70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Literatura utracona. Programy społeczne a rozkład humanistyki

Gdy spotykamy się dziś z postulatem, by polityka zyskała bardziej poczesne miejsce w świecie akademickim, naturalne byłoby przypuszczenie, że wysuwają go profesorowie i studenci nauk politycznych, być może chcąc zwiększyć wagę swojej dziedziny nauki. A jednak to nie oni stawiają tego rodzaju żądania, lecz, o dziwo, humaniści, a w szczególności wykładowcy literatury.

Wstęp

Jeszcze nie tak dawno byliśmy przyzwyczajeni do standardowego zestawu argumentów dotyczących miejsca nauk humanistycznych w edukacji[1]. Ludzie o przekonaniach utylitarystycznych zwykle traktowali humanistykę dość chłodno: nieufnie podchodzili do idei poświęcania zbyt dużej ilości czasu na dziedziny wiedzy, które nie mają przełożenia na karierę i przyszłe źródło utrzymania. Prawo, polityka, ekonomia, nauki ścisłe, technologia – to były praktyczne kierunki studiów; odrobina literatury, historii czy filozofii mogła wprawdzie wprowadzić do życia miłe urozmaicenie, w zbyt dużej dawce byłaby jednak słabostką. Standardowa obrona nauk humanistycznych brzmiała z kolei, że wykształcenie humanistyczne przynosi różnego rodzaju pożytki, z których wzbogacenie czasu wolnego poprzez literaturę i sztukę jest akurat najmniej istotne. Argumenty największej wagi głosiły, że nauki humanistyczne pozwalają nam spojrzeć z dystansu na samych siebie, sprawiają, że jesteśmy bardziej oświeconymi obywatelami i w sposób bardziej pogłębiony myślimy o istotnych kwestiach. Społeczeństwo ludzi wykształconych nie tylko do uprawiania konkretnego zawodu, lecz do pełnego, inteligentnego uczestnictwa we współczesnej demokracji byłoby znacznie lepsze i szczęśliwsze od dzisiejszego – tak brzmiał argument – a owa użyteczność społeczna edukacji humanistycznej kompensowałaby to, że nie daje ona bezpośrednio narzędzi do zarobkowania.

Te dwa przeciwstawne zdania padały po wielokroć i choć teoretycznie każdy człowiek mógł wygłaszać jeden bądź drugi pogląd, ich stereotypowy rozkład był częścią naszej codzienności. Przedstawiciele świata biznesu z większym prawdopodobieństwem przyjmowali ów pierwszy punkt widzenia, zaś wykładowcy nauk humanistycznych byli – naturalnie – obrońcami drugiego. Słyszeliśmy zatem, jak ludzie, którzy zarabiają na życie uczeniem trudnych, lecz wyjątkowych dzieł – takich jak Boska komedia, Faust czy Iliada – z żarem przekonują o tym, jak Dante, Goethe czy Homer do głębi rozumieją los człowieka i jak istotne stawiają pytania. Abstrahując od tego, że niewątpliwie argumenty te były w jakiejś mierze interesowne, tego rodzaju logika wystarczała, by nawet większość biznesmenów przekonać, że nauki humanistyczne powinny znajdować się w programie nauczania ich dzieci. Przecież wymienieni pisarze to twórcy takiej klasy, że – przyznawano to jednogłośnie – wybijają się ponad pozostałych; ich myśl jest tak oryginalna, że prawie nikt, kto się z nią zetknął, nie potrafił się oprzeć jej urokowi.

Teraz niekiedy wypacza się ten stosunek do wielkich pisarzy i myślicieli, określając go pogardliwie mianem biernego, bezkrytycznego zachłystywania się „prawdami odwiecznymi”. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej błędnego: pisarze ci przedstawiali raczej odwieczne dylematy i problemy niż dogmaty, a choć u Szekspira, Dantego, Platona czy Hume’a można znaleźć pewne doktryny czy pouczenia, rozwój myśli i ujmowanie zagadnień z różnych stron zawsze było w ich dziełach znacznie bardziej wyraziste, niż można by było wnioskować z tak karykaturalnego postawienia sprawy. Kanon klasycznych dzieł literackich i filozoficznych tradycji Zachodu nie jest zbiorem idei, w które należy ślepo wierzyć, lecz wyjątkową kolekcją fascynujących zmagań z różnorodnymi problemami. Na poczesnym miejscu zawsze znajduje się konflikt i konkurencja między ideami i wizjami jednego pisarza i innych, często widać też ich znaczny samokrytycyzm.

Gdybyśmy mogli wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się w przeszłość, kiedy obowiązywał ten klasyczny zestaw argumentów za i przeciw naukom humanistycznym w edukacji, zapewne nie znaleźlibyśmy nikogo, kto byłby skłonny uwierzyć, że w krótkim czasie uczestnicy dyskusji zamienią się stronami: ci, którzy uprzednio orędowali za Dantem, Goethem i Homerem i przeciwko nadmiernie zawężającym postawom utylitarystycznym, teraz będą opowiadać się za tymi właśnie postawami i przeciw wielkimi pisarzom, ci zaś, którzy uprzednio pozostawali wobec literatury sceptyczni, będą najgłośniej lobbować na jej rzecz. Niemniej tak właśnie się stało: profesorowie literatury opowiadają się teraz przeciwko tradycji Zachodu w filozofii i literaturze, a w tej swojej nowej roli posuwają się nawet dalej od swoich poprzedników. Nie twierdzą bowiem tylko, że studiowanie Szekspira i Platona to strata czasu, który powinien być spożytkowany na poważniejsze zajęcia, lecz że może być wręcz szkodliwe. Kultura wysoka pełna jest zgubnych idei i wpływów – nawet w dramatach Szekspira pojawiają się postawy reakcjonistyczne, szowinistyczny imperializm, rasizm, seksizm, homofobia. A ponieważ kultura wysoka ucieleśnia te postawy, to – jak argumentują – odgrywa znaczącą rolę w umacnianiu ich w opinii publicznej, a zatem stanowi narzędzie, za pomocą którego osoby uprzywilejowane społecznie, rasowo i seksualnie utrzymują się przy władzy. Kultura wysoka to część sterowanego przez elity rządzące aparatu kontroli społecznej. Dlatego więc byliśmy w błędzie – według tego nowego poglądu – uważając, że studiowanie wielkich dzieł kultury Zachodu otwiera nam umysły i uczy myśleć krytycznie. Jest bowiem dokładnie odwrotnie: te dzieła zamykają nam umysły, każą nam akceptować bez zastrzeżeń ideologię reakcyjną i sprawiają, że bezkrytycznie przyjmujemy idee uprzywilejowanej grupy białych Europejczyków z klasy wyższej. W rezultacie byli profesorowie i obrońcy wielkich dzieł zachodniej myśli i literatury teraz nimi gardzą, obronę tych dzieł pozostawiając ludziom, którzy nie są wykładowcami literatury i filozofii.

Gdy spotykamy się dziś z postulatem, by polityka zyskała bardziej poczesne miejsce w świecie akademickim, naturalne byłoby przypuszczenie, że wysuwają go profesorowie i studenci nauk politycznych, być może chcąc zwiększyć wagę swojej dziedziny nauki. A jednak to nie oni stawiają tego rodzaju żądania, lecz, o dziwo, humaniści, a w szczególności wykładowcy literatury. To oni dążą do tego, by wszystko koncentrowało się wokół polityki, nie zaś naukowcy, którzy się w tej dziedzinie specjalizują. Nasuwa się pytanie, jak profesorowie literatury mogą twierdzić, że wiedzą więcej o polityce niż specjaliści od nauk politycznych? Ale profesorowie literatury są dziś ekspertami od wszystkiego. Autorytatywnie wypowiadają się w swoich publikacjach na tematy socjologiczne, takie jak rasizm i stosunki międzyrasowe; na tematy polityczne i historyczne, takie jak imperializm i socjalizm; tematy z dziedziny psychologii, takie jak seks, zarówno hetero-, jak i homoseksualny; oraz na tematy z dziedziny kryminologii, takie jak gwałt, pornografia i pedofilia. Niektórzy nawet ferują kategoryczne sądy na temat ekonomii. I jasne jest, że we wszystkich tych przypadkach nie tylko nie czują się niepewnie z powodu braku profesjonalnego przygotowania i zbyt wąskiej wiedzy; uważają, że owe braki rekompensuje z nawiązką świetny model teoretyczny, którym się w swoich dociekaniach posługują.

Zważywszy na to, jak wiele ostatnio się zmieniło, nie dziwi fakt, że zmiany zaszły także w sposobie nauczania literatury. Są one w istocie najbardziej widoczną oznaką całościowej zmiany w życiu uniwersyteckim. W stosunkowo krótkim czasie zmieniła się akademicka krytyka literacka. Wiele osób za główny cel krytyki literackiej uznaje dziś aktywizm społeczny, w dodatku w bardzo konkretnym wydaniu: kwestią pierwszorzędną we wszystkich tekstach literackich jest kwestia ucisku ze względu na rasę, gender i klasę. Zwolennicy tej teorii samą koncepcję kanonu wielkich dzieł uważają za ideę elitarystyczną, kwestionują nawet to, czy powinno się utrzymać rozróżnienie na literaturę i inne rodzaje pisemnej wypowiedzi; przecież to również jest przykład elitaryzmu.

Nowy pogląd tych osób na ludzką motywację zapewne wprawi w zdumienie każdego, kto pamięta, jak humaniści mówili onegdaj: według nich najbardziej podstawowym czynnikiem ludzkiej motywacji jest bowiem władza. W tym ponurym poglądzie na ludzkość jeden jedyny czynnik odsuwa na bok i podważa całą gamę innych motywacji, które kiedyś uważaliśmy za tak ważne: miłość, lojalność, spełnienie, ambicję, sukces, przyjaźń, ciekawość intelektualną itd.

Humaniści byli kiedyś beztroskimi roztrzepańcami, którzy, dzięki częstej styczności z bardzo szczególnymi, niepowtarzalnymi sytuacjami, w jakich może znaleźć się człowiek – jak choćby sytuacje znane z Hamleta czy Zbrodni i kary – generalnie nie lubili abstrakcyjnych uogólnień. Teraz jednak, po raz pierwszy, większość wydaje się akceptować fakt, że jedynym, niezbędnym narzędziem krytyka powinna być konkretna teoria. Ale jaka teoria? Zanim literaturoznawstwo poddało się temu nowemu nastrojowi, mniejszościowa grupa krytyków – do których i ja się zaliczałem – usiłowała przekonać pozostałych, że krytycy powinni zdobyć się na refleksję o ogólnej teorii swojej dziedziny, czyli rozważać w kategoriach ogólnych, co decyduje o dobrej praktyce krytycznej. Sukces teorii, którego teraz jesteśmy świadkami, dokonał się w zupełnie innym duchu. Zatriumfowała nie większa otwartość na refleksję ogólną, lecz zawężenie perspektywy do sztywnej recepty, według której krytyka musi mieć pewien określony charakter, cechować się specyficzną treścią i problematyką. To nie jest otwarcie na refleksję teoretyczną, tylko zamknięcie się na nią.

Kolejną różnicę między przeszłością a teraźniejszością widać w jakości publikacji dzisiejszych krytyków. Jak przystało na ludzi, którzy poświęcili życie zawodowe studiom nad wybitnymi przykładami użycia języka, krytycy (czy bardziej ogólnie, humaniści) szczycili się tym, że potrafią posługiwać się językiem. Również w tej dziedzinie nowa fala spowodowała zdumiewającą zmianę: ludzie, którzy piszą o literaturze, posługują się dziś prozą naszpikowaną niezrozumiałym żargonem.

Te nowe postawy i idee szerzyły się tak prędko, że nie doszło jeszcze do dyskusji o nich i analizy na pełną skalę, a już zostały szeroko zaakceptowane; jak się wydaje, zabrakło fazy pośredniej, w której ich intelektualną moc można by poddać próbie na wolnym rynku idei. Zupełnie nagle stały się powszechnie akceptowanym dogmatem i wiele czynników złożyło się na to, by sprzeciw wobec nich wydał się niebezpieczny. To nie jest po prostu kwestia szybkiego przejścia na nową wiarę największych nazwisk w naukach humanistycznych czy kontroli nad takimi instytucjami jak amerykańska Modern Language Association, która teraz zdecydowanie wyznaje nową ortodoksję. Odszczepieńców – szczególnie młodych ludzi, którzy usiłują zdobyć pierwszą pracę w trudnych czasach – najbardziej przeraża to, że ta ortodoksja jest dziwaczną, lecz wielce skuteczną mieszaniną dwóch prądów, które się nawzajem wspierają i neutralizują to, co w wypadku każdego z nich z osobna stanowiłoby poważną słabość.

Jednym z nich jest odwołanie do moralności: dzięki temu, że nowy model krytyki zajmuje się rasą, genderem i klasą, sprawia wrażenie słusznej sprawy, której żaden porządny człowiek nie chciałby się sprzeciwiać. Drugim jest nieprzenikniony język zapożyczony w dużej mierze od wyrafinowanych paryskich intelektualistów. Aby zrozumieć, dlaczego jest to kombinacja wyjątkowo skuteczna, wystarczy przyjrzeć się słabości każdego z tych elementów z osobna. Kazania umoralniające łatwo mogą sprawiać wrażenie obłudnych i nadmiernie uproszczonych, dlatego też literacka inteligencja zazwyczaj gardziła moralnością obowiązującą we współczesnych sobie czasach. Z drugiej strony, gdy zainteresowania intelektualistów stają się zbyt wyszukane, łatwo uznać, że nie mają oni kontaktu ze światem rzeczywistym. Połączenie krytyki rasowo-genderowo-klasowej z językiem dekonstrukcji rozwiązuje oba problemy naraz. Upolityczniona krytyka nadaje dekonstrukcji pozór moralnej powagi, a dekonstrukcja sprawia, że sztywno moralistyczne stanowisko wydaje się awangardowe i wyrafinowane.

Rezultatem jest mocno ugruntowana instytucjonalnie ortodoksja uzbrojona w groźny podwójny oręż, propagowana przez tak zwaną polityczną poprawność; odszczepieńcy mogą oczekiwać nie tylko krytyki, która zawsze przypada w udziale tym, którzy myślą inaczej, lecz również napiętnowania zarówno jako moralnych wyrzutków, jak i intelektualnych ignorantów. Odbywa się to jednak w oparciu o pogląd, który ustalił się zdecydowanie zbyt szybko, bez uprzedniego gruntownego przemyślenia, bo zdobył sobie uznanie nie dzięki intelektualnej sile, lecz na prawie uderzenia wysokiej fali, która wyrosła nagle nad nami. Nadszedł czas, żebyśmy się cofnęli i zrobili to, co trzeba było zrobić na początku: skrupulatnie zbadać, ile to stanowisko naprawdę jest warte i czy jest dość solidne, by zasługiwać na dominującą pozycję, którą obecnie zajmuje.

Czy winna jest teoria?

Wiele osób wini teorię za obecną niemoc literaturoznawstwa. Na rzecz tego poglądu przemawiają też dane empiryczne: dominująca obecnie krytyka rasowo-genderowo-klasowa jest zazwyczaj naszpikowana żargonem teoretycznym, a sami krytycy wydają się mniej zainteresowani rozważaniami nad tym, co dzieła literackie mają nam do powiedzenia, niż przykładaniem do nich konkretnej teorii. Ale błędem byłoby wysnucie wniosku, że w takim razie źródło problemu stanowi teoria. Problemem nie jest teoria, tylko zła teoria.

Teoria jest nieunikniona, i to z powodów bardziej istotnych niż popularny obecnie pogląd, że nawet w najbardziej niewinnych wypowiedziach kryje się jakaś ciemna ideologia. Zwięźle ujmują sedno sprawy dwa aforyzmy Goethego: „Teoretyzujemy za każdym razem, kiedy uważnie patrzymy na świat” i „Wszystko, co jest oparte na faktach, już jest teorią”[2]. Zrozumieć dany przypadek to znaczy umieścić go w kontekście innych. Kant twierdzi to samo, tyle że u niego ruch odbywa się w obie strony: „Myśli bez treści naocznej są puste, dane naoczne bez pojęć – ślepe”[3]. Ogół zawiera się w szczególe, lecz również szczegół zawiera się w ogóle.

Obecna teoria z kolei jest w dużej mierze ulicą jednokierunkową, prowadzi tylko od ogółu do szczegółu: teoria zaleca postawy polityczne i społeczne jako podstawę działania krytyki i istoty literatury, nie może jednak zezwolić na sprzężenie zwrotne ze strony literatury, ponieważ wykazałoby ono, że literatura jest czymś więcej, niż ta teoria gotowa jest przyznać.

Propagowana dziś idea tego, czym teoria jest i jakie ma zadanie, jest zbyt wąska jeszcze pod innym względem. W każdej teorii można wyróżnić dwa nurty, asertywny i analityczny. W nurcie asertywnym proponuje się nowe ogólne poglądy na dane aspekty krytyki literackiej czy literatury: propaguje się konkretną teorię. W nurcie analitycznym zaś bierze się idee pod lupę i analizuje. Te dwa nurty nigdy nie są zupełnie rozłączne: z analizy mogą wywodzić się nowe sugestie dla praktyki krytycznej, zaś jednym z owoców praktyki krytycznej może być lepsza analiza. W okresach, kiedy wiele osób odczuwało potrzebę reorientacji krytyki literackiej, publikacje z dziedziny teorii stawały się zwykle bardziej asertywne i normatywne, kiedy jednak początkowy pęd do zmiany słabł, następował zazwyczaj powrót do nurtu analitycznego. Na przykład w okresie drugiej wojny światowej teorię utożsamiano z postulatami nowej krytyki[4]; obecnie utożsamia się ją z orędowaniem na rzecz zmiany społecznej. Lecz ta nawracająca tendencja do utożsamiania teorii z programem konkretnej grupy jest niefortunna, ponieważ to nie asercja jest głównym nurtem teorii, tylko analiza. Teoria jest wartościowa dzięki jakości i głębi dokonywanej w jej ramach analizy; zaangażowanie, do którego analiza ta może prowadzić, jest kwestią drugorzędną. W ujęciu teoretyków rasowo-genderowo-klasowych jednak nurt asertywny dominuje: ich zdaniem teoria sprowadza się do tego, by znać prawidłowe odpowiedzi i je stosować, nie zaś dążyć do pogłębionej analizy stawianych kwestii.

Jednym ze skutków tego ograniczenia jest to, że gdy teoretycy z innych dziedzin przyglądają się obecnemu stanowi teorii literatury, nie są zachwyceni. Filozof Guy Sircello sugeruje (wprawdzie głównie na podstawie jednego, średnio uargumentowanego, lecz bynajmniej nie zupełnie nietypowego przykładu), że teoria literatury zawiera więcej poezji niż teorii, ponieważ generuje idee bez uprzedniej analizy i bez argumentów koniecznych do ich dowiedzenia i wyjaśnienia[5]. W kwestii analitycznej niekompetencji popularnej obecnie teorii literatury ma sporo racji, ale jego ocena poezji brzmi znacznie mniej wiarygodnie. Pozostaje jednak wniosek, że niedociągnięcia obecnej teorii nie powinny stanowić podstawy definicji istoty czy zakresu teorii w ogóle.

Obecna koncentracja na politycznie pożądanych wynikach spowodowała również zerwanie z przeszłością badań teoretycznoliterackich oraz zapoznanie wielu wciąż wartościowych prac. Teoria literatury to całość zgromadzonej przez lata wiedzy i analiz[6]. To owoc przemyśleń nad rozmaitymi zagadnieniami, które rodzą się podczas studiowania literatury, takich jak między innymi natura i funkcja literatury i jej związki z innymi aspektami kultury, cele i procedury krytyki literackiej, związek autora i kontekstu historycznego ze znaczeniem dzieła literackiego, prawomocność krytycznego wartościowania literatury, natura gatunków literackich itp. W rozwoju teorii literatury wyróżnić można z grubsza trzy fazy. W pierwszej fazie ogólne refleksje nad naturą literatury i krytyki literackiej były przeważnie produktami ubocznymi działalności literackiej, często pochodziły z manifestów poszczególnych autorów czy grup literackich lub też współczesnych komentarzy do nich. Na przykład Herderowska teoria relatywizmu kulturowego wyrosła z niemieckiego ruchu Sturm und Drang.

Kolejny etap rozwoju nastąpił, gdy na początku dwudziestego wieku teoria literatury zaczęła być bardziej samoświadoma i niezależna od powstającej równolegle twórczości oryginalnej. Pierwszymi zorganizowanymi grupami teoretyków, dla których stworzenie ram pojęciowych dla rozumienia literatury stało się celem samym w sobie, byli rosyjscy formaliści i językoznawcza szkoła praska. Owo bardziej systematyczne podejście do teorii rozszerzyło się na Niemcy, gdzie w latach dwudziestych nastąpił wysyp prac teoretycznych, zainspirowanych przykładem Oskara Walzela; na Anglię, gdzie pionierem nowej dziedziny był I.A. Richards; a następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie wpływy wywierali byli członkowie pionierskich grup wschodnioeuropejskich, tacy Roman Jakobson czy René Wellek. Gdy w 1949 roku opublikowana została Teoria literatury René Welleka i Austina Warrena, jasne było, że analiza kwestii teoretycznych jest już mocno rozbudowana. Mimo to teoria literatury pozostała dziedziną niewzbudzającą wielkiego zainteresowania, a większość krytyków nadal wykazywało obojętność czy nawet lekką wrogość wobec tego, co postrzegali jako abstrakcyjne teoretyzowanie.

Trzecia faza nastąpiła w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy ta pogrążona w stagnacji dziedzina dostała zastrzyk energii w postaci wpływu francuskich filozofów, takich jak Derrida i Foucault. Przejście z fazy drugiej do trzeciej przyniosło i zyski, i straty. Po raz pierwszy zaakceptowano teorię krytycznoliteracką jako nieodłączną część wiedzy i poglądów każdego krytyka – czego nie udało się osiągnąć teoretykom poprzedniej fazy – lecz przeciwwagą dla tego zysku była utrata głębi analitycznej, gdyż teoria stała się modna. Ponieważ Francja była wcześniej na polu badań literaturoznawczych najbardziej konserwatywna wśród dużych państw europejskich i początkowo właściwie wcale nie brała udziału w rozwoju teorii, który dokonał się w dwudziestym wieku, ów wpływ Francuzów nie był jednoznacznym dobrodziejstwem. Ich wejście do gry niewątpliwie oznaczało przypływ energii, lecz myśl francuska nie opierała się na analizach dokonanych już wcześniej w innych częściach świata. Ten fakt, w połączeniu z wprowadzeniem nowego słownictwa, przyczynił się do zerwania więzi z przeszłością. Na przykład importowana z Francji idea „śmierci autora” była prymitywna w porównaniu z rezultatami debaty dotyczącej błędu intencji (intentional fallacy), która już przetoczyła się w Ameryce[7]. Jak zaraz się przekonamy, gdy porównuje się obecne podejście do większości zagadnień teoretycznych z podejściem z wcześniejszego okresu, widać stałe pogarszanie się jakości analizy.

Teoria krytyki literackiej zawsze z łatwością wkraczała w szeroki zakres zagadnień poruszanych przez inne dyscypliny. Na przykład pytania o obiektywizm wiedzy krytycznej czy prawomocność wartościowania lokują teorię literatury w dziedzinie, którą zazwyczaj zajmują się filozofowie; kwestie stylu i znaczenia – w teorii językoznawczej; zagadnienia ludzkiego zachowania (zarówno autorów, jak i postaci fikcyjnych) – w psychologii; a przedstawiane w literaturze sytuacje społeczne – w obszarze zainteresowań nauk politycznych i socjologii. Na podstawie prac teoretyków niektórych z tych dziedzin (przede wszystkim Freuda i Marksa) powstały poszczególne szkoły krytyczne. Teoretycy literatury znajdują w pokrewnych dziedzinach wiele użytecznych idei, lecz aby się nimi dobrze posługiwać, muszą opanować ich znaczenie w pierwotnym kontekście. Ponieważ zaś opanowanie drugiej dziedziny na odpowiednio wysokim poziomie zdarza się rzadko, krytycy literaccy od zawsze mają skłonność do amatorskiego nadużywania zapożyczonych pojęć.

Popularna obecnie teoria w coraz większej mierze bazowała na ideach importowanych z innych dziedzin nauki, co doprowadziło do drastycznego wzrostu poziomu niespójności, który jest następstwem niepełnego zrozumienia omawianych idei. Na przykład wśród krytyków zapanowała moda na idee Ferdinanda de Saussure’a o języku, ponieważ odwoływał się do nich Derrida, lecz (jak wykazałem w innej publikacji)[8] i on sam, i inni dekonstrukcjoniści katastrofalnie te idee wypaczyli, w niemałej mierze dlatego, że bardzo niewiele wiedzieli o ich kontekście w historii myśli językoznawczej.

Przyjrzyjmy się teraz wkładowi teoretyków rasowo-genderowo-klasowych w cztery główne zagadnienia teorii krytyki literackiej na tle całego kontekstu debaty i analizy, którego dostarczyła druga faza rozwoju teorii literatury. Po pierwsze, weźmy kontekst historyczny i jego znaczenie dla dzieła literackiego – kwestię bodaj największej wagi, która dzieli krytyków literackich i teoretyków literatury na przeciwstawne obozy. Czterdzieści lat temu odbyła się wielka debata teoretyczna między tymi, którzy twierdzili, że dzieła literackie są wytworem konkretnej sytuacji historycznej, odnoszą się przede wszystkim do problemów tej właśnie sytuacji i należy to uwzględniać w ich interpretacji, a ich przeciwnikami, według których przemijająca problematyka miejsca i czasu tworzenia dzieła narzucałaby zbyt rygorystyczne odczytanie znaczenia dzieła i nie wyjaśniałaby żywego zainteresowania czytelników, którzy do tego kontekstu już nie należą. Według tego drugiego poglądu skutkiem próby czasu jest przetrwanie tylko niektórych dzieł z danej epoki, po tym jak namiętności tej epoki odejdą w zapomnienie. Pisarze, którzy pomyślnie przechodzą tę próbę, stworzyli dzieła na tyle istotne, że mają one znaczenie nie tylko dla czasów im współczesnych, lecz również dla społeczeństwa rozumianego szerzej jako wspólnota trwająca w czasie.

Historyczna krytyka literacka wyrasta z Herderowskiego relatywizmu kulturowego, który głosi, że literaturę powinno się mierzyć nie ideami normatywnymi, takimi jak te zawarte w Poetyce Arystotelesa, lecz według standardów jej własnego czasu i kultury. Ta idea szybko przerodziła się w ortodoksję historii literatury dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku. Aż wreszcie pojawił się poważny problem: na jakiej postawie można ocenić, które elementy tła kulturowego i historycznego są istotne? Wskutek braku standardu określającego, co jest istotne, historyczna krytyka literacka łatwo osunęła się w trywialność, ponieważ bez tego rodzaju miary wszystkie fakty z życia pisarza i jego epoki były równie istotne. Właśnie ten brak ostrości spowodował reakcję przeciwko krytyce historycznej, znaną jako nowa krytyka.

Jaki wkład wnieśli do tej dyskusji teoretycy rasowo-genderowo-klasowi? W istocie zajęli pierwsze z prezentowanych stanowisk – stanowisko historyczne – po czym dodali do niego trzy elementy: po pierwsze, wiarę w ducha czasów, który ściśle określa, co może być w danej epoce pomyślane czy wyobrażone; po drugie, założenie, że polityka to najważniejsza treść wszelkiej literatury; po trzecie wreszcie, założenie, że podstawowym tematem polityki jest ucisk poprzez imperializm, nierówność ekonomiczną i nierówny podział władzy. Ta zbitka stanowisk i założeń nosi miano nowego historyzmu.

Jedyną pozytywną uwagą, jaką możemy tutaj poczynić, jest to, że nowy historyzm nie cierpi na brak ostrości kryteriów. Założenie drugie i trzecie dostarczają wyraźnego standardu istotności, którego tak dotkliwie brakowało staremu historyzmowi. Niestety, to wyjście rodzi więcej problemów niż rozwiązuje; te dwa założenia drastycznie redukują treść zarówno literatury, jak i polityki. Lekarstwo na to, co od dawna stanowiło problem, jest zatem gorsze niż sama choroba.

Wkład teoretyków rasowo-genderowo-klasowych w szerszą kwestię, jaką jest historyzm jako stanowisko teoretyczne, nie jest bardziej obiecujący. W wypadku kwestii tak szeroko analizowanej jak ta wyrazisty wkład mógłby polegać na przedstawieniu nowych argumentów na rzecz historyzmu lub też na nowych sposobach obalania dawnych obiekcji. Tu nie ma mowy ani o jednym, ani o drugim. Uznany przywódca nowego historyzmu, Stephen Greenblatt, odsuwa na bok problemy historyzmu, twierdząc, że jedyną dlań alternatywą jest wiara „w koncepcję sztuki jako skierowanej do bezczasowej, bezkulturowej, uniwersalnej istoty ludzkiej” bądź też „w autoreferencyjność literatury”[9]. Są to nie tylko mocno przerysowane karykatury kwestii podnoszonych przez historyzm, lecz na dodatek idee pozbawione oryginalności; to odwołanie się do najniższego poziomu, jaki osiągnęła dawna debata. Aby wkład do debaty można było uznać za istotny, musiałby on dotyczyć najmocniejszych argumentów przeciwko historyzmowi, a nie najsłabszych.

Najtrudniejsze zagadnienie historyzmu wiąże się z jakością pisarstwa: skoro dzieła wszystkich pisarzy jedynie odzwierciedlają problemy swoich czasów i do nich się odnoszą, to na jakiej podstawie można powiedzieć, że tylko niektóre dzieła są ważne i wartościowe? Zamiast zmierzyć się z logiką tej trudnej kwestii, teoretycy rasowo-genderowo-klasowi zwykle jej unikają, sugerując, że wynika ona wyłącznie z odczuwanej przez niektórych krytyków psychologicznej potrzeby nurzania się w kulcie herosów. Kiedy na przykład Paul Cantor podniósł tę kwestię w krytyce jednej z prac Stephena Greenblatta, Greenblatt odparł, że jeżeli chodzi o podziw dla dokonań Szekspira, „lepiej służy mu historyczne zrozumienie niż hierofantyczne o altitudo[10]. Z punktu widzenia analizy teoretycznej to w ogóle nie jest odpowiedź. Greenblatt sprawia wrażenie, że nie rozumie problemu, nie może zatem nic wnieść do jego analizy. Opinie o jakości pisarstwa i myśli Szekspira reprezentują zgoła inny sposób reakcji na jego sztukę, a nie wyłącznie brak dążenia do historycznego zrozumienia. Historyczne zrozumienie może dotyczyć w równej mierze Szekspira, co ulotek politycznych; różnicę między nimi może wskazać tylko osąd jakościowy.

Założenie, że duch czasu przenika wszystkie zjawiska danej epoki, jest dla nowego historyzmu ważne, ponieważ stanowi mechanizm, za pomocą którego cały klimat założeń rasowo-genderowo-klasowych wywiera swój potężny efekt. To zaś z kolei dostarcza dowodów na poparcie tezy, że kwestie te są centralne dla całej literatury[11]. Problem w tym, że ów wszystko przenikający duch czasu stanowi element teorii zdyskredytowanej kilkadziesiąt lat temu; nowy historyzm znów zdaje się nie znać miażdżących argumentów, które położyły jej kres.

Twórcą owej teorii był niemiecki filozof Wilhelm Dilthey. W Niemczech jego teoria znana była dość powszechnie w pierwszej połowie dwudziestego wieku jako Geistesgeschichte, co tłumaczy się jako „historia ducha epoki”[12]. Teoria Diltheya przeżyła szczyt popularności w Niemczech w okresie międzywojennym. Po drugiej wojnie światowej nawet Niemcy, którzy konsekwentnie trwali przy historyzmie, zrozumieli, że teoria ta przykrawała różnorodne zjawiska składające się na epokę do sztucznej, nierealistycznej jednakowości. Poza tym potrzeba podporządkowania całej epoki jednej idei doprowadziła do idei tak ogólnikowych, że można je było odnosić do wszystkiego. Niemcy więc w dużej mierze teorię Diltheya zarzucili. Ten rozdział w historii teorii literatury nie jest tajemnicą; jego historię można znaleźć na przykład w klasycznej Teorii literatury Welleka i Warrena. A mimo to przedstawiciele nowego historyzmu propagowali tę starą i dawno odrzuconą teorię, najwyraźniej nieświadomi, że jest ona ślepą uliczką, w którą już kiedyś zabrnęliśmy.

Do kwestii historyzmu więc nowy historyzm nie wnosi nowej analizy teoretycznej, lecz jedynie dogmatyczne założenia na poparcie mało prawdopodobnej tezy, zgodnie z którą, jak ujął to Edward Pechter, dzieła literackie są „generowane przez politykę historycznie odległego okresu i na ten okres ukierunkowane”[13]. Anachroniczność dokonywania oceny szesnastowiecznej Europy za pomocą współczesnych, pooświeceniowych standardów, oznacza, że nowy historyzm nawet w dziedzinie historii zdradza elementarny brak kompetencji.

Jedną z najszerzej opisanych kwestii teoretycznych jest kwestia biografii i intencji autora; o jakim wkładzie teoretyków rasowo-genderowo-klasowych możemy mówić w tym wypadku? Błąd intencji, klasyczny artykuł Williama K. Wimsatta i Monroe’a Beardsleya, należy do najbardziej cenionych publikacji w tej dziedzinie[14]. Wimsatt i Beardsley twierdzili, że intencja autora nie jest ani badaczowi dostępna, ani też pożądana jako standard, według którego należy interpretować i oceniać tekst literacki. Na poparcie tego wniosku podawali dwa główne argumenty. Po pierwsze, autorzy niekoniecznie są najlepszymi sędziami własnej pracy; przeciwwagę dla bliskości autora i tekstu może stanowić szersza perspektywa krytyka. Po drugie, tekst komunikuje znaczenie za pomocą konwencji języka, a te konwencje są z natury publiczne, nie osobiste. Tekst znaczy to, co mówi, nie zaś to, co autor po jego napisaniu uważa, że chciał powiedzieć, ale być może nie powiedział.

Debatę tę wywołał nawyk wykorzystywania krótkich wypowiedzi autorów jako klucza do tekstów literackich, jaki wyrobili sobie krytycy orientacji biograficznej, zapominając, że najpełniejszy, najwyraźniejszy i najistotniejszy dowód intencji autora to język samego tekstu. Dyskusja, którą zapoczątkowało opublikowanie artykułu Wimsatta i Beardsleya, stanowiła najszerzej zakrojone poszukiwania teoretyczne, jakie podjęto w całej historii teorii krytyki literackiej.

Sednem teorii jest w tym wypadku wyjątkowy status tekstów literackich. Zwykłe użycie języka nie ma ustalonej granicy, można zatem poszukiwać rozszerzenia czy wyjaśnienia danej sekwencji wyrazów, badając to, co ją poprzedza i po niej następuje. Skoro jednak teksty literackie mają ustalone granice (na przykład pierwszą i ostatnią stronę w powieści), to rodzi się pytanie, czy krytyk może do tej zamkniętej całości dodawać tekst zaczerpnięty z innych wypowiedzi autora? Logika zwolenników intencjonalizmu wymaga jednej odpowiedzi, antyintencjonalistów – drugiej.

Po tak produktywnej debacie teoretycy rasowo-genderowo-klasowi znów przynoszą zawód, którego przyczyna jest jasna. Zamiast zanurzyć się w logice tej kwestii i pociągnąć spór dalej, zadowalają się byle odpryskiem, który można wykorzystać na poparcie ich programu. Powierzchowność tego podejścia do zagadnienia intencji można zilustrować przykładem dwóch feministek, które wykorzystują dwa różne odpryski tej debaty do ataku na męską hegemonię, co skutkuje tym, że sytuują się po przeciwnych stronach problemu teoretycznego. Jedna twierdzi, że rozpatrywanie tekstu w kontekście intencji jego autora oznacza przychylenie się do patriarchalnej koncepcji władzy, feministki zaś powinny stawiać opór owej „arbitralności hegemonii patriarchalnej” poprzez kwestionowanie „autorytetu autorów, innymi słowy, władzy ojcowskiej”. Druga z kolei uważa, że ignorowanie autora oznacza ignorowanie genderu, zaś sprzeciw wobec „trywializacji będącej dziełem krytyków płci męskiej, pogarda lub pomijanie autora (…) to jeden z pierwszych kroków rodzącego się buntu krytyczek feministycznych przeciwko krytycznoliterackiemu establishmentowi”[15]. W obu wypadkach teoria wykorzystana jest w sposób oportunistyczny i powierzchowny; żadna z krytyczek nie ma realnej styczności z kwestiami poruszanymi w istniejących już rozbudowanych argumentacjach i analizach.

Najpowszechniejszym wątkiem teorii rasowo-genderowo-klasowej w odniesieniu do intencji autora jest atak na koncepcję, że intencja autora stanowi środek do obiektywnego wyjaśnienia tekstu, do prawdy o nim. Do tego sprowadza się dramatycznie brzmiąca fraza „śmierć autora”. Kiedy jednak przyjrzeć się tej kwestii bliżej, nie ma ona nic wspólnego z klasyczną debatą na temat intencji, ponieważ jej główna idea nie oznacza przejścia od jednego rodzaju istotnych dowodów na znaczenie tekstu do dowodów innego rodzaju. Przeciwnie, stanowi element argumentacji przeciwko ważności jakichkolwiek dowodów dla wyjaśniania znaczenia tekstu[16]. Naukowcy uprawiający teorię rasowo-genderowo-klasową niczego więc nie wnoszą do debaty między intencjonalistami i antyintencjonalistami, lecz raczej zajmują radykalne, bezkompromisowe stanowisko w innej kwestii teoretycznej, mianowicie kwestii prawdy czy obiektywizmu wiedzy. Przyjrzyjmy się więc ich wkładowi w zgłębianie tej właśnie kwestii.

Tutaj stanowisko teoretyków rasowo-genderowo-klasowych da się ująć prosto: twierdzą oni, że obiektywizm i prawda to naiwne iluzje wyznawców tradycyjnej nauki i, w szerszym sensie, tradycji Zachodu, oni zaś poddali je demistyfikacji. Ich zdaniem nie ma faktów nieobciążonych wartościowaniem, ponieważ cała wiedza jest konstruktem społecznym[17].

Dziwną cechą tego stanowiska jest to, że jest diametralnie przeciwstawne do tego, co obie grupy, i dawni teoretycy, i nowi, tak naprawdę zrobili: po pierwsze, jak już wspomniałem, przedstawiciele teorii rasowo-genderowo-klasowej są sztywno przywiązani do swojej prawdy dotyczącej rzeczywistości seksizmu, rasizmu i ucisku; po drugie, przedstawiciele nauki tradycyjnej – zarówno filozofowie, jak i krytycy – często bywali sceptyczni wobec prawdy i obiektywizmu. W istocie jednym ze stale powracających pytań stawianych w teorii krytycznoliterackiej jest pytanie o to, czy krytyka dostarcza takiej wiedzy, jaką wynosimy z innych dziedzin nauki. W filozofii także dociekanie natury prawdy ma długą historię. W obu wypadkach badania dawno już osiągnęły poziom wyrafinowania, który daleko wykracza poza wyznawany przez teoretyków rasowo-genderowo-klasowych prosty dogmat o odrzuceniu obiektywizmu.

Najbardziej niezmienną opinią dotyczącą obiektywizmu w krytyce literackiej jest zdanie Harry’ego Levina, że krytyka literacka nie jest nauką ścisłą[18]. Niemniej od czasu do czasu grupy krytyków i teoretyków próbują nadać krytyce literackiej status działalności bardziej systematycznej. Raz górą było jedno z tych dwóch podstawowych stanowisk, raz drugie. Poglądy krytyków rasowo-genderowo-klasowych stanowią najnowszą fazę tego cyklu, lecz nie są oni bynajmniej pionierami, jeżeli chodzi o potępianie obiektywizmu, powtarzają jedynie niegdysiejsze poglądy większości.

Ortodoksja dziewiętnastego wieku stanowiła syntezę tych dwóch stanowisk: historia literatury i biografia dostarczają autentycznej wiedzy, lecz krytyka literacka, w znaczeniu krytycznego pisania o znaczeniu i wpływie tekstu literackiego, jest z natury impresjonistyczna, subiektywna. Właśnie ten fundamentalny sceptycyzm wobec obiektywizmu w krytyce literackiej kazał historykom literatury trzymać się kurczowo obiektywizmu faktów biograficznych i historycznych. Na przełomie wieków ta synteza zaczęła się rozpadać i w jej miejsce pojawiły się dwie różne tendencje. W Niemczech krytycy zaczęli podważać jedną połowę owej syntezy, mianowicie założenie o quasi-naukowym obiektywizmie historii literatury. W reakcji na niedopuszczający żadnej elastyczności klimat pozytywistyczny Wilhelm Dilthey twierdził, że historia literatury różni się od nauki, ponieważ do uchwycenia ducha czasów konieczne są empatia i wyobraźnia. W innych krajach podważano zaś drugą połowę dawnej syntezy – koncepcję, że krytyka literacka jest nieuleczalnie subiektywna.

Jednym z głównych założeń nowej krytyki było odrzucenie niegdysiejszego defetyzmu dotyczącego znajomości tekstu i wynikającego z niego intensywnego skupienia uwagi na tekście w procesie „sztuki interpretacji” (close reading). W wypadku nowej krytyki odmowa opierania się na biografii w dużej mierze spowodowana była odrzuceniem łączącego się z nią poglądu, że krytyka zorientowana na tekst może mieć wyłącznie charakter impresjonistyczny. Dlatego też w innym ważnym artykule, zatytułowanym The Affective Fallacy („Błąd afektu”), Wimsatt i Beardsley postawili tezę, że głównym przedmiotem dociekań krytyki literackiej są właściwości tekstu, nie zaś reakcja czytelnika[19]. Kulminacją poszukiwań bardziej systematycznego sposobu badania literatury prowadzonych przez angloamerykańskich przedstawicieli nowej krytyki jest książka Northropa Frye’a Anatomy of Criticism („Anatomia krytyki”), ambitna próba stworzenia taksonomii form literackich, dziś jednak podziwiana bardziej za ambicję niż za faktyczne dokonania[20].

Przed nową krytyką wysiłek usystematyzowania badań literackich podjęli formaliści rosyjscy, a kiedy po kilku dziesięcioleciach we Francji wreszcie pojawiła się spóźniona reakcja na dziewiętnastowieczny historyzm literacki, przybrała formę podobną do formalizmu rosyjskiego, bazując na dokonanej przez Claude’a Lévi-Straussa próbie analizy podstawowych wzorców narracji[21]. Świadomie naśladując tryb postępowania nauk empirycznych, Lévi-Strauss poszukiwał podstawowych składników narracji. Wkrótce jednak stworzony przez niego system zaczął budzić wątpliwości, ponieważ jego wybór wzorców wydawał się arbitralny; niektóre elementy fabuły narracyjnej uznane zostały za obowiązkowe, inne zaś były odrzucane, by pozostałe pasowały do danego wzorca. Trudno było uzasadnić tak radykalnie różne traktowanie elementów fabuły, które w istocie bardzo się od siebie nie różniły.

Podobnie jak wcześniej, przesadnie ambitne skłonności systematyzujące Frye’a i francuskiego strukturalizmu sprowokowały reakcję i w latach 1960. pojawiła się najnowsza wersja antyobiektywizmu. Ona też obowiązuje do dzisiaj i do niej zaliczają się poglądy teoretyków rasowo-genderowo-klasowych. Innym przejawem tego samego odruchu reakcji jest estetyka recepcji (reader-response criticism), podkreślająca twórczą rolę czytelnika we wnoszeniu znaczenia do tekstu, który jest z natury nieokreślony. Jeszcze innym przejawem jest nurt dekonstrukcji kładący nacisk na nieskończone odroczenie znaczenia w języku[22].

Można chyba zasadnie powiedzieć, że ten obszar teorii literatury nie był poddawany równie dogłębnej analizie co inne obszary i że dokonujące się na tym polu zmiany nastroju – od skłonności do ściśle określonych metod badań naukowych do rozczarowania nimi i z powrotem – były znacznie bardziej widoczne niż poważna analiza zagadnienia. Analizie stały także na przeszkodzie zarówno nierealistyczne koncepcje mechanicznej natury procedury naukowej, która nie zostawia miejsca na wyobraźnię i twórcze myślenie w formułowaniu hipotez naukowych, jak równie nierealistyczne koncepcje krytyki literackiej jako szczególnej, wymagającej wyobraźni działalności, w której nie ma miejsca na kontrolowany proces myślowy.

Mimo to najlepsze publikacje oddają poczucie zmagania się z poszukiwaniem rozwiązań prawdziwych problemów. Leo Spitzer oddał sprawiedliwość zarówno wyobraźni, jak i systematycznej refleksji, wysuwając tezę, że procedura krytyczna ma charakter cyrkularny: od ogólnych impresji na temat tekstu przechodzi do szczegółowej analizy poszczególnych fragmentów i z powrotem[23]. Modyfikacje i udoskonalenia mogą dokonywać się w każdej części cyklu: namysł nad poszczególnymi fragmentami może dać asumpt do modyfikacji ogólnych pomysłów interpretacyjnych, a te modyfikacje z kolei mogą zasugerować konieczność bliższego przyjrzenia się innym fragmentom, które teraz nabrały znaczenia.

To bardzo ciekawa teoria i jeśli porównać ją na przykład z estetyką recepcji (reader-response criticism), jej przewaga jest uderzająca. W teorii estetyki recepcji reakcja czytelnika jest jedyna i ostateczna, nie podlega przemianom – Spitzer zaś pokazuje, jak postępuje myślenie o tekście. Co ciekawe, choć Spitzer był przekonany, że wykazał, iż krytyka literacka różni się od badań naukowych, pokazał tak naprawdę, że często są one bardziej do siebie podobne, niż sądzimy. Jego cykl krytyczny przypomina cykl hipoteza-eksperyment. Nawiązując do szerzej obowiązujących zasad badań wykraczających poza krytykę literacką, w istocie przedarł się przez barierę, która ograniczała idee krytyków na temat wiedzy krytycznoliterackiej, utrzymując je na dość prymitywnym poziomie.

Zapoznanie się z poglądem teoretyków rasowo-genderowo-klasowych na to zagadnienie z kolei nie daje poczucia, że toczy się tu produktywne zmaganie z prawdziwymi problemami. Jest to pogląd nadmiernie uproszczony, polega wyłącznie na odrzuceniu obiektywizmu; jest jednorodny, ponieważ nie towarzyszy mu świadomość bardziej złożonej analizy, która dokonana została wcześniej, i banalności jego własnego w nią wkładu; jest też niespójny, ponieważ aktywizm społeczny wymaga zawieszenia sceptycznego podejścia, jeżeli ma służyć dążeniu do społecznych celów z niezbędnym przekonaniem, że cel ten jest godny osiągnięcia.

Odrzucenie przez krytykę rasowo-genderowo-klasową obiektywizmu i prawdy wykracza poza ramy krytyki literackiej i obejmuje prawdę filozoficzną i naukową. W tym szerszym ujęciu także jednak ignoruje się silną zachodnią tradycję refleksji nad naturą prawdy. W filozofii ten wątek można by wręcz nazwać obsesją, a w porównaniu z zakresem pojęciowych dociekań, którymi zaowocował, wkład teorii rasowo-genderowo-klasowej wydaje się zaiste niewielki.

Szczególnie istotna dla argumentów wysuwanych przez teoretyków rasowo-genderowo-klasowych jest spuścizna Charlesa Sandersa Peirce’a. Peirce przyjrzał się Kartezjańskiemu poglądowi na wiedzę naukową, opartemu na założeniu, że od tego, co znane, dochodzimy do tego, co nieznane, i dostrzegł, że zawiera on poważny błąd: nowa wiedza nie jest po prostu dodatkiem do wiedzy wcześniejszej, lecz może głęboko zmienić nasze rozumienie tego, co, jak uważaliśmy, dobrze znamy[24]. Dlatego Peirce dostrzegł niemożność wynalezienia ostatecznego probierza prawdy jakiegokolwiek twierdzenia i doszedł do wniosku, że wszelka wiedza jest z natury hipotetyczna, a jedynym sprawdzianem prawdziwości twierdzenia naukowego jest zgoda, zawsze tylko tymczasowa, społeczności naukowej. Ten pogląd na naukę jest w istocie starszy niż pisma Peirce’a; po raz pierwszy nakreślił go Goethe blisko dwieście lat temu, a Peirce przyznawał, że do jego najwcześniejszych lektur filozoficznych należały dzieła niemieckiego klasycyzmu[25].

Tego rodzaju poglądy tworzą już od pewnego czasu podstawowe ramy teoretyczne filozofii nauki, lecz dopiero gdy Thomas Kuhn spopularyzował je w wydanej w 1962 roku książce Struktura rewolucji naukowych, dotarły do specjalistów z dziedzin humanistycznych, co przyniosło zdumiewające skutki[26]. Problem polegał na tym, że humaniści, którzy te idee podchwycili, nie mieli pojęcia o ich kontekście i historii, a zatem nie zdawali sobie sprawy, że filozofom nauki były one od dawna znane. Wydawało im się, że wydarzył się swego rodzaju kataklizm: pomyśleli, że podważona została natura prawdy naukowej. Na przykład Stanley Fish umieszcza Thomasa Kuhna na swojej liście „antyfundamentalistów”, obok Derridy, Heideggera, Foucaulta oraz, rzecz jasna, siebie samego, i sugeruje, że poprzez wyznaczenie na kryterium weryfikacji nauki zgodę społeczności naukowej Kuhn „dokonał retoryzacji procedury naukowej”[27]. Podczas gdy nie stało się nic ponad to, że część humanistów wreszcie sięgnęła do tego, co współczesna filozofia nauki ma do powiedzenia na temat obiektywizmu naukowego.

W historiografii podobnym torem potoczyła się kariera książki Metahistory Haydena White’a[28], dzieła, które przypadło do gustu teoretykom rasowo-genderowo-klasowym, ponieważ wynika z niego, że w historii również „wszelka interpretacja ma charakter z gruntu retoryczny”[29]. Znów obiektywizm badań historycznych został podważony za pomocą fałszywego przeciwieństwa prawdy ostatecznej z jednej strony, a wyobraźni historyka z drugiej. White nie kryje się z tym, że jego poglądy mają zabarwienie silnie antyzachodnie: „Krótko mówiąc, możliwe jest postrzeganie świadomości historycznej jako typowo zachodniego uprzedzenia, które może służyć do retrospektywnego uzasadniania rzekomej wyższości współczesnego społeczeństwa industrialnego”[30]. Związek z ortodoksją rasowo-genderowo-klasową jest oczywisty.

Faktem jest jednak, że już autorzy wcześniejszych publikacji historiograficznych często podkreślali modelującą rolę ręki historyka[31], a nawet twierdzili, że najlepsza historia to estetycznie zadowalająca całość, choć mimo wszystko podporządkowana faktom. Historycy literatury także często przyznawali, że dokonywali syntezy wiedzy, by uzyskać estetycznie zadowalającą całość. Historyk literatury, jak pisze Robert Spiller, „stosuje wiele z tych metod, jakimi posługuje się literat”[32]. Nikomu nigdy nie przyszło do głowy, że mogłoby się to kłócić z poczuciem, że przekręcanie faktów, uogólnianie na podstawie nieprawdziwych faktów, nieznajomość wystarczającej liczby faktów czy brak ich zrozumienia przyniosą efekt w postaci historii złej i niedokładnej. White jednak przejął tę znaną częściową prawdę i naciągnął do granic: interpretacja historyczna jest w jego ujęciu z gruntu retoryczna, a jej wyznacznikami są tropy, figury literackie i style narracji. Hans Kellner następująco streszcza stanowisko White’a: „White nie widzi powodu, dlaczego miałby jeden przekaz przedkładać nad inny wyłącznie na podstawie argumentów historycznych. To, jaką wybieramy wersję historii, zależy raczej od wartości moralnych i estetycznych, które dotyczą zarówno historyka, jak i jego odbiorców i pozostają poza polem oddziaływania dowodów historycznych”[33]. (Kellner wyraźnie z White’em sympatyzuje). Ktoś wyznający inne niż my wartości moralne czy estetyczne (Charles Manson? Adolf Hitler?) miałby zatem także pełne prawo inaczej interpretować przeszłość. W teorii White’a znika rozróżnienie na historię i powieść: nie potrafimy już uczyć się z historii jako historii. Rozmywa się konieczna granica.

Czwartym i ostatnim z głównych zagadnień jest wartościowanie. Tutaj znów widzimy kontrast między długą historią borykania się z trudnymi kwestiami logicznymi a przyjęciem przez krytyków rasowo-genderowo-klasowych logicznie nieskomplikowanego stanowiska, któremu natychmiast zaprzeczają ich działania. Mimo że teoretycznie są przeciwko sądom wartościującym w literaturze, to praktycznie w pełni satysfakcjonuje ich własna ocena; choć twierdzą, że hierarchie są elitarystyczne, stwarzają kolejną hierarchię, wpisując na obowiązujące do ich zajęć listy lektur takie autorki jak Alice Walker czy Rigoberta Menchu. Oscylują między odrzuceniem wszelkich wartości a odrzuceniem tylko jednego ich zbioru – tego, na podstawie którego powstał kanon zachodniej literatury.

Ortodoksja rasowo-genderowo-klasowa prezentuje tak niespójne podejście do kwestii wartościowania i jest tak posłuszna wymogom konkretnych uprzedzeń, że trudno ją w ogóle nazwać teorią; poza tym nawet nie próbuje się konfrontować z istniejącymi już przemyśleniami na ten temat. Trzy fazy rozwoju teorii, które wyróżniłem powyżej, w znacząco różny sposób odnoszą się do kwestii wartościowania. W fazie pierwszej przyjęto po prostu, że wartościowanie dzieła sztuki stanowi sedno przedmiotu zainteresowań krytyki. Wyróżniało ją silne zainteresowanie normatywnymi teoriami literatury (na przykład pytaniem o to, jak powinna wyglądać konstrukcja tragedii) oraz pojęciami stosowanymi w wartościowaniu dzieł sztuki (takimi jak piękno). W fazie drugiej narodził się sceptycyzm wobec uzasadniania zarówno poetyki normatywnej, jak i sądów wartościujących[34], a charakter krytyki stał się w związku z tym bardziej opisowy. Normatywne publikacje poprzedniego okresu traktowane były jako opisy praktyk danej szkoły; kolejne manifesty ujawniały arbitralność swoich poprzedników. W trzeciej, obecnej fazie wartość postrzega się w dużej mierze jako kwestię interesów politycznych grup społecznie dominujących; wartości innego rodzaju się nie zauważa.

W fazie drugiej rozpoczęło się poważne badanie logiki wartościowania i odróżnienia jej od logiki twierdzeń opisowych: te drugie, jak uważano, można zweryfikować poprzez obserwację, tych pierwszych zaś nie. Dlatego logiczni pozytywiści uważali wartościowanie jedynie za ekspresję reakcji emocjonalnej, pozbawioną treści poznawczych. Northrop Frye, kluczowa postać drugiej fazy rozwoju teorii krytycznoliterackiej, najwyraźniej kierował się tym ustaleniem, pisząc, że krytyka opisowa to forma wiedzy, w odróżnieniu od krytyki wartościującej, która stanowi domenę dziennikarzy[35]. Zdaniem Frye’a, podobnie jak logicznego pozytywisty A.J. Ayera, język wartościujący jest czymś w rodzaju słabostki[36].

Pogląd ten jednak nie potrafił wyjaśnić niektórych faktów znanych z doświadczenia – choćby na przykład faktu (bo chyba już zawsze wydawać się on nam będzie faktem), że Szekspir to pisarz wielkiego formatu. Późniejsze prace analityczne próbowały więc podźwignąć sądy wartościujące z przypisanego im niskiego statusu. Jedna z tego rodzaju prób wyróżniła dwa różne, równie zasadne użycia języka: deskryptywne i wartościujące[37]. Ta rehabilitacja nie była jednak w pełni przekonująca, ponieważ nadal dopuszczała, by sądy wartościujące nie miały pełnego statusu poznawczego.

Ja stoję na stanowisku, że sądy wartościujące mają ugruntowanie w faktach oraz treść poznawczą, lecz można je przyrównać do krótkich streszczeń wielkiej liczby bardziej szczegółowych informacji[38]. Z tego powodu uznawanie ich za pozbawione treści poznawczej zawsze musi wydawać się niezadowalające. Krótkie streszczenie wprawdzie daje jedynie przedsmak pełnej treści poznawczej tego, co jest przedmiotem streszczenia, lecz ma zastosowanie praktyczne: pozwala podejmować decyzje, takie jak na przykład ta, czy na urlop wziąć tę powieść czy inną, czy tę książkę czy inną umieścić na liście lektur. Klucz do wielu aspektów teoretycznego problemu, jaki wyznacza wartościowanie, jest następujący: ono nie jest pretensjonalnym wnioskiem, który ma wszystko podsumować, lecz wskazówką umożliwiającą szybką orientację oraz punktem wyjścia, który należy zostawić za sobą, jeżeli chce się myśleć bardziej precyzyjnie. Zwodzi nas jednak powszechne poczucie, że przejawem większej wagi wartościowania powinna być wyższość poznawcza.

Nawet w obszarze teorii, która jest nieco niespójna, uderza kontrast między prostotą myśli rasowo-genderowo-klasowej a względną złożonością myśli, które dominowały, zanim nastała jej kolej. Zamiast autentycznego zmagania z trudnym problemem logicznym proponuje się nam tylko oportunistyczne zastosowania diametralnie różnych podejść do kwestii wartościowania; zamiast oryginalnej analizy znajdujemy tylko powtórkę prostackiego sposobu pomiaru literatury według jej bieżącej wartości politycznej – sposobu, który zawsze służył do cenzurowania pisarzy i zamykania im ust[39].

Jeżeli do tych czterech zagadnień teoretycznych służących za podstawę analizy dodamy inne, w których zaznaczył się wkład krytyki rasowo-genderowo-klasowej – na przykład kwestię definicji i funkcji literatury – nasunie się nieunikniony wniosek, że teoria rasowo-genderowo-klasowa, rozpatrywana w kontekście dziedziny teorii literatury jako całości, jest teorią kiepską. Jednak mimo licznych niedociągnięć tak dalece udało jej się utożsamić z teorią jako taką, że nawet wielu jej zagorzałych krytyków to utożsamienie akceptuje. Jak doszło do powstania tej iluzji? Jak to się stało, że antyteoria została utożsamiona z teorią? Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy przyjrzeć się historii całej dyscypliny.

Jak już wiemy, teoria krytyki literackiej wyłoniła się jako odrębna dyscyplina dopiero w dwudziestym wieku, ponieważ wcześniej krytyka stanowiła w dużej mierze produkt uboczny działalności literackiej. Teoria zaczęła się następnie oddalać od praktyki krytycznej, co doprowadziło do tego, że w latach 1960. większość krytyków literackich zaczęła traktować z lekką wrogością to, co uważali za abstrakcyjne teoretyzowanie. Nagła popularność myśli francuskiej na początku lat 1970. była nie tyle rewolucją teoretyczną, ile zamachem na teorię; krytycy, którzy nie uczestniczyli w bardziej samoświadomej analitycznej fazie rozwoju teorii, teraz przybliżyli ją na powrót do ideologicznych prądów współczesnej krytyki. W rezultacie tej zmiany słowo „teoria” utożsamione zostało z jednym z owych prądów ideologicznych, nie zaś z działalnością analityczną. Postawiło to tak naprawdę słowo „teoria” na głowie, co można było stwierdzić, gdy Paul de Man ogłosił, że sprzeciw wobec dekonstrukcji to „opór wobec teorii”[40]. Zważywszy na to, że teoria implikuje analizę, to de Man stawiał w istocie opór teorii, traktując swoje stanowisko jako święte i nie chcąc przyjąć do wiadomości, że mogłoby ono zostać poddane dalszej analizie.

Kiedy teoria stała się modna, w literaturoznawstwie narodził się kult teorii, a jego przywódcy stali się swego rodzaju śmietanką, profesorską elitą, która starannie pielęgnowała otaczającą ją aurę wyrafinowania i bycia au courant. W tej atmosferze liczyła się wyłącznie najnowsza teoria; wszystko, co pochodziło z czasów dawniejszych, uznawane było za nudne i staroświeckie. Uporczywe ignorowanie teorii chronologicznie wcześniejszych nie było więc przypadkiem, tylko wynikało bezpośrednio z nowej sytuacji.

Nową elitę łączył zbiór wyznawanych założeń, nie zaś upodobanie do analizy. Członków owej elity nie rozpoznawało się po zdolnościach analitycznych, lecz po wystandaryzowanej naturze poglądów. Wszyscy oni przechodzili przez podobne stadia i dochodzili do podobnych wniosków. W teorii nie chodziło już o poszukiwanie, lecz o konformizm. What Comes Naturally („Co przychodzi naturalnie”) Stanleya Fisha to praca typowa, zarówno pod względem przewidywalności zajmowanych stanowisk, jak i ignorancji przeszłości: w tej książce filozofia nauki zaczyna się od Thomasa Kuhna, kwestionowanie idei prawdy i pozytywistyczna teoria języka – od Derridy, prawoznawstwo – od radykalnego ruchu Critical Legal Studies, a relatywizm kulturowy to genialna nowa koncepcja, o której historia nigdy dotąd nie słyszała.

Ta teoria kultury ma również swój własny język, którego wszyscy aspirujący do elity muszą się nauczyć. Skądinąd służy on utrzymaniu pod wieloma względami niestabilnej sytuacji. Odcina on nową teorię od wcześniejszej myśli – co jest przydatne, ponieważ gdyby teraz używało się tych samych terminów co wcześniej, znacznie łatwiej byłoby dostrzec ograniczenia nowej teorii. Wspólny język identyfikuje tych, którzy się nim posługują, jako insiderów, a pozostałych jako staroświeckich outsiderów, którym brakuje odpowiedniego intelektualnego szlifu. Ci, którzy opanowali język nowej teorii, wykazują to w tytułach referatów konferencyjnych, pełnych językowych wygibasów i przeinaczania znaczenia słów. (Niestety, przykuwa to także uwagę opinii publicznej i budzi jej zasłużoną pogardę.) Poza tym ów nowy język pełni funkcję ochronną, jako że oddalenie od zwykłej mowy świetnie maskuje trywialność i absurdalność.

Wadą jest to, że wystandaryzowany język oznacza wystandaryzowane myśli. Co ciekawe, we wszystkich innych kontekstach krytycy rasowo-genderowo-klasowi podkreślają ograniczenia, jakie narzuca myśli używanie konkretnego systemu terminów. Ważnym elementem ich aparatu pojęciowego jest wypracowana przez Foucaulta koncepcja dyskursu, definiowanego jako standardowy zbiór terminów, które są zarówno ekspresją konkretnego sposobu myślenia, jak i mechanizmem wprawiającym go w ruch. Przykłady podawane przez samego Foucaulta rzadko są przekonujące, ponieważ języki angielski i francuski dysponują słownictwem zbyt szerokim i zróżnicowanym, by przy ich użyciu można było zamknąć myślenie w sztywnych koleinach. Przekonująco tezę Foucaulta mogłaby zilustrować specjalistyczna terminologia, która może obyć się bez pozostałej części słownictwa danego języka. By znaleźć taki przykład, nie musimy szukać daleko: idealną ilustracją Foucaultowskiej definicji dyskursu i jego mocy wyjaławiania myśli jest nieprzenikniona terminologia języka nowej teorii: re-prezentacje, marginalizacje, decentralizacje, re-wizje, różnice, praktyki dyskursywne, hegemonia, fallocentryzm, „inny” itd. Autentyczna myśl wymaga jednak czegoś więcej niż wyuczenie się na pamięć zestawu terminów i zręcznego manipulowania nimi.

Głębszy problem polega na tym, że teoretycy z natury nie prowadzą życia stadnego; są jednostkami, których celem jest rozgryzienie konkretnych problemów teoretycznych poprzez poddanie ich intensywnej refleksji. To praca, która wymaga odosobnienia; nigdy nie wiąże się ze splendorem i musi zawsze stronić od wszelkich ortodoksji. Jak z tego wynika, elita teoretyków może wyłonić się tylko wówczas, kiedy teoria nie działa skutecznie i kiedy zajmujące się nią jednostki nie zachowują się jak na teoretyków przystało. Prawdziwy teoretyk żyje ideą argumentu i kontrargumentu, która jest jądrem analizy teoretycznej, ale teoretycy rasowo-genderowo-klasowi wykazują zauważalną tendencję do unikania argumentów swoich krytyków. Czasami jakby wręcz się przed nimi ukrywali: kiedy poparcie dla dekonstrukcji osłabło pod naciskiem najnowszych odkryć i analiz, wiele spośród jej najgłośniejszych nazwisk umilkło[41]. A jednak tacy uczeni, jak Joseph Hillis Miller, Geoffrey Hartman i Jonathan Culler, którzy przez jakiś czas entuzjastycznie narzucali dekonstrukcję swoim studentom i kolegom, mają chyba obowiązek albo publicznie jej bronić, albo się z niej wycofać; kiedy przestaje być różowo, nie wypada przemykać się cichcem ku drzwiom – teoretycy tak nie postępują.

Na odszczepieństwo od dominującej dziś ortodoksji rutynowo reaguje się personalnymi atakami na rzekomo nieszlachetne motywy, w celu uniknięcia starcia na argumenty. Krytyków określa się jako wrogów poprawy sytuacji kobiet i mniejszości lub po prostu jako konserwatystów, jak gdyby to wystarczyło za całą argumentację. W tym duchu Fish twierdził, że protesty przeciwko politycznej poprawności na uniwersyteckich kampusach podnoszą prawicowcy spoza świata akademickiego, dając do zrozumienia, że w ramach świata akademickiego nie toczy się pełnoprawna debata, że nie istnieje nawet jej potrzeba[42]. Na tym samym założeniu opiera się to, co słyszymy obecnie: że kontrowersja stanowi antyintelektualny atak na świat akademicki[43] (znów, jak należy założyć, chodzi o atak z zewnątrz) bądź też została w dużej mierze zainspirowana przez prasę narodową[44]. To przecież dyżurne argumenty Johna Edgara Hoovera i Richarda Nixona. Hoover zwykle odparowywał krytykę stwierdzeniem, że jest ona dziełem agitatorów z zewnątrz, Nixon zaś w wypadku każdej istotnej kwestii zasłaniał się tym, że to prasa błędnie ją przedstawiła. Gerald Graff wskrzesza nawet argument McCarthy’ego, gdy pisze, że „ideologom prawicowym doskonale wychodzi żerowanie na ich [członków National Academy of Sciences] resentymentach i frustracjach”[45]. Ci, którzy pamiętają lata 1950., przypominają sobie zapewne, że jeżeli ktoś nie był oskarżony o sympatyzowanie z komunistami, to mógł jeszcze zostać napiętnowany jako głupiec, który uległ komunistycznej propagandzie.

Choć zakrawa to na ironię, że naukowcy lewicowi bez reszty przyjęli taktykę osób, które zawsze mieli w pogardzie, ważniejsze jest, że teoretycy rasowo-genderowo-klasowi tak daleko odeszli od prawdziwej analizy teoretycznej, że ich argumenty zaczęły przypominać te, który padały w jednym z najbardziej niesławnych okresów naszej historii najnowszej. Prawdziwi teoretycy pragnęliby zmierzyć się z argumentami, które wysuwają przeciwko ich stanowisku inni naukowcy i wziąć udział w debacie toczącej się obecnie w świecie akademickim.

Z niniejszego przeglądu można wysnuć tylko taki wniosek, że to, co uchodzi dziś za teorię, jest jedynie marnym cieniem tego, czym teoria być powinna.

Tłumaczyła Agnieszka Pokojska 

© Copyright by Yale University Press

John M. Ellis,  germanista, emerytowany profesor University of California (Santa Cruz). Wydał m.in.: Against Deconstruction i Literature Lost: Social Agendas and the Corruption of the Humanities.


[1]        Na poniższy tekst składają się obszerne fragmenty wstępu i rozdział 8 Is Theory to Blame? z książki Johna M. Ellisa Literature Lost: Social Agendas and the Corruption of the Humanities, Yale University Press, New Haven and London 1997.

 

[2]        J.W. Goethe, Goethes Werke, red. E. Trunz, Hamburger edition, 12th ed., 14 tomów, Monachium 1981, 13:317 oraz 12:432.

[3]        I. Kant, Krytyka czystego rozumu, przeł. R. Ingarden, Wydawnictwo Antyk, Kęty 2001, s. 99 [A51, B75].

[4]        Zob. np. R. Wellek i A. Warren, Teoria literatury, tłum. M. Żurowski, Warszawa 1975.

[5]        G. Sircello, The Poetry of Theory: Reflections on After the New Criticism, „Journal of Aesthetics and Art Criticism” 42 (1984), 387–396.

[6]        Przegląd dziedziny i zarys analizy najważniejszych zagadnień znajdują się w haśle mojego autorstwa („Theory”) w: The Princeton Encyclopaedia of Poetry and Poetics, red. Alex Preminger i T.V.F. Brogan, Princeton 1993, s. 1282–1290. Szersze omówienie poruszonych tu zagadnień zob. J.M. Ellis, Theory of Literary Criticism, Berkeley 1977.

[7]        Debata ta rozpoczęła się w roku 1946 od eseju Williama K. Wimsatta i Monroe’a C. Beardsleya The Intentional Fallacy, przedrukowanego w tomie esejów zebranych tychże pt. The Verbal Icon: Studies in the Meaning of Poetry,Lexington, Ky. 1954 (pol. wyd.: Błąd intencji, przeł. J. Gutorow, w: Teorie literatury XX wieku. Antologia, red. A. Burzyńska, M.P. Markowski, Kraków 2006). Tekst Michaela Foucaulta Qu’est-ce que c’est un auteur? ukazał się ponad dwadzieścia lat później („Bulletin de la Societé française de Philosophie” 63 (1969): 73–104; pol. wyd.: Michel Foucault, Kim jest autor?, przeł. M.P. Markowski, w: tegoż, Powiedziane, napisane. Szaleństwo i literatura, Warszawa 1999).

[8]        J.M. Ellis, Against Deconstruction, rozdział 2, Princeton 1989.

 

[9]        Por. J.M. Ellis, Against Deconstruction, wyd. cyt., rozdział 2.

[10]       Is a New Historicist Free? (korespondencja Stephena Greenblatta i Paula Cantora), „Academic Questions” 7 (1994), 5­–6.

[11]       Zob. doskonałe omówienie tej kwestii w Stephen Greenblatt’s New Historicist Vision, „Academic Questions” 6 (1993): 21–36.

[12]       Szczegóły zob. J.M. Ellis i E.W. Asher, German Theory and Criticism: Twentieth Century to 1968, w: The Johns Hopkins Guide to Literary Theory and Criticism, red. M. Groden i M. Kreiswirth, Baltimore 1994, s. 348–352.

[13]       E. Pechter, The New Historicism and Its Discontents: Politicizing Renaissance Drama, PMLA 101 (1987): 299. Pechter pisze dalej: „Kierowane do lewicowo-liberalnej wspólnoty świata akademickiego, dla której monarchia to anachronizm, feminizm – artykuł wiary, a kolonializm – źródło zaprawionego zażenowaniem poczucia winy, owe wersje krytyczne siłą rzeczy mocno ogołacają dzieła teatralne z potencjału zainteresowania publiczności”.

[14]       Zob. W.K. Wimsatt i M.C. Beardsley, The Verbal Icon, Kentucky 1954, s. 3–18.

[15]       Te dwa przeciwstawne poglądy, w równym stopniu przeniknięte obsesją na punkcie zła czynionego przez płeć męską, lecz doszukujące się go w diametralnie różnych miejscach, zawarte zostały w tej samej antologii pism feministycznych: Making a Difference: Feminist Literary Criticism, red. G. Greene i C. Kahn, London, 1985. Cytowane autorki to N. Furman, The Politics of Language: Beyond the Gender Principle, s. 71, oraz S. J. Kaplan, Varieties of Feminist Criticism, s. 41.

[16]       Szersze omówienie tego wątku najnowszej teorii zob. J.M. Ellis, Against Deconstruction, wyd. cyt., rozdział 5.

[17]       Pogląd ten wyraża przytłaczająca liczba teoretyków rasowo-genderowo-klasowych. Podam tylko jeden przykład: L. Code, What Can She Know? Feminist Theory and the Construction of Knowledge, Ithaca 1991.

[18]       Zob. H. Levin, Why Literary Criticism Is Not an Exact Science, Cambridge, Mass. 1967.

 

[19]       Zob. W.K. Wimsatt i M.C. Beardsley, The Verbal Icon, wyd. cyt., s. 21–39.

[20]       N. Frye, Anatomy of Criticism: Four Essays , Princeton 1957.

[21]       Np. C. Lévi-Strauss, Anthropologie Structurale, Paris 1958. Pol. wyd. Antropologia strukturalna, tłum. K. Pomian, Warszawa 1970.

[22]       Inny nurt krytyki dekonstruktywistycznej stawia jednak przed krytyką odmienny cel; według niego wszystkie teksty podważają swoje znaczenie powierzchniowe i znaczą coś odwrotnego od tego, co pozornie mówią. Znaczenie ma tu o wiele bardziej określony kształt, dostępny poznaniu czytelników, jeżeli tylko czytają oni w pewien określony sposób. Analizuję ten nurt w swojej książce Against Deconstruction,rozdział 3.

[23]       Zob. L. Spitzer, Linguistics and Literary History, Princeton 1948 (wyd. pol.: Językoznawstwo a historia literatury, w: K. Vossler, L. Spitzer, Studia stylistyczne, wybór i oprac. M. R. Meyenowa, R. Handke, Warszawa 1972).

[24]       Doskonałe omówienie Peirce’owskiego Assault on Criticism zob. W.B. Gallie, Peirce and Pragmatism, Middlesex 1952, rozdział 3.

[25]       Tamże, s. 35. Por. również dwa aforyzmy cytowane wyżej, w przypisie 2.

[26]       T. S. Kuhn, The Structure of Scientific Revolutions, wyd. 2., Chicago, 1970. Pol. wyd. Struktura rewolucji naukowych, tłum. H. Ostromęcka, Warszawa 1968.

[27]       Zob. S. Fish, Doing What Comes Naturally: Change, Rhetoric and the Practice of Theory in Literary and Legal Studies, Oxford 1989, s. 345 i 487. Częściowo należy winić samego Kuhna, który w swojej książce ani razu nie wspomina Peirce’a i sprawia wrażenie, jakby nie znał źródeł własnych idei.

[28]       Zob. H. White, Metahistory: The Historical Imagination in Nineteenth-Century Europe,Baltimore 1973. Swoje stanowisko White pogłębił w dwóch kolejnych książkach: Tropics of Discourse: Essays in Cultural Criticism,Baltimore 1978, i The Content of the Form: Narrative Discourse and Historical Representation, Baltimore 1987.

[29]       Jest to autostreszczenie hasła autorstwa H. Kellnera „Hayden White”, w: Johns Hopkins Guide to Literary Theory and Criticism, red. M.Groden i M. Kreiswirth, Baltimore 1994, s. 728–729.

[30]       H. White, Metahistory, wyd. cyt., s. 2.

[31]       Np. E.H. Cart, What Is History?,New York 1961.

[32]       R.E. Spiller, Literary History, w: The Aims and Methods of Scholarship in Modern Languages and Literature, red. J. Thorpe, New York 1963, s. 53.

[33]       H. Kellner, Hayden White, wyd. cyt., s. 728.

[34]       Typowym przykładem jest tu zbiór esejów Aesthetics and Language, red. W. Elton, Oxford 1954.

[35]       Zob. N. Frye, Literary Criticism, w: The Aims and Methods of Scholarship in Modern Languages and Literature, red. J. Thorpe, New York 1963, s. 57–69.

[36]       Zob. A.J. Ayer, Language, Truth, and Logic, wyd. 2, London 1946, rozdział 6.

[37]       Np. P.H. Nowell-Smith, Ethics, Middlesex 1954.

[38]       Omawiam ten pogląd w swojej książce Theory of Literary Criticism, która stanowi nieco spóźniony wkład w drugą fazę rozwoju teorii literatury. Leżącą u jego podstaw logikę znacznie jaśniej przedstawia Language, Truth, and Logic, wyd cyt.

[39]       Książka Barbary Herrnstein Smith Contingencies of Value: Alternative Perspectives for Critical Theory,Cambridge, Mass. 1988, to jedyna systematyczna próba stworzenia podstawy teoretycznej dla sceptycyzmu teoretyków rasowo-genderowo-klasowych wobec wartościowania. Jak twierdzi Smith, „wszelka wartość jest z gruntu akcydentalna” (s. 30), a zatem nie stanowi cechy inherentnej; wartość literacka to zaś „relatywna”, „zmieniająca się funkcja wielu zmiennych” (s. 11). Wartość istnieje zatem jedynie w danej sytuacji czy dla danej grupy ludzi. Według Smith takie pojęcia jak „próba czasu” to tylko surogat nieuprawnionego uznania wartości uniwersalnej przez „osoby dysponujące władzą kulturową”. Smith uważa też, że teksty, które taką próbę przechodzą, jedynie „odzwierciedlają i umacniają ideologie wyznawane przez establishment” (s. 51). Autorka atakuje również tych, których nazywa „strażnikami zachodniego kanonu”, za to, że nie potrafią zrozumieć, iż Homer, Dante i Szekspir mają wartość tylko dla „ortodoksyjnie wykształconej populacji Zachodu”, nie mają zaś „transcendentnej wartości uniwersalnej” (s. 53). Mimo starań o logiczną elegancję, argumentacja Smith osuwa się zatem w prymitywizm ortodoksji rasowo-genderowo-klasowej i do cna przenika ją duch antyzachodni. Jej logika nie jest oryginalna: usiłowanie zawetowania wszystkich twierdzeń wartościujących, które nie byłyby faktycznymi twierdzeniami dotyczącymi wartości danej rzeczy w konkretnej sytuacji, jest w istocie logicznie tożsame z pozytywizmem logicznym A.J. Ayera. Podobnie jak Ayer, Smith nie porusza kluczowej kwestii użycia i funkcji ogólnych sądów wartościujących. Jej logika nie przemawia też jednoznacznie na rzecz teorii rasowo-genderowo-klasowych, którą Smith pragnie swoją argumentacją wesprzeć: dokonane przez nią ograniczenie wartości do konkretnej sytuacji nie uniemożliwia przecież sądów dotyczących relatywnej uniwersalności kultury Zachodu opartych na samej liczbie i różnorodności sytuacji, w których odczuwa się jej wpływ. Szczególnie niemądra jest koncepcja, zgodnie z którą Szekspir miałby przemawiać wyłącznie do osób wykształconych „ortodoksyjnie”. Stanowisko Smith jest także niespójne z silnie negatywnym podejściem krytyków rasowo-genderowo-klasowych do logiki pozytywistycznej.

[40]       P. de Man, The Resistance to Theory, Minneapolis 1986 (tytułowy esej w polskim przekładzie: Opór wobec teorii, przeł. M. Rusinek, w: Dekonstrukcja w badaniach literackich, pod red. R. Nycza, Gdańsk 2000).

[41]       Zob. J. M. Ellis, Against Deconstruction, wyd. cyt., oraz D. Lehman, Signs of the Times. Deconstruction and the Fall of Paul de Man, New York 1991.

[42]       W wywiadzie udzielonym w programie stacji PBS „McNeil-Lehrer Newshour” (19 czerwca 1991 roku) Stanley Fish powiedział: „Musimy zdać sobie sprawę, że pewne osoby spoza świata akademickiego przypuszczają atak na wielokulturowość, czy, jak się ją czasami nazywa, polityczną poprawność, [są to] takie organizacje, jak National Association of Scholars. (…) Oznacza to, że duża część niepokojów, które mają miejsce na kampusach, to efekt politycznych starań, które mają źródło poza światem uniwersyteckim. (…) Neokonserwatyści kierują pretensje i ataki pod adresem dwóch grup – są to po pierwsze absolwenci uczelni, a po drugie – wszystkie dostrzegające ów problem wspólnoty na różnych uniwersytetach”. Choć większość odbiorców programu prawdopodobnie nie miała pojęcia, że National Association of Scholars (NAS) to organizacja akademicka – zrzeszająca profesorów, członków władz uniwersyteckich oraz doktorantów – Fish wiedział o tym doskonale; zob. rozdział 6 niniejszej książki, przypis 11. Zob. także Dorothy Rabinowitz, Vive the Academic Resistance, „Wall Street Journal”, 13 listopada 1990 roku.

[43]       Zob. S. Heller, Changing Trends in Literary Scholarship Modify the Appearance of English Institute as It Celebrates 50th Meeting at Harvard, „Chronicle of Higher Education”, 11 września 1991 roku, s. A9–A10.

[44]       Dwie informacje zamieszczone na tej samej stronie „Chronicle of Higher Education” (11 września 1991 roku, s. A19) zawierają opinie, że za sporą część sporów o polityczną poprawność odpowiada prasa. Pierwszy tekst przytacza słowa Alana Walda, który jest zaniepokojony wpływem wywieranym przez „organizacje informacyjne oraz konserwatywnych krytyków”. Drugi tekst informuje, że podczas najbliższej konferencji Modern Language Association of America specjalna sesja ma być poświęcona kwestii sposobu, w jaki prasa pisze o nowej teorii, i donosi o „tarciach między członkami świata akademickiego i dziennikarzami”. Kolportowany niedawno manifest ugrupowania Teachers for a Democratic Culture także atakuje „doniesienia mediów”, twierdząc, że „media głównego nurtu przekazują mylne opinie, tak jak gdyby były one uznanymi faktami” (S. Heller, Scholars Form Group to Combat „Malicious Distortions” by Conservatives, „Chronicle of Higher Education”, 18 września 1991roku, s. A19–A20; jak donosi Heller, owa nowa grupa twierdzi, że „konserwatywni krytycy, dziennikarze i autorzy staje atakują ją i przedstawiają w złym świetle” [s. A19]). Tego rodzaju twierdzenia są powszechne, lecz rzadko towarzyszą im konkrety dotyczące charakteru wypaczania intencji i wypowiedzi. Bezstronny obserwator w każdym razie musiałby się zgodzić, że Stanley Fish, Catharine Stimpson i im podobni nie mogli narzekać na brak dostępu do środków masowego przekazu. Ich problem z medialnym wizerunkiem nie wynika z tego, że opinia publiczna nie zna ich opinii, tylko z tego, że je zna.

[45]       Graff wypowiedział tę uwagę podczas wywiadu udzielonego Denise Magner; zob. D. Magner, Gathering to Assess Battle against „Political Correctness”: Scholars Look for New Ways to Resist „Illiberal Radicals”, „Chronicle of Higher Education”, 30 października 1991, s. A17–A19.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata