70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Opowieść o ptakach

Czy jest wśród moich braci ktoś, kto skłoni ku mnie ucha, bym mu mógł powierzyć moje smutki, ktoś, kto przejąłby część mojego brzemienia, w braterstwie i wspólnocie? Bo żadna przyjaźń nie osiągnie pełni, póki przyjaciela nie wybawi z zamętu rozpaczy. A gdzież znajdę tak doskonałego przyjaciela?

Albowiem przyjaźnie naszych czasów przemieniły się w targowisko. Wtedy tylko szuka się przyjaciela, gdy przyjdzie bieda, a gdy przeminą kłopoty, porzuca się go. Pozostaje braterstwo tych przyjaciół, których więzy pochodzą z bliskości w Bogu, a zażyłość z obcowania z Najwyższym; oni na swoje serca nawzajem patrzą wzrokiem Prawdy, oczyszczając swe myśli z rdzy podejrzeń i nieufności. Tej kompanii nie łączy nic prócz dążenia do Prawdy. Gdy zbiorą się razem, niech wysłuchają mojego przesłania.

Bracia w Prawdzie! Przyjmijcie postawę jeża, który zewnętrzną stroną zwraca się ku pustyni, a wnętrze swe ukrywa, gdyż, na Boga, wasze wnętrza są widoczne, a zewnętrza – ukryte. Bracia w Prawdzie! Tak się wyzbądźcie swojej skóry, jak wąż się wyzbywa, i tak się poruszajcie, jak mrówka, by nikt nie usłyszał waszych kroków. I bądźcie jak skorpion, który zawsze trzyma za sobą broń w pogotowiu, gdyż Szatan nadchodzi z tyłu. I karmcie się trucizną, byście byli zdrowi; kochajcie śmierć, byście nie umarli. I zawsze bądźcie w locie i nie zakładajcie stałych gniazd, bo to z gniazd wybiera się ptaki. A jeśli nie macie skrzydeł do latania – pełzając po ziemi, zmieniajcie miejsce pobytu. I bądźcie niczym struś, który łyka rozpalone kamienie; i jak sęp, co zjada twarde kości; i jak salamandra wiecznie pławiąca się w ogniu, by jutro ogień nie wyrządził wam szkody; i jak nietoperz, co w dzień nie opuszcza kryjówki, byście byli bezpieczni od wrogów.

Bracia w Prawdzie! Cóż w tym dziwnego, że anioł nie popełnia czynów zdrożnych, a bydlę dopuszcza się uczynków plugawych, skoro anioł nie posiada organu rozpusty, zaś bydlę – organu rozumu? Niepojęte są postępki człowieka, który daje się powodować namiętnościom i staje się ich niewolnikiem, pomimo światła rozumu. A za łaską Boga najwyższego ten z ludzi, który wobec ataku namiętności wytrwa mężnie, wyższy jest od aniołów, a ten, który mu ulegnie, znacznie jest podlejszy od bydlęcia.

A teraz, wracając do naszej opowieści, powiem wam o moim strapieniu.

Wiedzcie, o Bracia w Prawdzie, że razu pewnego grupa myśliwych przybyła na pustynię: rozpostarli sidła i rozsypali ziarno, i ustawili wabiki i przynęty, i w krzakach zasiedli na czatach. A ja nadlatywałem wraz ze stadem ptactwa. Gdy nas ujrzeli, zaświstali w świstawki, aby nas omamić i przywabić; spojrzeliśmy, zobaczyliśmy miejsce czyste i piękne. Nie zrodziło się żadne podejrzenie i żadne ostrzeżenie nas nie powstrzymało, zawróciliśmy ku tej zasadzce i wpadliśmy w sidła.

Gdyśmy się połapali, pętle sideł zaciskały się na naszych szyjach, a więzy potrzasku – na nogach. Wszyscy próbowaliśmy się poruszać, by wyrwać się z tego nieszczęścia, lecz im gwałtowniejsze były nasze ruchy, tym silniej zaciskały się pęta. Tak więc ciała nasze oddaliśmy na zgubę, zapamiętaliśmy się w cierpieniu, każdy zajęty był własną biedą, gdyż wstydziliśmy się jeden przed drugim. Każdy szukał jakiegoś sposobu, aby się uwolnić.

W tym stanie pozostawaliśmy przez czas jakiś, aż przywykliśmy do niego, zapomnieliśmy o naszej dawnej kondycji i pogodziliśmy się z tymi pętami i ciasnotą klatki. Aż, pewnego dnia, pozostając w tych więzach, wyjrzeliśmy na zewnątrz. I zobaczyliśmy grupę naszych towarzyszy, którzy oswobodziwszy karki i skrzydła z sideł i wydostawszy się z ciasnych klatek, sposobili się do odlotu. Każdemu z nich pozostały na nogach resztki owych wnyków i pęt, lecz to nie przeszkadzało im w lataniu i było im z tym wygodnie. Gdym to ujrzał, przypomniałem sobie swój początek i zapomnienie samego siebie, i to, co z sobą uczyniłem; i to, do czego tu przywykłem, wydało mi się wstrętne. Mało nie umarłem z rozpaczy; na widok ich powrotu dusza wyrywała mi się z ciała. Zawołałem do nich i zapłakałem gorzko: „Chodźcie tu do mnie, pomóżcie mi wyjść na wolność, bo dłużej nie mogę wytrzymać!”. Lecz im przypomniał się podstęp myśliwych i w przestrachu oddalili się ode mnie.

Zaklinałem się na dawną przyjaźń i zażyłość, do której żadna zdrada nie ma dostępu. Ta przysięga nie rozwiała ich wątpliwości, ich serca nie dały mi wiary. Ponownie przypomniałem im dawne obietnice i poskarżyłem się na moją bezsilność. Zbliżyli się do mnie. Spytałem ich, w jaki sposób zdołali się uwolnić i jak pogodzili się z resztkami więzów.

Zatem nauczyli mnie tego samego podstępu, którym oni się uwolnili, bym wyswobodził z więzów szyję i skrzydła, i otwarli drzwi mojej klatki. Kiedy się znalazłem na zewnątrz, powiedzieli: „Wykorzystaj dobrze tę wolność”.

Powiedziałem: „Zdejmijcie mi z nóg pęta”.

Odparli: „Gdyby było to w naszej mocy, najpierw zdjęlibyśmy je z własnych nóg. Chorego lekarza nikt nie prosi o uzdrowienie i leki, a choćby i dał lekarstwo – nie pomoże”.

Poleciałem więc z nimi.

Powiedzieli mi: „Przed nami długa droga i straszne miejsca postoju, gdzie nie możemy czuć się bezpieczni, gdyż możemy utracić odzyskaną swobodę i znów popaść w stan poprzedni. Musimy więc dokonać największego wysiłku, by ominąć te wilcze doły i wydostać się na równą drogę”.

Tak więc, wyruszyliśmy, wybierając bezdroża. Pod nami była dolina pełna wód i roślin, lecieliśmy weseli, omijając zasadzki i nie zwracając uwagi na poświstywania myśliwych.

Aż dotarliśmy na szczyt góry i spojrzeliśmy: przed nami było osiem dalszych gór, których szczytów wzrok nie dosięgał, tak były wysokie. Mówiliśmy jeden do drugiego: „Nie można się tu zatrzymywać na popas, nic innego nie zapewni nam bezpieczeństwa, jak tylko szczęśliwe przebycie tych gór, bo na każdej z nich kryją się tacy, co dybią na nasze życie, i jeśli pozwolimy im się zwieść i ulegniemy urokom i wygodom tych pięknych miejsc, nie dotrzemy do celu”.

Zatem, dokonując wielkich wysiłków, przebyliśmy sześć gór i dotarliśmy do siódmej. Niektórzy mówili: „Pora na odpoczynek – bo nie mamy już siły lecieć, a od wrogów i myśliwych oddaliliśmy się i przebyliśmy długą drogę; godzina odpoczynku przybliży nas do celu, a jeśli zmęczymy się jeszcze bardziej – zginiemy”.

Zatrzymaliśmy się więc na tej górze. Ujrzeliśmy kwitnące ogrody i piękne budowle, i rozkoszne pałace, i drzewa pełne owoców, i wody płynące – takie, że piękno ich rwało oczy i uroda ich mąciła rozum. I dobiegły nas melodie ptasie, jakich w życiu nie słyszeliśmy, i aromaty, jakich nigdy nie doświadczyło nasze powonienie. Pełni radości, zjedliśmy do syta tych owoców i napiliśmy się tej wody, i pozostaliśmy tak długo, aż opuściło nas zmęczenie.

Wtedy rozległo się wołanie: „Trzeba się zbierać do odlotu, bo nic tak nie zapewnia bezpieczeństwa jak ostrożność i nie ma lepszej twierdzy nad czujność, a pozostawanie tu dłużej to narażanie życia; wrogowie idą po naszych tropach i rozpytują o nas”.

Więc lecieliśmy, aż do ósmej góry. Jej czubek sięgał nieba. Gdy przybliżyliśmy się do niej, usłyszeliśmy śpiewy ptaków, tak cudowne, że od ich piękna omdlały nam skrzydła i opadliśmy na ziemię. I zobaczyliśmy przepych barw i widoki, od których nie mogliśmy oderwać oczu. Zatrzymaliśmy się na postój. Gospodarze okazali nam życzliwość i podjęli nas tymi wszystkimi wspaniałościami, których żadne stworzenie nie jest w stanie opisać.

Kiedy namiestnik tej krainy ośmielił nas do siebie i zapanowała wesołość, i kiedy opowiedzieliśmy mu o naszych cierpieniach, i o tym, co się nam przytrafiło, zasmucił się i rzekł: „Współczuję waszym cierpieniom z całego serca”, a potem dodał: „Na szczycie tej góry jest miasto, tam przebywa Jego Królewska Wysokość, i każdy pokrzywdzony, który stanie przed jego obliczem i ucieknie się pod jego opiekę, dozna pomocy. Czego bym nie powiedział o jego wspaniałości, będzie nieprawdą, gdyż ona przewyższa to wszystko”.

To, co nam powiedział, przyniosło nam ukojenie, i tak jak nas pouczył, udaliśmy się do Jego Wysokości i dotarliśmy do tego miasta, w pobliże Króla. Sam Namiestnik, uprzedzając nas, zawiadomił królewskie straże, przyszedł więc zaraz rozkaz, by przybyszów prowadzić przed oblicze królewskie.

Poprowadzili nas zatem. Zobaczyliśmy pałac i dziedziniec tak obszerny, że nie dało się objąć go wzrokiem. Gdyśmy go przeszli, podniesiono zasłonę: ukazał się następny dziedziniec, od tamtego jeszcze piękniejszy i większy, tak że ten pierwszy wydał nam się ciemny w porównaniu z nim. Potem weszliśmy do sali, a kiedy znaleźliśmy się we wnętrzu, z daleka ukazał się blask królewskiego piękna. Światłość oślepiła nam oczy, umysły ogarnął popłoch i utraciliśmy przytomność. Król, w swojej łaskawości, przywrócił nam myśl i zachęcił nas do mówienia, abyśmy opisali mu wszystkie nasze przejścia i cierpienia. Opowiedzieliśmy mu zatem i poprosiliśmy, by zdjął nam z nóg resztki owych więzów, abyśmy mogli pełnić służbę przed jego obliczem.

Powiedział na to: „Więzy z nóg może wam zdjąć tylko ten, kto je nałożył. Wyślę z wami posłańca, który im nakaże zdjąć wam te więzy”.

Rozległy się wołania odźwiernych, że pora wracać.

Wyszliśmy od króla. Teraz jesteśmy w drodze. Wracamy z królewskim posłańcem.

Niektórzy z przyjaciół prosili mnie: „Opisz nam Jego Królewską Wysokość, opowiedz o jego urodzie i wspaniałości”. I chociaż nie potrafimy tego wyrazić w słowach, powiem krótko:

– Wiedz, że jeśli wyobrazimy sobie piękno, którego nie mąci żadna brzydota, i doskonałość nie skażoną najmniejszą wadą – tam należy go szukać. Bo wszystko, co doskonałe, w rzeczywistości do niego należy. W swej piękności cały jest twarzą; w szczodrobliwości – dłonią. Każdy, kto mu służy, osiągnął szczęśliwość wieczną; a każdy, kto się od niego odwrócił – utracił życie w tym i tamtym świecie.

I wielu przyjaciół, usłyszawszy tę opowieść, mówiło: „Zdaje się, że nękają cię duchy albo demony mają cię w swojej mocy; nie latałeś przecież w powietrzu, to twój rozum gdzieś uleciał; nie spętali cię myśliwi, tylko cię opętało. Od kiedyż to ludzie latają? Od kiedy ptaki mówią? Chyba żółć zalała twój organizm albo cierpisz na suchość mózgu. Powinieneś pić napar z tymianku, chodzić do łaźni i polewać sobie głowę gorącą wodą, oleju z lilii wodnej dodawać sobie do jadła, wystrzegać się bezsenności i nadmiernego myślenia – bo przedtem byłeś rozumny i zdrowy na umyśle. I Bóg nam świadkiem, że martwimy się tobą i tym pomieszaniem zmysłów, którego doznałeś.

Dużo mówili, a ja mało z tego przyjąłem do wiadomości. A najgorsze są słowa zbyteczne i nieskuteczne. Cała moja nadzieja w Bogu. A kto nie wierzy w to, co powiedziałem, jest nierozumny. „I niebawem dowiedzą się ci, którzy czynili niesprawiedliwość, jakich przeciwności losu oni doznają”[1].


Z wersji perskiej Sohrawardiego[2] tłumaczyła Anna Krasnowolska

[1] Koran, sura XXVI „Poeci”, 227; przeł. J. Bielawski, s. 450.

[2] S.Dż. Sadżdżadi, Szarh-e „Resa’el”-e farsi-ye Sohrawardi, Tehran 1376 (1997), 113–118.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata