70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przeciw nostalgii

Jeśli chodzi o stan badań literackich w Polsce, to po wyczerpaniu się impulsów płynących z jedynej naszej oryginalnej szkoły metodologicznej, tj. strukturalizmu warszawskiego, przechodzimy podobne jak w Stanach Zjednoczonych przemiany, tylko z opóźnieniem i bardziej lękliwie.

Literature Lost Johna M. Ellisa należy do bardzo pokaźnej grupy książek, które w toczącej się „wojnie kulturowej” mają dostarczyć amunicji przeciwnikom radykalnych zmian, jakie dokonują się od paru dziesięcioleci w humanistyce amerykańskiej. Niektóre z tych książek, jak Umysł zamknięty Allana Blooma, zyskiwały chwilowy rozgłos, głównie dzięki prasie codziennej, inne, jak cały cykl publikacji Alana Sokala, wywołały dłuższą i owocniejszą dyskusję. Wszystko to jednak nie oddziałało na zasadniczy kierunek rozwojowy badań literackich.

Od ukazania się Literature Lost upłynęło już trochę lat i na horyzoncie metodologicznym pojawiły się nowe zjawiska, ale ogólnie biorąc sytuacja jest dziś podobna, bo na przykład krytyka ekologiczna zmieściłaby się w niemiłej Ellisowi rubryce krytyki upolitycznionej, a badania inspirowane odkryciami w naukach kognitywnych naraziłyby mu się swą interdyscyplinarnością.

Ellis z nostalgią wspomina czasy New Criticism. Ja także. Czytając Ellisa, przypominam sobie mój pradawny artykuł w „Znaku” (Widzenie uzbrojone. Pół wieku krytyki literackiej w USA, „Znak” nr 7/1958). Widziałem wtedy w New Criticism, orientacji badawczej pozostającej jeszcze w pełnym rozkwicie, odtrutkę na wszechobecną u nas ideologizację kultury, na stawiany jej wymóg – bardzo specyficznego, bo przeprowadzanego na komendę – „zaangażowania”.

Ale orientacja ta jest już martwa, a jedynym żywym do pewnego stopnia autorem (uznawanym za „nowego krytyka”) jest Kenneth Burke, którego prace oddziałały niegdyś na tak różnych uczonych jak Tallcot Parsons i Erving Goffman. Wobec Burke’a łatwo jednak byłoby sformułować oskarżenia podobne do tych, jakie Ellis wytoczył przeciwko współczesnym szkodnikom spod znaku race, gender, class oraz deconstruction (por. jego książkę Against Deconstruction, Princeton 1989).

Ostatnim w Stanach Zjednoczonych wielkim dziełem w duchu tradycyjnych badań literackich była książka szczególnie mi bliskiego autora, Meyera Abramsa, Natural Supernaturalism: Tradition and Revolution in Romantic Literature (New York 1971). Bardzo pouczający też pozostaje zbiór jego szkiców Doing Things with Texts: Essays in Criticism and Critical Theory (New York 1989), zawierający m. in. błyskotliwą polemikę z tymi samymi zjawiskami w humanistyce, z którymi chce się rozprawić Ellis. Abrams zresztą wywodzi się nie z „nowej krytyki”, ale ze szkoły chicagowskich historyków idei.

W Literature Lost, jak i w innych swych publikacjach Ellis skupia się bez reszty na przejawach rzeczywistej (i domniemanej) patologii we współczesnym życiu intelektualnym w Stanach. Wydaje się, że bardziej ekonomiczne jest podejście, które pozwala wydobyć z nieprzebranego bogactwa tekstów (często niemądrych, zwykle nijakich, czasem jednak odkrywających zupełnie nowe perspektywy) to, co w nich cenne i produktywne. Ellis, germanista i autor kilku książek z tego zakresu, większą część swojego życie zawodowego poświęcił zwalczaniu w humanistyce irytujących go zjawisk. Bezskutecznie. Bez względu na to, jak ocenimy jakość jego argumentów, trzeba powiedzieć, że jego kolejne próby rozprawienia się z patologią współczesnego literaturoznawstwa z góry skazane były na niepowodzenie. Z zupełnie oczywistego powodu – zjawiska kulturowe o tej skali nie wynikają ze zbiorowej indolencji umysłowej ani z epidemii snobizmu czy z politycznego zacietrzewienia. W krajach demokratycznych nie mogą też być wynikiem manipulacji ze strony władz czy jakichś tajemniczych „układów”. Muszą odpowiadać określonym potrzebom społecznym. Dla zrozumienia tego rzędu zjawisk potrzebna jest, owszem, analiza pojęciowa, ale nie pamflet, który taką analizę jedynie wykorzystuje dla własnych celów. Wpływ zaś na przebieg tego rodzaju procesów można wywrzeć tylko z ich wnętrza – próbując nadać im bardziej pożądany kierunek.

Aby jednak wywrzeć taki wpływ, uczony musi przede wszystkim dowieść skuteczności własnego programu, przedstawiając prace dostatecznie oryginalne i pobudzające, by mogły one przemówić nie tylko do znawców danej dziedziny, ale i do szerszego kręgu humanistów. Następnie musi uruchomić mechanizmy organizacyjne, które zaczną wprowadzać w życie ów program. Niezbędne jest tu połączenie talentów, które rzadko idą ze sobą w parze – talent twórczego uczonego i talent wirtuoza zarządzania. U nas takimi talentami bogato obdarzony został Janusz Sławiński.

Germanistyczne książki Johna M. Ellisa przeszły bez większego echa w środowisku humanistycznym, jedyna zaś informacja o jego działalności organizacyjnej, do jakiej udało mi się dotrzeć, dotyczy sprawowanej przez jakiś czas funkcji sekretarza-skarbnika w Association of Literary Scholars and Critics, stowarzyszeniu pozostającym raczej na uboczu życia intelektualnego w Stanach Zjednoczonych (przy całym moim uznaniu dla jego obecnej prezeski Clary Cavanagh).

Dla kontrastu przytoczę tu nazwisko Marthy Nussbaum. Z wykształcenia jest ona filologiem klasycznym i filozofem. Znawczyni i propagatorka Arystotelesowskiej teorii osoby ludzkiej rozgłos zyskała już jedną z wczesnych swych książek o dramacie greckim, w której dowodziła, że filozoficzną problematykę etyczną poeci wyrazili subtelniej niż filozofowie. Później podobne zalety przyznała nowszym pisarzom, m.in. Henry’emu Jamesowi, Proustowi i Beckettowi. I zajęła się przeróżnymi innymi dziedzinami, dość odległymi od tematyki starożytnej, o czym mówi sam tytuł wydanej u nas dziewięć lat temu publikacji: Czy powstanie klon człowieka? Fakty i fantazje (red. M. C. Nussbaum i C. R. Sunstein, tłum. A. Twardowska-Pozorska i inni, Warszawa 2000) .

Dla omawianych teraz spraw ważna jest jej książka z roku 1998, opublikowana niedawno w polskim przekładzie: W trosce o człowieczeństwo. Klasyczna obrona reformy kształcenia ogólnego; przeł. A. Męczkowska, Wrocław 2008. Jest to gorąca obrona reform uniwersyteckich na poziomie undergraduate w zakresie humanistyki i nauk społecznych. Kolegium pojmowane jest przez autorkę przede wszystkim jako szkoła obywatelskości. Ma wykształcić „obywateli świata”, ale czułych na lokalną specyfikę i lokalne potrzeby. Autorka snuje teoretyczne rozważania oraz pokazuje przykłady praktycznych rozwiązań, udanych i nieudanych. Jej przeciwnicy to zarówno zwolennicy profilu zawodowego kolegiów, jak i elitarnie nastawieni konserwatyści, ale i „nowi sofiści”, czyli postmoderniści. Narracja prowadzona jest z rozmachem, jasna i ciekawa, wplecione do niej zostały dane z różnych badań, raportów i innych materiałów źródłowych, a także z własnych doświadczeń w bardzo licznych środowiskach akademickich. Obok opisu poszczególnych kolegiów znalazły się tam wyraziste portrety rozmaitych aktywistów.

Nussbaum otrzymała doktorat honoris causa z trzydziestu paru uczelni oraz obsypana została niezliczonymi innymi wyróżnieniami. Odgrywa ważną rolę w ciałach doradczych wielu instytucji krajowych i międzynarodowych. Z pewnością należy do grona najbardziej wpływowych intelektualistów na scenie światowej (jak zapewniają ankiety).

Zatrzymałem się dłużej przy osobie Marthy Nussbaum, bo sądzę, że jest ona dla współczesnej humanistyki amerykańskiej postacią nie tyle może reprezentatywną, ile symboliczną. Wiara w wartości uniwersalne (pojęte w duchu arystotelesowskim), nadrzędność w stosunku do czystej nauki misji społecznej, obejmującej swym zasięgiem cały glob, przekonanie o możliwości doskonalenia siebie i innych oraz całych społeczeństw, liberalnie pojęta religijność – wszystko to osadza doskonale Nussbaum w głębokiej tradycji amerykańskiej, sięgającej pisarzy „transcendentalistów”, tradycji przekształconej przez pewne elementy filozofii pragmatycznej. A warto tu jeszcze wspomnieć retoryczny zakrój wypowiedzi, łatwość dobierania słów i umiejętność nawiązywania kontaktu z wielkim audytorium.

Za wszystko trzeba jednak płacić. Nussbaum z uczonej przekształca się stopniowo w aktywistkę społeczną i moralistkę. Stawiając na jednym z najwyższych miejsc cnotę krytycznego myślenia, w swoich pismach (wytwarzanych w oszałamiającym tempie) staje się coraz bardziej głosicielką tez uproszczonych, przedstawianych w trybie bezwarunkowym.

Wracając do Ellisa, wspomnę jeszcze, że prawie wszystko, co przez kilka dziesięcioleci było w anglojęzycznej humanistyce pobudzające, działo się albo w obrębie owych piętnowanych przez Ellisa orientacji, albo dzięki mniej lub bardziej zmodyfikowanemu podejściu do wysuniętych przez nie pytań. I właśnie na skrzyżowaniu różnych dyscyplin. Pominę lepiej u nas znanych i tłumaczonych autorów i wymienię przykładowo filozofa Alexandra Nehemasa, anglistę Philipa Fishera oraz – aby parytetowi stało się zadość – mediewistkę Caroline Bynum i estetyczkę Elaine Scarry. Kusi mnie też, by dodać tu jeszcze Moshe Halbertala, historyka filozofii z Jerozolimy, który w swej książce People of the Book: Canon, Meaning, and Authority (Cambridge (Mass.), London 1997), wykorzystał dla analizy tradycyjnej myśli judaistycznej techniki zaczerpnięte z anglosaskich badań literackich (m.in. związane z pojęciem kanonu).

Słowem, potępianie w czambuł wielkich obszarów współczesnej kultury wydaje mi się czynnością jałową. Bardziej produktywne jest podejście, które pozwala odnaleźć wśród nieprzebranej mnogości kierunków, szkół, teorii, metod, strategii i technik badawczych to, co jest dla nas najbardziej obiecujące i co pozwoli zmodyfikować nam własny warsztat.

Co do mnie, to z uwagą śledzę w piśmiennictwie anglosaskim skromne przejawy nawrotu do bardziej bezinteresownych – czy może bardziej samolubnych? – postaw wobec utworów artystycznych. Z jednej strony są to nastawienia czysto estetyczne, z drugiej czysto poznawcze. Czasem łączą się one ze sobą, jak na przykład w twórczości naukowej Semira Zekiego, kierownika pierwszej w dziejach katedry neuroestetyki (na Uniwersytecie Londyńskim), uczonego o niekwestionowanym dorobku empirycznym, a jednocześnie autora śmiałych, nazbyt chyba śmiałych, przyznaję, hipotez i uogólnień.

Jeśli chodzi o stan badań literackich w Polsce, to po wyczerpaniu się impulsów płynących z jedynej naszej oryginalnej szkoły metodologicznej, tj. strukturalizmu warszawskiego, przechodzimy podobne jak w Stanach Zjednoczonych przemiany, tylko z opóźnieniem i bardziej lękliwie.

Zmuszony do prognoz, zaryzykowałbym przypuszczenie, że w najbliższej przyszłości utrzyma się w naszej krytyce akademickiej zainteresowanie literaturą w jej związkach z kulturą epoki oraz że nadal będzie to podejście charakteryzował pewien prezentyzm, to znaczy spojrzenie historyczne pozostanie uległe wątkom bieżącym. Swój rozpęd zachowają te kierunki badań, które wynikają z autentycznych problemów społecznych, z pewnością zatem krytyka feministyczna i pokrewne jej postawy skoncentrowane na zagadnieniach płci, ale też krytyka ekologiczna. Postkolonializm i wątki rasowe mniej bezpośrednio dotyczą tego, co jest u nas odczuwane obecnie jako problem palący, ale historykom literatury podobny sposób myślenia może posłużyć do reinterpretacji sporych obszarów piśmiennictwa staropolskiego.

Z roku na rok rośnie też, i będzie z pewnością rosła, liczba osób poświęcających się tematowi Holocaustu i dziejom polskich Żydów, także w ich aspekcie literackim. Badania te nie tworzą wprawdzie odrębnej dyscypliny, ale dzięki ich specyfice powstaje w naszym literaturoznawstwie swoisty, dynamicznie się rozwijający obszar tematyczny, zmuszający do wypracowywania nowych ujęć.

W sprawie zaś nadrzędnych zadań polonistyki oraz strategii, którą powinniśmy jako grupa nacisku stosować, odsyłam do świetnego wywiadu, jakiego Ryszard Nycz udzielił „Tygodnikowi Powszechnemu” (nr 30 z dnia 26 lipca 2009).

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata