70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Powiernicy boskich marzeń. O książce Człowiek szukajacy Boga. Szkice o modlitwie i symbolach Abrahama Joshuy Heschela

Z otwierającego polskie wydanie Man’s Quest for God wstępu autorstwa prof. Susannah Heschel dowiadujemy się między innymi, że teologiczne pisarstwo jej ojca cieszyło się uznaniem papieża Pawła VI.

Goszcząc u niego w roku 1971 na prywatnej audiencji żydowski uczony usłyszał wręcz, iż jego książki powinny być czytane przez katolików! Opinia ta wydaje się nabierać szczególnego sensu właśnie w odniesieniu do szkiców Abrahama Joshuy Heschela o modlitwie. Zawarte w nich stwierdzenia (przy całym swym zakorzenieniu w tradycji judaistycznej) zdradzają owo subtelne pokrewieństwo z duchem katolicyzmu, o którym wspomina w przywołanym wprowadzeniu córka myśliciela – jakkolwiek może niezbyt szczęśliwie wskazuje w tym kontekście na rzekomo „centralną rolę prawa kanonicznego” w Kościele katolickim… Jeśli jednak wziąć pod uwagę fakt, że pobożność Heschela, będąc głęboko osobista, pozostaje zarazem wyraźnie liturgiczna – kształtowana przez codzienne odmawianie odpowiednich partii Siduru (Modlitewnika) – to istotnie można dopatrywać się w niej podobieństwa do modelu katolickiego, w którym szlak duchowych wzlotów wytyczają z kolei pacierz lub brewiarz oraz rytuał mszalny. Intuicja odkrywająca z perspektywy żydowskiej bliskość praktyk modlitewnych obu tradycji w ciekawy sposób koresponduje z odczuciem, jakiemu po stronie katolickiej dawał wyraz Claude Tresmontant w swym Eseju o myśli hebrajskiej. Mowa tam o kontynuacji w katolickiej teologii zasadniczych wątków metafizyki biblijnej i trwaniu biblijnej poetyki w liturgii katolickiej. Prawdopodobnie Abraham Joshua Heschel zgłosiłby wobec takiej konstatacji pewne zastrzeżenia. Jednak lektura przetłumaczonych właśnie przez Violettę Reder Szkiców o modlitwie i symbolach pozwala się przekonać, że reguła modlitewna spinająca dzień klamrami porannego i wieczornego „Szema Jisrael” działa zdecydowanie podobnie jak ta uświęcająca poranek i wieczór recytacją „Ojcze nasz”.

Szczególnie cenny dla katolika (a także prawosławnego oraz anglikanina) może być akcent położony przez Heschela na „biegunowość” charakteryzującą nasze zwracanie się do żywego Boga Objawienia. Modlitwa Ludu Przymierza „rządzi się dwiema przeciwstawnymi zasadami: porządku i wybuchu, regularności i spontaniczności, uniformizmu i indywidualności, prawa i wolności, obowiązku i przywileju…”. Nie jest po prostu swobodną ekspresją, ale nie oznacza też składania niebu daniny z mechanicznie odtwarzanych formułek. Liczy się w niej przede wszystkim kawana – uwaga skierowana ku Bogu – która jednak wzrasta w sercu inspirowanym przez uświęcone tradycją teksty. Z całą szczerością „wylewamy duszę przed Panem”, lecz umożliwia nam to właśnie przyswojenie sobie ducha słów zawczasu przygotowanych, podarowanych nam, podobnie jak sama zdolność do kontaktu ze Stwórcą. Wejście w te słowa, uznanie ich za własne, staje się wyjściem z siebie, trzeźwą ekstazą, zapominającą o sobie koncentracją na życzliwej i dobroczynnej Obecności. Reagujemy na Nią zawsze osobiście, a jednak nigdy nie przestając być członkami wielkiej wspólnoty oddających hołd. Modlitwa osobista i wspólnotowa trwają w symbiozie, podtrzymując się nawzajem. Ustalony porządek modlitw o przepisanych porach służy pomocą duszy, nie zawsze zdolnej wykrzesać z siebie serdeczny żar, lecz ostatecznie chodzi przecież o kult wewnętrzny, akt uwielbienia i złożenie serca w ofierze. Dzięki dyscyplinie uwalniamy się od dyktatu zmiennych nastrojów i afirmujemy przede wszystkim Boskie pragnienie, abyśmy się modlili. Dając się prowadzić regule pozostajemy jednak otwarci na przypływ natchnienia, poryw wdzięczności, urzeczenie miłością. Co więcej, właśnie przestrzeganie ustalonego porządku rodzi uwagę usposabiającą do przyjęcia impulsu z nieba.

Jeśli chodzi o publiczne nabożeństwa, powinna je cechować „gracja”, swoisty wdzięk wynikający z wewnętrznego zaangażowania zgromadzonych. Przed odpowiedzialnymi za liturgię stoi zadanie „przystępnej egzegezy Modlitewnika” oraz włączania w nurt tradycyjnej modlitwy aktualnych „marzeń i niepokojów”. Jednak nie wolno przy tym wulgaryzować kultu przez sięganie po zbyt świeckie kategorie i pojęcia, nie należy też spodziewać się za wiele po zabiegach uwspółcześniających celebrację. Tym czego potrzebują wierzący jest „serce nowe, a nie nowy tekst”. Stosunkowo nieliczne w książce nawiązania do prób reformy liturgii synagogalnej dają do myślenia w kontekście katolickich dylematów i kontrowersji związanych z analogiczną problematyką. Ciekawie na przykład brzmi refleksja podająca w wątpliwość sens obracania się prowadzącego modlitwę przodem do zebranych: Również on potrzebuje przecież odrobiny intymności z Bogiem, a ponadto „kantor, który stoi zwrócony twarzą ku świętej Arce, a nie wobec ciekawości ludzkiej, uświadomi sobie, że jego zadaniem nie jest bawić, ale reprezentować lud Izraela…”.

Podkreślając znaczenie rytuału Heschel nie skupia bynajmniej uwagi właśnie na nim. Zgodnie z deklarowanym zamierzeniem zgłębiania istoty aktu modlitwy („Co się dzieje, kiedy ktoś się modli?”) rozważa cud naszej interakcji z Przedwiecznym w poczuciu zbijającej z tropu wzajemności relacji. Oto człowiek pragnie Boga, ponieważ Bóg pragnie człowieka. Nasz Pan błaga nas o łaskę. Istnieje współzależność między Nim a nami, chociaż Bóg pozostaje absolutnie samowystarczalny. Zgodnie z najlepszymi tradycjami teologii żydowskiej myśliciel buduje swe wypowiedzi z naprzemiennych antytez, dotykając prawdy ukrytej w ich zestawieniu – nie w heglowskiej syntezie, ale w żywej coincidentia oppositorum. Stosuje śmiałe antropomorfizmy, by później wykazać się radykalnym wyczuciem Boskiej transcendencji. Jest ona wystarczająco wielka, żeby przekraczać samą siebie. Świadomy tego faktu wyznawca wie, że nie może trzymać Niewysłowionego w zamknięciu teologii negatywnej: „Równie błędne jest umieszczanie Go poza wszelkim »poza«, jak niegdyś błędne było widzenie Go w każdym kamyczku”. Najwyższy interesuje się moim życiem, mówi i słucha. Nieodzowna świadomość, przed Kim właściwie staję, nie powinna paraliżować śpiewu – ale nawet niezdolność do zaintonowania go z przekonaniem nie przeszkadza się modlić przy pomocy samej tylko tęsknoty za modlitwą.

Namysł Heschela jest dojrzały. Między wierszami jego tekstu daje się wyczuć święte milczenie, rodzące słowa gęste od mistycznej poezji. Przy całej klarowności swych wywodów Heschel niemal myśli aforyzmami. Głębokie sentencje rozkwitają pod jego piórem co parę zdań, wieńcząc kolejne porcje wnikliwych uwag. Lektura książki staje się wskutek tego duchową ucztą w najbardziej ścisłym znaczeniu tego słowa. Człowiek szukający Boga to tekst do medytacji. Można z niego wypisać niejedną złotą myśl: „Wdzięczność nadaje duszy wielkość”… „Słowa modlitwy są schowkiem ducha”… „Modlić się to marzyć wspólnie z Bogiem, to podzielać Jego święte wizje”…

Katolicki czytelnik może mieć pewien kłopot z rozdziałem poświęconym symbolom. Autor, przeniknięty mozaistyczną odrazą wobec idolatrii, nie wykazuje zrozumienia dla symbolizmu w dziedzinie religii, widząc w nim kreowanie substytutu bezpośredniego spotkania z Bogiem żywym i transcendentnym, objawiającym swoją całkiem dosłowną – a nie metaforyczną – wolę. Daleki od wrażliwości ojców Kościoła (od których dzieli go wyraźnie już sam sposób rozumienia natury symbolu) Heschel konsekwentnie czyta Biblię wyłącznie jako pouczenie dotyczące praktyki życia. Na uwagę zasługuje jednak paragraf omawiający jedyny wyjątek od „ikonoklastycznej” reguły, a mianowicie człowieka jako symbol Boga – Jego „obraz i podobieństwo”.

Książkę zamyka pełen prorockiej pasji artykuł Znaczenie obecnej godziny, opublikowany w roku 1943 i będący wypowiedzianym w obliczu potworności nazizmu wyznaniem winy wierzących – bowiem zgodnie ze słowami twórcy chasydyzmu, Baal Szem Towa, dostrzeżone na zewnątrz zło stanowi okazję do uznania ze skruchą grzechu w sobie samym. Heschel wskazywał, że demony zniszczenia mogły wyjść z ukrycia, gdyż obdarowani słowem Boga zaniedbali walkę o sprawiedliwość i dobro, spokojnie przyglądali się destrukcji sumień: „Wymieniliśmy świętość na wygodę, wierność na sukces, miłość na władzę, mądrość na informację, tradycję na modę”. Czytając płomienny apel o powrót do przymierza z Bogiem i wpuszczenie Go „do naszych banków i fabryk, do Kongresu i do klubów, do sądów i komisji śledczych, do naszych domów i teatrów” można lepiej zrozumieć powojenną aktywność myśliciela na forum walki o prawa człowieka. W zestawieniu ze szkicami o modlitwie tekst ten odzwierciedla charakterystyczny rys żydowskiej pobożności, określany w dziewiętnastym wieku przez Włodzimierza Sołowjowa jako dążenie do materializacji – urzeczywistnienia na ziemi –  Boskiego ideału. Chrześcijańskie skojarzenie wcielania w życie słów Boga w postaci micwot (dobrych czynów) z innego rodzaju Inkarnacją rozmija się, rzecz jasna, z judaistyczną ortodoksją, lecz tęsknota obu religii za Królestwem Sprawiedliwości czyni je naturalnymi sojuszniczkami. Możemy razem spełniać inspirujące proroków i przenikające nasze modlitwy „Boskie marzenie” o zbawieniu świata od zła. Szczególną ikonę takiej wspólnoty w zaangażowaniu stanowi obraz Abrahama Joshuy Heschela kroczącego ramię w ramię z Martinem Lutherem Kingiem podczas antyrasistowskiej demonstracji…

Zatem również w dziedzinie teologii praktycznej sprawdza się papieska rekomendacja dla potomka wschodnioeuropejskich cadyków. Jak przystało na męża Bożego uczy on modlitwy owocującej działaniem. Nie dziwnego: kto otwiera się na Boskie sny, tego Pan budzi z uśpienia. Biblijny Józef nie był jałowym marzycielem.


Abraham Joshua Heschel, Człowiek szukający Boga. Szkice o modlitwie i symbolach, tłum.  Violetta Veder, Znak, Kraków 2008.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata