70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Biskup z indeksu (kościelnego)

Jako młody ksiądz Ottokár Prohászka był zauroczony nowym myśleniem w sercu katolicyzmu czasów Leona XIII: papieża, który swobodnie deklamował Dantego, przyjmował „heretyka” – luteranina Wilhelma II, a przede wszystkim współczuł biedzie wyzyskiwanej klasy robotniczej.

(…) postanowiłem przyjechać 23 grudnia rannym pociągiem o 7.42,  powiedzieć kazanie i odprawić Mszę świętą; liturgię będę sprawował bez mitry i pastorału, więc nie potrzebuję żadnej asysty oprócz Księdza i księdza wikarego. Nikt ze mną nie przyjedzie. Niech nie będzie żadnego uroczystego powitania…

Cel przyjazdu: „ponieważ jeszcze nie spotkałem się z [tamtejszymi] wiernymi”!

Czytelnik tych słów może sądzić, że ich autorem jest … arcybiskup Helder Camara, czy inny – przejęty przed laty Soborem – hierarcha, może jakiś biskup misyjny?!

Nie, list jest bardzo przedsoborowy: został napisany 15 grudnia 1906 roku, a jego autorem jest węgierski biskup Ottokár Prohászka, wówczas od dwudziestu miesięcy ordynariusz Székesfehérvár, profesor stołecznego uniwersytetu, członek Izby Wyższej Parlamentu, niedługo potem członek Akademii Nauk i wielu innych naukowych, kulturalnych i kościelnych instytucji.

Niedawno skończył 48 lat.

Pochodzenie miał typowe dla ludzi ówczesnych, wielonarodowych Wielkich Węgier. Urodził się na Górnych Węgrzech (czyli w dzisiejszej Słowacji) 10 października 1858 roku  w miejscowości pisanej wtedy Nitra (Nitra), z ojca o korzeniach czesko-morawskich i matki – Niemki szwajcarskiej. Miał jeszcze dwoje rodzeństwa.

Ojciec przez jakiś czas służył w wojsku, później pracował jako kontroler finansowy, wskutek czego rodzina często zmieniała miejsce pobytu, mieszkając między innymi w Pozsony (Bratysława), wspomnianej Nitrze, Rózsahegy (Ružomberok), w austriackim Feldkirchen. Ottokár przez pewien czas chodził do szkoły w Losonc (Lučenec), gdzie nauczył się perfekt węgierskiego.

Późniejszy biskup – który dzieciństwo spędził wśród Słowaków, stanowiących większość w wielu miejscowościach Górnych Węgier – należał do tych nielicznych węgierskich intelektualistów, którzy otwarcie współczuli Słowakom, gdy władze – i cywilne, i szkolne, i często kościelne – zabraniały im modlić się w języku ojczystym.

Oczywiście, Ottokár od razu uważał się za Węgra (choć jego ojciec słabo znał język węgierski), ale za „Muttersprache” (Węgrzy, podobnie jak Niemcy nie znają pojęcia „język ojczysty”, mówią natomiast o „języku matczynym”) poczytywał niemiecki, często doń wracał, zwłaszcza gdy chciał coś precyzyjnie wyrazić.

W mowie (wszak teksty pisane korygowała redakcja) jednego z największych kaznodziejów węgierskich (!) nierzadko słychać było germanizmy, zwłaszcza w budowie zdań, a barwa głosu i akcent typowy był dla „Palóców”, czyli Węgrów mieszkających na Słowacji.

Wprawdzie w rodzinie zarówno ojca, jak i matki Ottokára było wielu księży, a matkę łączyły więzy pokrewieństwa z arcybiskupem Eger Józsefem Samassą, to – kiedy syn w piętnastym roku życia, pisząc do ojca ze szkoły w Kalocsa, oświadczył, że chce zostać księdzem – rodzice nie wpadli w zachwyt. Ojciec kazał mu parę lat czekać!

Mimo to – jak widać, w domu tym panował jednak pewien liberalizm – Ottokár zgłosił się do wyższego seminarium w Esztergom, dokąd w sierpniu 1873 roku przyjął go prymas János Simor. Później hierarcha ten skierował go do benedyktynów mniejszych, w których gimnazjum Prohászka w 1875 roku zdał maturę.

Mówił wtedy trzema językami: niemieckim, węgierskim i słowackim, a łacinę opanował do tego stopnia, że gdy wyjechał do Rzymu, bez trudu słuchał wykładów w tym języku, doskonale już nim władając pod koniec studiów.

A studiował w Rzymie w latach 1875–1882 zarówno w Collegium Germanico-Hungaricum, jak i w jezuickim „Gregorianum”. Do kraju wrócił jako doktor  duplex – z teologii i filozofii. Świetnie mówił po włosku, czytał i rozumiał francuski i angielski.

Wrócił przede wszystkim jako prezbiter (święcenia otrzymał w Wiecznym Mieście 30 października 1881 roku) zauroczony nowym myśleniem w sercu katolicyzmu czasów Leona XIII: papieża, który swobodnie deklamował Dantego, zanim go wybrano, sporo jeździł po świecie, przyjmował „heretyka” – luteranina Wilhelma II, a przede wszystkim współczuł biedzie wyzyskiwanej klasy robotniczej. Już na Węgrzech przeżył Prohászka radość z ukazania się epokowej encykliki Leona XIII Rerum novarum (1891).

Ksiądz Ottokár stopi się z czasem z tymi – wprawdzie nielicznymi, ale pełnymi entuzjazmu – którzy po wygaśnięciu w 1895 roku węgierskiego „kulturkampfu” nie będą biadolić nad przeszłością, ale zaczną reformować: życie polityczne, społeczne i… seminaria duchowne.

Na razie – będzie to trwało od 1882 do 1904 roku – zamieszka (po Rzymie!) w Esztergomie.

Dzięki mądrości prymasa Węgier, kardynała Simora, Prohászka  tylko niecałe dwa miesiące spędził jako młody wikary na parafii farnej w Esztergomie, gdzie proboszczem był ks. Károly hr. Csáky, którego intelekt mało dostawał do dysponującego dwoma doktoratami intelektu księdza wikarego (z czasem Csáky zostanie biskupem – ordynariuszem Vác!).

We wrześniu 1882 roku ks. Ottokár Prohászka został wykładowcą w seminarium archidiecezjalnym: z początku wykładał teologię moralną i pastoralną, potem to, na czym naprawdę się znał – dogmatykę.

Jedenaście lat później nowy prymas Kolos Vaszary OSB mianował Prohászkę ojcem duchownym seminarium – i w tej roli odnalazł się on w Esztergomie najlepiej. Wprowadził coś, co dla liberalno-józefińskich księży było obrazą: cotygodniową spowiedź kleryków i ich codzienne przystępowanie do Komunii świętej. A zarazem został ich ojcem i powiernikiem. Wychował bardzo wielu mądrych i gorliwych księży, między innymi Lajosa Shvoy’a, późniejszego (od 1927 roku) ordynariusza w Székesfehérvár. (Warto wiedzieć, że biskup Shvoy – mimo wielu nacisków, wiekowy, schorowany – po II wojnie światowej nigdy nie poszedł na żadne układy z komunistami).

Pierwsze lata po powrocie z Rzymu były dla Prohászki najtrudniejsze: z zachowanych notatek dziennych wyłania się człowiek bardzo – przynajmniej na początku – samotny i zagubiony. Jedynym jego przyjacielem był ks. hr. Gusztáv Károly Mailáth, późniejszy biskup siedmiogrodzki w Gyulafehérvár (dziś Alba Julia); zresztą – przyjaźni tej Mailáth pozostał zawsze wierny, może nawet bardziej demonstracyjnie po roku 1911.

Okres dwudziestu dwóch lat spędzonych w Esztergomie to czas solidnej pracy naukowej i publicystycznej Prohászki. Jego pisma ukazywały się w założonym jeszcze w 1864 roku znaczącym periodyku „Magyar Sion”, w którym ksiądz Ottokár nie tylko pisał, ale też wiele razy go redagował. Publikacje te były żywo komentowane w całym kraju na łamach prasy różnych partii politycznych.

W tym czasie powstały też niektóre jego książki, na przykład dwutomowa Föld és Ég („Ziemia i Niebo”) z 1902 roku, zawierająca wiele nowatorskich twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych, czy Diadalos világnézet („Zwycięski światopogląd”) z 1903 roku.

Bardzo rzecz całą upraszczając – wszak chodzi o wieloletnią działalność naukową ks. Prohászki, a zatem i ogrom publikacji – najważniejsze dlań były trzy wielkie zagadnienia: stosunki wewnątrzkościelne, sprawy społeczne i światopoglądowe.

Gdy idzie o te pierwsze, mówił wyraźnie, że Kościół jego czasów winien wrosnąć w demokrację, a wraz z tym procesem muszą się zmienić stosunki wewnątrz instytucji kościelnej. Mając na uwadze taki na przykład styl rządzenia, jaki w Eger uprawiał arcybiskup Samassa (księża, rozmawiając z nim, musieli klęczeć), Prohászka w 1898 roku pisał do swego przyjaciela, biskupa Mailátha: „Głównym ciężarem działalności biskupów powinno być duszpasterstwo (…) winni oni pójść między ludzi, trzeba przełamać arystokratyczne zamknięcie się biskupów węgierskich”. „Zeświecczenie Kościoła miało początek wtedy, gdy biskupi przestali być ludźmi ludu, a stali się sługami dworu, cesarza”.

W dziedzinie spraw społecznych ks. Prohászka opierał się nie tylko na własnej wrażliwości, ale odwoływał się do Rerum novarum. Pisał o wyzyskiwanych masach, które walczą o swój byt i które „chrześcijaństwo uważają za coś niewystarczającego, nieskutecznego, nic nie znaczącego”. „Proszą o chleb i pragną żyć w sposób godny człowieka; to jest język ludzki; jeśli do nich w tym języku przemówisz, zrozumieją cię”.

Natomiast w dziedzinie zagadnień światopoglądowych najważniejszą kwestią było dlań pogodzenie nauki i wiary. Mówił wyraźnie: tu „trzeba zbudować most”. Z całą pewnością to właśnie dlatego przyjął zaproszenie na uniwersytet budapeszteński i od jesieni 1903 roku został jego profesorem, kierownikiem katedry dogmatyki: zależało mu na kształceniu zarówno młodych księży, jak i świeckiej inteligencji.

Na uczelni cieszył się ogromną popularnością, może i dlatego, że (podobno!) na egzaminach mało wymagał. Za to – jako ksiądz profesor – najbardziej cenił sobie inną posługę wobec świata studenckiego: regularne kazania w kościele akademickim. Przemawiał zawsze w świątyni zapchanej do granic możliwości.

Mieszkał w tym czasie w bardzo skromnych warunkach w Budapeszcie. „Wykorzystał” swą profesorską godność, aby objechać – w celach duszpasterskich – główne ośrodki emigracji węgierskiej w Stanach Zjednoczonych. Było to w lecie 1904 roku.

Rok później (dziekan Wydziału Teologicznego zakomunikował to 6 listopada 1905 roku) został biskupem Székesfehérvár, najmniejszej i najbiedniejszej diecezji kraju.

Niedawno – niewiele ponad miesiąc przedtem – skończył 47 lat.

Tą nominacją był zdziwiony, nigdy nie myślał o tym, żeby być biskupem (jak się później okazało, za wszystkim stał jego wierny przyjaciel, bp Mailáth z Siedmiogrodu, dobrze zorientowany zarówno w rzymskich, jak i węgierskich sprawach), ale przyjął to jako wezwanie do nowej służby.

Konsekratorem w Rzymie,  24 grudnia 1905 roku, był papież Pius X.

Stylu życia i stylu bycia Ottokár Prohászka nie zmienił.         Pierwszy raz do Székesfehérvár przyjechał pociągiem w czarnej sutannie, z brewiarzem pod pachą i parasolem w ręku.

W kazaniu podczas ingresu do swej katedry, w styczniu 1906 roku, mówił do wiernych – w obecności osłupiałych arystokratów, wśród których było sześciu przedstawicieli najznamienitszych rodów, występujących w pełnej gali stroju narodowego: „Wierzcie, kochani, niechętnie i tylko z konieczności noszę na sobie to drogie, złocone odzienie [historyczny ornat]. Gdybym mógł, najchętniej stanąłbym między wami i choćby z motyką w ręku – ale dla was i za was pracował”.

Rzeczywiście, wiele razy go potem widziano, jak kopał, sadził, grabił w ogrodzie…

Na złożenie przysięgi władcy, Franciszkowi Józefowi, zjawił się w wiedeńskim Burgu w ostatniej chwili, wywołując zgorszenie; tłumaczył się, że na czas nie przyniesiono mu biskupiej sutanny i niewiele brakowało, a musiałby przyjść w ornacie!

Czym przede wszystkim zajmował się biskup Ottokár Prohászka?

Dużo spowiadał; nazywano go wielkim penitencjarzem diecezji. Wiele podróżował, głównie na terenie diecezji, ale też po kraju, wygłaszając kazania, głosząc rekolekcje i konferencje; uchodził za „krajowego apostoła”. Czynnie brał udział w dwu dorocznych – odbywających się wiosną i jesienią – konferencjach biskupów. Aktywnie uczestniczył – zabierając głos – w obradach Izby Wyższej parlamentu, do której wchodził z urzędu. Sporo pisał. W 1909 roku został członkiem-korespondentem Węgierskiej Akademii Nauk (członkiem rzeczywistym zostanie w roku 1921).

Wreszcie nadszedł dzień 11 czerwca 1911 roku. „Jakby z jasnego nieba strzelił we mnie piorun” – zanotował. List otworzył sam, nadawcą była prawdopodobnie wiedeńska nuncjatura apostolska. Informowano go, że znalazł się (ściślej mówiąc: trzy jego prace) na indeksie kościelnym.

Sprawa ta doczekała się obfitej i udokumentowanej literatury, a mimo upływu lat budzi dziś zarówno zainteresowanie, jak i zdziwienie połączone z niesmakiem, choćby dlatego, że „donos przyszedł z Węgier” (wiedzę tę zawdzięczamy głównie biskupowi Mailáthowi, który rozmawiał w Rzymie na ten temat z kilkoma kardynałami; o węgierskim źródle donosu powiedział mu sekretarz stanu kard. Rafael Merry del Val).

Na indeksie znalazły się: Az intellektualizmus túlhajtásai („Przerosty intelektualizmu”; 1910), Több békességet („Więcej spokoju”; 1910) oraz Modern katolicizmus; 1907).

Za tą decyzją stały sprawy personalne (zawiść i zazdrość), polityka kościelna (autor bowiem jawnie krytykował styl rządów w Kościele węgierskim) oraz kwestie filozoficzno-teologiczne (oskarżenie o modernizm). Ale było tam również coś niezwykle banalnego: niedokładny przekład barokowego czasem stylu Prohászki na łacinę i włoski!

Kim byli członkowie „Consilium a vigilantia” w Esztergomie, którzy sformułowali oskarżenie i przesłali donos do Rzymu? Było ich jedenastu z biskupem – wikariuszem generalnym archidiecezji Lajosem Rajnerem na czele, a ponadto… dawni uczniowie ks. Prohászki z czasów,  gdy wykładał w tamtejszym seminarium. Był też na przykład Nándor Rott, przyszły biskup Veszprém, czy Lajos Tomcsányi, przyszły prowincjał jezuitów. Za nimi stali hierarchowie: przede wszystkim kardynał prymas Kolos Vaszary OSB, arcybiskup József Samassa z Eger i jego sufragan (a niedługo następca) Lajos Szmrecsányi oraz podniesiony niedawno do godności biskupiej Gyula Glattfelder.

Także w Rzymie przebywał ktoś bardzo zainteresowany zniszczeniem Ottokára Prohászki: często bywający w ojczyźnie dominikanin o. Szadok Szabó, pierwszy rektor „Angelicum”, wykładowca dogmatyki. To on dopilnował, by – obok dwóch pierwszych książek Prohászki – na indeksie znalazł się również Modern katolicizmus. O wszystkim, co biskup Prohászka mówił i pisał, Szabó osobiście informował sekretarza Świętej Kongregacji Indeksu, także dominikanina – o. Thomasa Essera (którego podpis widnieje pod dekretem dotyczącym dzieł Prohászki obok podpisu prefekta Kongregacji kardynała Francesca della Volpe).

Dopiero po dziesięcioleciach wydało się, na podstawie jak brutalnie zmyślonych bredni został biskup Prohászka oskarżony o modernizm. Odnośne archiwalia otrzymał znakomity uczony, historyk Kościoła, ks. Gábor Adriányi od samego kardynała Josepha Ratzingera!

Autorom donosu chodziło o to, by biskup Ottokar Prohászka zamilkł.

To udało się tylko częściowo i „na chwilę”, czemu zresztą nie można się dziwić. Prohászka przez kilka tygodni zamknął się w sobie, a to, co wtedy myślał, przebija z listu do przyjaciela, biskupa Mailátha: „Czuję głęboki wstręt do tego całego systemu [szisztéma, tak w oryginale – J.P.] kościelnego i jestem przekonany, że sprawa, do której tak się zabrano, z góry jest przegrana”.

Inni biskupi węgierscy unikali z nim kontaktu (oprócz Mailátha żywo przyznawał się doń ordynariusz koszycki  bp Ágoston Fischer- Colbrie), ale też nie występowali oficjalnie przeciwko niemu. Poza arcybiskupem Samassą, który swoim księżom na piśmie zabronił czytać dzieła ordynariusza Székesfehérvár.

Biskupi zatem – jak to często bywa i w innych czasach – zamknęli się w „roztropnym milczeniu”…

Tylko ojciec Szabó nie dawał Prohászce spokoju, wysyłając do Rzymu wycinki z gazet budapeszteńskich spekulujących,  gdzie, kiedy i z czym wystąpi biskup Prohászka. Ten w rezultacie takich donosów otrzymał od jednego z kurialistów, kardynała de Lai, pismo upominające go za treść oświadczenia w gazecie (którego nota bene nie było, była natomiast… „kaczka” dziennikarska; coś w rodzaju: „co by było, gdyby…”).

Ordynariusz Székesfehérvár wyraźnie się z tego powodu oburzył i napisał do kardynała pełen godności list, kończący się słowami: „Życzę, by Wasza Eminencja mógł osobiście czytać oryginały wygłaszanych przeze mnie przemówień”.

Biskup Ottokar Prohászka  – jeszcze w czasie pokoju, przed wojną – odbył kilka podróży po Europie; był we Francji i Szwajcarii, a jesienią 1913 roku udał się z wizytą ad limina do Rzymu. Być może Pius X odczuwał wobc niego jakieś wyrzuty sumienia, bo powiedział swemu węgierskiemu gościowi, że w jego – papieża – oczach „jest czysty”! dzięki zabiegom mądrego biskupa Mailátha pod koniec lipca 1914 roku – czyli niedługo przed swą śmiercią – papież przekazał swoje zdjęcie Prohászce z bardzo serdeczną dedykacją.

Oficjalnej rehabilitacji jednak – do dzisiaj! – sprawa się nie doczekała!

Rzecz ciekawa: w liczącym ponad 700 stron „Magyar Katolikus Almanach” z 1928 roku w obszernym wspomnieniu poświęconym biskupowi Prohászce nie ma słowa o indeksie. Znamienne!.

Gdy w 1914 roku wybuchła wojna, bp Ottokár Prohászka daleki był od oficjalnych patriotycznych uniesień: od początku nie miał złudzeń co do losów monarchii, nic go za to bardziej nie obchodziło niż pomoc biednym i troska zwłaszcza o młodzież najbardziej narażoną na demoralizację.

Wsłuchując się w głosy społecznych radykałów, pisał: „Obok świata ducha, trzeba spełnić wymogi godnego życia ziemskiego”.

Jest rzeczą, moim zdaniem, nie wymagającą uzasadnienia, iż Prohászka z całą mocą odrzucał ateistyczną komunę 1919 roku na Węgrzech wraz z jej okrutnymi zbrodniami, zarazem jednak szukał przyczyn, jak do niej doszło. Tok jego myśli najlepiej oddaje list pasterski „Po upadku komunizmu”, który na sierpniowym posiedzeniu w roku 1919 Episkopat Węgier przyjął jako swój. Jak widać, głos biskupa Prohászki przydał się na czas kryzysu!

List ten bez ogródek piętnował czcze obietnice „raju na ziemi”, wskazywał na zbrodnie („terror, więzienie, kule karabinowe”), jednak – i jest to znamienne dla myślenia Prohászki – zdaniem autora dokumentu, wiele zła zostało wygenerowane przez „brak miłości, jawną niesprawiedliwość i rozgoryczenie”.

Biskup Prohászka miał moralne prawo tak mówić, bo sam to wszystko widział i piętnował na długo przed wojną i przed komuną 1919 roku.

Tak pisał po wszystkim, mimo że w kwietniu 1919 roku czerwoni opanowali pałac biskupi w Székesfehérvár, spożyli wszystkie zapasy jedzenia i opróżnili z wina piwnice. Przed wszczynającymi burdy komunardami Prohászka przeprowadził się do jednego z domów kanonickich, a gdy dowiedział się o upaństwowieniu dóbr diecezji, zanotował: „(…) czuję się dobrze, (…) uwolniono mnie od posiadłości, winnic, łąk i lasów”. Nota bene, po upadku „węgierskiej republiki rad”, samorzutnie rozparcelował między chłopów jedną czwartą dóbr swojej diecezji!

Należał do tych niewielu hierarchów, którzy po I wojnie nie byli legitymistami, czyli pragnącymi za wszelką cenę osadzić na tronie węgierskim Habsburga. Całym swym autorytetem poparł rządy Miklósa Horthy’ego (kalwina, co najmniej mu przeszkadzało!). Bo mimo niewątpliwych anachronizmów – królestwo bez króla, za to z regentem, który jest admirałem, tyle że kraj nie ma dostępu do morza[1] – Węgry były państwem demokratycznym, które w swych elitach, przynajmniej za życia Prohászki, wpatrzone były w styl życia Wielkiej Brytanii. Funkcjonowały partie polityczne, istniała niezależna prasa (tendencje autorytarne pojawią się później. Biskup Prohászka nie będzie już ich świadkiem).

Węgry – które z woli innych narodowości żyjących w dziedzictwie świętego Stefana oraz decyzji trianońskich wielkich mocarstw (do dziś zresztą przez wielu Madziarów boleśnie przypominanej) utraciły dwie trzecie dotychczasowego terytorium – rychło podniosły się gospodarczo, zaś poziom życia (mimo wielkiego zacofania wsi) zaczął się zbliżać do czasów przedwojennych.

A to, że kraj także pod względem naukowym, kulturalnym i religijnym powoli, ale skutecznie otrząsał się z tragedii wojny i okropności komuny, było zasługą wielkich Węgrów wśród których na pierwszym miejscu należy postawić biskupa Prohászkę.

Miał prawie 70 lat, gdy na początku 1927 roku zaplanował „drogę ewangelizacyjną”, głosząc rekolekcje w Veszprém, Pápa, Pécs i Budapeszcie. Tu, w kościele akademickim, 28 marca rozpoczął rekolekcje dla młodych mężczyzn, tłumnie zapełniających świątynię.

1 kwietnia poczuł się źle na ambonie (z której przez dziesięciolecia przemawiał) – dostał udaru mózgu. Zmarł na drugi dzień, w sobotę przed Niedzielą Palmową, w pokoju gościnnym seminarium duchownego, w obecności rodzonej siostry, mieszkającej w Budapeszcie.

Przed katafalkiem, wystawionym w tym samym kościele, hołd oddawali wszyscy: od biedaków, którym pomagał, przez ludzi kultury i nauki, po polityków, arystokrację i regenta Węgier Horthy’ego.

4 kwietnia 1927 roku trumna z ciałem biskupa Ottokára Prohászki odjechała tym samym pociągiem, którym przez wiele lat jeździł – do Székesfehérvár. Z początku spoczął na cmentarzu Świętej Trójcy, potem – w roku 1930 – przeniesiono jego zwłoki do świątyni zbudowanej z przeprowadzonych na jego cześć zbiórek krajowych.

Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył… biskup Gyula Glattfelder, a kazanie wygłosił arcybiskup Lajos Szmrecsányi!

Po latach ksiądz profesor Gábor Adriányi, jeden z najwybitniejszych historyków Kościoła nowożytnego i najnowszego (wykładający w Niemczech i na Węgrzech), napisał, że „Ottokár Prohászka był kometą na węgierskim niebie (…), pół wieku wyprzedzał swą epokę, był prekursorem II Soboru Watykańskiego”.


[1] Rozgoryczony w powodów osobistych i rodzinnych Sándor Márai nazwał to „karykaturą”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata