70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Grabarze potrzebują wytchnienia. Wokół The Stillborn God: Religion, Politics, and the Modern West Marka Lilli

Popularni historycy wszystko pokręcili, bo najstarszą profesją jest wyrób trumien. Trumny. Rzędy trumien. Trumienna ruletka. Taką możliwość wypróbowano niedawno, dokonując makabrycznej wymiany na granicy libańsko-izraelskiej.

Myślę o zamieszaniu wokół zwłok wymienionych dla honoru i chwały przesyconych religią państw narodowych. Zostały one użyte jako symboliczna waluta ad maioram Dei gloriam. Czy nie czujemy się jednak bezpieczniej, żyjąc w zsekularyzowanym Zachodzie, gdzie takie scenariusze wydają się niemożliwe?

W końcu zmierzch idoli mamy już za sobą.

Żyjemy po epoce, którą historyk idei – Mark Lilla – nazwał w swojej ostatniej książce The Stillborn God „Wielkim Rozdziałem”. Ten rozdział polega na prywatyzacji religii i jej usunięciu ze sfery publicznej. Rozłam między religią i polityką jest tak potężny, że zdaje się otchłanią. Nawet w tak religijnej Polsce nikt nie spodziewa się, by prawa miały być bezpośrednio dyktowane przez episkopat. Większość Polaków chce odniesienia do Boga w konstytucji UE, ale byliby równie zaszokowani jak Francuzi lub Duńczycy, gdyby jakikolwiek fragment konstytucji miał być wprost wywiedziony z Symbolu Nicejskiego.

Mark Lilla przekonuje, że ów rozdział jest znacznie młodszy, niż bylibyśmy skłonni  przyznać. Odnotowuje, że jeszcze podczas drugiej wojny światowej zachodni politycy wciąż na różne sposoby posługiwali się dyskursem religijnym lub choćby quasi-religijnym językiem mesjanistycznym. Jego książka jest polityczną genealogią, która ma pokazać, jak doszło do tego, że znaleźliśmy się w miejscu, gdzie dziś jesteśmy; od Lewiatana Hobbesa, oświecenia, teologii liberalnej do sekularnej Europy i Stanów Zjednoczonych. Ta opowieść jest ostrzeżeniem, bo wedle Lilli „poroniony Bóg” (stillborn God) teologii liberalnej odniósł porażkę i był po części odpowiedzialny za zachętę do barbarzyństw XX wieku.

Woody Allen stwierdził kiedyś: „Dla ciebie jestem ateistą, a dla Boga lojalną opozycją”. Taką wartość ma The Stillborn God dla osób, które dysponują pewną teologiczno-historyczną wiedzą. Jest ona prowokującą do dyskusji opowieścią, która zadaje właściwe pytania, podsuwając zarazem rozczarowująco chybione, antyreligijne odpowiedzi. Argumentację przeprowadzoną w książce można sprowadzić do postaci następujących dobrze postawionych pytań: a) Czy potrzebujemy Lewiatana Hobbesa, by  uratował nas od religii? b) Czy religijne idee mesjańskie są nierozerwalnie związane z przemocą? c) czy agresywny sekularyzm i teokracja są jedynymi dostępnymi nam dzisiaj opcjami, gdy wkraczamy na obszar religii i polityki? Wierzę, że zastanawiając się nad  pytaniami Lilli i bardziej kompetentnymi odpowiedziami danymi przez innych, możemy zyskać pełniejsze zrozumienie najtrafniejszej i najzwięźlejszej tezy książki Lilli: „Zmierzch idoli został odroczony”.

Wywód Lilli jest osnuty wokół zaskakująco prostego twierdzenia – „Tomasz Hobbes był mądry”. Mądrość Hobbesa wzięła swój początek z inicjacji w Wielki Rozdział, która dokonała się na drodze pośredniego ataku na wiarę (krytyka wyobraźni religijnej zamiast bezpośredniego ataku na Boga). Najwyraźniej była to radykalnie nowa i epokowa strategia. Hobbes „dowiódł”, że człowiek polega na Bogu, aby załagodzić swe lęki przed chaosem, lecz ta zależność wspiera się na danych, które są zapośredniczone przez niewiarygodne struktury kościelne, mglistość Objawienia i wysnutego z niego dogmatu – co ostatecznie prowadzi do spotęgowania lęków. Lewiatan powstawał podczas angielskiej wojny domowej, kiedy wojny religijne pustoszyły kontynent europejski. Lęki te i wynikające z nich bellum omnium contra omnes mogłoby być znacznie skuteczniej powstrzymane przez władcę absolutnego, który posłużyłby się bezpośrednią świecką siłą w celu wymuszenia na stronach konfliktu pokojowego rozejmu. Wedle Lilli Hobbes jest prawdziwym intelektualnym bohaterem ze względu na wynalazek formy sprawowania rządu opartej wyłącznie na władzy świeckiej, ponieważ ostatecznie uchronił nas od mglistych dogmatów i trumien ad maioram, które są wciąż utrapieniem w wielu miejscach Ziemi.

Główny problem tkwi w interpretacji Hobbesowskiej teorii suwerenności – później zdemokratyzowanej przez Locke’a, Hume’a i innych – jako sekularnego wybawcy od przemocy religii.  Czy rzeczywiście powinniśmy być wdzięczni Bogu za to, że wycofał się ze świata, dzięki czemu od XVII wieku Zachód nie był już więcej świadkiem wojen religijnych? William T. Cavanaugh w swojej zwięzłej, dobrze uargumentowanej książce teologicznej  Theopolitical Imagination (T&T Clark,  London 2003) zamiast tego przekonuje, że „>>wojny religijne<< nie były wydarzeniami, które wymusiły narodziny nowoczesnego państwa; w istocie były one bólami porodowymi nowoczesnego państwa”. Innymi słowy mitowi wojen religijnych zadaje kłam nawet najbardziej pobieżny rzut ona na wydarzenia historyczne. Wojny te nie przebiegały wedle podziałów religijnych. Znacznie częściej brali w nich udział katolicy walczący przeciw innym katolikom, którzy stawali u boku kalwinów, luteranów (możliwych kombinacji było sporo). Nie było wojny, która miałaby rozstrzygnąć doktrynę przeistoczenia, w zamian mieliśmy wojny, które miały wyznaczyć granice państw – Francji, Niemiec itd. A zatem, zdaniem Cavanaugha jest sporo nieuczciwości w sekularnej quasi-eschatologii, która pokazuje nowoczesne państwa narodowe jako koniecznych wybawców od religijnej przemocy. Znacznie bardziej rozsądne wydaje się pójście w ślady René Girarda, który przekonuje, że przemoc skrywa się za każdym porządkiem politycznym, czy będzie on świecki, czy religijny.

Ponadto książka rozważa, czy myślenie mesjanistyczne prowadzi do przemocy. Lilla zrobił karierę, pisząc na ten ważny temat. Jego słusznie chwalona książka Lekkomyślny umysł była próbą kontynuacji klasycznego dzieła Miłosza – Zniewolonego umysłu. Przekonywał w niej, że prominentni zachodni intelektualiści (Heidegger, Schmidt, Benjamin, Foucault itd.) angażowali się w totalitarną politykę ze w względu na swe wcześniejsze sympatie do mgliście mesjanistycznych idei. Idee mesjanistyczne są bardziej teoretycznie potraktowane w The Stillborn God. Ich znaczenie dla szerszej argumentacji i ich domniemana ambiwalencja wychodzą na jaw w cytatach użytych przez Lillę dla obramowania wywodu w pierwszej części książki. Lilla cytuje w tym miejscu dwa eschatologicznie zabarwione fragmenty Ewangelii, które są wyraźnie sprzeczne: „królestwo Boże pośród was jest” (Łk 17, 20-21) oraz „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18, 36). Lilla wierzy, że ta immanentna ambiwalencja Biblii musi powodować sekciarskie rozłamy, które będą prowadzić do doktrynalnych sporów, a ostatecznie do politycznego konfliktu. Zatem religia Księcia Pokoju na pozór przemoc ma doktrynalnie wpisaną w samą swą istotę. Ergo, chrześcijaństwo nie może być podstawą stabilnego porządku politycznego. Dowody, które przytacza Lilla, są  widoczne gołym okiem: krucjaty, inkwizycja, wojny religijne – zatem ci wszyscy podejrzani z urzędu.

Lilla, skupiając się na teoretycznych sprzecznościach wpisanych w doktrynę chrześcijańską, nie dostrzega, że w sumie częściej przynosiły one pozytywne skutki praktyczne. Wystarczy przeczytać akapit w książce Rodney’a Stark’a The Victory of Reason (Random House,  New York 2005), by dostrzec ograniczenia Lilli. Stark pokazuje, jak historyczne chrześcijaństwo stworzyło liberalny porządek polityczny tak ceniony przez Lillę, a zarazem nie kwestionuje wszystkich ślepych zaułków, którymi zajmuje się Lilla: „Chrześcijaństwo stworzyło zachodnią cywilizację. Gdyby zwolennicy Jezusa pozostali nieokreśloną sektą żydowską,  większość z was nie nauczyłaby się pisać, a reszta czytałaby z ręcznie spisanych zwojów. Bez teologii oddanej rozumowi, postępowi i moralnemu równouprawnieniu dziś cały świat byłby tym, czym społeczeństwa pozaeuropejskie gdzieś około 1800 roku: światem pełnym astrologów i alchemików, ale nie naukowców. Światem despotów pozbawionym uniwersytetów, banków, fabryk, szkieł optycznych, kominów i pianin. Światem, w którym większość dzieci nie dożywałaby piątego roku życia, a wiele kobiet umierałoby przy połogu – światem rzeczywiście pogrążonym w >>wiekach ciemnych<<”. Ocena zależy zatem od tego, jak wyważy się pozytywne i negatywne osiągnięcia polityczne chrześcijaństwa i jego mesjańską misję.

Ostatnie trzy zdania The Stillborn God są intelektualnym wezwaniem do broni sekularystów. Lilla formułuje tam następujący apel: „Stawialiśmy na to, że mądrzej jest pilnować się przed siłami rozpętanymi przez biblijne obietnice mesjańskie niż próbować je wykorzystywać dla dobra wspólnego. Zdecydowaliśmy, by nasza polityka pozostała nieoświecona przez światło objawienia. Jeśli nasz eksperyment ma się powieść, musimy opierać się na naszej własnej jasności”. W konkluzji tej widać element lęku. Lilla pośrednio sugeruje czytelnikom, by byli czujni, jeśli chcą uniknąć następnej katastrofy, ponieważ dla autora The Stillborn God teologia w polityce jest wiecznym zagrożeniem. Wybór jest wyrażony alarmistycznie w formule „albo-albo”. Wydaje się, że odpowiedź nie podlega dyskusji. Nasz rząd powinien być czysto sekularny, a w domyśle – agresywnie sekularny i trzymający się od religii z daleka, ponieważ w przeciwnym razie odezwie się religijny mesjanizm, który zacznie dzielić i niszczyć nasze niepewne dobro publiczne.

Takie spojrzenie na politykę zostało zasadniczo podane w wątpliwość, ale tym razem przez dynamiczny ruch teologiczny – Radical Orthodoxy. Tworzą go młodzi anglikańscy i katoliccy intelektualiści z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, którzy mają dobre rozeznanie w historii teologii i genealogii zachodnich idei. Pojmują oni ortodoksję chrześcijańską i jej praktyki liturgiczne jako najbardziej skuteczny czynnik pokoju w obszarze polityki. Członkowie Radical Orthodoxy, których dobrą wizytówką jest tom artykułów programowych Radical Orthodoxy: A New Theology (red. J. Milbank, Routledge, New York 1998), zgadzają się, że historycznie chrześcijaństwo było odpowiedzialne za rozlew krwi, lecz tylko dlatego, że zbyt często popadało w logikę przemocy władzy świeckiej. Także dlatego, że chrześcijanie ignorowali głębsze wezwanie do eucharystycznej komunii ofiary i pokoju. Takie ujęcie pojawia się w opublikowanym niedawno artykule z „International Herald Tribune” (z 17 kwietnia 2008), w którym związany z Radical Orthodoxy Philip Blond przekonuje o pozytywnym politycznym potencjale katolicyzmu w obecnym globalnym kontekście: „W obliczu narodów niezdolnych do zjednoczenia we wspólnej sprawie globalna scena w coraz większym stopniu jest zdana na trzech ponadnarodowych aktorów: kapitalizm, islam i katolicyzm. Wpływ Kościoła katolickiego jako największej chrześcijańskiej denominacji jest tylko wzmacniany przez to, czego jego krytycy najbardziej nie lubią: jego jedność, uniwersalność i poczucie misji”. Nikt nie prosi chrześcijan, żeby przejmowali władzę, ale ich wpływ jest potencjalnie wszechświatowy i przytłaczająco pozytywny, zwłaszcza w przypadku szerzenia pokoju będącego działaniem tak centralnym dla wszystkich pontyfikatów – od Jana XXIII, zwłaszcza zaś za pontyfikatu Benedykta XVI.

Powinniśmy przypomnieć, że rewolucja francuska (o której w książce Lilli nie ma nawet jednej wzmianki!), stworzyła podwaliny nowoczesnej Europy, nowoczesnych wojen i nowoczesnego ludobójstwa (w Wandei). I znów nie ma żadnego sensu obwinianie za te błędy współczesnych Francuzów, skoro ich obecny rząd ma tak wiele wspólnego z rządem rewolucyjnym, jak miał z rządem francuskim lat 70 ubiegłego wieku. Z drugiej strony Kościół jako wspólnota oparta na ponad 2000 latach jedności ponosi nie tylko odpowiedzialność za szerzenie pokoju w teraźniejszości, ale także odpowiedzialność za grzechy przeszłości. Jest to wspólnota polityczna ze standardami odpowiedzialności, które przekraczają zobowiązania pojedynczego cyklu wyborczego. Takich zobowiązań nie można i nie powinno się nakładać na sekularnych polityków, choć mogą być one kluczowym elementem polityki pokojowej mediowanej przez Kościół.

Mój ojciec lubi powtarzać, że „z tego świata nikt nie wyjdzie żywy”. Ale to nie powód, by rezygnować z walki (o życie), bo chrześcijaństwo jest ponad wszystko religią, która rozumie swą drogę jako prawdę życia. Jej głównym celem nie jest po prostu ekspresowe przeniesienie nas do nieba. Równie ważne co walka z bramami piekła i chaosem jest wcielanie niebiańskiego pokoju na ziemi. Wcielanie niedoskonałe, które jednak dokonuje się już teraz. Im bardziej wcielamy w ten sposób przebóstwione życie (theosis), tym więcej wytchnienia mają grabarze.

Tłumaczył: Łukasz Tischner


Mark Lilla, The Stillborn God: Religion, Politics, and the Modern West, New York: Knopf 2007. 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata