70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dreamcatcher. Pajeczyna snów Dostojewskiego

Śpiący miał twarz bladą, na pół zastygłą, martwą. Miał brwi zsunięte i nachmurzone. Przypominał bezduszną figurę woskową. Stała nad nim parę minut, bojąc się oddychać. Ogarnął ją lęk. Wyszła na palcach, zatrzymała się w drzwiach, przeżegnała go i wyszła, nie zauważona, pełna nowej troski i bólu.

Rodzicom – zawsze widziałem Was czytających

Z soboty na niedzielę, wśród różnych koszmarów, śniło mi się, że Fiedia wdrapał się na parapet i wypadł z piątego piętra. Gdy zaczął spadać w dół, koziołkując, zakryłem dłońmi oczy i krzyknąłem w rozpaczy: „Żegnaj, Fiedia!”, i wtedy się obudziłem. Napisz mi, możliwie jak najszybciej, czy Fiedi się coś nie stało, właśnie w nocy z sobotę na niedzielę. Wierzę w sny, tym bardziej, że wiele z nich mi się spełniło. Nie będę więc spokojny do chwili otrzymania od ciebie wiadomości pisał Fiodor Dostojewski w liście z 23 lipca 1873 roku do żony Anny.

Sennik babiloński. Spadanie. Liczne kłopoty, trudności, wreszcie problemy, które ostatecznie pokonasz. Nie za dobrze. Sennik egipski, różnej maści senniki internetowe… Gdyby chociaż zęby się przyśniły, wszystko byłoby jasne. Psycholodzy pochyliliby się nad pacjentem Dostojewskim i orzekli, że złe warunki życia, nieustanne zadręczanie się, presja oraz rozłąka z rodziną znalazły ujście w wyśnionej scenie. Z pewnością mieliby rację. List pochodzi z okresu, kiedy pisarz nałogowo grał w ruletkę: wszędzie węszą wierzyciele, przed którymi trzeba się ukrywać, wieczne życie na kredyt, sprzedawanie ubrań, biżuterii, wykupywanie ubrań, biżuterii, prośby o dodatkowe zaliczki na poczet nienapisanych książek, sprzedawanie ubrań, wykupywanie… Sam Dostojewski miał jednak własne interpretacje swoich snów. Gdy śnią się bliscy – zwłaszcza brat albo ojciec – niedobry to znak. „Dzisiejszej nocy – pisał Dostojewski w liście do Anny z 28 kwietnia 1871 – śnił mi się ojciec, wyglądał strasznie, jakby swym przerażającym wyglądem chciał mnie ostrzec przed jakimś potwornym nieszczęściem. Dwukrotnie śnił mi się w ten sposób i zawsze później spotkało mnie coś złego”. „Miewam tu bardzo niedobre sny. Śnią mi się brat, ojciec, a gdy najbliżsi pojawiają się w moich snach, nigdy nie wróży to nic dobrego. Wiesz przecież, że moje sny się sprawdzają, świadczą o tym fakty” (list z 24 lipca 1874). Dla Dostojewskiego sny nie są żartem. Ze snów się nie śmieje w blasku dnia. Na myśl o snach się drży. W listach do żony, tej największej powiernicy, wspomina tylko o koszmarach. Nie dzieli się z nią snami radosnymi, pełnymi słońca i nadziei. Dostojewski nie ma takich.

Pojawianie się we śnie bliskich jest więc dla pisarza wyraźnym znakiem. Sny są jak fakty. Komunikacja Dostojewskiego z umarłymi musiała być rzeczywiście bez większego zarzutu, skoro nawet jego żona przyjmowała to za pewnik: „Opowiedział mi swój sen, (…) śnił mu się też brat. A to bardzo niedobry znak, ponieważ zawsze gdy Fiedi śni się brat, to nieuchronnie spotykało nas jakieś nieszczęście” (Dziennik genewski, 5 października 1867). Co na to sennik egipski, sennik Majów, sennik babuni? Co na to psycholodzy? Jakkolwiek by traktować doświadczenia innych ludzi, to jednak każdy tworzy własny sennik, swój prywatny język objaśnień snów. „Nie będę więc spokojny do chwili otrzymania od ciebie wiadomości” – pisać może człowiek nawiedzany przez koszmary. We śnie Dostojewskiego o wypadnięciu syna przez okno nie pojawili się ani brat, ani ojciec. Czyż koszmary nie byłyby straszniejsze, gdyby do prywatnych wieszczów zza światów dołączył jeszcze syn? Wszystkie stopnie pokrewieństwa z mężczyznami byłyby prorocze: ojciec, brat, syn.

Fiedia często pojawiał się w snach pisarza. Zazwyczaj głową w dół. Na opak. „Śniło mi się, że Fiedia wdrapał się na krzesło i z niego spadł. Bardzo boleśnie się potłukł” (list z 5 lutego 1875). Spadający Fiedia – ten sen się powtarza. Syn poobijany, połamany, zmiażdżony. Syn pozbawiony ojca. Ojciec z wyrzutami sumienia. Fiedia Piętami Do Góry, Fiodor Dziurawe Ręce Dostojewski – czy w takim kluczu należy rozumieć uporczywy sen?

Fiedi nic się nie stało. Tym razem sen się nie sprawdził.

Nocny człowiek

Dostojewski był człowiekiem nocy. Spał niewiele ponad pięć godzin. Pracował do późna, kładł się nad ranem, zapadał w sen, jak się wpada do czarnej studni. Lichy odpoczynek, który jest tylko przerwą w pracy. Koniecznością. Wśród listów do żony znajdują się także liściki informujące, do której pracował i o której należy go obudzić. „Położyłem się dopiero o trzeciej w nocy” (list z 22 czerwca 1873). Trzeba nie mieć serca, by człowieka, który pisze, że pracował do godzin rannych, budzić razem ze wszystkimi skoro świt. Anna Dostojewska serce miała, za co się jej niejednokrotnie oberwało od męża. Ból głowy, z którym się budził, można było zlikwidować jedynie mocną herbatą, czarną kawą. Rozdrażnienie jest częścią zbyt krótkiego snu, jego wspomnieniem. Wstawał rozdrażniony, bo za późno wstał. Bo zaspał. Bo spał do południa. Bo praca po nocach. Wieczorne i popołudniowe drzemki, ta smutna konieczność, całkiem burzą naturalny rytm dnia i nocy. Działania i odpoczynku. Wszystko spowija mgła. Dym cygara, zapach mocnej herbaty, litry kawy. Spowolnione ruchy, kilkugodzinne stany jasności umysłu i wtedy największa aktywność, by znów poczuć oścień ciała. Pragnąc snu, a jednocześnie pozbawiając się go, trwając w tej dziwacznej postawie tak dobrze znanej każdemu nocnemu markowi, można zupełnie przez przypadek stać się dobrym znawcą snów, teoretykiem spania. „Piszesz, że nie śpisz nocami. Na Boga, błagam cię, Anko, najważniejszy dla zdrowia jest sen, musisz więc dużo spać i dobrze się wysypiać” (list z 1/13 sierpnia 18791[1]). Mowa trawa.

Sen z konieczności, któremu czujemy się zmuszeni poddać, nie może być chwilą wytchnienia. Pisarz, nawet śpiąc, wie, że jest istotą na wygnaniu. Ileż razy powtarza się w listach do żony to „śpię źle”, to „mam niedobre sny”? Tylko przed żoną można otworzyć się i opowiedzieć o śnie. Jak małe dziecko. Że sen był niedobry. Ale strach już nie jest małoletni. Dorósł z człowiekiem.

Z fraz „śpię źle”, „mam niedobre sny” z korespondencji Dostojewskiego można ułożyć kilka stron. „Sny mam bardzo niedobre” (23 lipca 1873), „w nocy śniły mi się koszmary” (28/16 czerwca 1874), „w nocy bardzo źle spałem” (26/24 lipca 1874), „w nocy zaś śnią mi się koszmary nie do opisania. W nocy śpię arcypaskudnie” (28lipca/9 sierpnia 1879), „na dodatek w nocy śnią mi się koszmary” (30 lipca/11 sierpnia 1879), „śpię bardzo źle, wieczorami długo nie mogę zasnąć, a w nocy co najmniej trzy razy się budzę, potwornie spocony” (4/16 sierpnia 1879). Tak można długo, zaręczam. Dostojewski był człowiekiem wydanym na pastwę nocnych demonów. Zmarli byli blisko niego. Często miewał koszmary nie do opisania, nie do podzielenia z innymi, dlatego kwitował je krótko, sprawozdawczo. Były, przyszły nocą jak po własność.

Sypialnie Dostojewskiego

Bohaterowie powieści Dostojewskiego nie znają spokoju nocnego spoczynku – na podobieństwo swego stwórcy. Nocne widziadła bardziej ich łączą, niż łączyłyby więzy rozwodnionej krwi.

Dostojewski rzadko przedstawia sypialnie bohaterów. Nie wchodzimy na pokoje. Nie mamy zaproszenia do miejsc, gdzie udają się na spoczynek Nastazja, panny Jepaczyn, wytworne damy. Jeśli ktoś nas zaprosi, to będą to ci, którzy nie mają sypialni. Sonia, Raskolnikow, Rogożyn nie czują się skrępowani naszą obecnością. W jednym pokoju śpią, jedzą, wegetują. Sen dopada bohaterów znienacka, spada na nich. Zasypiają w fotelu, przy stole, zasypiają, nie wiedząc na jak długo, w którym momencie. Budzi ich czyjeś wtargnięcie. Decyzja pisarza. Nasza obecność.

Mieszkanie Raskolnikowa przedstawia sobą nędzny widok: „Pokoik jego, mieszczący się na samym poddaszu, przypominał raczej szafę aniżeli mieszkanie”.

Nazajutrz obudził się późno, miał bardzo niespokojny sen, który go bynajmniej nie pokrzepił. Obudził się bardzo zły, poirytowany, zgryźliwy i z nienawiścią oglądał swoją klitkę. Była to komórka o długości sześciu kroków (…), człowiekowi nawet niezbyt słusznego wzrostu wydawać się musiało, że lada chwila uderzy głową w sufit. (…) Koślawa kanapa (…) służyła Raskolnikowi za łóżko. Nieraz spał na niej w ubraniu, bez prześcieradła, pod swoim starym znoszonym studenckim płaszczem (…).

Pokoik porównany do szafy, nisko zawieszony sufit, lokator śpiący w ubraniu – nie ma wątpliwości: Raskolnikow śpi w trumnie. Student filozofujący siekierą, by posłużyć się określeniem Cezarego Wodzińskiego, jest pogrzebany za życia. Jako żyjący zmarły, podobnie jak wampir, egzystuje jedynie dzięki żądzy. Raskolnikow żyje obsesyjną myślą. Jego sen jest letargiem, czekaniem na czyn, na ruch siekierą.

W niektórych momentach powieści Dostojewskiego jedynie wprowadzenie opisu śnionego koszmaru pozwala jednoznacznie zidentyfikować bohatera jako człowieka z krwi i kości. Koszmar jako synonim człowieczeństwa?

Raskolnikow nie lubi swego mieszkania-trumny, niechętnie powraca na spoczynek, który jest koniecznością. Mieszkanie przypomina mu o tym, kim jest. „Naraz opanowało go niesłychane obrzydzenie do własnego mieszkania: właśnie tam, w tej dziurze, w tej ohydnej szafie tamto [podkr. M.C.] dojrzewało z górą miesiąc, i poszedł, gdzie go oczy poniosły”. Tamto, co wyłazi z szafy, co siedzi w ciemnościach i przychodzi w snach, jest nim. Raskolnikow musi zmierzyć się z własnym sobowtórem. Bierdiajew uważał, że każdy bohater Dostojewskiego musi zmierzyć się z własnym alter ego. Antropologia Dostojewskiego zmierza w tym kierunku, aby określić człowieka jako zabliźnioną tajemnicę. Pękniętą ikonę.

Jeśli Raskolnikow śpi w trumnie, to Rogożyn spoczywa w grobowcu. „Jak tu ciemno. Siedzisz w ciemnościach”, zauważa odwiedzający Rogożyna książę Lew Myszkin. Rogożyn śni jeden uporczywy sen. Pogrzebany za życia przez własną obsesję bohater przekracza znaczenie symboliczne mrocznego domu i realnie czyni zeń grobowiec, zabijając Nastasję Filipownę. On, pogrzebany za życia, zaprosił ją do siebie. Teraz, to mieszkanie stanie się dla nich grobem, a grób mieszkaniem.

Somasema”, ,,ciało – grób”, jak mawiali starożytni. Sypialnie Dostojewskiego to także pozycje ciała. Ciało jest sypialnią duszy. Pozycje, w jakich zasypiają przemykający przez powieści Dostojewskiego, są znaczące.

Stawrogin zasypia, siedząc na kanapie w pełnym odzieniu. Jest wyprostowany niczym wampir. Atmosferę grozy i niesamowitości podkreśla jeszcze twarz Stawrogina. Matka, Barbara Pietrowna, dokonuje niepokojącego odkrycia.

Śpiący miał twarz bladą, na pół zastygłą, martwą. Miał brwi zsunięte i nachmurzone. Przypominał bezduszną figurę woskową. Stała nad nim parę minut, bojąc się oddychać. Ogarnął ją lęk. Wyszła na palcach, zatrzymała się w drzwiach, przeżegnała go i wyszła, nie zauważona, pełna nowej troski i bólu.

Matka boi się własnego syna; boi się, czyli nie poznaje. Stawrogin jest rzeczywiście obcy. Przybywa po latach nieobecności, ciągnąc za sobą tajemnicę. Moment strachu matki przed śpiącym synem zatrzymuje mnie w pokoju Stawrogina. Nie jest to sypialnia. Śpiący nie ma na sobie pidżamy. Matka powinna więc ułożyć syna w wygodniejszej pozycji i choćby przykryć kocem. Barbara Pietrowna jednak przestraszona opuszcza pokój. Twarz Stawrogina napawa ją lękiem. Twarze bohaterów Dostojewskiego zazwyczaj zastępują krótką charakterystykę postaci. Twarz jest oknem, przez które poznajemy duszę człowieka. Stawrogin „włosy miał jak gdyby zanadto czarne, jasne oczy jakoś zanadto spokojne i świetliste, cerę zanadto delikatną, rumieniec zbyt czysty i silny, zęby jak perły, wargi koralowe. Chłopiec jak malowanie, a jednocześnie dziwnie jakoś odrażający. Mówiono, że twarz jego przypomina maskę”. Maska opada jednak podczas snu. Śniący ukazuje się takim, jakim jest. Dostojewski podkreśla zbytnią nachalność piękna, jakby powtarzał na swój sposób wskazania św. Pawła o zwodzącym aniele światłości (por. 2 Kor 11, 14). Stawrogin jest „zanadto” piękny, a więc nieharmonijny, nieidealny. Jego dusza jest rozszarpana przez grzech.

Paul Evdokimov stwierdza w niezastąpionym Prawosławiu: „Łaciński termin persona, podobnie jak grecki prosopon, oznacza pierwotnie maskę. Ten termin sam w sobie zawiera głęboką filozofię ludzkiej osoby. (…) Uczestnicząc, człowiek realizuje obraz Boga albo stroi demoniczny grymas małpowania Boga”. Podkreślenie „zanadto”, którym autor Biesów szpeci Stawrogina, uwidacznia karykaturalność człowieka, który chce zamienić się z Bogiem na miejsca. Małpowanie staje się jeszcze bardziej jawne podczas snu. Evdokimov pisze:

Człowiek nie posiada oblicza zwykłego, oblicza zwyczajnie ludzkiego. We Wcieleniu Bóg nie jest już tylko Bogiem, lecz jest Bogiem i człowiekiem zarazem. Lecz to wywiera swój wpływ w obu kierunkach – a mianowicie, że człowiek nie jest już po prostu człowiekiem, lecz istotą teandryczną lub demoniczną. Św. Grzegorz z Nyssy mówi to wyraźnie: „Ludzkość składa się z ludzi o obliczach aniołów oraz ludzi noszących maskę bestii”.

A więc rysy twarzy, szczególnie zaś rysy śniącego, zdradzają charakter człowieka.

W uśmiechu ludzkim – pisze Dostojewski w Młodziku – wychodzi na jaw najczęściej coś niskiego, coś, co niejako poniża śmiejącego się, chociaż on sam prawie nigdy nie zdaje sobie sprawy z wrażenia, jakie wywiera. Tak samo, jak nie wie, jak zresztą nikt nie wie, jakie wrażenie sprawia wyraz jego twarzy w czasie snu. Niektórzy ludzie zachowują nawet we śnie rozumny wyraz twarzy, niektórzy, nawet skądinąd mądrzy, nabierają we śnie wyrazu głupiego, a przez to i śmiesznego. Nie wiem, jak to sobie wytłumaczyć, chcę tylko powiedzieć, że człowiek śmiejący się, podobnie jak i śpiący, zazwyczaj nie zdaje sobie zupełnie sprawy, jak wygląda.

We śnie ukazuje się naga, odrażająca prawda o śpiącym: bezwład mięśni lub zastygły grymas, mimowolne napięcia i drganie ciała. O sobie śpiącym dowiaduję się od innych. Podczas snu ukazuje się jakiś nowy „ja”. Moja twarz jest zagadką, którą mogą odkryć inni. Ja sam odkrywam siebie po części w marzeniach sennych.

Cezary Wodziński w książce Trans, Dostojewski, Rosja albo o filozofowaniu siekierą zapisał znamienne zdanie, które może być echem wypowiedzi tytułowego Młodzika: „Zestawienie z falsyfikatem ujawnia autentyczność; w konfrontacji z jawnym negatywem wyeksponowana zostaje pozytywność”. Sen ujawnia przeciwieństwo, niedorzeczność, aby powiedzieć prawdę o śniącym. Kto jest fałszywy – ja na jawie czy ja śpiący?

Stawrogin śpiący w nienaturalnej pozycji, Raskolnikow zasypiający w pokoju, który bardziej przypomina szafę lub trumnę, Rogożyn w grobowcu. Śniący w powieściach Rosjanina są ludźmi pogranicza, poruszającymi się po rubieżach. Sen – ułożenie ciała, treść marzenia sennego, miejsce – odsłania niesamowitość człowieka. Jest to odsłona mająca w sobie coś z błysku kłów. Nie nawiedza ich we śnie anioł, nie ratuje od zguby święty patron, nie ma widzenia Boga. Człowiek jest przerażająco samotny. Dostojewski naznacza stworzone postacie paskudnymi snami. Rozszerza się to nocne „pokrewieństwo”, w myśl jednego z jego ulubionych zdań Gogola: „Zacząłem obdzielać mych bohaterów, poza ich własną ohydą, moim własnym paskudztwem”. Dostojewski pochyla się nad nimi. Szepce własne kołysanki, czuwa nad ich niespokojnym snem. Ukryty w szafie. Stojący w nogach łóżka. Przyglądając się twarzom swych licznych powieściowych alter ego, szuka własnej twarzy w konwulsjach.

Sen – zapowiedź. Przypadek Myszkina

Pamiętam – wspomina książę Lew Myszkin w powieści Idiota – przygniatał mię nieznośny smutek; chciało mi się nawet płakać; wszystko mię dziwiło i niepokoiło. Okropnie odczuwałem to, że wszystko dokoła mnie jest obce. Z tego zdawałem sobie sprawę. Obcość mię zabijała. Zbudziłem się zupełnie z tego mroku, pamiętam, wieczorem w Bazylei, przy wyjeździe do Szwajcarii; zbudził mię krzyk osła na rynku miejskim. Osioł okropnie mię zdziwił i dlaczegoś niezwykle mi się spodobał, a jednocześnie w głowie mojej wszystko się jakby rozjaśniło.

Osioł jak hejnał. Idiota jest powieścią niezwykle oniryczną. Punkty zwrotne powieści zdają się wyznaczać nagłe ataki padaczki księcia, po których następuje głęboki sen oraz opowieści o tym, co przyszło we śnie. A więc punkty zwrotne skupione są wokół snów i przebudzeń Myszkina. Początek powieści tonie w mgłach, jakby spowity oparami snu. Akcja rozgrywa się powoli, sennie. Bohaterowie pojawiają się w nierównych odstępach czasu, co niesamowicie zaburza jasność konstrukcji powieści. Napotkany w pociągu Rogożyn pojawia się lub znika w najmniej oczekiwanych momentach. Mało tego: jego obecność, podobnie jak obecność Nastazji Filipowny, przenika powieść. Mamy poczucie wszechobecności Rogożyna. Rogożyn za rogiem ulicy. Rogożyn z nożem na klatce schodowej. Rogożyn wchodzący na salony, kiedy chce, w towarzystwie postaci jak z kreskówek. Rogożyn jakby unosi się na powieścią, spogląda na bohaterów, obserwuje ich. Jednocześnie wiąże go jakieś tajemne porozumienie z Myszkinem; porozumienie, które nie jest jasne dla nich samych.

Być może cała powieść jest o śnie. Pierwszy sen Myszkina? jest przesycony odniesieniami do symboliki biblijnej. Stąpamy po niebezpiecznym gruncie. Poczucie obcości, które przygniata Myszkina, jest podkreśleniem jego odrębności w stosunku do postaci, wśród których przebywa. On dosłownie nie jest stąd: jest nie tyle zza granicy, ile nie z tego świata. Zasady, jakimi się kieruje, są w powszechnym poczuciu niezrozumiałe, niedojrzałe. Myszkin przybywa skądinąd i pozostaje innym, który jedynie swoją odrębnością będzie prowokował ludzi do wydania o samych sobie oskarżającego sądu. Krzyk osła z pewnością nie należy do najmilszych pobudek, ale tytułowemu „Idiocie” niezwykle się podoba. Niezwykle, a więc rzeczywistość do tej pory istniejąca została zakwestionowana. Dostojewski sam podsuwa interpretację snu. Osioł „to dobry i pożyteczny człowiek”, stwierdza bohater w rozmowie z pannami Jepaczyn. Osioł jest zatem ważną postacią snu. Dlaczego Myszkin broni zwierzęcia, które powszechnie uważa się za uparte i dające nad sobą kontrolę jedynie marchewce lub kijowi? Jeśli Dostojewski odrzuca ludową symbolikę, to należy skłonić się ku Biblii. W Piśmie Świętym, mówiąc o ośle, najczęściej zwraca się uwagę na dwa wydarzenia. Pierwszym jest przemówienie Boga do Balaama za pośrednictwem oślicy (Lb 22, 22-35). Drugim, uroczysty wjazd do Jerozolimy Jezusa siedzącego na osiołku (Łk 19, 29-38; J 12, 12-15). W symbolice chrześcijańskiej osioł jest przedstawiany w stajence betlejemskiej oraz na wyobrażeniach ikonograficznych podróżującego Józefa z Maryją i Dzieciątkiem. Osioł jest więc bardzo bliski Jezusowi, pojawia się w momentach dla Niego ważnych. Zawsze w roli, do której został stworzony – zwierzę pociągowe. Św. Ambroży będzie uważał osła za symbol człowieka pokornego: „Ucz się od domowego zwierzęcia dźwigać na sobie Pomazańca Bożego. (…) Ucz się z całą gotowością poddawać Jemu grzbiet własnego ducha; ucz się być >>pod Chrystusem<<, żebyś mógł znaleźć się ponad światem”. Osioł z czasem zacznie w symbolice chrześcijańskiej oznaczać „maluczkiego”, „głupiego dla Chrystusa” (1 Kor 4, 9-10). Stąd już prosta droga do jurodstwa.

Gwałtowne przebudzenie przez nieprzyjemny ryk osła powinno w Myszkinie spowodować raczej wzburzenie, gniewną ripostę ubraną w przekleństwo. Krzyk bydlęcia jednak podoba się księciu. Mało tego: dzięki niemu wszystko się w głowie bohatera Idioty wyjaśnia. „Rozjaśnienie” przychodzi w urągających warunkach: pociąg, tłoczący się ludzie, przymusowy postój blisko rynku miejskiego, do okien wagonu na pewno podchodzą drobni sprzedawcy wszystkiego i niczego. Odgłosy targujących się przekupek, ordynarne dowcipy i grubiański rechot. Pomiędzy tym ryk osła. Ten prymitywny, z samych trzewi instynktów krzyk ma przynieść „objawienie”? Co w takim razie wyjaśnia osioł bohaterowi, który jeszcze balansuje na krawędzi dwóch światów – jawy i snu – powtarzając scenę z życia Balaama? Kilka stron dalej Myszkin opowiada sen, który towarzyszył mu przez cały czas, gdy przebywał w Szwajcarii: „Wciąż mi się śniło miasto duże jak Neapol, a w nim tyle pałaców, gwaru, huku, ruchu… Tak; co mi się tam nie śniło! A potem doszedłem do przekonania, że i w więzieniu można znaleźć ogromne życie”. Sen jako zapowiedź tego, co ma być. Ustawiczność snu jest wezwaniem do spełnienia swej roli. Wielkie miasto porównane do Neapolu jest odniesieniem do innego wielkiego miasta, do Petersburga, gdzie ostatecznie książę Lew miał przybyć i gdzie rozgrywa się akcja powieści. Ryk osła łączy wszystkie punkty biografii bohatera. Myszkin, człowiek stąd, ale jednocześnie nie z tej ziemi. Jego maniery, styl bycia są odmienne od powszechnie przyjętego. Petersburg, miasto wielkie i głośne, jest miejscem, do którego ma się udać. Miasto nie wabi go swymi pokusami. Zaraz za pośpiesznym opisem miasta – zaganianie, hałas, chaos – pojawia się zdanie nie wiadomo skąd, jakby niepotrzebne, burzące pozytywne skojarzenia z miastem: „i w więzieniu można znaleźć ogromne życie”. Jeśli ktoś myślał, że Myszkin wybiera się na wycieczką krajoznawczą, to teraz powinien zmienić zdanie. Książę wjeżdża do więzienia. Dobrowolnie. Sprawiedliwy pośród skazanych. Jego obecność wśród przestępców splamionych wszelkimi zbrodniami, tych „powszednich” i tych z pierwszych stron gazet, jest czemuś potrzebna. Misja, bo Myszkin przybywa w jakimś celu, nie czyni z niego znudzonego, narzekającego panicza. Przeciwnie: on sam wspomina o znalezieniu szczęścia. Motyw z miejscem skazania pojawia się jeszcze we śnie Aleksandry Jepaczyn. „Raz tylko, jeden tylko raz udało się jej zobaczyć we śnie coś bardziej oryginalnego – zobaczyła mnicha, samotnego, w jakimś ciemnym pokoju, do którego wciąż bała się wejść”. Panna Jepaczyn wahała się, czy wejść do mrocznego pomieszczenia, mnich jednak w nim przebywał. Czytelnik nie ma wątpliwości: jeśli mnich ma nawiązywać do jakiejkolwiek postaci w powieści, będzie to z pewnością Myszkin. Ma on przebywać w tych miejscach i z tymi ludźmi, wśród których prawdziwe życie, pomimo powierzchownej wesołości, pośpiechu własnych i cudzych spraw, jest udręką zniewolenia.

Osioł, miasto-więzienie, naglące wołanie. Sen Myszkina jest wzorowany na zapowiedzi męki Jezusa.

Chłostanie snem

Szatow, jeden z bohaterów Biesów, po wieloletniej rozłące spotyka żonę. „Tak był zaskoczony – relacjonuje Dostojewski – jej powrót napawał go takim przerażeniem, a jednocześnie takim szczęściem, że wprost nie mógł czy też może lękał się opamiętać. To był sen”. Jakby mimowolnie pod piórem pisarza zarysowała się definicja snu.

Dostojewski potrzebuje snów stworzonych przez siebie postaci. Ich marzenia senne nie są literackim popisem, nie służą także wydłużeniu powieści. Pisarz daje poznać czytelnikowi bohaterów nie tylko przez ich czyny. Gdy zostały wyczerpane możliwości racjonalnego osądzenia postaci – po słowach, po czynach – wkraczamy w poznanie duchowe. Czytelnikowi Dostojewski podsuwa wskazówkę: „W stanie chorobliwym sny częstokroć odznaczają się nadzwyczajną wyrazistością, jaskrawością i dziwnym podobieństwem do rzeczywistości. Jako całość wyśniony obraz bywa niesamowity, ale okoliczności i sam proces tworzenia się całości są do tego stopnia prawdopodobne i mają tak subtelne i piękne szczegóły, artystycznie komponujące się z całością obrazu, że tenże osobnik nigdy nie wymyśliłby tego na jawie, choćby był artystą równie wielkim, jak Puszkin albo Turgieniew. Takie sny, sny chorobliwe, na długo pozostają w pamięci i wywierają bardzo silny wpływ na rozstrojony już i podniecony organizm ludzki” – pisze w Zbrodni i karze.

Każdy z bohaterów Dostojewskiego ma sny chorobliwe, gdyż wszyscy są zainfekowani. Noszą w sobie ideę, małe objawienie prywatne. Idea czyni z nich ludzi na krawędzi. Poruszają się w dwóch światach jednocześnie. Idea – podszept diabła, anielska pieśń – dodaje im niespożytej siły. Koszmary będą od tej pory tworzyć gabinet luster. W zwierciadle każdego z nich ujrzymy wnętrze postaci. Oto czas odsłoniętych zębów, ślinienia się, pojękiwania, lunatykowania. Czas, gdy bohater sam nie zmaga się ze swym losem, ale to o niego toczy bój ktoś inny.

Niemal od pierwszej lektury dzieł Dostojewskiego uderzyła mnie intensywność snów Raskolnikowa i pozostałych bohaterów oraz ich ukryta celowość. Uderzyło jeszcze bardziej, gdy dostrzegłem, że na swych bohaterów Dostojewski zsyła same nieprzyjemne sny. Sny, o których Hipolit z Idioty powie, że takich nie życzy nikomu. To właśnie w nich pojawiają się konie katowane na oczach dzieci, pająki biegają we wszystkie strony, a małe dziewczynki mają lubieżność w oczach.

Raskolnikow, zarażony ideą nie mniej niż pozostali, w monologu wewnętrznym stwierdza: „(…) do Razumichina pójdę, oczywiście, pójdę… ale nie teraz… Pójdę do niego… nazajutrz po tamtym, kiedy tamto [podkr. M.C.] się już stanie i wszystko się odmieni”. Raskolnikow wie, że tamto czai się w jego mieszkaniu, w dziurze, w szafie. W szafie najczęściej mieszkają wszystkie stwory, które uaktywniają się tuż przed zaśnięciem. Wie o tym każde dziecko, dlatego prosi, aby poczekać przy nim aż zaśnie lub zostawić włączone światło. Skąd się tamto, które jest nie-do-określenia, wzięło u Raskolnikowa? Czy tamto przyszło we śnie, czy się przyśniło?

To, że demoniczny Swidrygajłow cierpi podczas snu, początkowo nie wzbudza protestów. Należy mu się. Zastanawia mnie jednak mściwość Dostojewskiego. W ostatnią noc zsyła na postać, którą sam stworzył, aż potrójny koszmar: biegające po Swidrygajłowie myszy, wizyta na pogrzebie topielicy, wreszcie lubieżność zamknięta w ciele pięciolatki. Swidrygajłow nie budzi się, on spada z jednego snu w drugi. Rozumiem, że sprawiedliwość się domaga, aby demoniczny bohater Zbrodni i kary poniósł za swe czyny odpłatę – jeśli nie na tym świecie, to chociaż w świecie astralnym, w świecie snu. Swidrygajłow próbuje jednak odkupić swoje winy, mniejsza o to z jakich pobudek. Skądże więc u Dostojewskiego takie znęcanie się nad tą postacią? Sprawiedliwość już dawno się skończyła. Teraz jest to katowanie Swidrygajłowa koszmarami na oczach czytelnika. Wzdrygam się nad tym, bo ilekroć rozważam tę sytuację i tę postać, nie mogę się pozbyć wrażenia, że jestem świadkiem publicznej egzekucji.

Chłostanie Raskolnikowa snem jest zrozumiałe. To morderca, więc Dostojewski stojący na straży tego, co dobre i złe, za dobro wynagradza, za zło karze. Granice niektórych snów są bardzo rozmyte, raz jest to maligna, innym razem letarg lub pospolity, jak na Dostojewskiego, koszmar. Pierwszy sen jest najważniejszy, pozostałe są konsekwencją porwania się z siekierą na ideę. Oszczędźmy szczegółowego opisu zachłostanej na śmierć szkapy. Aż nadto dobrze każdy rozumie, iż jest to metafora sytuacji Raskolnikowa. Motyw katowanego konia pojawia się także w monologu Iwana Karamazowa, tym razem skrócony do kilku zdań. Smagane zwierzę ma pokazać nieludzkość tkwiącą w człowieku. Bezbronność z jednej strony i władza z drugiej – doprowadzają do upadku człowieka. Koń, dla wielu symbol piękna i wolności, staje się krwawiącą kupą mięsa z woli jego właściciela. Dlaczego tak wiele miejsca poświęcono opisowi tego jednego snu? Pomimo kilku innych majaków Raskolnikowa, czytelnik pamięta najbardziej właśnie ten sen; sen, do którego bohater nie robi żadnej aluzji w trakcie powieści. Prawdopodobnie nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Zastanawia mnie pojawienie się dwóch tych samych motywów w powieściach, których powstanie dzieli dobrych kilkanaście lat. Sen z chłostanym koniem musiał być dla Dostojewskiego niesamowicie ważny. Być może jest to fragment czegoś, co można by nazwać autobiografią oniryczną. Koszmar z zadręczonym koniem odsłania nie tylko klucz do duchowego poznania bohaterów powieści, ale także samego Dostojewskiego. Współcześni psycholodzy pojawienie się we śnie wierzchowca interpretują jako wezwanie podświadomości do uwolnienia „ja”. Osoby, którym śnią się konie, najczęściej w życiu są stłamszone, pozbawione głosu i braku możliwości ekspresji. Dostojewski poprzez powtórzenie motywu z zachłostaną szkapą przedstawia się jako badacz duszy. Sen jest przecież odzwierciedleniem tego, co najgłębsze w człowieku. Nie tylko bohaterowie – Raskolnikow, Iwan Karamazow – są spętani i walczą o życie po swojemu – w nich samych walczy także Dostojewski.

Koszmary to specjalność autora Braci Karamazow. Liza, wybranka Aloszy, ma sen, w którym wokół niej czają się diabły, a gdy chcą ją porwać, w ostatniej chwili dziewczyna czyni znak krzyża i czarty cofają się. Zamiast cieszyć się z duchowego zwycięstwa, Liza ma ochotę bluźnić przeciw Bogu. Diabły wyczuwają to i znów zbliżają się. Liza czyni znak krzyża… I tak przez całą noc. Wybranka Aloszy może nie jest krystaliczną osobą. To trochę zepsuta, rozkapryszona panienka, mimo to dostrzegamy dokonujący się w niej proces pozytywnej przemiany. Czy koszmar o czyhających diabłach i walce na granicy bluźnierstwa nie jest zbyt okrutny jak na nastolatkę, której jedyną winą jest uważanie siebie za pępek świata?

Hipolit z Idioty przed planowanym samobójstwem ma niedobre sny. Zresztą nie wiem, czy „niedobre” to właściwe słowo. Właśnie o nich Hipolit mówi wprost: „Nie życzę panu takich snów”. Są sny potworne, jakie nie powinny nękać nawet wrogów. W decydującym momencie Hipolit przed zebranymi w salonie odczytuje list, w którym wspomina kolejny koszmar. W jego śnie przerażający potwór chce go zabić, ale nagle o jego życie zaczyna walczyć Norma, suka, która zmarła pięć lat wcześniej. Pies wygrywa życie swego pana. Z kontekstu łatwo wywnioskować, iż pies jest symbolem wierności i jako taki jest odniesiony wprost do księcia Myszkina. On nie opuści Hipolita. Dlaczego jednak Hipolit jest tak dręczony? Dostojewski wszak bardzo lubił samobójców. Hipolit i tak jest ciężko chory, jego stan psychiczny fatalny, a Dostojewski dokłada na jego barki ciężar snów, o których śniący nie chce nawet mówić.

Do Iwana Karamazowa przychodzi diabeł i prowadzi z nim dysputy. Zarówno Iwan, jak i czytelnik, nie są do końca przekonani, czy diabeł jest realny, czy rzecz dzieje się we śnie. Rozdrażnienie bohatera, jego zły stan psychiczny i najważniejsze: przemiana, której jesteśmy świadkami, każą współczuć Karamazowowi. Sen-mara zesłany przez autora powoduje jednak cierpienie. Czy nie ponad siły?

Książę Myszkin jest szczególnie doświadczany przez pisarza. Lew Myszkin śni w zasadzie jeden sen: własną śmierć. Relacjonując wykonanie kary śmierci, której był świadkiem, stwierdza: „Widziałem to już miesiąc temu, a dotychczas mam przed oczyma. Pięć razy mi się śniło”. Sen natrętny, napastliwy. Spośród wielu widzeń nocnych Myszkin zapamiętał dokładnie to jedno. Ten sen przyszedł pięć razy – właśnie tyle, ani mniej, ani więcej. A są też sny inne. Myszkin opowiada pannom Jepaczyn ostatnią drogę skazańca. Dokładnie odtwarza myśli skazańca, któremu zostało ostatnie pięć minut życia. Pięć ostatnich minut życia, podczas których dokonują się w duszy więźnia rzeczy wielkie przed majaczącym obliczem śmierci. Myszkin wyznaje: „(…) śniło mi się, właśnie te pięć minut mi się śniło”. Nawet po wielu przejściach, po samobójczej próbie Hipolita, gdy książę jest zmęczony, bliski nawrotu choroby, słowem, gdy należy mu się chwila wytchnienia, gdy całe serce czytelnika jest przy księciu zasypiającym z wyczerpania w parku na ławce, nawet wtedy Dostojewski zsyła na niego „trwożne sny”. Książe Myszkin jest przygotowywany do śmierci podczas snu. Jego sny – przyjazd do Peteresburga na wzór Jezusa do Jerozolimy, pięciokrotnie powtarzający się sen o egzekucji, wreszcie pięć ostatnich minut życia skazańca – są swoistym rachunkiem sumienia przed śmiercią. Myszkin ma przygotować swoją duszę. „Ja wkrótce umrę podczas snu”, stwierdza wreszcie tytułowy „Idiota”, ale bardziej ustami Myszkina przemawia Dostojewski. Lew Myszkin, podobnie jak Fiodor Dostojewski, jest chory na padaczkę. Dostojewski bardzo bał się ataków, które przytrafiały się w nocy. Uważał, że któregoś z nich nie przeżyje i umrze we śnie. Sen bohaterów Dostojewskiego nie jest jednak śmiercią, to stan – bycie – przed śmiercią. Sen to przedśmierć.

Pisarz przypatruje się, jak nasączone atramentem wizje wnikają w stworzone postacie. Oddychają one jego lękami. Wchłaniają strach, całą biografię oniryczną. Kolejne emanacje Dostojewskiego rzucają się we śnie. Nie śpią dobrze. Dostojewski pochyla się na nimi jak Władca Marionetek, gość w gabinecie luster. Jak pająk poruszający swoimi zdobyczami w pajęczynie.

Pozostają jeszcze sny, które mają znamiona przepowiedni czy proroctw. Nocne widzenia mówią raczej biblijne „biada, biada”, niż obiecują szczęście. Uszczęśliwiające widzenie miał jedynie Wiersiłow z Młodzika, który oglądał utopię „złotego wieku”. Jest to jedyny sen, po którym bohater płacze ze szczęścia. Nawet proroczy sen Aloszy o weselu w Kanie Galilejskiej – zapowiedź jego przyszłego życia – nie uspokaja bohatera. Najmłodszy Karamazow jest bardziej zaniepokojony niż umocniony w rozpoczynającym się nowym etapie jego życia. Pozostali kontynuują przerażające wizje. Raskolnikow śni o strasznej zarazie idącej z głębi Azji na Europę. Szatow na dzień przed egzekucją śni o skrępowaniu więzami, rozpaczliwym miotaniu się niczym mucha w sieci. Stary, zniedołężniały książę z Młodzika ma sen, w którym przychodzi do niego nieznany starzec ze świętym obrazem przełamanym na pół i oświadcza, że tak też stanie się z jego życiem. Żadnych pocieszeń. Na całą plejadę powołanych do życia na kartach powieści postaci, jedynie dwie miały pozytywne sny. Pozostali powtarzają udręki swego stwórcy. Koszmarne pokrewieństwo: krew z atramentu i ciało z papieru. Strasznie jest stać się bohaterem Dostojewskiego. Do tego wszędzie czają się pająki.

Apostoł zwątpienia

Siergiej Piotrowicz stwierdza nagle: „Ciągle mi się pająki śnią”. Robactwo łazi po twórczości Dostojewskiego. Wszy, karaluchy, pluskwy, żuki, ślimaki, pająki. Zewsząd chrobot, tupot nóżek. Myszy przemykają po domostwie, smagane biczem po oczach konie upadają. Folwark zwierzęcy Dostojewskiego nie jest zachwycający. W nim zaś najważniejsze miejsce zajmuje pająk.

Architekt pajęczyny w Biblii symbolizuje człowieka pracowitego, misternie tkającego swoje plany, swoje życie, ale z pominięciem Boga. Przywoływany już św. Ambroży na temat pająka wyraża się mało pochlebnie: „Czy jest coś bardziej sprytnego, coś bardziej pilnego niż pająk (…). Lecz daremne jest wszystko, co uczyni. Tak samo postępuje każdy człowiek, który dzieła swego nie opiera na fundamencie Chrystusowym. Na próżno kłopocze się w noce i we dnie, bo zwykle wskutek swej niegodziwości tak jak pająk pada pod ruiną swego dzieła”. Pajęczyna, symbol misternie układanego życia, często pokazana jest jako zachwycająca w swym kształcie, jednak nie wytrzymująca próby życia i śmierci. Życie pająka jest pozbawione „żywego życia”; to daremny wysiłek stworzenia własnej rzeczywistości bez Boga. Autor Braci Karamazow, wytrawny czytelnik Biblii, przejmie tę symbolikę.

Pająk w powieściach to także zło tkające pajęczynę w człowieku, składające w nim swoje małe. Pająk wypełzający z czynów, spojrzeń, myśli. Wreszcie przemiana w człowieka-pająka. Badacze twórczości Dostojewskiego wielokrotnie zwracali uwagę na pajęczą strukturę powieści. Główni bohaterowie posiadają dużo cech pająków. Ich mieszkania są małe, ukryte i przypominają jamy, choć głównym miejscem akcji jest wielkie miasto. Relacje z ludźmi polegają na uzależnianiu od siebie, zastawianiu pułapek i łapaniu zdobyczy w sieć. Często wychodząc na spacer, w rzeczywistości dokonują obchodu swojego terytorium. Tworzą złudzenia wokół siebie, tkają iluzję bycia kimś innym. Są drapieżnikami. To wszystko jest niby oczywiste i znane. Mnie interesuje coś innego, coś co pełznie głębiej, co przędzie swoją nić w najciemniejszym zakamarku: pająk jako fascynacja i pajęczyna jako sen.

Kiriłłow z Biesów czyni znamienne wyznanie: ,,Ja się modlę do wszystkiego. Widzę, że pająk pełza po ścianie. Patrzę na to i wdzięczny mu jestem, że pełznie”. Pająk ma w sobie coś demonicznego i coś boskiego zarazem. Kiriłłow obdarza go nabożną czcią. Stwierdza, iż „modli się do wszystkiego”, jednak „wszystko” zostaje skonkretyzowane w pająku. Pająk i jego pełzanie przesłania świat. Nie jest to jedyny bohater, który darzy pająka fascynacją przypominającą zapatrzenie w prawdę, czyli kontemplację. Książę Myszkin, bawiąc panny Jepaczyn opowieścią o życiu skazanego na więzienie, wspomina: „Wszystkie jego znajomości ograniczały się do pająka i do drzewa, co wyrosło pod oknem…”. Znajomość, ba, może nawet przyjaźń z pająkiem? Ale pająk nie daje odpowiedzi, nie daje nawet nadziei. Jest niewzruszony, całkowicie obojętny na ludzkie dramaty. Wiodąc własne życie, bardziej przypomina medytującego męża niż biblijnego grzesznika. Pająk podobny jest do anachorety, pustelnika obcującego z prawdą. I chyba to pociąga Kiriłłowa i Myszkina. Zresztą, nie tylko ich.

Pająk niebezpiecznie blisko zagnieździł się obok Boga w twórczości Dostojewskiego. Pojawienie się tkacza jest łączone z tym, co przerasta. Bohaterowie sami przywołują symbol pająka, gdy roztrząsają przeklęte problemy. Jednak symbol ten niczego nie wyjaśnia, lecz raczej odsyła do jeszcze innych skojarzeń. Skojarzeń tak złożonych i wielowarstwowych, jak osobiste spotkania z pająkiem. Dyskusja Raskolnikowa ze Swidrygajłowem pokazuje to dobitnie:

– Nie wierzę w życie pozagrobowe – odparł Raskolnikow. Swidrygajłow siedział zamyślony.

– A nuż są tam tylko pająki lub coś w tym rodzaju – powiedział całkiem niespodzianie (…) – Wieczność jest dla nas pojęciem, którego nie można określić, czymś potężnym, wielkim. Dlaczego właściwie wielkim? A nuż zamiast tego wszystkiego, niech pan sobie to wyobrazi, jest tylko jedna izba, coś w rodzaju łaźni wiejskiej, zakopcona, z pająkami we wszystkich kątach, a nuż to właśnie jest wieczność. Wie pan, czasem wydaje mi się, że tak właśnie jest naprawdę. (…) A kto wie, może tak właśnie jest sprawiedliwie. Wie pan, ja bym tak naumyślnie urządził.

Choćbym wykoślawiał tę wypowiedź, odczytywał ją wspak, wykreślał słowa zgodnie z ruchem szachowego konika, pająk nijak nie objawia skrytej tajemnicy. Nie wiem, dlaczego figuruje w wypowiedzi Swidrygajłowa ten czarny robal. Ale jest i to niezmiennie. Wielość treści ulokowana w symbolu pająka pozwala fragment Zbrodni i kary dopasować do każdej teorii. Nieco inaczej jest z łaźnią wiejską, czyli banią. Bania jest niezmienna. Była i wciąż jest tam, gdzie brakuje bieżącej ciepłej wody, podstawą rosyjskiej egzystencji. Parująca woda, chłostanie się brzozowymi witkami. Oddzielnie kobiety, oddzielnie mężczyźni. Monachy razem z ateistami, inteligencja z ludźmi niejasnego interesu, robotnicy, chłopi i panowie. Tam, w oparach mignie nagle fragment czyjegoś ciała, czasem twarz się ukaże, w brzęku wiader i w świście witek niejeden usłyszał Przesłanie. A co zobaczył, w co uwierzył? Pośród pocących się ciał, w zapachach przeróżnych, w echu czyjegoś żartu rubasznego, westchnienia ciężkiego, plączą się zmysły. Na myśl powoli opuszcza się pająk.

Będę ostrożny: pająk w zestawieniu z wizją wieczności, ponurą wizją wieczności – dodajmy – jest posłańcem innej rzeczywistości. Swoim trybem życia, nieruchomym trwaniem na pajęczynie, przypomina mędrca, który poznał, że jedynie prawda warta jest poświęcenia. Pająk odsyła do innej rzeczywistości.

Jednak tkacz jest niepewnym kierunkowskazem. Rzeczywistość duchową, na którą wskazuje, naznacza krzywym grymasem. Apostoł zwątpienia, posłaniec szyderstwa. Pająk potwierdza Rzeczywistość Istotnie Istniejącą, nie zapominając wszakże, aby nadać jej karykaturalne rysy. Niebo jako brudna łaźnia wiejska? Zewsząd pełzną pająki, skoro, jak podkreśla rozmówca Raskolnikowa, w każdym kącie tkwią pajęczyny. Pająk jest znakiem Tamtej Rzeczywistości, ale wysłanym przez jej przeciwnika.

Na pytanie: unde malum?, bohaterowie powieści Dostojewskiego nie udzielają wprost odpowiedzi. Zasłaniają się pająkiem. Skłonność do zła Dymitr Karamazow wyjaśnia ukąszeniem przez pająka. Raskolnikow, dokonując spowiedzi przed Sonią, wspomina: „Rozzłościłem się i nie chciałem. Tak, właśnie rozzłościłem się (to dobre słowo!). Jak pająk schowałem się w swoim kącie”. Następuje opis człowieka-pająka: zły, mściwy, wstrętny, samolubny, zawistny. „Było mi całkowicie obojętne, czy zostanę czyimś dobroczyńcą, czy też przez całe życie będę pająkiem wysysającym żywą krew ze swych omotanych pajęczyną ofiar”. Człowiek z pająkiem wewnątrz traktuje innych jak muchy, wszy. Bierze to, co chce, co uważa, że mu się należy. Czyni to z obojętnością, bez wyższego celu. W spowiedzi Raskolnikowa padają mimochodem słowa, które zwracają moją uwagę: „Miałem sny, różne dziwaczne sny, nie warto ich powtarzać”. Jak to? O pająku tyle rozprawiał, a o snach raptem zamilkł? Zbyt szybko ucina, zbyt gładko przechodzi dalej. Co mu się mogło śnić, że zmienia temat? Może powiedział już wszystko – że pająk przychodził także we śnie?

Tkacz przerasta Dostojewskiego. Biblijny symbol grzesznika uparcie wiodącego własne, osobne życie już nie wystarcza. Nawet człowiek-pająk, ogarnięty przez ideę i traktujący ludzi jak muchy w swojej pajęczynie wydaje się tkać jeszcze jedną nić. Pająk to zwiastun Tamtego Świata; nawiedza we śnie, zatruwa jadem, budząc ukrytą bestię. Tak jak pajęczyna jest jedwabiem śmierci, tak również istnieje jedwab sennego koszmaru. Dostojewski, zsyłając na swych bohaterów trwożące sny, w istocie buduje z literatury dreamcatcher. Sen, który jest labiryntem, może być równie dobrze pajęczyną.

 

Zerwana pajęczyna

W mitologii greckiej sen (hypnos) oraz śmierć (thanatos) są rodzeństwem. Na nagrobkach zamieszcza się często napis „zasnął w Panu”. Na ikonach ukrzyżowany Jezus wydaje się spać. Jego ciało tylko nieznacznie osunęło się, usnęło, ramiona dalej utrzymują linię prostą. Liturgia prawosławna o świętych wybranych przez Boga mówi, iż „zasnęli”. Moment śmierci Maryi jest czczony w liturgii katolickiej jako Wniebowzięcie, prawosławie zaś mówi o Zaśnięciu Maryi. Chwila śmierci w Kościele Wschodnim jest osłonięta przez sen.

Evdokimov zaznacza, że „słowo >>wieczność<< po hebrajsku jest wzięte od słowa alam, co znaczy ukrywać. Bóg otacza ciemnością los człowieka za grobem i nie należy w żadnym wypadku gwałcić sekretu Bożego”. Stanowisko Kościoła prawosławnego odnośnie stanów ostatecznych jest nieco różne od stanowiska Kościoła katolickiego (by wspomnieć jedynie kwestię czyśćca). Wschód poprzestał na sformułowaniach Symbolu nicejsko-konstantynopolitańskiego, który mówi o ponownym przyjściu Jezusa Chrystusa, sądzie i zmartwychwstaniu. Prawosławie nigdy nie dążyło do definitywnych rozwiązań co do pośmiertnych losów człowieka. Dziedzina ta pozostawała otwarta dla dalszych dociekań teologicznych oraz nadziei.

Nie znaczy to, że pytanie o pośmiertne losy duszy nie było stawiane. W prawosławiu często przywoływany jest obraz wędrówki duszy do nieba. Na swej drodze napotyka ona komory celne (telonie po grecku, mytarstwa w kręgu rosyjskiego prawosławia – od mytar, co w starorosyjskim oznacza celnika), przez które musi przejść. Na kolejnych przystankach należy uiścić opłatę. Demony żądają tego, co należy do nich – grzechu. Dręczą, wskazując na liczne obciążające duszę grzechy i szydzą, iż miejsce jej bardziej przynależy piekłu niż niebu. Niezwykle bolesna i przerażająca to bitwa, gdyż jej wynik przesądza o losie duszy. Całe zło, nieuporządkowane namiętności, jakie tkwią w człowieku, należy oddać. Niebezpieczeństwo jest wielkie, gdyż dusza zostaje jedynie z tym, co należy do Boga. Zawstydzona tym, jak niewiele jej pozostało po odjęciu zła, lub nie godząc się na utratę „siebie” na rzecz demonów, może przejść na stronę dręczycieli. Nie tyle Bóg potępia duszę, ile raczej sama dusza decyduje się na porzucenie Boga.

Stan, w którym znajduje się dusza po śmierci, nie oznacza bierności. Jest to czas nasycony aktywnością; dusza „dojrzewa”, walczy. Wszyscy włączeni w Mistyczne Ciało Chrystusa uczestniczą w tym w sposób twórczy, ofiarując swoje modlitwy za zmarłych.

Dostojewski, częsty pielgrzym do świętych starców, chociażby tylko do Pustelni Optyńskiej, z pewnością znał wyobrażenie pośmiertnych komór celnych. Wiedział także, że święci Pańscy, już tu na ziemi znajdujący się blisko Boga, byli nietykalni na granicznych przejściach między duchowymi światami. Jednak wszyscy, bez wyjątku, mają szansę jeszcze za życia naprawić swoje błędy. Ważne jest rozeznawanie duchowe, odczytywanie znaków. Jednym z nich może być sen.

Wiara nie jest i nie może być spokojnym strumieniem. Spotkanie z Bogiem jest niebezpieczne. Straszną rzeczą jest wpaść w ręce Boga żywego, mówi Pismo (Hbr 10, 31), co Pasterz Hermasa powtarza na swój sposób: „Bóg nie opuści nas, zanim nie złamie nam serca i nie pogruchocze kości”. Klemens Aleksandryjski doda łagodniej, lecz wciąż z tą samą siłą, że „Przejście do obozu Boga to piękne ryzyko”. Ryzyko spotkania z Bogiem polega na tym, że w jego trakcie dokonuje się sąd nad człowiekiem. „Spotkanie z Bogiem jest zawsze kryzysem – zauważa prawosławny metropolita Antoni Bloom – a słowo to w języku greckim oznacz sąd”. Ocenione zostają zamiary i czyny. Odpadają złudzenia. Jest mnie strasznie mało.

Sen to przedśmierć. Śniące postacie Dostojewski wprowadza w stan zbliżony do śmierci. Na tak przerażającą próbę, jaką jest nie tylko kuszenie, ale i sen, naraża Bóg człowieka, który jest godny Jego miłości. Kuszenie polega na poznaniu samego siebie. We śnie przychodzą poukrywane za dnia strachy, jakimi rzeczywiście się karmimy. Przychodzą jak do swego i oskarżają. Nazywają po imieniu. W tym wszystkim – pomimo oskarżeń, pomimo nawoływania, pohukiwania złego, że „należysz do mnie” – uwierzyć. Chwycić się Boga pomimo gorzkiej, palącej wiedzy samopoznania, a nieraz wbrew niej. Podjąć walkę, stanąć w ogołacającym ogniu kryzysu. Dostojewski zachowując się jak tkacz dreamcatcher, jak pająk snów, przytrzymuje zarówno dla nas, a jeszcze bardziej dla siebie samego, śniących. Mówi: masz, przypatrz się. Nasyć się tym przerażeniem. To tylko kosmos twojego pająka.


[1] Tu i dalej podaję, o ile taka istnieje, podwójną datację listów. Nie zawsze wynika ona jedynie z różnicy między kalendarzem gregoriańskim a juliańskim, nieraz ze zmęczenia, błądzenia w czasie samego Dostojewskiego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata