym jest suma 6 tysięcy dolarów na rok – tylko powyżej tej kwoty istnieje możliwość utrzymania stabilnej, trwałej demokracji.

Moim zdaniem, jeśli będziemy utrzymywać dotychczasowy model pomocy Afryce, liczba Afrykańczyków żyjących za mniej niż dolara dziennie w dającej się przewidzieć przyszłości zwiększy się prawdopodobnie z 70 do 90 procent, będzie też więcej upadłych państw, o wiele więcej skorumpowanych rządów, wojen domowych itd.

Jeśli jest jakiś jeden problem związany z modelem pomocy finansowej dla Afryki, który chciałabym abyście zapamiętali po dzisiejszym wystąpieniu, to jest nim konstatacja, że taka pomoc pozbawia Afrykańczyków podstawowych praw obywatelskich. Afrykańczycy nie mają tu głosu – nie mogą czynić tu swoich rządów odpowiedzialnymi.

W Stanach Zjednoczonych, jeśli nie jesteś zadowolony ze sposobu, w jaki rząd radzi sobie z jakimś problemem – nieważne czy chodzi o opiekę zdrowotną, szkolnictwo, bezpieczeństwo czy kwestie związane z infrastrukturą – po prostu eliminujesz ich w wyborach. W Afryce to nic nie znaczy. W Afryce jest wiele państw, w których prezydenci rządzą ponad 30 czy 40 lat. Podporą dla ich rządów jest model pomocy.

Zdaniem promotora mojej rozprawy doktorskiej Paula Colliera, Afryka oddziela się od reszty świata: reszta świata podąża w określonym, jednym kierunku, Afryka – w zupełnie innym.

 

Ratunkiem dla Afryki nie musi być Zachód

Choć wolny rynek i kapitalizm są teraz, w czasach kryzysu, mocno krytykowane, chciałabym przypomnieć wszystkim – i tu pozwolę sobie na parafrazę słów prezydenta Obamy z jego przemówienia inauguracyjnego – że pomimo wszystkich problemów, wątpliwości i obaw związanych z kapitalizmem, jest to wciąż najlepszy system, który umożliwia wzrost zamożności społeczeństw.

Jeśli chodzi o pomoc dla Afryki, mieliśmy 60 lat kiepskich wyników tej działalności i nikt nie podawał w wątpliwość jej sensowności. Nikt nie mówił: „to nie działa”. Zauważcie, pod jak wielkim ogniem krytyki znalazł się ten system zaledwie po osiemnastu miesiącach kryzysu; zupełnie zapomnieliśmy, że świetnie działał przez poprzednie trzysta lat.

Pozwólcie mi bardzo skrótowo zaproponować kilka rozwiązań problemów Afryki.

Po pierwsze, kwestia handlu. Uważam, że podczas rozmów dotyczących handlu w Doha i Urugwaju, na spotkaniach Światowej Organizacji Handlu, Afryka nie powinna wydawać pieniędzy na próby negocjowania dostępu dla swoich produktów do rynków zbytu w Europie i Stanach Zjednoczonych, na terenie których funkcjonują warte miliardy dolarów programy subsydiowania miejscowej produkcji. Wierzę w wolny handel, ale jednocześnie jestem pragmatyczką. Jest bardzo mało prawdopodobne – a w praktyce niemal niemożliwe – aby te rynki otworzyły się na afrykańskie towary i usługi.

Amerykański prezydent i jego administracja w pierwszej kolejności są odpowiedzialne przed narodem amerykańskim. Niezależnie od tego, co sądzimy, nie ma takiej możliwości, aby zachodnie rządy zaczęły nagle mówić, że jest im przykro z powodu jakiegoś rolnika z Zambii, który potrzebuje zarobić, aby się w ogóle utrzymać, a więc kosztem farmera z Iowy, który musiałby wtedy stracić pracę, otwierają swój rynek dla Zambijczyka. Mówię więc rządom w Afryce: przejrzyjcie na oczy. Coś takiego się nie wydarzy.

Dobra wiadomość jest taka, że są jeszcze na tej planecie państwa, które bardzo potrzebują afrykańskich dóbr i usług. Chiny są tu oczywistym przykładem – 1,3 miliarda ludzi i 7 procent powierzchni kraju to ziemi pod uprawę oznacza jedno: tych ludzi trzeba wyżywić. Podpowiadam afrykańskim rządom, aby tam szukały sojuszy. Nie uważam wcale, że Chiny powinny dostać carte blanche na działalność w Afryce i że mogą robić tam wszystko, co im się podoba. W grę wchodzi tu wiele kwestii. Ale zasadniczo uważam, że to co Chińczycy robią w Afryce, jest dobre.

Jak zachęcić zagranicznych inwestorów do lokowania pieniędzy w Afryce? Niektóre z rzeczy, które rządy afrykańskie mogłyby zrobić to sprawy bardzo proste. Właściwie już możnaby oznajmić: „od dziś, aby otrzymac pozwolenie na działalność gospodarczą, trzeba wypełnić dwa formularze i poczekać około tygodnia”. Taki drobny krok w istotny sposób zmieniłoby podejście ludzi do inwestowania w tych regionach.

Pochodzę z kraju, w którym żyje 10 milionów ludzi – to niewiel. Ale region, z którego pochodzę, południowa Afryka, liczy 200 milionów ludzi. To już zmienia postać rzeczy dla inwestorów, sprawia że mają inną perspektywę. Większy nacisk powinno się więc położyć na integrację regionalną.

Co do rynku obligacji moja rada dla rządów afrykańskich jest dwojakiego rodzaju: po pierwsze, przestańcie spoglądać wyłacznie na tradycyjne rynki jako na odbiorców obligacji. Zacznijcie patrzeć na Bliski Wschd czy Chiny, które dosłownie siedzą na gotówce i być może lepiej niż zachodnie rynki potrafią wycenić ryzyko w Afryce, ponieważ podejście ludzi Zachodu w Afryce zwyczajowo jest podszyte litością, na czym zresztą, jak wierzę, w ogóle opiera się model zachodniej pomocy. Tak naprawdę, to podejście Chińczyków czy ludzi z Bliskiego Wschodu ma o wiele więcej wspólnego z podejściem biznesowym.

Owszem, uważam że powinno to być regulowane. Jeśli mieliśmy godne zaufania afrykańskie rządy, może byłoby lepiej zagwarantowac sobie taki system, w którym Chińczycy nie przybywają masowo, wykorzystując tylko Afrykę i potem po prostu wyjeżdżając.

Miałby ktoś nadzieję, że w zalecanym przez mnie modelu afrykańskie rządy prawidłowo zaczęłyby dbać o inwestycje i sprowadzanie inwestorów z tych miejsc.

To są zagadnienia w skali makro, którymi powinny zajmować się rządy – zagadnienia takie jak rynek obligacji i bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Ale co z tobą lub ze mną, z jednostkami? Czy są możliwe takie działała, które, gdybyśmy wykonali, znacząco zmieniłyby życie ludzi?

Zaledwie parę tygodni temu miałam przyjemność uczestniczyć w panelu dyskusyjnym z Muhammadem Yunusem, założycielem Grameen Bank i laureatem Nagrody Nobla z 2005 roku. Omal nie spadłam z krzesła, gdy powiedział mi, że w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy zarobił ponad miliard dolarów dla wiejskiego Bangladeszu na… wiejskim Bangladeszu. Muszę to powtórzyć, bo wciąż jestem w szoku: miliard dolarów z wiejskiego Bangladeszu na inwestycje w Bangladeszu. I nie były to pieniądze z pomocy – Yunus ma zasadę, że z niej nie korzysta.

Rysuje się tu problem, którego rozwiązanie powinno właściwie wyjść ze strony Banku Światowego, gdyby naprawdę był zainteresowany rozwojem. Dlaczego mamy się wpatrywać w jednego, pojedynczego człowieka, który wyszedł z takim wspaniałym programem? Czy to Bank Światowy nie powinien się tym zająć? Zostawię Was z tym pytaniem.

Chciałabym Was zostawić z jedną myślą. Mój afrykański przyjaciel powiedział do mnie: „Dambisa, dlaczego tak się tym trudzisz? Dlaczego tak zawracałaś sobie głowę, żeby napisać tę książkę?”.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał: „Afryka jest dla problematyki rozwoju tym, czym Mars jest dla NASA. Można wydawać miliardy dolarów na badania, analizy, wizyty i pisanie raportów, ale tak jak nikt nie wierzy, że kiedykolwiek będzie żył na Marsie, tak samo nikt nie wierzy, że Afryka kiedykolwiek się wejdzie na drogę rozwoju”.

Tłumaczenie: Marcin Żyła

 


[1] Obszerne fragmenty kwietniowego wystąpienia Dambisy Moyo na forum nowojorskiej Carnegie Council for Ethics in International Affairs. Spotkanie było okazją do dyskusji nad jej głośną książką Dead Aid: Why Aid Is Not Working and How There is Another Way for Africa, której wydanie wywołało na Zachodzie żywą dyskusję na temat sposobu pomagania krajom afrykańskim. Głos Moyo zestawiamy z krótkim wywiadem, którego w Waszyngtonie udzielił „Znakowi” Franke Toornstra, specjalista Banku Światowego ds. pomocy Afryce (przyp. red.).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata