70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie codzienne w roku 2025

Czy w 2025 roku nie będzie żadnej nadziei? Ależ tak, co tydzień wielka loteria światowa korzystająca z Internetu z wielkim hukiem mianuje kilku miliarderów. Jedno nie ulega wątpliwości: na pewno nie będzie nudno.

„Jutro to dziś, tyle że jutro” – to przypisywane Sławomirowi Mrożkowi powiedzenie w futurologii stosuje się tylko na krótkie dystanse. Im dalej w przyszłość, tym bardziej jego użyteczność maleje. Kiedy na początku lat 60. ubiegłego wieku musiałem w wypracowaniu szkolnym opisywać świat po roku 2000 pamiętam, że rok ten wydał mi się wtedy odległą przyszłością, w której może zdarzyć się wszystko. Lecz gdy ów mityczny rok 2000 nastał, okazało się, że żyjemy podobnie jak w roku 1960: to samo z grubsza myślimy, tak samo śpimy w łóżkach i to samo, mniej więcej, jemy. Są oczywiście i różnice: ludzie chodzili po Księżycu, Polska odzyskała niepodległość, społeczeństwo stało się zamożniejsze. Z prostego porównania dystansu czasowego pomiędzy rokiem 1960 a 2000 oraz pomiędzy rokiem 2009 a 2025 wynikałoby jednak, że zaskakujących zmian w 2025 roku powinno być o wiele mniej.

Ale w futurologii prognozowanie polegające na ekstrapolacji obecnych trendów obarczone jest największą liczbą błędów. Krótko po II wojnie światowej Rand Corporation zorganizowała spotkanie największych autorytetów w dziedzinie elektroniki, mające zaowocować prognozą jej postępów w najbliższych dekadach. Nie widziałem wyprodukowanego przez dostojne gremium raportu, ale po tylu latach budzi on podobno tylko śmiech. Nikt na przykład nie przewidział wynalezienia w 1948 roku tranzystora ostrzowego, który dał początek układom scalonym, mikroprocesorom, komputerom i całej informatyce, która dosłownie przewróciła do góry nogami nasze życie. Podobnie jak w późniejszym czasie nikt nie przepowiedział słynnego kryzysu paliwowego, który nastąpił w roku 1973, a także epidemii AIDS, upadku Związku Sowieckiego czy choćby ostatniego kryzysu ekonomicznego. Futurologia nie jest bowiem nauką, jak by wskazywała jej nazwa, raczej ostrożnym lub nieostrożnym gdybaniem, w którym zapalczywy dyletant może uzyskać więcej trafień niż uczony profesor. Dzieje się tak z powodu skoków jakościowych, których przewidzieć niepodobna, a które występują bez żadnej regularności; dopiero post factum łatwo wskazać na ich zwiastuny.

Piszę więc o tym, co w okolicach roku 2025 stać się może, o tendencjach, które moim zdaniem ujawnią się jeśli nie jako dominujące, to przynajmniej zauważalne czy znaczące w społecznej skali. Oczywiście mam nadzieję w tym prognostycznym totolotku trafić jak najwięcej, głównie ze względu na bliski dystans czasowy, ale nie zdziwiłbym się specjalnie, gdyby rzeczywistość przybrała całkiem inne formy. Jutro bowiem – wbrew Mrożkowi – jest jednak nieobliczalne.

Demografia. Tym, co przy próbach prognozowania na krótki dystans widać najwyraźniej, są ludzie: wielu z nas, żyjących dzisiaj, dotrwa przecież do roku 2025, kiedy ludność Polski spadnie z obecnych 38 do 36,4 milionów, czyli o 4 procent. Liczba osób w wieku ponad 65 lat z dzisiejszych około 10 procent wzrośnie do 20 procent, a wydatki na emerytury osiągną zabójczy poziom 22 procent PKB. W wiek produkcyjny będzie wtedy wchodziło corocznie około 400 tys. osób, czyli osoby urodzone na samym początku XXI wieku. Natomiast na emerytury będzie odchodzić przynajmniej dwukrotnie więcej – to ci urodzeni w latach 60. XX wieku i później, w okresie wyżu demograficznego. Tym samym liczba ludności w wieku produkcyjnym spadnie poniżej 20 milionów wobec 10–12 milionów emerytów do utrzymania. Jeśli do emerytów doliczyć dzieci i młodzież, też przecież niesamodzielne finansowo, liczba pracujących okaże się mniejsza od liczby tych, na których trzeba będzie łożyć. Przyrost naturalny będzie oczywiście ujemny: 130 tysięcy więcej zgonów niż urodzeń.

Wobec takiej wymowy liczb wypada powtórzyć truizm: Polska roku 2025 będzie krajem ludzi starych, mało mobilnych, ale mających swoje wymagania i uznających, że za lata pracy dla kraju należą im się godziwe emerytury. Z wypłatą tych ostatnich pojawią się jednak problemy: wobec braku zasadniczych reform systemu ZUS zbankrutuje i dzisiejsze pałace budowane przez urzędników tej instytucji pójdą na licytację. Obowiązek finansowania emerytur musi przejąć państwo, ale tak znaczne obciążenie budżetu przyblokuje rozwój gospodarczy. Wśród samych emerytów rozwarstwienie finansowe przybierze formy ostrzejsze niż dziś: podczas gdy jedni będą dosłownie przymierać głodem, inni – nie tak liczni – będą się mieli całkiem nieźle, używając na starość życia na tyle, na ile wiek pozwoli.

Emeryci A.D. 2025 zachowają oczywiście prawa wyborcze i o ich głosy będą się ubiegać rzutcy politycy, prześcigając się w obiecankach. Pojawi się rynek usług dla ludzi starych – biura podróży, bary, domy mody, biura matrymonialne, kosmetyki, szpitale, kliniki odmładzające itp. To między innymi z myślą o tej grupie ludzi będzie stanowione prawo, na przykład, może dojść do przegłosowania w Sejmie ustawy zezwalającej na powszechne posiadanie broni. Seniorzy nie będą specjalnie lubiani przez resztę społeczeństwa, która nie bez słuszności będzie uważała, że przywileje dla nich przyznaje się jego kosztem. Gdyby Polsce, nie daj Boże, przytrafiły się ciężkie opresje w rodzaju wojny czy innego kataklizmu o porównywalnej sile destrukcji (klęski żywiołowe, wojny u bliskich sąsiadów, masowi uchodźcy stamtąd itp.), społeczeństwo zdominowane przez starców o wiele trudniej sprostałoby takiej próbie choćby ze względów fizycznych.

Życie polityczne. W wydanej na początku tego roku powieści Kankan na wulkanie traktującej o Polsce w roku 2019 napisałem, że na arenie politycznej pozostaną cztery liczące się partie: PiT, czyli Pamięć i Tożsamość, PO – Partia Opozycyjna, GiL – Geje i Lesbijki oraz nieśmiertelny PSL, pełniący nieraz funkcję języczka u wagi. Te nazwy to oczywiście żart; ważniejsze i bardziej prawdopodobne wydaje mi się przekonanie, że ani politycy wiodący dzisiaj prym, ani ich ugrupowania nie dotrwają do omawianego okresu i wolą wyborców zostaną odstawieni na boczny tor. Z tej samej powieści godna uwagi wydaje mi się idea egzaminu, któremu cyklicznie zostaje poddany każdy obywatel, jeśli chce zachować czynne i bierne prawo wyborcze. Jego wprowadzenie mogłoby zostać podyktowane wciąż malejącą frekwencją wyborczą, która przynajmniej po części wynika z braku rozeznania, na kogo warto postawić i o co w tym wszystkim biega. Osoby, które by zdały ów egzamin obywatelski, musiałyby głosować obowiązkowo, a tym politycznie indyferentnym cofano by na przykład prawo do demonstracji. Dodatkowo za wprowadzeniem takiego egzaminu opowiadaliby się imigranci, którzy nie bez słuszności podkreślaliby nierówność wobec konstytucji: podczas gdy od nich wymagano by znajomości realiów politycznych i historii Polski, tubylcy byliby z tego zwolnieni – a niby czemu?

W roku 2025 egzamin obywatelski w Europie i Stanach Zjednoczonych byłby zatem ogólnie przyjętym procederem, a tu i ówdzie zaczęłoby się przebąkiwać o idei jeszcze bardziej radykalnej – aby z grona tych, co zaliczyli tę próbę, drogą ogólnokrajowego losowania wybierać posłów, senatorów i radnych.

Gadżety. „Karl wydobył z kieszeni swój Klucz i przyjrzał mu się dokładnie, jakby po raz pierwszy widział tę cienką, prostokątną płytkę z plastyku, z okienkiem, w którym migotały cyferki odmierzające czas, zakończoną płaskim, kolistym uchwytem. (…) Przypuszczał, że nikt w tym kraju – z wyjątkiem paru jajogłowych zerowców – nie wie i nie rozumie, co dzieje się we wnętrzu teflonowej płytki, będącej równocześnie dowodem tożsamości, kartą kredytową, zegarkiem, kalkulatorem, dyplomem, certyfikatem klasy intelektu i licho wie, czym jeszcze…” Cytat ów pochodzi z powieści Janusza Zajdla Limes inferior, wydanej w 1982 roku, ale sformułowana tam idea Klucza, czyli poręcznego urządzenia otwierającego zarówno dom, samochód czy sejf, jak i służącego transakcjom płatniczym, technicznie możliwa już dziś, doczeka się zrealizowania w skali masowej dopiero w bliskiej przyszłości. Prawdopodobnie dojdzie też do połączenia Klucza z komórką telefoniczną, Internetem i komputerem. Utrata Klucza o tak ogromnych możliwościach automatycznie postawi właściciela poza społeczeństwem.

Z punktu widzenia państwa Klucze mają wiele zalet, ale przede wszystkim pozwalają na ukrytą inwigilację społeczeństwa. W Argolandzie Zajdla nie ma waluty, zastępują ją punkty: żółte, zielone i najpośledniejsze czerwone, ale państwo dba o to, by obywatel posiadał stale na Kluczu choćby minimalną ich liczbę. Wydając punkty w centrach handlowych i automatach może być cały czas śledzony, zarówno przez to, co i na co wydaje, jak również jaką trasą porusza się po mieście, z kim nawiązuje kontakty, jakie zawiera transakcje itp.

Inną atrakcją, którą przyniesie rok 2025, będzie masowe wprowadzenie tak zwanej odzieży inteligentnej. Komputery i kamery rozlokowane po rękawach czy kołnierzu koniec końców zostaną wbudowane w materiał, wystawiając tylko poręczne terminale, z których można będzie ich użyć. Oprócz rozmaitej elektroniki użytkowej dojdą alarmy do mieszkań i pojazdów, zdalne sterowanie sprzętem oraz diagnozowanie stanu organizmu. Bardziej zaawansowane modele tego typu odzieży, nazwanej już i-wear,będą zawierać cały sekretariat; kto zechce, będzie mógł wydawać inteligentnej koszuli lub garniturowi dyspozycje, ustalać spotkania, realizować posunięcia biznesowe itp. Dojdzie do tego także monitorowanie otoczenia (jakość powietrza, poziom niebezpiecznych substancji, a nawet zwykłe przepowiadanie pogody). Niektóre materiały, jak amerykański demron, mają chronić przed promieniowaniem. Gdy czegoś zapomnimy, ubranie wnet nam o tym przypomni. Gdy wybierzemy się na podryw, będzie obficie wydzielać feromony, wabiąc płeć przeciwną. W skrajnej wersji dostarczy nawet rozrywki, nucąc nam piosenki lub bawiąc dykteryjkami. Kto dobrze zapłaci, będzie mógł z własnym płaszczem lub spodniami toczyć porywające dyskusje na wysokim poziomie filozoficznym bądź technicznym.

Przy okazji zmieni się poważnie estetyka odzieży. Zmiany kolorów i wzorów, a nawet kształtu naszego stroju będą na porządku dziennym. Zastosowanie tzw. e-inku(atramentu elektronicznego) spowoduje możliwość wyświetlania na naszym płaszczu np. Casablanki, której jesteśmy fanami (jeśli opłacimy prawa) albo filmu z naszych ostatnich wakacji. Kto zechce zarobić parę groszy, użyczy swych pleców na ruchome reklamy produktów i firm. Nasze ubranie będzie nas uczyć, bawić, informować; niewykluczone, że także w sytuacjach zagrożenia stanie się naszym wybawcą. Trzeba będzie tylko uważać, żeby nikt nas z naszego dobrodzieja i obrońcy nie rozebrał – lecz taka akcja na nic, bowiem odzież błyskawicznie zorientuje się w mistyfikacji i odmówi złodziejowi posłuszeństwa.

Rozumne ubranie będzie więc prawdziwym dobrodziejstwem: nie tylko nas ozdobi, ochroni przez wpływami atmosferycznymi, połączy ze światem, będzie za nas i dla nas pracować, ale nadto zadba o nasze zdrowie i samopoczucie. Gdy nie uda mu się powstrzymać zabójczych mikrobów na przykład grypy, natychmiast przystąpi do leczenia. Zaordynuje terapię i dopilnuje jej przebiegu; gdy tonem nie znoszącym sprzeciwu skieruje nas do łóżka, jego rolę przejmie tam nie mniej inteligentna i przygotowana do roli piastunki pościel. Nie trzeba dodawać, iż takie inteligentne ubranie zadba też o siebie, utrzymując czystość i schludność oraz reperując proste uszkodzenia.

Klimat. W połowie lat 30. XXI wieku, a może wcześniej, okaże się definitywnie, że efekt cieplarniany to najbardziej zabójcze zjawisko zagrażające cywilizacji. Wykrył je jeszcze w XIX wieku szwedzki uczony Svante Arhenius; dla Ziemi efekt ten okazał się dobrodziejstwem, gdyż dzięki niemu średnia temperatura na planecie sytuuje się wyraźnie powyżej zera Celsjusza. Na klimat ziemski wpływa szereg czynników: nieregularności orbity ziemskiej, fluktuacje na Słońcu, aktywność wulkanów – są to jednak mimo swej zmienności elementy stałe. Novum stanowi cywilizacja i emitowana przez nią w coraz większych ilościach energia odpadowa. Problemem nie jest więc dwutlenek węgla ani inne gazy cieplarniane (para wodna, tlenki azotu itp.), ale ciepło oddawane do otoczenia, gdy cywilizacja ogrzewa, produkuje i spala paliwa. Zapotrzebowanie na energię jest coraz większe, nikt nie zamierza się ograniczać, a to, czy będziemy czerpali prąd z elektrowni węglowych, czy atomowych, czy z przereklamowanych tzw. źródeł odnawialnych, nie ma większego znaczenia. Ma natomiast znaczenie to, że na każde 4 kilowatogodziny uzyskanej energii przypada 6 kilowatogodzin energii odpadowej. Planeta nie mogąc pozbyć nadmiaru ciepła drogą na przykład wypromieniowania w kosmos (przeszkadzają w tym owe gazy cieplarniane) płaci za to zwariowaniem klimatu.

W czym to się przejawi? Najogólniej mówiąc w coraz większych zaburzeniach klimatycznych. Przez świat i Europę przetaczać się będą tornada o niespotykanej sile, niszcząc już nie pojedyncze osiedla, ale całe miasta. Polska będzie tu na nieco uprzywilejowanej pozycji, gdyż nawałnice te, idąc od Atlantyku, wyszumią się po drodze w zachodniej Europie, tracąc nieco ze swego impetu, ale Niemcy czy Francja będą się mieć z pyszna. Dojdzie do wielkich zakłóceń w ustalonym rytmie pór roku i zjawisk atmosferycznych, co pociągnie za sobą długotrwałe okresy suszy i następujące zaraz po nich gigantyczne powodzie. Pożary lasów, wymywanie gleb, braki wody wpłyną zabójczo na rolnictwo, produkty żywnościowe mocno podrożeją, a w wielu rejonach świata, w których dotąd nie brakowało żywności,  na stałe zagości głód. Wiejące z wielkim impetem huragany mogą wymusić np. zmiany w architekturze budynków (niższe, przysadziste, dobrze „opancerzone”), a z powodu ocieplenia klimatu Europa będzie raczyć się rieslingami ze szwedzkich winnic.

Dojść może i do tego, że każdy obywatel Unii Europejskiej otrzyma miesięczny bądź roczny limit energii do wykorzystania, co będzie kontrolowane przez indywidualne liczniki energii. Kto przekroczy limit, będzie musiał zapłacić podatek energetyczny. Pojawią się próby włączenia w ów limit energii koniecznej do wyprodukowania używanych przez danego delikwenta artykułów przemysłowych i żywnościowych oraz ubrań i leków.

Telewizja. W dzisiejszej postaci telewizja ma małe szanse przetrwania, i to mimo dalszej dominacji cywilizacji obrazkowej. Dojdzie bowiem do powstania czegoś, co już dziś bywa nazywane „jeziorem treści”, czyli planetarnych zasobów do oglądania. Surfowanie po tym jeziorze będzie polegało na interaktywnym wchodzeniu do serwerów wizyjnych położonych gdziekolwiek na Ziemi, a z czasem i poza Ziemią, i ściąganiu stamtąd dowolnych programów do swojego telewizora. Wyszukiwarki wskażą archiwa, gdzie dany program lub film jest dostępny, jakiej jakości jest zapis, ile kosztuje taka przyjemność i jaka jest forma płatności. Kto będzie miał ochotę obejrzeć film z Flipem i Flapem albo z psem Huckleberry, ten w mig spełni swą zachciankę, zwłaszcza jeśli oferta sieci telewizyjnych na ten dzień wyda mu się nudna i bezbarwna.

„Jezioro treści” pozwoli zatem nie tylko na spełnienie indywidualnych zachcianek, czego na próżno oczekiwać po telewizji publicznej, ale przede wszystkim oderwie widza od oficjalnego programu telewizyjnego. Każdy w ramach posiadanych finansów i w miarę wolnego czasu będzie mógł układać sobie repertuar rozrywki na kolejne wieczory czy ranki, przy czym  wybór nie ograniczy się do filmów czy przedstawień teatralnych, ale obejmie transmisje z głośnych meczów piłki nożnej, pojedynków bokserskich, pielgrzymek papieża, a także przełomowych wydarzeń z dziejów cywilizacji, jak lądowanie na Księżycu.

Jak to będzie wyglądać w roku 2025? Hipolit Antczak po pracy, do której nie wychodzi z domu, sprawdza, czy nadeszły zamówione filmy z braćmi Marx, na które już zaprosił swe latorośle, żeby na tym przykładzie zademonstrować im starożytne poczucie humoru. Najpełniejszym zestawem dysponował, o dziwo, serwer w Pekinie, on też zaoferował najlepsze warunki. Przy okazji Hipolit widzi, że dziadek Arnold, folgując swoim hipisowskim sentymentom, sprowadził sobie montaż filmów nakręconych przez amatorów na festiwalu w Woodstock. Szukał ich wprawdzie ponad tydzień, ale w końcu znalazł na serwerze w Brazylii. Musiały kosztować niemało, więc Hipolit też rzuci na nie okiem z ciekawości. Żona Hipolita Pelagia, nauczycielka, ściągnęła z serwera w Kielcach materiały archiwalne dotyczące protestów robotniczych w PRL; po zmontowaniu pokaże je uczniom, desperacko próbując w nich wzbudzić zainteresowanie dziejami ojczystymi. W rejestrze materiałów sprowadzonych jest też film Pan Tadeusz Andrzeja Wajdy z serwera w Wilnie – tam było najtaniej. No tak, wzdycha pan Hipolit, znów następnemu pokoleniu nie chce się czytać lektur obowiązkowych. Wobec takiego tłoku trzeba będzie ustalić przy obiedzie harmonogram korzystania z domowego kina. Dla porządku sprawdza jeszcze wieczorny program najważniejszych stacji telewizyjnych. Ech, taka sama kaszana jak zwykle. Za co my płacimy ten obowiązkowy abonament, mruczy z niezadowoleniem.

Kultura i rozrywka. Książka papierowa stanie się towarem luksusowym. Wprawdzie książki z papieru nadal będą wydawane, ale coraz rzadziej – będą też coraz droższe. Pojawią się punkty, w których będą drukowane i oprawiane pojedyncze egzemplarze na zamówienie, często z okładką zaprojektowaną przez klienta. W każdym domu pojawi się natomiast przynajmniej jeden e-book z wymiennym wkładem, co pozwoli zmieścić bibliotekę w niewielkim pudełku. „Inteligentna” folia zacznie wypierać ostatnie gazety, zdominowane wcześniej przez portale internetowe. Dojść może do tego, że robotnik w przerwie na śniadanie odwinie kupioną w bufecie bułkę z serem i jedząc zagłębi się w lekturze: na folii po bułce wyświetlą mu się najnowsze wiadomości, a na pewno reklamy.

Upowszechnienie wspomnianego już e-inku spowoduje zalew ruchomych reklam, reklamowych klipów, zmienianie ich bez konieczności podjeżdżania ciężarówką, a także holograficzne wyświetlanie reklam w dowolnym miejscu, w tym na niebie za dnia i w nocy. Nie będzie takiego miejsca, gdzie by człek przed tym uciekł. Wchodząc nieopatrznie do supermarketu zostanę od razu rozpoznany i reklama zwróci się do mnie jak na filmie Raport mniejszości według prozy Philipa Dicka: „Panie Oramus, witamy w naszych progach. Pańskie ulubione piwo (tu marka) znajduje się jak zwykle na stoisku numer 10, natomiast uwielbiana przez pana golonka syntetyczna oczekuje pana w stoisku numer 7. Tamże znajdzie pan flaki po warszawsku, do skonsumowania na miejscu. Przyrządziliśmy tak jak pan lubi, bo wiedzieliśmy, że pan dziś do nas zawita.” System będzie rozpoznawał stałych klientów i zwracał do nich po nazwisku, indywidualizując język i sposoby perswazji. Oczywiście zawsze mogę zastrzec, że nie życzę sobie takich poufałości, ale w tym celu będę musiał nosić odpowiedni czujnik, na widok którego reklama się zamknie.

Co to ma wspólnego z kulturą? To, że innej kultury już wtedy nie będzie. Totalna komercjalizacja zamknie buzie ambitniejszym artystom, spęta im ręce i odetnie dostęp do pieniędzy. Część z nich przerzuci się na scenariusze gier komputerowych albo erotycznych, pozostali zaś wymrą albo zajmą się handlem pietruszką. Odsiecz przyniesie jednak rozwój technik komputerowych: maniacy za stosunkowo niewielkie środki będą w stanie wyprodukować pełnometrażowy film, w którym aktorzy i dekoracje będą wymodelowane komputerowo. Jakość takiego filmu będzie zależeć tylko od scenariusza i starań jedno- albo najwyżej kilkuosobowej ekipy. Co roku kilka takich filmów z całego świata będzie okazywać się przebojami i zarabiać grube pieniądze.

Duża część rozrywki przypadnie na erotykę. Parę lat temu mówiło się o rychłej inwazji wirtualnego seksu: nakładamy sobie gogle, opinamy się gdzie trzeba czujnikami – i można startować. Teraz wieści o tym nieco przycichły, prawdopodobnie dlatego, że wciąż za małe okazują się moce obliczeniowe, które by trzeba zaangażować. Rozwój informatyki usunie jednak tę barierę i możliwe, że około roku 2025 zwolennicy wirtualnej miłości za niewielką opłatą będą się pakować do sarkofagów, w których doświadczą bajkowych przeżyć w dziedzinie erotycznej, militarnej, fantastycznej i każdej innej. Tylko inwencja scenarzystów będzie tu barierą.

Komunikacja. W dłuższej perspektywie benzyna może tylko drożeć, ale samochody wciąż będą popularne. Aby nie dopuścić do zatkania miast i dróg, władze będą zmuszone wprowadzić ograniczenia w ruchu. W Kankanie na wulkanie jednego dnia jeżdżą parzyste numery rejestracyjne, następnego – nieparzyste. Niedziela jest dniem bez samochodu. Samochodem nie wolno podróżować w pojedynkę; grożą za to wysokie mandaty. Opisałem też praktyczny pomysł autostopu miejskiego, czyli Telestopu. Kierowcy mający miejsce w aucie zgłaszają do centrali chęć wzięcia pasażerów na pokład i podają trasę, którą jadą. Dyspozytor zbrojny w komputerowe wspomaganie natychmiast odnajduje reflektantów na podwiezienie i umawia pasażera z kierowcą. Komputer dokonuje też rozliczeń między nimi. Telestop wymaga niezłej koordynacji (do tego GPS) i odpowiedniej infrastruktury miejskiej – korki kładą od razu całą zabawę – ale do roku 2025 obie te kwestie powinny być w większych miastach rozwiązane.

Samotność. Obawiam się, że przyszłość, taka jak się rysuje, będzie pełna ludzi samotnych – od narodzin do śmierci. Wychowani bez jednego lub obojga rodziców (kryzys rodziny), w związkach partnerskich, bez rodzeństwa (niski przyrost), w dorosłym życiu zamkną się w czterech ścianach. Odpowiednio wyposażonego mieszkania będzie można nie opuszczać tygodniami, mając na miejscu wszystko co do życia niezbędne. Żywność można zamówić przez Internet, wezwać lekarza, zatrudnić prawnika, zrobić zakupy, uczestniczyć w nabożeństwie czy konferencji  – analogicznie, całą pracę wykonać przy komputerze i jej rezultaty przesłać mailem, partnerkę czy partnera do uprawiania seksu higienicznego albo seks wirtualny pozyskać w ten sam sposób… Także i rozrywkę w niemal dowolnej postaci da się sprowadzić pod dach własnego domostwa. Już dziś trafiają się okazy pracoholików z branży komputerowej, które jedzą, pracują, relaksują się przy komputerze, a zasypiają z klawiaturą pod głową.

Nie będzie więc powodu, by często wychodzić na ulicę, gdzie króluje nuda, ale czasem grożą konkretne niebezpieczeństwa: napady (wzrost przestępczości), infekcje, wypadki, pobicie przez chuliganów albo przez policję. W domu o ścianach wymoszczonych wyrafinowaną aparaturą elektroniczną człowiek pozostanie panem samego siebie. Stanisław Lem w jednym z wywiadów nazwał to zjawisko „elektroniczną epoką kamienną”. Istotnie, domostwo takie przypominać będzie cyfrową jaskinię, a pod względem rozległości zainteresowań i często poziomu intelektualnego jej lokator będzie reprezentował typ nowoczesnego troglodyty. Co nie znaczy, że jego samotność będzie mniej dojmująca.

Jeśli po drodze nie ogarnie nas pożoga wojenna, nie uderzy w Ziemię planetoida ani nie wylądują tu kosmici – przyszłość roku 2025 ma szansę prezentować się w zarysie tak, jak widać przez powyższe okienka. To co udało się w nich pomieścić, nie wyczerpuje ani nawet nie dotyka wielu innych ważnych dziedzin. Nic nie napisałem o kwestiach zdrowotnych, podczas gdy społeczeństwo może być nękane wieloma przypadłościami. Alergie, choroby nowotworowe, zagrożenie szybko mutującymi szczepami bakcyli odpornych na antybiotyki będą stanowiły problem w skali masowej. W Europie dojdzie być może do poważnych konfliktów na tle religijnym i rasowym – nie wydaje się, by ominęły one nasz kraj, zwłaszcza wobec szykującej się fali migracji z krajów Trzeciego Świata. Zniknie z powierzchni Ziemi wiele gatunków pięknych zwierząt, przeważnie ptaków i ssaków drapieżnych, tak że niektóre okazy będzie można obejrzeć już tylko na filmach albo w zoo. Państwa toczyć będą wojny o dostęp do wody pitnej, z którą i my będziemy mieć problemy. Dojść może do wojen ekologicznych w imię zachowania resztek zielonych płuc Ziemi albo rzadkich gatunków roślin i zwierząt – Polska będzie w nich uczestniczyć w imię solidarności z państwami Zachodu, jak dziś w Iraku czy Afganistanie. Chińczycy wylądują na Księżycu, ale o Marsie będzie jakoś cicho – zbyt duże koszty. Wielkie miasta wyplują na ulice tłumy bezrobotnych, ponieważ pracy będzie mniej niż dziś (automatyzacja, robotyzacja, konkurencja imigrantów). Zacznie się w związku z tym mówić o dłuższych zasiłkach dla niepracujących, przyznawanych na całe dekady; niektórzy przez całe życie nie poczują smaku legalnego zatrudnienia. Jak dziś srożyć się będzie przestępczość, w tym zorganizowana, a ponadnarodowe organizacje mafijne będą obracać funduszami porównywalnymi z budżetami mniejszych państw. Niewolnictwo będzie kwitło w najlepsze, podobnie jak przed 15 laty i wcześniej, a prawa człowieka będą łamane na wielką skalę pomimo gromkich nawoływań, że to nieładnie. Utrapienia, które mamy dzisiaj, pozostaną i staną się jeszcze intensywniejsze, gdyż cywilizacja po dawnemu będzie preferować życie na kredyt, działania pozorne i odpychanie w przyszłość problemów, które by należało rozwiązać natychmiast. Prawdopodobnie pojawi się też trochę nowych.

Czy w 2025 roku nie będzie żadnej nadziei? Ależ tak, co tydzień wielka loteria światowa korzystająca z Internetu z wielkim hukiem mianuje kilku miliarderów. Jedno nie ulega wątpliwości: na pewno nie będzie nudno. Życie i tak wyda się powabne i do wytrzymania, zwłaszcza wobec atrakcji, które zaczną rysować się na horyzoncie roku 2040.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata