70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nadal romantyzm. O książce Problemy tożsamości Michała Masłowskiego

Michał Masłowski, Problemy tożsamości. Szkice mickiewiczowskie i (post)romantyczne, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2006

Niedawna, „okrągła” rocznica wydarzeń marca `68 przypomniała  nam słynny spektakl Dziadów Adama Mickiewicza i ówczesne ożywienie ducha, rozpalone Mickiewiczowskim słowem. Nie sprowokowało to jednak większej dyskusji: czym dziś jest w naszym życiu romantyzm? Pisano o kreacji Gustawa Holoubka – jego Konrad elektryzował młodych, podrywał ich z miejsc, odsłaniając „siłę bezsilnych”. Ale sam romantyczny bohater pozostawał w cieniu. Jakby romantyzm, sól naszego dziedzictwa, stracił smak. Tym cenniejsza wydaje się książka Michała Masłowskiego i jej pytania o wartość tego dziedzictwa dziś  – z perspektywy współczesnych przemian. Zwłaszcza że niewielu polskich krytyków podejmuje tę kwestię. Przed laty podniosła ją Maria Janion w głośnym eseju Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi (Warszawa 2000). Masłowski, przypomina jej tekst, ale radykalizuje tezę badaczki: „Maria Janion ogłosiła w sytuacji przemian demokratycznych i kapitalistycznych koniec paradygmatu romantycznego” (s.17). W istocie pisała ona o wyczerpaniu się narodowo-patriotycznego wzorca romantyzmu, ale w popularnej recepcji odebrano to jako pochówek romantycznego dziedzictwa en general. Masłowskiemu idzie jednak o to, że formułę, którą Janion uznała za wyczerpaną, czyni on kamieniem węgielnym polskiej kultury. Przekonuje, że patriotyczno-religijny projekt romantyków można wpisać we współczesną świadomość (tak polską jak i europejską), a nie pielęgnować jako lary i penaty anachronicznej polskości.

Jego zdaniem spory o koniec romantycznego paradygmatu tłumią istotniejsze pytanie: czy romantyzm był uniwersalistycznym modelem kultury, mówił o wartościach wciąż potrzebnych w naszym życiu, czy okazał się formułą kompensacyjną, wyrosłą w określonej sytuacji polityczno-historycznej i tylko w niej funkcjonującą? (s. 287). Masłowski nie chce apelować, by „zachwycało, choć nie zachwyca”;  uświadamia natomiast trudne zadanie „takiej reinterpretacji romantycznego spadku, by w sposób naturalny stał się on częścią współczesnej fazy nowoczesności” (s.460).

Nim zobaczymy szczegóły tego przedsięwzięcia, warto na wstępie powiedzieć dwie rzeczy. Dla polskiego czytelnika cenna jest zewnętrzna perspektywa, z którą do problemu podchodzi mieszkający we Francji profesor Sorbony, znawca polskiej literatury, ale też inicjator i uczestnik badań nad kulturami Europy Środkowo-Wschodniej. Właśnie Europa oraz region środkowoeuropejski stanowią w ujęciu Masłowskiego dwa istotne punkty odniesienia dla oceny współczesnej wartości polskiego romantyzmu. Ważny jest też czas, z którego odczytuje on to dziedzictwo. Obszerna publikacja Masłowskiego zawiera studia i szkice pisane w latach 90. dwudziestego wieku i na początku wieku dwudziestego pierwszego. Najstarszy tekst pochodzi z 1983 roku, ale został opatrzony komentarzem w 2006. To wyjątek –  pozostałe rozprawy powstały po przełomie `89 i idą krok w krok za przemianami w polskiej kulturze, wynikłymi z politycznej i ekonomicznej transformacji. Siłą rzeczy Masłowski rozlicza się z nadziejami, jeszcze niedawno nawiązującymi do romantycznej, całościowej idei kultury, która łączyła społeczne, polityczne i religijne aspekty życia.  „Solidarność” i hasła etyzacji polityki, dopełnione w 1989 roku wizją „społeczeństwa obywatelskiego”, idea Kościoła jako żywej wspólnoty wiary promującej postawy „chrześcijańskiego prometeizmu” – byłyby to tylko nasze mity po raz ostatni wcielające romantyczne idee? Czy musiały ulec politycznej i ekonomicznej „normalności”? „Dyskurs o etyzacji polityki” – pisze Masłowski – „ucichł po 1989 roku, odtąd nie służy już opozycji wobec totalitarnej władzy. Czy przetrwa próbę wolności i demokracji oraz kapitalistycznej dzikiej gry? W każdym razie w myśli kulturalnej Polski i innych krajów tego regionu Europy zasada ta jest silnie zakorzeniona – zasada traktowania jako fundamentu polityki sokratycznej troski o duszę, która może nadać sens ustrojom, ruchom, losom” (s. 91). Dziś to pytanie brzmi gorzko. Dyskurs o etyzacji polityki nie umilkł, jest wręcz nadużywany, pojawia się jednak w formie jakiejś parodii samego siebie. Czy jest nam pisane stać się ludźmi rozsądnymi, „uspokojonymi”, na modłę tego uspokojenia, jakiego w swoim czasie żądano od Mickiewicza, oferując mu za to, jak zwierzał się poeta, bardzo wiele? W Europie – cytuje Masłowski za francuskim myślicielem Michelem de Certeau – „rezerwy wiary się skończyły” (s. 23), ale jakże często słyszymy – nie wymyślono nic lepszego niż pozbawiona złudzeń demokracja. Gdzie tu miejsce dla „ludzi szalonych”? Masłowski przypomina uwagę Julisza Mieroszewskiego, bliskiego współpracownika Jerzego Giedroycia: „Gdyby nie było romantyków i ich marzeń, realiści nie wiedzieliby, co należy robić” (s. 74).

Po co więc Europie, pytajmy dalej za Masłowskim, polski romantyzm? Oskarżany o hermetyzm, ideowy anachronizm, megalomanię narodową, ośmieszany z powodu dewocyjnej, jak się wydawało, religijności? I po co nam samym nasz romantyzm, którego uczyliśmy się na pamięć tak długo, aż wydaje się, że nie potrzebujemy go więcej?

Zacznijmy od kryzysu. Stwierdzenie, że cywilizacja europejska jest w nim pogrążona to truizm, lecz pytanie o jego miejsce w europejskiej kulturze warto zadawać. Masłowski przywołuje tezę m.in Stanisława Brzozowskiego, iż „podważanie własnej podstawy” to „(…) najbardziej typowa cecha kultury europejskiej, jedynej w historii, która przechodząc przez kolejne kryzysy, okazała się zdolna do osiągnięcia wyższych etapów samorealizacji” (s. 322). Kryzys nie jest chorobą, lecz etapem duchowego rozwoju na poziomie jednostki, narodów i Europy. Masłowski pojęcie to często łączy z antropologicznymi koncepcjami „rytuału przejścia” i inicjacji. Blisko tu do interpretacji Georga Simmla, który w tragicznym roku 1918, gdy Europa lizała wojenne rany, w esejach na temat tragedii kultury i jej konfliktu (Filozofia kultury. Wybór esejów, Warszawa 2007), nie przyjmował diagnozy „choroby”. Tragiczny rytm kultury – pisał – polega na tym, że jest ona ustawicznie zagrożona i tylko dzięki nieustannym przeciwdziałaniom może zachować równowagę (s. 81). „Kultura jest ustawicznie powstrzymywanym kryzysem”, ale choć jego rozmiary mogą nami wstrząsać i sprawiać wrażenie czegoś odległego od naszych rozterek,  przecież to „kryzys – jednocześnie głęboko nam znany (…), gdyż jest on w każdym z nas, świadomie lub nie, kryzys własnej duszy” (s.81).

Pokonanie załamania kultury jest więc bezpośrednio związane z postawami aktywizmu. Tu właśnie – zdaniem Masłowskiego – kryje się wciąż aktualna oferta, jaką dla Europy ma polski romantyzm. Badacz pisze o „wierze kulturowej” stanowiącej „wspólny mianownik polityki, religii i kultury”. Polega ona „na zaangażowaniu osobistym w realizację wartości, traktowanych – świadomie czy nieświadomie – jako absolutne”(s. 90). Taka postawa ma nieocenioną wartość w sytuacji, gdy remedium na współczesny krach jest „potrzeba rehumanizacji stosunków społecznych, uznania różnic kulturowych, pierwszeństwa dla praw człowieka nad władzą państwa” (s. 343). W spuściźnie romantyków zapisano lekcję buntu człowieka przeciwko bezdusznej Instytucji (czy będzie nią opresywne państwo czy zinstytucjonalizowany Kościół), lekcję budowania wspólnoty o więzach żywych i wartościach wcielanych w indywidualne życie. Jako propozycja uniwersalna, a nie tylko narodowa, polski romantyzm stwarza filozoficzną i antropologiczną strukturę, w której budowanie tożsamości dla siebie, dla innych i dla Boga (s.147) to trzy komplementarne etapy rozwoju człowieka. Nic jednak nie odbywa się bez kosztów: Masłowski zwraca uwagę, i są to bardzo ciekawe strony jego rozważań, że idea autonomii społecznej oraz wspólnoty jako wartości nadrzędnej wobec instytucji, miały swoją cenę. W polskim porządku kulturowym „bezpośrednie związki międzyosobowe >>zastępują<< maszynę państwa i jego dyskurs ideologiczny. Koherencja społeczna opiera się na wspólnocie wartości”(s.112), ale z negatywnych aspektów tego paradygmatu: „najgroźniejsza jest zapewne tendencja do projekcji zła na wszystko, co zewnętrzne: na obcą władzę – a teraz na swoją, ale też >>obcą<< politycznie, religijnie bądź osobowościowo; na inne kraje i zepsucie Zachodu, na >>okoliczności<< historyczne, ekonomiczne, socjalne” (s. 112). Doświadczenie wspólnoty jako podstawowej formy społecznych związków wytworzyło określony typ legitymizacji władzy, inny niż w państwach zachodnich i mogący sprzyjać tendencjom warcholskim. Masłowski pyta: „czy wymiar polityczny zbiorowego życia uzyska kiedyś moralny szacunek w społeczeństwie?”(s.113). Nie! – odpowiadamy instynktownie, póki w polityce będzie się dziać to, co się dzieje. Jednak niezależnie od oburzenia serwowanym nam na co dzień politycznym spektaklem przyznajmy, że romantyzm polski ten aspekt naszego życia pozostawił w niedorozwoju, nie wypracował wzorów kulturowych, ani dla społeczeństwa, ani dla polityków. Był jednak uzupełniany obywatelską lekcją Norwida, czy późniejszymi reinterpretacjami romantyzmu, w tym tak istotnymi jak przekaz Józefa Tischnera czy Karola Wojtyły.

Wskazany niedostatek romantyzmu nie jest jedynym. Masłowski wielokrotnie wraca do problemów romantycznego upodrzędnienia jednostki wobec zbiorowości, cytuje Norwida, który pisał „gdy życie zbiorowe staje się wszystkim, jednostka flaczeje” (s. 351), zajmuje się konfliktem między romantyczną miłością do Innego a solipsyzmem, wręcz egotyzmem postawy romantycznej. W jego ujęciu romantyzm nie jest więc bezproblemowy i jednoznaczny, nie dziedzictwem pozbawionym ambiwalencji.

A jednak pozytywy przeważają nad negatywami. Gdy dzisiejszą Europę zdominował wywiedziony z oświecenia, „kartezjański”, racjonalistyczny uniwersalizm, zbyt bezosobowy, jak się okazało z biegiem czasu, zbyt – pisze Masłowski – imperialny, uniwersalizm polskiego romantyzmu jest alternatywą. Afirmuje „doświadczenie i pamięć historyczną narodów, ich dynamizm kulturowy i ich cele historyczne” (s. 342), o ile nie ugrzęźnie w etnicznych fanatyzmach, lecz jako punkt docelowy traktuje budowę świata przenikniętego etyką chrześcijańską.

Takie postawienie sprawy także dziś może wydać się mało realne: jak z szeregu partykularnych pamięci historycznych i kulturowych indywidualizmów uczynić jedność? Europa Środkowo-Wschodnia, której doświadczenie wielokrotnie przywołuje Masłowski, przeciwstawiając je doświadczeniu Europy Zachodniej, wcale nie mówiła „jednym głosem”. Mesjanizm polski miał swego oskarżyciela m.in w mesjanizmie ukraińskim, który Ukrainę czynił Chrystusem narodów, zdradzonym również przez siostrę – Polskę, co to wtrąciła go do grobu, lecz i siebie tam pociągnęła. Idea „etyzacji polityki” również nie rozwijała się „gładko”. Masłowski pisze: „Ten typ więzi miedzy etyką a polityką jest właściwy nie tylko kulturze polskiej, ale szerzej tradycji państw Europy Środkowej. Wyrazy jej są przeróżne: od słynnego zdania „raczej Chrystus niż cezar” Tomasza Masaryka, poprzez koncept „antypolityki” Györga Konrada, aż do pism Michnika zredagowanych w więzieniu – o etycznych zasadach polityki” (s.90-91). Nie można jednak zapominać, że różne koncepcje etyzacji polityki w obszarze Europy Środkowo-Wschodniej nierzadko wchodziły w kolizję. Ile gorzkich słów pod adresem polskiego mesjanizmu i polskiej idei wolności wypowiedzieli Czesi? Nie atakowali samej idei walki o wolność (jak byłoby nam wygodnie sądzić), lecz głoszenie idei wolności z jednoczesnym gwałceniem praw innych – atakowali to, co rozpoznawali jako hipokryzję naszej idei wolności. A głos Ukraińców w tej sprawie? A jednak w uwspólniającej doświadczenie środkowo-europejskie klamrze, jaką stosuje Masłowski, jest doniosła racja. Bo niezależnie od wewnętrznych sporów refrenem środkowo-europejskich głosów była „niewystarczalność tego, co jest”.

W nietłumaczonej na język polski mikropowieści czeskiego pisarza, Jiřího Šotoli (starał się przyzwoicie przejść przez „ucho igielne” praskich reform, a potem ponurego okresu „normalizacji” po `68 roku, lecz nie całkiem mu wyszło), znajdujemy to pytanie: „czy mamy tylko to, co jest”?(Osmnáct Jeruzalémů, Praha 1986). I wiarę, że gdzieś jest  „tajemnica. Nieskalana świerzbem, nowonarodzona, oczyszczona z kału, brudu, i błota. (…) Za tym mrokiem (…) Tylko przejść. Pospieszyć się. Nie stracić odwagi” (s. 219). Jeśli z tego zrezygnujemy „wtedy nie będzie nic, nic się nie urzeczywistni z tego, co nam ślubuje marna nadzieja, będziemy żreć żaby, iskać sobie wszy, kraść jabłka i spotykać się z powszechną drwiną” (s. 83) Utrata  metafizycznego horyzontu sprawia, że  wszystko staje się niepewne i wątpliwe (s. 134). Taką perspektywę rysuje czeski pisarz, skądinąd niezbyt pobożny, w dodatku  reprezentujący kulturę kojarzoną z głęboką sekularyzacją.

Nie bez powodu przytoczyłam ten przykład. Na doniosłość wymiaru transcendencji, choć transcendencji rozumianej specyficznie, wielokrotnie zwraca uwagę Masłowski, pisząc, że właśnie ona nadawała polskiemu romantyzmowi charakter uniwersalny. Badacz broni wartości religijnego buntu, broni postawy Mickiewicza oskarżanego o herezję. To często ludzie dalecy od religijnej ortodoksji: Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Leszek Kołakowski „wyrażali i kształtowali wiarę współczesnego Polaka, kształtując jednocześnie powolne przemiany myśli religijnej” (s. 90). Żarliwa wiara Mickiewicza chadzała różnymi ścieżkami, czasem zbłąkała się na manowce, ale jej istotą było przekonanie, że „kopułę św. Piotra w ruinach, spadającą ludziom na głowy”, o czym pisał Krasiński, trzeba ratować: „nieprzeliczony zastęp ludzi szukających Kościoła przyszłości” podtrzyma tę kopułę. „Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego (…) aby się znowu stała bazyliką całego świata”(s.182). Książka Michała Masłowskiego obfituje w bogactwo wątków i tematów pobudzających do myślenia, jednak te wypunktowane wydają się najważniejsze.


Michał Masłowski, Problemy tożsamości. Szkice mickiewiczowskie i (post)romantyczne, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2006.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata