70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Swój własny wróg – Mój Bóg” 5. rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego

udzie stają jednak ostatecznie ponad działaniem kosmicznych sił i – choć są ich nieświadomi – nie dają się im poróżnić. Jedyną drogą podołania trudom ziemskiej tułaczki okazuje się zgoda, zaś jedynym oparciem, na jakie człowiek może w niej liczyć – drugi człowiek. Stąd też – kończące utwór – pojednanie Kobiety i Mężczyzny, towarzyszące smutnej konstatacji o bezpowrotnej utracie raju.

Twórczość Jacka Kaczmarskiego zwyczajowo postrzegana jest – w dużej mierze za sprawą okoliczności historyczno-politycznych, które sprawiły, że młody pieśniarz okrzyknięty został „bardem Solidarności” – przez pryzmat kilku zaledwie piosenek, takich jak inspirowana balladą rosyjskiego barda Włodzimierza Wysockiego Obława, Mury (odbierane zresztą często wbrew intencjom autora – bez uwzględnienia puenty) czy Zbroja. Zdecydowanie mniej znane pozostają utwory o wymowie nie politycznej, lecz egzystencjalnej, ogólnoludzkiej, zwłaszcza te odwołujące się do tekstów kultury, do literatury i sztuk plastycznych. Stosunkowo dużą grupę pośród nich stanowią piosenki oparte na motywach zaczerpniętych z Biblii – trzeba jednak pamiętać, że istnienie Boga to dla pieśniarza, który wychowany został w duchu ateizmu, kwestia konwencji literackiej czy kulturowej:

Bóg istnieje dla mnie jako kategoria kulturowa, jako figura stylistyczna. Można Go nie nazywać Bogiem, a Koniecznością, Absolutem, Przeznaczeniem. Nie praktykuję żadnej religii i nie tam szukam pocieszeń. Religia jest dla mnie właśnie jednym z tych zbiorowych mechanizmów samopocieszania, z którym na moim etapie życia źle bym się czuł[1], zaś same nawiązania do tradycji biblijnej to przede wszystkim gra jej motywami.

Zabieg ten stanowi podstawę Raju, pierwszego z programów w całości opartych na wątkach zaczerpniętych z Biblii, będącego kolejnym – po Murach – wspólnym przedsięwzięciem tria Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński. Powstały w latach 1978–1980 cykl w zamyśle miał być widowiskiem słowno-muzyczno-wizualnym (zrealizowanym przy współpracy z Leszkiem Mądzikiem, założycielem sceny plastycznej KUL), ale z przyczyn organizacyjnych doczekał się jedynie kilkakrotnego wykonania w pełnej formie[2]; trzeci element był najczęściej pomijany w realizacjach scenicznych. Raj prezentowany był zresztą o wiele rzadziej niż pozostałe programy tria (w sumie około trzydziestu razy, podczas gdy Mury – dla porównania – wykonane zostały na blisko pięciuset koncertach). Premiera Raju przypadła na rok 1980 (choć jeszcze przed „karnawałem Solidarności”), kiedy publiczność żądała treści jednoznacznie politycznych, zaś biblijna metaforyka wyżej stawiała słuchaczowi poprzeczkę – wymagała większego skupienia i zrozumienia pewnych aluzji literackich. Oczekiwanego zrozumienia jednak brakowało, czego przyczyny wskazywał sam poeta:

Kiedy napisaliśmy z Przemkiem Gintrowskim Raj, (…) okazało się, że w społeczeństwie, o którym mówi się, że jest w 90 procentach katolickie, nikt nie czytał Biblii i trzeba było tłumaczyć, kto to był Jakub czy Hiob[3].

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Kaczmarski utrzymywał, iż cykl ten był w zamyśle apolityczny, jednak w wywiadzie z przełomu roku 2001 i 2002 pada stwierdzenie całkiem przeciwne:

To był program zdecydowanie polityczny, chociaż w momencie gdy się człowiek opiera na Piśmie Świętym, zwłaszcza na Starym Testamencie, który jest początkiem historii ludzkości, to choćby mówił o polityce, zawsze sięgnie do pokładów metafizyki w sobie[4].

Na cykl Raj składa się siedemnaście utworów (w tym trzy będące muzycznymi adaptacjami wierszy Zbigniewa Herberta: Sprawozdanie z raju, Przesłuchanie anioła oraz U wrót doliny), opartych na motywach zaczerpniętych ze Starego i Nowego Testamentu. Ułożone zostały w ciąg wydarzeń: począwszy od aktu stworzenia, poprzez wypędzenie nieposłusznych oraz ich zmagania z Bogiem i niedoskonałością czy prozaicznością świata, na Apokalipsie kończąc. Podejmowane wątki biblijne, poddane reinterpretacji lub transpozycji, zyskują w Raju wymiar uniwersalny, stają się – jak pisze Stanisław Stabro – „symbolami ludzkiego doświadczenia”[5].

Apokryficzny program przynosi dosyć spójny wizerunek Boga jako władcy. Jego panowanie jest jednak – wbrew nauce Kościoła – ukazane w świetle zdecydowanie negatywnym, gdyż Kaczmarski konsekwentnie obnaża despotyzm Boskich rządów. Demitologizacja osoby Stwórcy oparta jest na oskarżeniu Go o działanie mające na celu wyłącznie przysporzenie sobie pozornej – bo osiąganej przez eliminowanie niepokornych i budowanie atmosfery strachu – czci. Celowo używam tu określeń mogących kojarzyć się raczej z władzą „doczesną” (i to w jej totalitarnym wariancie) – wiele bowiem jej cech otrzymał panujący nad Rajem Bóg.

Boskie rządy rozpoczynają się aktem pankreacji relacjonowanym zresztą przez Niego samego w zachowującym formę monologu utworze Stworzenie świata. Kolejne strofy, rekonstruujące znany ze Starego Testamentu porządek powoływania do istnienia elementów świata, rozpoczynane są sentencjonalnie brzmiącymi wersami, którymi Bóg zdaje się wyjaśniać sens swoich poczynań. Warto zauważyć, że zdania rozpoczynające trzy pierwsze zwrotki odnoszą się jeszcze do działań twórczych:

Stworzenie świata nie przychodzi łatwo (…)

W działaniu trzeba poznać kolej rzeczy (…)

W tworzeniu szkodzi marzeń niecierpliwość (Stworzenie świata),

natomiast pierwsze frazy trzech następnych dotyczą już wyłącznie sprawowania władzy, skupionej w dodatku na potęgowaniu czci, jaką obdarzany jest Stwórca, i respektu stworzenia przed Nim:

Panować światu to sekrety mnożyć (…)

Przepych określa panowania zasięg (…)

I nie ma władzy bez czci i pokory (Stworzenie świata).

Bóg od początku jest przekonany o doskonałości swego dzieła – każdy etap pracy podsumowuje słowami:

Po czym uznałem dzieło swe za mądre (Stworzenie świata)

– ale z czasem budzi się w Nim żądza władzy. Stworzywszy istoty, które mają pokornie poddać się Jego panowaniu, może uznać świat za doskonale uporządkowany i pogrążyć się w podziwie dla swego wytworu.

Podobieństwo między boskim ładem a sposobem urządzenia państwa totalitarnego, o którym wspomina Krzysztof Gajda[6], każe i dziś postrzegać niektóre przynajmniej utwory cyklu Raj w kontekście polskiej rzeczywistości przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dotyczy to zwłaszcza utworu Bal u Pana Boga wzbudzającego dość jednoznaczne skojarzenia z dygnitarskim rautem. Bóg obdarza swe sługi zdrojem łask, ale istnieje warunek trwania tego stanu rzeczy: „wierzyć w to, co powiedzą nam oczy”(Bal u Pana Boga) – i na tym poprzestawać. Brak refleksji i zadowalanie się pozorami zapewniają spokój i szczęście, lecz Kaczmarski przywołuje także skutki rodzących się wątpliwości, nieprzewidzianych w boskim planie.

Myśl się wysnuwa

I żąda słów (Bal u Pana Boga)

– a to już zbyt wiele: pośród uczestników balu pojawia się nieufność i atmosfera wzajemnych podejrzeń. Miejsce dotychczasowego stanu, nazywanego w ostatniej strofie mianem snu, zajmuje „zamęt głów, chaos słów, paranoja i strach” (Bal u Pana Boga ). Właśnie strach będzie odtąd towarzyszył zarówno stworzeniu – jako obawa przed Bożym gniewem –  jak i Stwórcy, który nie wyzbędzie się już lęku przed nielojalnością i buntem pozornie wiernych Mu istot.

Nieposłuszeństwo godzące w pełnię Boskiej władzy nie może oczywiście pozostać bez konsekwencji. Wykonywana przez trio po Balu u Pana Boga muzyczna adaptacja wiersza Zbigniewa Herberta Przesłuchanie anioła tworzy z sąsiadującymi utworami cykl następujących po sobie wydarzeń: sprzeciw wobec ustalonego przez Boga porządku, proces i wykonanie wyroku, bo jego właśnie obraz przynosi Strącanie aniołów. Egzekucja sprawia wrażenie pokazu zorganizowanego ku przestrodze ewentualnych śmiałków chcących wyrazić swą niezgodę na boski ład – odbywa się przy śpiewie chóru, zaś aniołowie strącani są z „umownej krawędzi przepaści” (podkr. – E.S.). Kontrastem z anielskimi pieniami jest milczenie Boga, „który powinien wszystko wyjaśnić” (Strącanie aniołów), ale nie wyjaśnia. Tak może postępować wyłącznie ktoś, kto nie tylko jest przekonany o swej nieomylności, ale także dysponuje wystarczająco silną władzą, by nie tłumaczyć się nikomu ze swych poczynań – lub przynajmniej zdołał przekonać poddanych sobie o nieograniczoności własnych rządów. „Przykładne ukaranie” buntowników przynosi oczekiwany skutek – zostaje po nich „głos stłumiony”; nie dość, że nikt już nie podważy doskonałości Boga swymi wątpliwościami, to jeszcze tak spektakularny czyn przyniesie Mu niezrównany splendor. Zaspokojenie próżności Stwórcy, niemogącego pogodzić się z „niejednomyślnością” wśród istot, które dopuścił najbliżej siebie, zostało jednak osiągnięte olbrzymim kosztem, teraz bowiem

Anioł szatanem nazwie brata

Na chwałę Pana (…)

I wieczną rozpacz świata (Strącanie aniołów).

Nie mogąc znieść nieposłuszeństwa, Bóg doprowadził do trwałego rozdarcia świata między dobrem a złem, zaś przeciwnik, którego tym samym sobie stworzył, będzie dawał Mu odtąd możliwość prezentowania swej potęgi w walce – i to właśnie oskarżenie wysuwane jest pod adresem nieposkromionego w swej pysze Boga[7].

Konsekwencje pojawienia się w świecie przeciwstawnych sił i ich rywalizacji będzie ponosił odtąd człowiek, począwszy od wypędzonych z raju pramałżonków. Pozbawiony będzie jednak wiedzy, iż jest tylko obiektem rozgrywki dwóch potęg – w dialogu pierwszych ludzi, bo taką formę nadał Kaczmarski utworowi Wygnanie z raju, wspomniany jest Bóg, władca żądający bezwzględnej uległości, oraz Archanioł, Jego namiestnik i wykonawca wyroku, nie pojawia się natomiast szatan. Kobieta uznaje więc spotykające ją i Mężczyznę cierpienie za efekt świadomie podjętej przez nią decyzji:

A ja nie mogłam bezczynnością żyć upojną

I zrobiłam to, czego nie wolno (Wygnanie z raju).

Podobnie rozumuje Mężczyzna, obarczając winą swą towarzyszkę niedoli:

– Zrobiłaś – to się daje odczuć

Kaleczę sobie palce na kamieniach

A plecy jeszcze czują Archanioła miecz (Wygnanie z raju).

Ludzie stają jednak ostatecznie ponad działaniem kosmicznych sił i – choć są ich nieświadomi – nie dają się im poróżnić. Jedyną drogą podołania trudom ziemskiej tułaczki okazuje się zgoda, zaś jedynym oparciem, na jakie człowiek może w niej liczyć – drugi człowiek. Stąd też – kończące utwór – pojednanie Kobiety i Mężczyzny, towarzyszące smutnej konstatacji o bezpowrotnej utracie raju.

Potęga tkwiąca w ludzkiej zgodzie i płynące z niej zagrożenie dla Boga w pełni przejawia się dopiero podczas budowy wieży Babel. Oparta na tym biblijnym motywie piosenka to dialog między Stwórcą i archaniołem Gabrielem (a raczej dialog pozorny, gdyż ten ostatni uczestniczy w nim wyłącznie swą obecnością), zawierający smutną refleksję o naturze ludzkiej:

Człowiek zagładę nosi w duszy

Wystarczy go przerazić (Wieża Babel).

Bóg zamierza wykorzystać tę „właściwość” do poskromienia krnąbrnych budowniczych – wprowadzając między nich nieporozumienie, sprawi, iż zaczną spiskować przeciwko sobie i obawiać się siebie nawzajem. Nieufność do innych ludzi spowoduje zaś, że jedynym źródłem oparcia stanie się dla nich Bóg. Paradoksalnie zatem to On, tradycyjnie kojarzony ze wszystkim, co dobre i piękne, zasieje między ludźmi niezgodę, w pełni świadomy brzydoty spowodowanej tą przemianą. Co więcej – uczyni to dla osiągnięcia z góry zamierzonego celu: zwiększenia swego autorytetu wśród stworzenia, którego najwyraźniej się obawia. Zapewnia wprawdzie Gabriela, iż bez trudu jest w stanie zniweczyć ludzkie dzieło (czy nawet unicestwić jego twórców), jednak w finale utworu Kaczmarski każe Mu wypowiedzieć słowa, podające tę pewność siebie w wątpliwość:

Spójrz znów

Już czysto

Tak tak blisko (Wieża Babel) [8]

Szaleńcze tłumienie wszelkich działań – świadomych czy będących tylko efektem walki dobra i zła – mogących stanowić zagrożenie dla majestatu Stwórcy, pociąga za sobą konsekwencje nie tylko dla karanych, ale także dla Niego. Problemy, z którymi odtąd będą musieli borykać się ludzie i które wyznaczać będą ich codzienne życie, stanowią kontrast z pogrążonym w marazmie i nudzie opuszczonym rajem. Rzeczywistym władcą stał się tam czas, z którego nadmiarem Bóg najwyraźniej nie może sobie poradzić: jedynym Jego zajęciem – prócz spacerów – jest podtrzymywanie istnienia ustanowionych przez siebie praw, nie ma ich już bowiem kto przestrzegać. Z dużą dozą ironii przedstawia Kaczmarski skutki Bożych dążeń do bezwzględnej jednomyślności. Ostatni wierny sługa, jaki pozostał Bogu w Pustym raju, archanioł Gabriel, pozbawiony jest możliwości zabawiania Go błyskotliwymi wypowiedziami, gdyż rozumuje dokładnie tak jak jego Pan. Cecha, która – jak można sądzić – zapewniała mu dotąd wszelkie łaski i sympatię Stwórcy, okazuje się nagle wadą. Rację bytu stracił ognisty miecz archanioła, podobny los spotkał też najważniejszy z „rajskich atrybutów”:

Z drzewa wiedzy dobrego i złego

Lecą jabłka w wysokie pokrzywy (Pusty raj).

Okazuje się zatem, iż sens jego istnienia wyznaczała właśnie możliwość zerwania z niego owocu – choć zgodnie z tradycją biblijną był to czyn zabroniony.

Kolejne fragmenty idealnego w zamysłach i opartego na mądrym urządzeniu świata okazują się niepotrzebne. Na drodze do nadania mu optymalnego kształtu stanęła Bogu, jak się wydaje, nie tyle niepokorna natura stworzonych istot (z którą przecież ostatecznie mógłby się pogodzić), ile Jego własna pycha i niepohamowane pragnienie bezwzględnego posłuszeństwa. Próby pozbycia się „nieprawomyślnych” doprowadziły – wbrew Bożym intencjom – do powstania świata wybrakowanego, wrogiego zarówno ludziom, jak i Bogu, popadającemu w coraz większą frustrację, czemu trudno się dziwić, kiedy

W pustym raju cokolwiek się stanie

Zawsze stanie się przeciw Niemu (Pusty raj).

Wątki zaczerpnięte z Biblii wielokrotnie jeszcze powracały w twórczości Jacka Kaczmarskiego, poddawane rozmaitym przekształceniom i przywoływane w różnych kontekstach – czy to bezpośrednio, czy to przez odwołania do dzieł malarskich o tematyce religijnej. Z czasem jednak wyraźnie obecne w Raju aluzje polityczne ustąpiły miejsca refleksji filozoficzno-światopoglądowej. Tak właśnie dzieje się w drugim z programów w całości opartych na motywach biblijnych, tym razem wyłącznie nowotestamentowych – w pochodzącym z roku 1994 cyklu Szukamy stajenki. Stanowi on zbiór pastorałek, dalekich jednak od bożonarodzeniowego kanonu. Kaczmarski zwraca bowiem uwagę nie tyle na boskość Jezusa, ile na Jego człowieczeństwo. Każe dostrzec Maryi i Józefowi bezbronność Niemowlęcia – tym samym otrzymują oni rysy zwykłych rodziców niepokojących się o los dziecka. Mają świadomość czekających Chrystusa cierpień, w przeciwieństwie do tłumów przybywających powitać swego Zbawiciela, odsuwających jednak myśl o cenie odkupienia.

Warto zwrócić uwagę, że już rozpoczynająca program piosenka jednoznacznie ustala hierarchię tego, co ludzkie, i tego, co nadprzyrodzone: biblijna tajemnica zbawienia zostaje umieszczona na przegranej pozycji względem wydarzeń rozgrywających się tuż obok, zwłaszcza tych, które bezpośrednio stanowią o losie bliźniego. Poszukujący nowo narodzonego Zbawiciela napotykają na swojej drodze – zamiast oczekiwanej z radosną nadzieją stajenki – „pożar w obejściu sąsiada”. Nieszczęście drugiego człowieka skłania do refleksji, że objawieniem autentycznym, choć trudniejszym do dostrzeżenia niż przekazywana w tradycji historia Bożego wcielenia i nieotoczonym powszechnym – jak ono – zachwytem, jest każde – wyznaczane narodzinami, nieuświetnionymi zabłyśnięciem gwiazdy, i zgonem, w chwili którego mrok nie ogarnie świata – ludzkie życie:

Nie tam odkupienie, gdzie meteor świeci

Nad pochylonymi głowami w koronach,

Lecz w każdym z nowo narodzonych dzieci,

Nim w mroku pożyje i bez Krzyża skona (W deszczu gwiazd…).

Niezwykłe okoliczności towarzyszące narodzinom Chrystusa przyciągają do betlejemskiej stajenki „cudów żądny tłum”, dostrzegający w Dzieciątku Tego, który wydając się na śmierć, ma ich zbawić, ale pomijający zarazem cierpienie, które ma ją poprzedzić. Przeciwwagą dla ich radosnych, ale zarazem pozbawionych refleksji oczekiwań czyni Kaczmarski pełne niepokoju rozmyślania Józefa widzącego w żłóbku przede wszystkim małego człowieka. Prosty cieśla, troszczący się o zaspokojenie najbardziej przyziemnych potrzeb Niemowlęcia, jako jedyny dostrzega tragizm czekającego Je losu:

Józefowi pot płynie z czoła,

Józef przyszłość widzi w popiołach:

Krzyż, koronę z cierni i ranę…

Dziecko Boga – a już skazane (Tyle złota i purpury…)

W odróżnieniu od pozostałych całkiem pomija on nadzieję odkupienia płynącą z czekającej Jezusa śmierci – w centrum jego uwagi znajduje się ból mający stać się udziałem Syna Bożego. Bardziej niebezpieczny dla tajemnicy wcielenia od podważających jej radosną wymowę myśli Józefa jest jednak „cudów żądny tłum”, o którym powie poeta:

Zadeptali gaj oliwny

Poszukując odkupienia (Tyle złota i purpury…)

Ogrójec jest wszak miejscem, w którym Chrystus prosił Boga o wybawienie Go od męki[9], a zatem dał świadectwo – jak najbardziej ludzkiego – lęku przed cierpieniem. Przybywający złożyć hołd Dzieciątku, które ma stać się ich Zbawicielem, zdają się jednak nie myśleć o tym, jak wielką ofiarą opłacone zostanie ich odkupienie.

W przeciwieństwie do Raju, gdzie Bóg wyposażony został w wiele „ludzkich”, lecz zdecydowanie negatywnych cech, w Szukamy stajenki nowo narodzony Chrystus przedstawiony został przede wszystkim jako istota bezbronna, a zarazem nieodwołalnie skazana na mękę i śmierć krzyżową. Niemal każda z piosenek cyklu zwraca uwagę nie tyle na bóstwo, ile na człowieczeństwo Jezusa – zarówno w kontekście tragizmu Jego „ludzkiego” losu, jak między innymi w puencie żartobliwego na pozór utworu stylizowanego na toczącą się w noc Bożego Narodzenia rozmowę wołu i osła:

A Dzieciątko na zwierzątka

Jasnym oczkiem swym spojrzało –

Los człowieka, los bydlątka

Zrozumiało, zapłakało… (Straszny rwetes, bracie ośle…).

jak i za sprawą włożonych w usta Maryi wskazówek kierowanych do Syna:

Bądź ludzki – będziesz wielki.

–  Będziesz wielki (Straszny rwetes, bracie ośle…).

Człowieczeństwo okazuje się tu ideałem moralnym, dla wielu niełatwym – wbrew pozorom – do osiągnięcia, i zarazem miarą wielkości – nie tylko człowieka, ale i Boga.

Dostrzeganie w biblijnych wydarzeniach aspektów poświadczających „ludzkie” przymioty ich uczestników (szczególnie interesujący jest ten zabieg w wypadku „osób boskich”) i czynienie tychże osnową apokryficznych utworów mają w poezji Kaczmarskiego swą przeciwwagę. Jest nią próba określenia „mistycznego pierwiastka w życiu człowieka”[10], znajdująca realizację w pochodzącej z programu Dwie Skały piosence Śniadanie z Bogiem. Boska cząstka nie ma jednak w sobie nic z wszechmocy, jest wręcz jej zaprzeczeniem – ale bynajmniej nie za sprawą dobrowolnego zrzeczenia się jej[11]. „Bóg w człowieku” nie tylko zdaje się nie radzić sobie z codziennością:

Mój Bóg nie stworzył świata w tydzień.

Robota mu niesporo idzie,

Ciągle się myli i przeklina;

Grzebiąc w szczegółach – gubi wątek,

Nie wie, gdzie koniec, gdzie początek (Śniadanie z Bogiem).

ale wręcz szuka ucieczki od przerastających Go problemów:

Nie dziw, że czasem już nie zdzierży!

Pić zacznie, jakby żył w oberży

I w cielesnościach się zatraca… (Śniadanie z Bogiem).

Niezaradność obejmuje także brak wszechwiedzy, a nawet niemożność jednoznacznego rozróżniania i wartościowania ludzkich postępków, choć powinno być to przecież Jego domeną:

Nikomu nie wyceni cnoty

I z grzechów też nie zbierze żniwa (Śniadanie z Bogiem).

Nieudolność, jaką został obdarzony, nie ma jednak – w przeciwieństwie do przywar przypisanych Stwórcy w Raju – wydźwięku negatywnego. Niedoskonałość nie tylko zbliża Boga do człowieka, ale też każe Mu otoczyć dobroduszną i troskliwą (co oczywiście nie znaczy, że skuteczną) opieką tego, z kim dzieli zmagania z problemami rzeczywistości:

Oddaje wieczność dla tej chwili

Gdy nad kimś czule się pochyli,

Chociaż go zdrowo łupie w krzyżu (Śniadanie z Bogiem).

Bóg zostaje tu zatem pozbawiony tradycyjnie przysługującej Mu wyniosłości. Zabieg ten można porównać do dokonywanego przez Zbigniewa Herberta zacierania sakralnego charakteru języka biblijnego. Podczas gdy Herbert zderza cytaty biblijne z mową codzienną, kolokwialną i tym samym pozbawia je podniosłości[12], Kaczmarski dokonuje tego samego z postacią Boga, nakazując Mu zmaganie się z nie-metafizyczną codziennością.

Niezależnie od niedoskonałości Boga wychodzących na jaw wskutek tej konfrontacji, jest On nazywany przez poetę potężnym. Biorąc pod uwagę antropocentryczny światopogląd Kaczmarskiego, można uznać, iż siła nieporadnego Przedwiecznego wynika… właśnie z Jego bezsilności, ale też z podejmowanych, pomimo świadomości ostatecznego fiaska, prób przezwyciężenia jej:

Więc kiwa głową przy śniadaniu

Cichy jak wstyd, jak myślnik w zdaniu

Co prawd najprostszych nie uniesie,

Że się za oknem czai ciemność,

Że musi umrzeć razem ze mną,

A mimo to tak żyć mu chce się!(Śniadanie z Bogiem).

– czyli z tego, co czyni Go podobnym do człowieka. Funkcjonuje to również odwrotnie: człowieczeństwo z jego niedostatkami jest tą własnością wszystkich ludzi, która stanowi w nich ów „boski” pierwiastek. Bóg, jeśli ma być natomiast postrzegany w pozytywnym świetle, nie tylko musi okazać się ludzki – wykazując zrozumienie dla niedoskonałości człowieka:

Nie myślą o duszy,

By życie zagłuszyć,

A On ich ukocha – bo pojmie (Nie widzą, nie wiedzą)

–  ale także uczynić go takim, gdyż nierzadko jemu właśnie rysu tego brakuje – jak dzieje się to w wypadku wędrowców zdążających do betlejemskiej stajenki:

Czekał nas widok najzwyklejszy w świecie:

Stajenka, żłobek, ojciec, matka, dziecię.

Cud w tym był tylko, że na widok onych –

Każdy się poczuł – niedoczłowieczony (Odmiennych mową, wiarą, obyczajem…).

Wobec ich olśnienia nieistotna okazuje się obietnica zbawienia (o której zresztą trudno mówić, gdy Bóg jawi się przede wszystkim jako kategoria kulturowa[13]); naprawdę ważne, zdaje się mówić Kaczmarski, jest budzące się w człowieku człowieczeństwo –

I tylko o to chodziło.

Tylko o to (Odmiennych mową, wiarą, obyczajem…).

Motywy biblijne, powracające wielokrotnie w twórczości Jacka Kaczmarskiego – od końca lat siedemdziesiątych aż po ostatnie programy – funkcjonują w tej poezji na prawach odwołań literackich (czy szerzej – kulturowych), nie zaś – na co zwraca uwagę Stanisław Stabro w poprzedzającym antologię A śpiewak także był sam artykule – w kategoriach „wyznania wiary”[14]. Dystans poety wobec religijnego aspektu przywoływanych wątków i wykorzystanie ich wymiaru uniwersalnego zaowocowały daleko idącymi przekształceniami, znacznie zarazem odbiegającymi od wersji przekazywanych w tradycji Kościoła.

Zdecydowanemu odwróceniu uległ w Raju wizerunek starotestamentowego Boga Stwórcy. Miejsce Pankreatora panującego nad światem mądrze, sprawiedliwie i miłosiernie zajął pyszny i żądny władzy absolutnej despota. Metody, jakimi stara się On osiągnąć cel swych dążeń, łudząco przypominają totalitarne sposoby walki z przejawami nieposłuszeństwa. Poczynania Boga, zaślepionego pragnieniem niepodzielnej i niepodważalnej chwały, doprowadzają do trwałego rozdarcia świata między dobrem a złem, czego konsekwencje będzie ponosił odtąd człowiek, jednak usunięcie ze świata wszelkich przejawów sprzeciwu odbije się także na Jahwe – stworzone przezeń prawa, jako przestrzegane wyłącznie przez Niego, stracą rację bytu, zaś On sam pogrąży się w nudzie i marazmie.

Daleki od tradycyjnego, znanego z kolęd, jest również obraz narodzin Chrystusa, jaki tworzy Kaczmarski w pastorałkach, składających się na cykl Szukamy stajenki. Radosne wydarzenie nieustannie przysłania perspektywa nieuchronnego cierpienia i śmierci krzyżowej czekającej w przyszłości Dzieciątko. Goryczy bożonarodzeniowemu misterium dodaje bezrefleksyjna postawa tłumów przychodzących oddać cześć swemu Zbawicielowi – ludzie ci oczekują od Jezusa odkupienia, ale jednocześnie nie dopuszczają do siebie myśli, jak wielkiej żądają ofiary. Staje się ona tym większa, że Kaczmarski ogranicza to, co „boskie”, metafizyczne – zatem mogące tłumaczyć śmierć czekającą Chrystusa „wyższym” celem – i konsekwentnie zastępuje je tym, co „ludzkie”. Z takiej perspektywy Nowo Narodzony jest przede wszystkim człowiekiem, nieodwracalnie skazanym na okrutny los.

Bezradność wobec otaczającego świata związana jest nie tylko z człowieczeństwem Boga, ale także stanowi boską cząstkę w człowieku. Najbardziej wartościowe okazuje się w nim zatem nie to, co stanowi o jego sile, lecz nieudolność przejawiająca się w zetknięciu z codziennością oraz podejmowane pomimo wszystko próby podołania jej. „Bóg w człowieku” nie ma w sobie nic z wszechmocy ani wyniosłości, jednak właśnie dzięki temu jest bardziej ludzki.

Warto zauważyć, że postać Boga – ilekroć pojawia się w poezji Jacka Kaczmarskiego – zawsze zdominowana jest nie przez cechy, jakie w religii judeochrześcijańskiej zwykło się przypisywać „osobom boskim”, ale przez te przynależne człowiekowi. Bóg panujący nad Rajem, jako władca realizujący swoje zamiary bez najmniejszej troski o los istot ponoszących konsekwencje Jego działań, ukazany jest w świetle jednoznacznie negatywnym, ale i o tym nieporadnym, pojawiającym się w Śniadaniu z Bogiem, trudno powiedzieć, aby charakteryzowały Go rysy jednoznacznie pozytywne. Różnica między tymi kreacjami nie polega zatem na dodatnim bądź ujemnym nacechowaniu przypisywanych Przedwiecznemu „właściwości” – naprawdę istotny jest natomiast Jego stosunek do człowieka, bo tylko Bóg będący dlań wyrozumiały i troskliwy (choćby nawet musiał przypłacić to utratą wyniosłości) może wzbudzać nie tylko sympatię, ale i podziw.


[1] B. Kazanowska, Samotna wielkość artysty [rozmowa z Jackiem Kaczmarskim], [w:] „The Coastal Times”, grudzień 2000 [wersja elektroniczna dostępna na stronie: http://www.kaczmarski.art.pl/media/wywiady/2000/samotna_wielkosc_artysty.php].

[2] Zob. Leszek Mądzik i Krzysztof Nowak o programie tria Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński „Raj”. Gitarą i piórem z dn. 27 lutego 2008 r., III Program Polskiego Radia [zapis audycji radiowej].

[3] P. Gruszczyński, J. Królak, F. Łobodziński, Zniszczyć mit [rozmowa z Jackiem Kaczmarskim], „Res Publica” 1990, nr 11, s. 121.

[4] J. Piątek, Za dużo czerwonego (II) [rozmowa z Jackiem Kaczmarskim], „Odra” styczeń 2002,  nr 482, s. 60.

[5] S. Stabro, „Wojna postu z karnawałem – Jacek Kaczmarski”; wstęp do: J. Kaczmarski, A śpiewak także był sam, Warszawa 1998 [maszynopis udostępniony przez S. Stabrę], s. 15.

[6] Zob. K. Gajda, Jacek Kaczmarski w świecie tekstów, Poznań 2003, s. 92.

[7] Tamże, s. 93.

[8] Celowo wykorzystuję zapis nagrania – dłuższy od wersji zamieszczonej w Ale źródło wciąż bije….

[9] Zob. Mk 14, 33–36.

[10] K. Gajda, Ale źródło wciąż bije… – kilka słów o piosenkach Jacka Kaczmarskiego; Wstęp do: J. Kaczmarski, Ale źródło wciąż bije…, Warszawa 2002, s. 18.

[11] Por. H. Jonas, Idea Boga po Auschwitz, tłum. G. Sowinski, Kraków 2003, s. 40.

[12] Zob. A. Fiut, Język wiary i niewiary, [w:] Poznawanie Herberta, wybór i wstęp A. Franaszek, Kraków 1998, s. 266.

[13] Zob. B. Kazanowska, Samotna wielkość artysty, dz. cyt.

[14] Zob. S. Stabro, „Wojna postu z karnawałem…”, dz. cyt., s. 15.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata