70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Metrem do Azji

Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, jeden z moich szkolnych kolegów dostał (jak to się wtedy nie do końca adekwatnie mówiło) swoje własne mieszkanie na nowopowstającym warszawskim Ursynowie, radość naszej klasy z tytułu nadziei na regularne imprezy towarzyskie mieszała się z uczuciem niepewności.

Ursynów z perspektywy mieszkańców centrum miasta leżał bowiem niemal na krańcach świata, nie do końca wiadomo gdzie, ale gdzieś bardzo daleko. Dojechać tam można było jedną tylko linią autobusową, która zaczynała się przy Dworcu Południowym będącym wówczas de facto rogatkami miasta. Gdy jednak na początku lat osiemdziesiątych na Ursynowie zamieszkała bliska memu sercu osoba, to okazało się nagle, że dzielnica ta leży tuż, tuż, nieomal w centrum, a dojazd mimo utrudnień godziny policyjnej nie stanowił żadnego problemu. Nieco zaś później relacje z tą osobą trochę się rozluźniły, więc Ursynów odsunął się ponownie od centrum, ale nie powrócił jednak przecież na krańce świata. Zrozumiałem wtedy wyraźnie, że dystans od domu nie jest prostą funkcją odległości w kilometrach, ale w znacznym stopniu zależy od stanu naszych zainteresowań, uczuć czy wiedzy.

Próbując odpowiedzieć przez pryzmat tego doświadczenia na pytanie jak daleko z  perspektywy Polski leży Azja, dostrzegam pewne interesujące podobieństwa. Pomijając studia nad tym, jak na postrzeganie w Polsce Azji wpływały rozpoczęte w końcu XVI wieku wyprawy polskich misjonarzy czy liczny udział w budowie carskiej Kolei Wschodnio-Chińskiej na przełomie XIX i XX wieku, zastanówmy się chwilę jaki obraz Azji kształtował się w ostatnim półwieczu. Pod rządami komunistycznego reżimu w Polsce media narzucały uproszczony i ideologiczny obraz kontynentu. Azjatyckie państwa i narody dzieliły się, w zależności od politycznej oceny Moskwy, na bratnie i przyjazne, względnie postępowe oraz na wrogie i reakcyjne, względnie zniewolone przez zachodnich imperialistów. Podobnie wojny, w których brały udział dzieliły się na słuszne (czyli wywołane przez państwa bratnie) i niesłuszne (czyli te niesłużące interesom sowieckim). W przerwach zaś między wojnami bratnie narody prowadziły niezłomną walkę o pokój, postęp i lepsze jutro – w czym były nam oczywiście bliskie. Bliskość w tej walce nie przekładała się jednak na jakąś bliższą wiedzę o wybranych nawet narodach Azji. Poza sloganami lub relacjami z wojen powszechna znajomość Azji była znikoma. Główną jej chyba cechą, obok powierzchowności, była wycinkowość. Dzieci w szkole wiedziały o wojennych cierpieniach swych wietnamskich rówieśników i poprzez „spontaniczne” akcje zbiórek wysyłały im szkolne wyprawki. Na wyższych uczelniach pojawiały się grupki azjatyckich studentów, ale praktycznie tworzyły zamknięte z obu stron getta, często będąc przedmiotem żartów czy docinków (z tytułu np. niosących się po akademiku zapachów obcej kuchni lub znaczków Wielkiego Przywódcy wpiętych w klapę). Załogi, licznych wtedy jeszcze, polskich statków lub pracownicy firm budujących w bratnich krajach obiekty przemysłowe docierali do Azji dość regularnie, ale w większości przypadków ich wiedza także była wycinkowa, czemu sprzyjała ścisła „opieka” ze strony władz miejscowych, ale także i polskich. Oczywiście zawsze istniały grupy specjalistów – zawodowych orientalistów czy dyplomatów, lub też prywatnych fascynatów azjatyckiej kultury, ale nawet ich dostęp do pełnej wiedzy i jej źródeł był kontrolowany lub ograniczony. Lata osiemdziesiąte XX wieku przyniosły wzrost indywidualnych wyjazdów z Polski do Azji, czemu sprzyjały sieć bezpośrednich połączeń utrzymywanych przez LOT (Delhi, Pekin, Bangkok, Singapur) oraz możliwość zakupu biletów od narodowego przewoźnika po sztucznie niskich cenach (np. bilet do Bangkoku kosztował w złotówkach równowartość ok. 1000 USD, ale wedle kursu oficjalnego, bo żeby go kupić wystarczało sprzedać na czarnym rynku 100 USD zarobionych podczas wakacji na Zachodzie). Głównym motywem wzrostu indywidualnych wyjazdów Polaków do Azji nie było jednak pragnienie jej bliższego poznania, ale raczej chęć szybkiego zarobienia pieniędzy przez pewną formę latających tzw. „mrówek” czy też „plecakowców” – sprowadzających mniej lub bardziej hurtowo dżinsy, tanią odzież, a potem także komputery i elektronikę. Mimo braku akademickiego zacięcia można było mieć nadzieję, że podróże te – będące dowodem na handlową smykałkę i biznesowy zmysł Polaków nawet w dobie socjalistycznego centralizmu – staną się pomyślnym zwiastunem dla rozwoju ekonomicznych więzi Polski z Azją po upadku komunizmu i wybuchu gospodarki rynkowej w naszym kraju. Zwiastun ten jednak się nie potwierdził.

Rok 1989 całkowicie odmienił rzeczywistość Polski praktycznie we wszystkich obszarach. Naród i wszystkie jego klasy, stanęli do gigantycznego zadania przebudowy całego Państwa we wszystkich niemal jego wymiarach. Wybierane w wolnych wyborach rządy i wolnorynkowa gospodarka określały najważniejsze priorytety. Nie znalazła się wśród nich Azja. Jest oczywiście zrozumiałe, że najważniejszymi zadaniami stały się w sferze wewnętrznej odbudowa struktur demokratycznych Państwa, podstaw rynkowej gospodarki oraz warunków dla tworzenia się społeczeństwa obywatelskiego, a obszarze stosunków zewnętrznych odzyskanie należnego Polsce miejsca w Europie, dającego gwarancje bezpieczeństwa członkostwa w NATO i będącej warunkiem trwałego rozwoju przynależności do Unii Europejskiej. Te cele uzyskały społeczny consensus i realizowane były poprzez kolejne ekipy rządzące krajem. Szczególnie w sferze polityki zagranicznej natowskie i unijne aspiracje Polski były akceptowane zgodnie przez wszystkie liczące się siły polityczne i absolutną większość społeczeństwa. Nic więc  dziwnego, że wysiłki i środki w działaniach zewnętrznych Państwa skupione zostały niemal całkowicie na kierunku europejskim i transatlantyckim. Odbyło się to kosztem praktycznego zaniechania aktywnych działań na innych obszarach. Oczywiście nie oznaczało to zerwania więzi ze światem pozaeuropejskim – odbywały się rozmaitego szczebla wizyty, podpisywano umowy, utrzymywano do niedawna względnie rozbudowaną sieć placówek. Środki te jednak, z pewnymi istotnymi wyjątkami, nie przynosiły znaczącego wzrostu pozycji politycznej lub gospodarczej Polski na tych obszarach. Można dyskutować, czy w ostatnich dwudziestu latach Polska była w stanie prowadzić bardziej aktywną politykę wobec Azji lub innych regionów. Z pewnością zasoby finansowe, ludzkie i organizacyjne były (i są w dalszym ciągu) ograniczone i nie pozwalają aktywnie prowadzić prawdziwie globalnej polityki. W tych warunkach trzeba było jasno wskazywać priorytety, a te z oczywistych względów geopolitycznych musiały oscylować wokół UE, NATO i naszej wschodniej flanki, ale czy zadania i cele zewnętrznych działań Polski powinny być do nich ograniczone?

Jak się dziś wydaje o rosnącym znaczeniu gospodarczym Azji nie trzeba nikogo przekonywać. Mimo wieszczenia stagnacji i upadku jej znaczenia Japonia nadal jest drugą gospodarką świata. Miejsce to już niedługo odbiorą jej Chiny, co do których teoria nieuchronnego pęknięcia przegrzanego balonu od lat się nie sprawdzała. Oba państwa czują na plecach oddech goniących ich Indii. Korea Południowa przestała udawać, że jest państwem rozwijającym się i obok Australii należy do czołówki drugiej dziesiątki najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Wciąż rosną inne młode azjatyckie tygrysy.

Dla mniej nawet uważnych obserwatorów światowych trendów jest jasne od lat ponad piętnastu, że rola i miejsce Azji systematycznie rosną. Jej udział w światowym handlu i produkcji rośnie systematycznie w tempie nie spotykanym dotąd w historii ludzkości. Trendu tego nie zatrzymał kryzys finansowy drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, jaki dotknął ten region. Nie ma jednoznacznych ocen, jak obecny globalny kryzys ekonomiczny wpłynie na pozycję Azji, ale większość analityków prorokuje dalszy wzrost jej znaczenia.

W przygotowanym przez amerykańską National Intelligence Council raporcie pt. “Global Trends 2025: A Transformed World”[1] z listopada 2008 roku stwierdza się, że mający obecnie miejsce transfer światowego bogactwa i siły ekonomicznej – generalnie z Zachodu na Wschód – pod względem skali, tempa oraz kierunku nie ma precedensu w historii nowożytnej. Jedną z głównych przyczyn tego transferu jest przenoszenie się do Azji centrów światowej produkcji i niektórych usług, mające swoje źródło w mniejszych kosztach produkcji w tej części świata oraz sprzyjającej temu procesowi polityce azjatyckich rządów.

Opracowanie NIC przewiduje, że w roku 2025 system międzynarodowy będzie miał charakter wielobiegunowy, a Chiny i Indie będą jednymi z najważniejszych biegunów tego układu. W raporcie ocenia się też, że w ciągu następnych 15-20 lat Chiny, których wielkość rezerw dewizowych wyniosła w 2008 roku 2 biliony USD, będą w stanie wywierać większy wpływ na świat niż jakiekolwiek inne państwo, a w 2025 r. – o ile obecne trendy utrzymają się – kraj ten będzie (a raczej – jak już wiemy dzisiaj – pozostanie) drugą pod względem wielkości gospodarką świata i wiodącą potęgą wojskową. Chiny mogą również być wówczas największym importerem zasobów naturalnych. Natomiast Indie, wyprzedzając Japonię pod względem wielkości PKB, wyjdą około roku 2025 na trzecie miejsce wśród największych potęg gospodarczych świata. Według przygotowanego na zlecenie NIC badania, za 10 lat Indie i Chiny zrównają się ze Stanami Zjednoczonymi w dwóch odrębnych (spośród 9) obszarach decydujących o innowacyjności kraju (Indie – pod względem „kapitału naukowego i ludzkiego”, Chiny – pod względem „skłonności władz do akceptowania innowacji w biznesie”), zmniejszając też znacznie dystans dzielący je od USA we wszystkich pozostałych kategoriach.

Oba kraje staną się też potężnymi rynkami konsumentów. Opierając się na szacunkach Banku Światowego, według których w ciągu kilku najbliższych dekad liczba ludności należącej do klasy średniej wzrośnie na świecie z 440 milionów do 1,2 miliarda (z 7,6% do 16,1% światowej populacji), National Intelligence Council przewiduje, że większość osób, które w tym okresie zasilą klasę średnią, będzie pochodzić właśnie z Chin i Indii.

W swoim tekście zatytułowanym „Empire Falls”[2] ze stycznia 2009 roku Robert A. Pape zalicza wzrost Chin do czynników przyczyniających się do spadku znaczenia Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Zauważa on (opierając się na danych i prognozach MFW), że w okresie 2000-2015 przewidywany udział USA w produkcie globalnym zmniejszy się o 32 punkty procentowe, podczas gdy w przypadku Chin wzrośnie on aż o 144 punkty procentowe. R.A. Pape przypomina też, że według obecnych prognoz moment, w którym wartość PKB obu mocarstw zrówna się, bliższy jest raczej rokowi 2040 niż 2050 (co zakładano jeszcze w latach 1990-tych). Przewiduje ponadto, że jeśli obecne trendy dotyczące przesunięć w układzie sił na świecie utrzymają się, to Chiny po roku 2013 będą mieć wystarczający potencjał gospodarczy, aby przeciwstawić się militarnie Stanom Zjednoczonym w co najmniej takim stopniu, w jakim zdolny był to uczynić ZSRR w okresie Zimnej Wojny.

Biała Księga bezpieczeństwa i obrony opublikowana przez Paryż w czerwcu 2008 roku wśród zjawisk jakie będą oddziaływać na politykę bezpieczeństwa i obrony Francji za 10 – 20 lat na pierwszym miejscu wymienia przesunięcie się centrum grawitacji strategicznej w kierunku Azji (Chin i Indii). Jean-Claude Trichet, Szef Europejskiego Banku Centralnego, w wygłoszonym 25 stycznia 2008 roku przemówieniu nt. Azji i Pacyfiku podkreślił, że „gospodarka światowa ciągle się zmienia. Region Azji i Pacyfiku ma dziś znacznie większe znaczenie niż 10 lat temu, prawdopodobnie będzie ono przyćmione w przyszłości”. Warto jednak pamiętać, że nie jest to sytuacja nowa w historii ludzkości. Przez całe stulecia centrum gospodarczym świata była właśnie Azja, która jeszcze w 1820 roku wytwarzała 59,2% światowego PKB[3] (głównie dzięki Chinom i Indiom).

Proces wzrostu pozycji Azji w światowej gospodarce i polityce od dawna jest starannie obserwowany i analizowany w rozwiniętych krajach Zachodu – nie tylko w USA, Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii (te dwa ostatnie państwa dawno temu zadeklarowały przyłączenie siebie, swych zainteresowań i swych działań do tej części świata). Azją żywo interesują sie także większe i mniejsze państwa Europy – W. Brytania, Francja, Niemcy, Hiszpania, Włochy, Niderlandy, ale też Norwegia, Szwecja czy Dania. Kraje te nie poprzestają jednak na analizach. Od wielu lat prowadzą zorganizowane działania mające zapewnić im dostęp do azjatyckich rynków i inwestycji. Posiadają średniookresowe i długofalowe strategie budowania pozycji w azjatyckich krajach i rozwijania z nimi wszechstronnych relacji. Podobne działania zaczęły podejmować niektóre państwa Ameryki Łacińskiej, czy nawet Afryki (zagrożone skąd inąd ze strony Chin nowymi formami neokolonializmu).

Co w tym czasie zrobiła Polska wobec Azji? W okresie ostatnich 20 lat Polska nie tylko nie zbudowała na obszarze Azji trwałych podstaw swej obecności, ale często utraciła pozycję w krajach, w których obecność ta rozwijała się w słusznie minionym okresie jako realizacja zadań przypisywanych nam przez sowiecki imperializm. Wysiłki kolejnych rządów w zakresie polityki zagranicznej skupiły się niemal wyłącznie na kierunku europejskim i transatlantyckim. W tym też kierunku podążyły zainteresowania polskiego biznesu. Można to w pełni zrozumieć w odniesieniu do rozwijającej się żywiołowo grupy prywatnych drobnych i średnich przedsiębiorców. Ich wysiłki handlowe skoncentrowały się na handlu poprzez najbliższe granice, co wymagało najmniejszych nakładów i było najprostsze. Biorąc pod uwagę ich znikome doświadczenie, ograniczone bardzo zasoby finansowe i skłonność do planowania w perspektywie najbliższego miesiąca trudno się dziwić, że nie ruszyli oni na podbój odległych rynków Azji. Jednak z rynków tych zniknęły niemal całkowicie państwowe firmy i centrale obecne tam od lat. Rok 1989 i zmiana systemu polityczno-ekonomicznego w Polsce zaowocowały załamaniem się większości istniejących w okresie komunizmu więzi gospodarczych z Azją. Z jej rynków wycofywali się wieloletni eksporterzy polskich usług, towarów czy kompletnych obiektów przemysłowych. Większość z nich nie była w stanie pokonać bariery stworzonej we wzajemnych rozliczeniach przez zamianę nierealnych rubli transferowych na realne zielone dolary. Bali się też kontynuować współpracę z państwami, których nie ogarnęła fala systemowych zmian i które nie usunęły ze swej nazwy przymiotników odnoszących się do ludowości lub socjalizmu. Próbując podtrzymać współpracę azjatyccy partnerzy poszukiwali czasem nowych rozwiązań proponując na przykład wymianę barterową. Ich polscy dostawcy najczęściej nie byli skłonni przyjmować tak, jak im się wydawało, ryzykownych rozwiązań, mimo że stosowali je we współpracy z krajami leżącymi bliżej naszych granic.

Sytuacja ta dotknęła nawet państwa, które okazały się elastyczne i wypłacalne. Klasycznym przykładem może być tu Wietnam. Państwo to nie tylko bez ociągania zgodziło się przeliczyć swe zadłużenie wobec Polski na dolary, ale szybko i terminowo je spłaciło. Jednocześnie rozpoczęło szeroko zakrojone reformy gospodarcze, które miały na celu szybką poprawę stanu gospodarki i warunków życia ludności za cenę utrzymania monopolu władzy politycznej. W rezultacie Wietnamczycy z narodu przymierającego głodem w krótkim czasie stali się jednym z głównych producentów i eksporterów ryżu, a rząd zezwolił na powstawanie komercyjnych przedsiębiorstw i rozpoczął poszukiwania zagranicznych partnerów mogących wesprzeć plany modernizacji wietnamskiej gospodarki. Polska mogła wpisać się bardzo dobrze w te potrzeby. Polskie firmy od lat funkcjonowały na wietnamskim rynku dostarczając towary, budując zakłady przemysłowe czy np. stocznie. Polskie uczelnie wykształciły tysiące wietnamskich absolwentów, którzy tworzyli zróżnicowane propolskie lobby zarówno w licznych przedsiębiorstwach, jak i w centralnej czy lokalnej administracji. W wielu miejscach i instytucjach można było porozumieć się po polsku, a nastawienie do Polski i Polaków tak społeczeństwa, jak i władz pozostawało bardzo dobre, mimo że nasz kraj za główne w tym czasie cele postawił sobie szybkie członkostwo w NATO i ścisły sojusz z USA. Polskie firmy nie były jednak gotowe skorzystać z tej wyjątkowej dość sytuacji, a polska administracja skoncentrowana na innych zadaniach nie oferowała im żadnych zachęt i wsparcia. W zajmującym się sprawami azjatyckimi departamencie MSZ stworzyliśmy 15 lat temu raport analizujący te uwarunkowania oraz zachęcający do systematycznego rozwoju współpracy gospodarczej z Wietnamem i uchwycenia przez polskich przedsiębiorców przyczółków zanim nastąpi normalizacja stosunków dyplomatycznych tego kraju z USA oraz innymi dawnymi wrogami politycznymi. Zachodni biznesmeni dostrzegając ogromny potencjał wzrostu ekonomicznego Wietnamu od dawna szykowali się do robienia z nim interesów. I jak się okazało w dniu podpisania dokumentów otwierających normalizację stosunków Wietnamu z USA kilkadziesiąt firm amerykańskich miało wynegocjowane i gotowe do podpisania kontrakty z wietnamskimi partnerami. W Hanoi wylądował Prezydent Francji, który oprócz rządowej delegacji przywiózł grupę ponad 150 biznesmenów oraz ogłosił utworzenie francuskich instytutów, stacji radiowej i kanału telewizyjnego. Delegacja niemiecka mniej się może afiszowała, ale przywiozła szeroko zakrojone i bardzo dobrze przemyślane plany współpracy gospodarczej. Wielu Wietnamczyków wciąż jeszcze poszukiwało możliwości współpracy z Polską, dowodząc na przykład, że nasze firmy nie mające w ofercie najnowocześniejszych zachodnich technologii lepiej wpisują się w wietnamskie potrzeby ograniczone infrastrukturą niegotową na przyjęcie najbardziej zaawansowanych rozwiązań z Zachodu. Zaprzepaszczono nawet okazje, które nie wymagały ze strony polskich firm lub rządu podjęcia ryzyka czy też większego zaangażowania finansowego. W połowie lat dziewięćdziesiątych Asian Development Bank udzielił Wietnamowi ponad 200 mln USD kredytu, który wyjątkowo mógł być wykorzystany na prace realizowane przez firmy nie pochodzące z kraju będącego członkiem tego banku (do którego Polska nie należała). Kredyt ten miał sfinansować remont drogi numer 1 – najważniejszego szlaku komunikacyjnego Wietnamu biegnącego wzdłuż całego niemal kraju z północy na południe. Ambasada RP w Hanoi szeroko rozesłała informacje o kredycie do polskich firm, izb i stowarzyszeń gospodarczych, ale nikt nie wykazał zainteresowania. Chcąc zrozumieć przyczyny tego stanu rzeczy zadzwoniliśmy z MSZ do kilku ówczesnych czołowych firm specjalizujących się w budowie dróg i mających doświadczenie w realizacji projektów w trudnych warunkach i krajach. Na pytanie dlaczego firma nie jest zainteresowana ofertą uzyskaliśmy wyjaśnienie, że Wietnam jest krajem trudnym i leży daleko, a na naszą uwagę że przecież firma budowała już drogi w krajach niełatwych i odległych, padła odpowiedź, że owszem, ale przecież nie w Wietnamie.

W ten sposób po roku 1989 polskie przedsiębiorstwa operujące wcześniej w bratnich lub postępowych krajach Azji w większości nie były w stanie sprostać wyzwaniom zmieniających się szybko warunków działania i zamiast starać się elastycznie znaleźć nowe rozwiązania wycofały się ze współpracy wylewając dziecko wraz z kąpielą. W czasach komunistycznej rzeczywistości Polacy nie mogli być pewni dnia, ani godziny, ale kilku rzeczy mogli być jednak pewni – stałego braku papieru toaletowego, chronicznych trudności w dostawach sznurka do snopowiązałek oraz tego, że jak co roku naszych drogowców zaskoczy zima. Taka zima z zaskoczenia odcinająca komunikacyjne szlaki i jedyny krążący po nich autobus powodowała, że wspomniany na początku artykułu Ursynów stawał się nie tyle odległy, ile nagle de facto znikał i z perspektywy mieszkańców centrum miasta przestawał istnieć, a wraz z nim wszystko co oferował – nieskrępowane życie towarzyskie czy przyspieszone bicie serca. W tym kontekście zmiana rzeczywistości po roku 1989 zaskoczyła polskich przedsiębiorców, podobnie jak zima zaskakiwała służby drogowe, i stracili oni swój jedyny znany szlak autobusowy do Azji.

Z czasem śniegi jednak stopniały i powoli zaczęły pojawiać się nowe szlaki komunikacyjne. W Polsce lat dziewięćdziesiątych niepomiernie wzrosła liczba użytkowników aut prywatnych, którzy nie oglądając się na państwową komunikację zaczęli samodzielnie podróżować wyznaczając swoje własne cele. I mimo że prywatne autka dużo są mniejsze od autobusów państwowej komunikacji, to ilość przemieszczających się osób i towarów zaczęła systematycznie rosnąć. O ile jednak ruch między Ursynowem a centrum Warszawy jest dwukierunkowy i w zasadzie zrównoważony, to na trasie Azja – Polska zaczął kształtować się ruch tak wielce niezrównoważony, że w praktyce coraz bardziej przypominający drogę jednokierunkową.

Popatrzmy na porównanie obrotów handlowych Polski z krajami Azji  i Pacyfiku w roku 1994 i 2007. Udział tego regionu w polskim handlu zagranicznym wzrósł w tym czasie z 5,91% do 8,99%. Udział Azji w polskim eksporcie zmalał z 4,14% do 2,17%, a w imporcie wzrósł z 7,33% do 14,79%. Między rokiem 2007 a 1994 obroty wzajemne wzrosły o 1173,3%, przy czy polski eksport jedynie o 418,8% a import aż o 1514,1%. W rezultacie w roku 1994 ujemne saldo w handlu z Azją i Pacyfikiem wynosiło 868,4 mln USD i odpowiadało za 19,9% ogólnego deficytu handlowego Polski, a w roku 2007 sięgnęło już niemal 21 mld USD, co stanowiło 86,9% deficytu ogólnego (z czego ponad połowa przypada na Chiny). Porównując te dwa lata widać, że polski eksport rósł szybciej od importu jedynie wobec 6 partnerów (Hongkong, Mongolia, Indonezja, Laos, Afganistan i Australia). O ile w roku 1994 Polska miała deficyt w handlu z 15 na 27 objętych porównaniem krajów, to w roku 2007 już z 23, a dodatnie saldo odnotowała jedynie z Australią, Mongolią, Afganistanem i Brunei (przy minimalnym poziomie obrotów z dwoma ostatnimi krajami).

Przyczyn tej sytuacji jest oczywiście wiele. Najważniejszą zapewne jest stały wzrost udziału państw Azji w globalnym eksporcie, który odbił się w podobny sposób na strukturze obrotów większości państw świata. Nie na wszystkich jednak w tak drastyczny sposób. Polska przyciągnęła też stosunkowo niewiele inwestycji z obszaru Azji i Pacyfiku – z wyjątkiem Republiki Korei oraz Japonii. Napływ inwestycji z tych dwóch krajów przyczynił się też znacznie do wzrostu deficytu w handlu z nimi, ale jest to przynajmniej w dużej części rezultat importu maszyn, urządzeń i części do produkcji, które służą wytwarzaniu dóbr przeznaczonych w większości na eksport do krajów trzecich. Pozostałe kraje regionu wykazywały znikome zainteresowanie inwestycjami w Polsce i w omawianym okresie można było odnotować jedynie pojedyncze napływy inwestycyjne z Singapuru, Tajlandii, Malezji czy Australii – mało jednak znaczące na tle całości lokowanych w Polsce BZI. Od kilku lat można odnotować za to stopniowy wzrost zaangażowania Chin (w 2007 roku 62 mln EUR), które w przyszłości mogą stać się jednym z ważniejszych inwestorów w Polsce.

Jakie są jeszcze inne źródła tak nierównomiernego rozwoju wymiany handlowej? Należy do nich z pewnością brak zorganizowanych, skoordynowanych i długofalowych działań promocyjnych Polski wobec obszaru Azji i Pacyfiku. W końcu lat dziewięćdziesiątych administracja państwowa, pomimo swej koncentracji na wymiarze europejskim i  transatlantyckim, zaczęła podejmować pewne wysiłki skierowane na Azję. Pojawiły się próby organizowania misji rządowych i biznesowych, pierwsze kredyty i gwarancje kredytowe. Były to jednak działania nieskoordynowane, spóźnione i nie mające dalszego ciągu. Atrakcyjność oferowanych instrumentów była dla Azjatów znikoma, gdyż inne państwa Zachodu ofiarowywały lepsze warunki ich użycia. Słaba była promocja Polski w tym regionie i jej polityczne wsparcie. Dla przykładu kanclerz Niemiec Schroeder w czasie swoich rządów (1998-2005) odwiedził Chiny sześciokrotnie, podczas gdy w tym czasie Prezydent RP był w Pekinie tylko raz, a nie dotarł tam żaden z polskich premierów. Wspomniany wcześniej Wietnam prezydent Francji do roku 2004 odwiedził trzykrotnie. Wszystkie takie wizyty były realizacją zaplanowanej i konsekwentnej strategii działań wchodzenia na azjatyckie rynki, a w rezultacie owocowały pakietami kontraktów dla rodzimego biznesu. Promocję gospodarczą i polityczną uzupełniały programy stypendialne dla Azjatów, które praktycznie zniknęły z polskiej oferty oraz promocja kulturalna (dla przykładu tylko na terenie Indii działa 6 Instytutów Goethego podczas gdy na całym obszarze Azji i Pacyfiku nie działa ani jeden Instytut Kultury Polskiej). Nie tylko zresztą państwa o znacznie większym od Polski potencjale i zasobach systematycznie budowały swą obecność w Azji. Dla przykładu Czesi uruchomili dobrze działające biura swoich rządowych agencji Czech Trade i Czech Invest, a tymczasem polskie Ministerstwo Gospodarki zamknęło niektóre wydziały ambasad zajmujące się promocją handlu i inwestycji. W sumie więc nie tylko skromność dostępnych zasobów, ale ich rozproszenie, a przede wszystkim brak spójnej i długofalowej wizji, jakie są najważniejsze interesy i cele Polski w Azji, powodował niską efektywność i brak koordynacji podejmowanych wysiłków.

Trzeba też podkreślić, że polska administracja nie miała właściwego partnera po stronie polskiego biznesu. Po wycofaniu się z azjatyckich rynków na początku lat dziewięćdziesiątych wielu państwowych firm, a czasem po spowodowanych ustrojowymi zmianami w Polsce ich upadku, długo nie pojawiły się nowe. Coraz częściej docierający do Azji nowi prywatni polscy biznesmeni nie byli bowiem w swej masie zainteresowani żadnym podbojem miejscowych rynków, a jedynie szybkim importem tanich azjatyckich dóbr, który z czasem wygenerował w dużej mierze opisywany wcześniej potężny deficyt handlowy. Podejmowane przez placówki dyplomatyczne próby ściągnięcia polskich inwestorów czy eksporterów często kończyły się niepowodzeniem – nawet gdy z dużym zaangażowaniem własnym dyplomaci potrafili wywalczyć darmową powierzchnię wystawową na targach i imprezach promocyjnych. Kiedy zaś chcąc zachęcić polskich wystawców do udziału w targach Ministerstwo Gospodarki zaczęło dofinansowywać wyjazdy polskich biznesmenów, to rozwinęła się grupa kwalifikowana turystów imprezowych, których intencją było poznanie nowych krajów za państwowe pieniądze, a nie rozwijanie w nich działalności eksportowej. Ci zaś przedsiębiorcy, którzy poważniej rozważali próbę wejścia na azjatyckie rynki, często zrażali się wstępnym trudnościami w dostępie do nich, brakiem systemu długofalowego i zorganizowanego wsparcia ze strony administracji, a w końcu odległością, różnicami kulturowymi, na które nie byli przygotowani czy koniecznością odroczenia zysków w czasie związaną z wchodzeniem na nowe rynki. Nie potrafili się też zorganizować w jakąś zainteresowaną jednak rozwojem długofalowej współpracy z Azją grupę lobbingową, która potrafiłaby zebrać, sformułować w spójną całość i przedstawić postulaty wobec administracji wskazując w jaki sposób władze mogłyby wspierać polski biznes w tym regionie (co potrafili zrobić biznesmeni niemieccy, brytyjscy, holenderscy czy duńscy).

Jak wyglądają więc perspektywy polskiej obecności w regionie Azji i Pacyfiku? Antycypując wzrost znaczenia politycznego, gospodarczego i kulturowego tego obszaru oraz nie chcąc się dać biernie przez niego zdominować, Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, rozwinięte państwa Europy, ale także Ameryki Łacińskiej, systematycznie budowały tam swą obecność.  Dziś realizują w Azji korzystne dla siebie interesy. Większość „azjatyckiego tortu” została już podzielona, ale po jego smakowite resztki można jeszcze sięgnąć. Nie ma na to jednak wiele czasu. Ostatni pociąg po azjatyckie runo rusza już z peronu. Dziś trzeba się bardzo spieszyć, aby wskoczyć do ostatniego wagonu. Nie jest to zresztą kwestia doraźnych korzyści ekonomicznych. Jeśli gwałtowny rozwój Azji i coraz większa rola tego kontynentu utrzymają się w kolejnych dekadach, to Polska musi podjąć bardziej aktywne starania w walce o wpływy na tym obszarze. Nieobecność Polski w tym regionie lub jej słaba tam pozycja, będąca wynikiem braku reakcji na globalny trend, skazać mogą nasz kraj na marginalizację lub ograniczenie jego roli jedynie do funkcji państwa lokalnego, działającego w ramach UE i najbliższej zagranicy. W dłuższej perspektywie prowadziłoby to także dla stopniowego osłabienia polskiej pozycji w UE.

Dzisiaj pytaniem jest więc nie czy Polska musi zwiększyć swe zaangażowanie w Azji i Pacyfiku, ale jak powinna to robić. Rosnące zrozumienie tej konieczności zdają się wykazywać polscy politycy. Tylko w drugiej połowie 2008 roku wizyty w Azji złożyli Prezydent, Premier, obaj Wicepremierzy – ministrowie gospodarki oraz spraw wewnętrznych i administracji, szef polskiej dyplomacji oraz kilku innych ministrów i ich zastępców. Podczas szczytu Azja – Europa w Pekinie polski Premier spotkał się z szefami rządów 5 ważnych państw regionu. W roku 2009 planowane są w tym obszarze dalsze wizyty na najwyższych szczeblach. Jednak polityczna wola podniesienia stosunków z Azją i Pacyfikiem na wyższy poziom, jakiej przejawem są te wizyty, nie wystarczy dla ich rozwoju. Polska musi mieć średniookresową i długofalową koncepcję swojej obecności w regionie, określone interesy i cele oraz zagwarantowane środki i instrumenty niezbędne dla ich osiągania. Stworzenie takiej całościowej i spójnej wizji jest zadaniem trudnym i złożonym, które zabrało dużo czasu krajom dysponującym znacznie lepszymi zasobami i narzędziami jej opracowania.

Jakie są uwarunkowania istotne dla tworzenia takiej koncepcji i co powinna ona zawierać? Najlepsza nawet strategia nie daje bowiem gwarancji zbudowania silnej pozycji w Azji. Sukces lub porażka danego kraju nie są w stu procentach zależne od przyjętej strategii.  To funkcja realistyczności przyjętej strategii, skuteczności i konsekwencji w jej wdrażaniu, ale także faktycznego i obiektywnego potencjału danego państwa. Nawet błędne czy nieskuteczne koncepcje nie niwelują wielkiego potencjału dużych państw, zaś ambitne plany strategiczne mogą pozostać mrzonką w sytuacji braku odpowiednich zasobów. Nasz kraj w Azji nie ma szans stać się pierwszoplanowym graczem, zdolnym samodzielnie kreować na tym obszarze korzystne dla siebie wydarzenia. W tym sensie Polska nie dorówna Niemcom czy Francji, które ze względu na ich długą obecność w rejonie Azji, silną pozycję w organizacjach międzynarodowych (w tym UE), a także możliwości użycia wielu instrumentów (rządowych i pozarządowych) posiadają znacznie większe możliwości wpływania na azjatycka rzeczywistość. Jeśli jednak Polska określi swe podstawowe cele w Azji, to będzie w stanie je osiągać współpracując z wybranymi partnerami, a także umiejętnie wykorzystując instrumenty, jakie daje przynależność do Unii Europejskiej.

Wraz z uzyskaniem przez Polskę członkowstwa w Unii Europejskiej dokonała się znaczna jakościowa zmiana możliwości prowadzenia polskiej polityki zagranicznej wobec regionu. Zyskaliśmy nowe narzędzia i instrumenty pozwalające na pełniejszy rozwój współpracy z Azją. Polska uzyskała możliwość aktywnego kształtowania Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Stała się uczestnikiem lub obserwatorem szeregu forów współpracy w ramach Unii Europejskiej (Asia-Europe Meeting, dialogu UE-ASEAN, ASEAN Regional Forum, czy Stowarzyszenia Współpracy Regionalnej Azji Południowej). Większe zaangażowanie Polski w kształtowanie WPZiB wobec Azji może także wzmocnić wizerunek RP w najważniejszych krajach regionu (Chiny, Japonia, Indie), które postrzegają nas obecnie jako partnera drugorzędnego.

Dotychczas jednak możliwości realizacji polskich interesów w obszarze Azji i Pacyfiku z użyciem instrumentów unijnych wykorzystywane są w niewielkim stopniu. W nadchodzącym okresie UE stanie wobec konieczności dokonania przeglądu strategicznych celów i interesów określonych w ramowych dokumentach, takich jak Komunikat Komisji Europejskiej pt. Europa i Azja z 2001 roku, czy Dokument Programowy Strategii Regionalnej na lata 2007-2013. W tym kontekście szczególnie ważne będzie przygotowanie się Polski do zaplanowanej na druga połowę 2011 roku prezydencji w UE. Nowe możliwości zwiększenia zaangażowania Polski w regionie Azji i Pacyfiku z wykorzystaniem unijnych instrumentów oznaczają potrzebę uważnej selekcji naszych priorytetów. W związku z polską prezydencją priorytety te będą miały szanse być lepiej odzwierciedlone w unijnych programach i działaniach. Dla lepszego ich określenia należy poszerzyć krąg podmiotów zaangażowanych na poziomie krajowym w kształtowanie relacji z obszarem Azji i Pacyfiku. Praca nad określeniem celów i zadań nie powinna ograniczać się do struktur rządowych, ale uwzględniać konsultacje z udziałem przedstawicielami biznesu, środowisk akademickich, mediów czy rozmaitych organizacji społecznych. Pozwoli to nie tylko lepiej rozpoznać narodowe potrzeby i możliwości, ale także pogłębić świadomość problematyki azjatyckiej w społeczeństwie. Z drugiej strony ułatwi przygotowanie lepszej kampanii wizerunkowej Polski, która ma szansę szerzej dotrzeć do świadomości azjatyckich partnerów polskich środowisk zaangażowanych w proces. Aby polskie interesy były skutecznie realizowane z wykorzystaniem unijnego instrumentarium muszą się wpisywać w strategiczne cele jakie UE określiła sobie wobec Azji. Z kolei dla skuteczności UE w osiąganiu tych celów sprawą o kluczowym znaczeniu jest zapewnienie spójności stanowiska unijnego w relacjach z partnerami azjatyckimi. W przypadku różnicy zdań lub interesów Chiny czy Indie będą mogły doraźnie zlekceważyć każdy pojedynczy kraj członkowski UE, ale nie unię jako całość. Dlatego z perspektywy kraju o takiej pozycji w Azji jak Polska, działania na rzecz unijnej spójności powinny być priorytetem.

Podstawowe cele Polski w obszarze Azji i Pacyfiku określić winien dokument o charakterze koncepcyjno-strategicznym. W tym miejscu pozwolę się jedynie podzielić kilkoma uwagami ogólnej natury. W wymiarze dialogu politycznego najważniejsze dla Polski będą kwestie bezpieczeństwa międzynarodowego. W obszarze polityki bezpieczeństwa polskie zaangażowanie koncentrować się będzie przede wszystkim na udziale w operacji na terenie Afganistanu. Polska wraz ze swoimi celami powinna określić pewne wybrane obszary, w których mogłaby pełnić wobec azjatyckich partnerów rolę unijnego specjalisty. Taką rolę Polska jest w stanie odegrać w dziedzinie nieproliferacji i rozbrojenia, w której ma uznaną na świecie markę. Do ważnych kwestii w dialogu Europy z Azją należeć będzie problematyka praw człowieka i demokratyzacji. Najważniejsze jednak z punktu widzenia interesów państwa będzie rozwijanie relacji gospodarczych w kierunku zwiększania konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, promocji polskiego eksportu, przyciągania inwestycji oraz wzrostu inwestycji własnych na terenie Azji, co umożliwiłoby korzystanie z szerszych przepływów finansowych. Sprawą kluczową jest tu skoncentrowanie się na pozyskiwaniu nowoczesnych technologii i tworzeniu warunków do rozwoju wspólnych prac badawczo-rozwojowych. W najbliższych latach zainteresowania te będą się zapewne koncentrować w obszarach związanych z pozyskiwaniem energii i ochroną środowiska. Warunkiem rozwoju współpracy badawczej jest posiadanie odpowiedniego zaplecza naukowego i akademickiego, dlatego też coraz bardziej istotne będzie rozszerzanie współpracy edukacyjnej. Istotne zwiększenie wymiany studentów – tak w drodze programów stypendialnych, jak i też studiów odpłatnych – jest podstawą wzajemnego zapewnienia sobie źródeł kadr zdolnych do pogłębiania współpracy we wszystkich innych obszarach. Studenci wykształceni w Polsce lub kończący zagranicą studia polonistyczne tworzą potem w swoim kraju naturalne lobby sprzyjające rozwojowi wzajemnych stosunków. Jest to instrument słabo dotąd wykorzystywany przez Polskę, która nie przywiązuje do niego należytej wagi. Gdy lat temu kilka pracowałem w Republice Korei jako ambasador RP, to podczas regularnych spotkań ze studentami miejscowej polonistyki zwykłem podkreślać, iż to oni są prawdziwymi ambasadorami, gdyż moja misja promowania rozwoju wzajemnych stosunków mija po kilku latach, a ich trwa całe życie. Współpraca akademicka jest zresztą elementem szerszego procesu wzajemnego poznawania się społeczeństw, w którym bardzo istotną rolę odgrywają promocja kulturalna i turystyka. Wzajemna wiedza Polaków o Azji oraz Azjatów o Polsce jest niewielka i bardzo wiele jest tu do zrobienia. Większość Polaków ma uproszczony obraz Azji i niewielką o niej wiedzę. Często uważają, że za wyjątkiem produktów japońskich towary z Azji to tani chłam, a na wszystkich Azjatów gotowi są wołać Chińczyk, co chociaż na poziomie globalnym mogłoby być statystycznie uzasadniona generalizacją, to jednak w warunkach polskich się nie sprawdza, biorąc pod uwagę, że co setny mieszkaniec stolicy jest Wietnamczykiem. W wyrywkowych sondażach u dużej części respondentów wychodzi nawet pewnego rodzaju negatywne uprzedzenie wobec Azjatów, co być może związane jest nieprzyzwyczajeniem Polaków do widocznej obecności odmiennych rasowo sąsiadów. Nie dziwi to tak bardzo, biorąc pod uwagę, że przez ostatnie 60 lat społeczeństwo polskie było niezwykle homogeniczne narodowo, religijnie czy kulturowo – nie tyle zresztą jako rezultat braku kolonialnej przeszłości, ile powojennych zmian granic i migracji. Przełamywanie uproszczeń i stereotypów w drodze promocji kultury, turystyki i edukacji może być wzmacniane po stronie niektórych azjatyckich partnerów wzrostem aktywności Polski w wymiarze pomocy rozwojowej, którą świadczona być winna także w obszarach służących kreowaniu pozytywnego obrazu Polaków w biedniejszych warstwach społecznych (np. w edukacji czy rolnictwie).

Jak wcześniej już podkreślono, sformułowanie kompleksowej strategii polskich działań wobec Azji i Pacyfiku jest zadaniem złożonym i powinno odbywać się w drodze współpracy różnych środowisk. Dlatego też w drugiej połowie roku ubiegłego Departament Azji i Pacyfiku MSZ zwrócił się z prośbą o podjęcie współpracy do różnych grup związanych zawodowo lub poprzez własne zainteresowania z tym regionem.  Pierwszym etapem tego procesu były spotkania z przedstawicielami środowisk naukowo-akademickich, z kołami gospodarczymi, administracją publiczną, przedstawicielami świata kultury i organizacjami pozarządowymi, których celem było wyłonienie w poszczególnych, wyżej wymienionych grupach, ekspertów pragnących podjąć długofalową i systematyczną współpracę z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Następnym etapem było opracowanie kilku analiz i raportów służących wytyczeniu kierunków dalszych prac nad materiałem określającym ramy całościowej koncepcji stosunków Polski z regionem Azji i Pacyfiku, wskazującym obszary potencjalnej współpracy i stawiającym zadania poszczególnym podmiotom. Jednakże szczegółowa identyfikacja polskich interesów w obszarze Azji i Pacyfiku, określenie realnych możliwości i celów, a także niezbędnych zasobów i instrumentów ich realizacji będzie wymagać dalszego aktywnego współudziału wymienionych powyżej środowisk. Chcąc rozszerzyć grono osób mogących wziąć udział w dyskusji Departament Azji i Pacyfiku postanowił w lutym 2009 roku uruchomić pod swoim patronatem portal[4] społecznościowy poświęcony szeroko pojętej problematyce regionu. W założeniu ma on przyciągać wszystkich, którzy interesują się Azja i Pacyfikiem, udostępniać informacje, artykuły, zasoby medialne, tworzyć pole wymiany myśli i poglądów, ale także ciekawostek czy zdjęć. O ile pomysł się przyjmie, to mamy nadzieję, że portal stanowić będzie narzędzie integracji szerszych kręgów osób, które łączy zainteresowanie regionem i chęć dzielenia się poglądami na tematy z regionem związane.

Na zakończenie pozwolę sobie wrócić na warszawski Ursynów, który pojawił się na początku tekstu. Mieszkam tam, na zmianę z Azja, od lat ponad dziesięciu, a moja perspektywa poznawcza całkowicie się zmieniła. Momentem przełomowym było uruchomienie w 1995 roku pierwszego odcinka metra, które w ciągu kilkunastu minut szybko i skutecznie pokonuje trasę z centrum. Sto kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Ursynowa uważa go za jeden z najłatwiej dostępnych – mimo sporej odległości – obszarów miasta. Ze zdziwieniem zapewne wysłuchałoby opinii, że mieszka na końcu świata. Podobnie zdziwiliby się mieszkańcy dzisiejszej Azji. Centrum świata przesuwa się ich kierunku, a tradycyjna nazwa Chin – Państwo Środka – ponownie staje się coraz bardziej adekwatna. Dla skrócenia dystansu jaki Polskę dzieli od Azji musimy szybko zbudować metro. Dziś Polska nie ma ani jednego bezpośredniego połączenia lotniczego z Azją. Ale metro do Azji, to nie tylko połączenia komunikacyjne. To cała sieć wzajemnych relacji i instrumentów – infrastruktura prawno-traktatowa, inwestycyjna, handlowa, turystyczna, badawcza, akademicka, edukacyjna, kulturalna, etc. Administracja rządowa, po konsultacjach ze społeczeństwem, może przygotować koncepcję budowy metra, wyznaczyć jego trasę, główne przystanki, położyć tory i zakupić tabor. Budowa pierwszej linii warszawskiego metra trwała kilkadziesiąt lat, była przerywana i wznawiana, traciła finansowanie i napotykała inne trudności, ale w końcu została zakończona. Miejmy nadzieję, ze budowa metra do Azji będzie trwać dużo krócej. Ale gdy metro ruszy, to od rządu w niewielkim już tylko stopniu zależy, kto nim pojedzie na podbój Azji i Pacyfiku. Czy ruszą nim masowo biznesmeni, studenci, robotnicy, akademicy, naukowcy, artyści i turyści? To zależy wyłącznie od Państwa, dlatego zainteresowanych zapraszam do wspólnego projektowania, budowy, a potem przejażdżki metrem do Azji.


[1] [podać dane publikacji]

[2] Robert A. Pape, „Empire Falls”, The National Interest –  numer 99, styczeń/luty 2009

[3] Angus Maddison, The World Economy: A Milennial Perspective, OECD 2001, str. 28

[4] http://azjapacyfik.pl/

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata