70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawa człowieka w państwie neokomunistycznym

Zachód musi znaleźć bardziej odpowiednie i pragmatyczne metody rozumienia współczesnych Chin. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że jego działania będą dość przypadkowe.

Olimpijski medalista Carl Lewis powiedział kiedyś, że istotą życia jest odpowiednie wyczucie czasu. Ponieważ w okresie poprzedzającym ceremonię otwarcia igrzysk w Pekinie oraz podczas samych zawodów miliardy czujnych par oczu na całym świecie będą się przypatrywać Chinom, wielu obserwatorów tego kraju ma nadzieję, że stworzy to odpowiednią możliwość promocji idei praw człowieka i wolności politycznej w tym kraju. To życzenie mogłoby się sprawdzić, gdyby tylko wspólnota międzynarodowa – lub jej część – zajęła zdecydowane stanowisko i skorzystała z okazji, by wysłać Pekinowi czytelną wiadomość w tej sprawie. Spośród wielu strategii, które wobec Chin stosują inne państwa, trudno wybrać jedną, która najlepiej wykorzystałaby szansę, którą niosą ze sobą igrzyska.

Mnogość spojrzeń na Chiny wiąże się z gwałtownym rozwojem ekonomicznym tego kraju, który budzi w nas równocześnie podziw i strach, optymizm i lekceważenie. Kiedy pierwszy raz stajemy pod wystrzelającymi w niebo drapaczami chmur i jarzącymi się neonami nocnego Szanghaju lub Pekinu, kiedy czujemy wibrującą energię tych miast, nasza czujność może szybko ulec uśpieniu i skłonni jesteśmy uwierzyć, że są to normalne, tętniące życiem centra miejskie wschodniej Azji, podobne do Seulu czy Tajpej. Ale prawdziwe Chiny różnią się nieco od rozwiniętej ekonomicznie i demokratycznej Korei Południowej – podobnie jak różni się od niej autokratyczna i anachroniczna Korea Północna. Tradycyjny model komunistycznej gospodarki jest tam, jak powiedziałby Marks, „skażony” kapitalistyczną chciwością; silny, smoczy chwyt, za pomocą którego władza trzyma w ryzach całe społeczeństwo, budzi przerażenie.

Definiowanie Chin w kategoriach systemu politycznego i ekonomicznego staje się coraz trudniejsze, mamy bowiem do czynienia ze społeczeństwem, które pokazuje światu różne oblicza. Ekonomiści i sinolodzy jednakowo zawodzą, gdy przychodzi do wyjaśnień: do opisu Chin używają pojęć tak różnych jak: „kapitalizm państwowy”, „socjalizm z chińską (lub nazistowską) twarzą”, „neoleninizm”, „socjalizm zorientowany na rynek” – lub łączą je ze sobą. Takie hasła oddają chińską rzeczywistość tylko częściowo.

Większość państw świata jest obecnie zaangażowana w jakąś formę handlu z Chinami. W efekcie niektóre rządy sprawiają wrażenie, że gotowe są zignorować fakt, iż Chiny ciągle pozostają krajem, w którym rządzi jedna partia,  Komunistyczna Partia Chin (KPCh), oraz że – w przeciwieństwie do byłych państw bloku wschodniego – kraj ten nigdy nie porzucił dyktatury komunistycznej. Stanom Zjednoczonym sformułowanie spójnej polityki wobec Chin utrudniają – rosnący deficyt w handlu z Chinami oraz olbrzymie zadłużenie w chińskich obligacjach rządowych. Podobnie zaangażowane w handel państwa członkowskie Unii Europejskiej (zarówno wspólnie jak i w pojedynkę) martwią się deficytem handlowym w stosunkach z Chinami.

Chiny – wyjątek czy zagrożenie?

W środowisku obserwatorów chińskiej rzeczywistości modne jest dzisiaj być członkiem jednego z dwóch przeciwstawnych obozów: zwolenników „chińskiego wyjątku” lub „chińskiego zagrożenia”. Popierający pierwszą z tych koncepcji rekrutują się zwykle spośród intelektualistów uniwersyteckich o poglądach lewicowych oraz biznesmenów i inwestorów: argumentują, że Chiny nie są już starym, demonicznym państwem komunistycznym. Niektórzy z nich utrzymują wręcz, że są tak samo kapitalistyczne jak Zachód. W obozie tym dominuje przekonanie, że sam tylko rozwój ekonomiczny uczyni kraj wolnym i cokolwiek chiński reżim uczyni „po drodze”, będzie to tylko etap wyboistej drogi ku bardziej demokratycznemu społeczeństwu. W roli kierowcy wystąpi coraz liczniejsza i coraz bardziej wpływowa klasa średnia. Ten dominujący obecnie pogląd wspiera politykę ustępstw, nawet w obliczu przypadków jawnego naruszania praw człowieka przez Chiny oraz panującego tam systemu politycznego niezreformowanego od czasu, gdy trzy dekady temu rozpoczęto przemiany ekonomiczne. Zimna wojna się skończyła: bycie antykomunistą jest już outré a socjalizm znów może być akceptowany – przekonują jego zwolennicy.

Z kolei zdaniem przedstawicieli obozu „chińskiego zagrożenia” właśnie powstający nowy system ekonomiczny obejmujący państwo liczące 1,3 miliarda ludzi, które równocześnie jest jednym z najważniejszych producentów dóbr konsumpcyjnych na świecie, musi w końcu rozwinąć demokratyczne i otwarte społeczeństwo i zagwarantować stabilność w Azji i na całym świecie. Bliskie związki Chin z Koreą Północną, Iranem, Sudanem, Kubą i innymi autorytarnymi reżimami pozostają jednak niepokojące dla wolnego świata – obawa przed niepohamowanym wzrostem „Czwartej Rzeszy” jest charakterystyczna dla zwolenników poglądu o „chińskim zagrożeniu”. Ich zimnowojenna retoryka zraża jednak do siebie intelektualistów i, oczywiście, napotyka na opór ze strony zachodnich inwestorów liczących na zysk z taniego rynku pracy w Chinach.

Obawy przedstawicieli obozu „chińskiego zagrożenia” nie są do końca bezpodstawne. W roku 2006 Chiny ogłosiły prawie 15 procentowy wzrost wydatków wojskowych – do 35 miliardów dolarów rocznie (analitycy amerykańskiego departamentu obrony szacują te wydatki na poziomie od 70 do 105 miliardów dolarów)[1]. Zważywszy na brak poważnych rywali w najbliższym sąsiedztwie Chin, Pentagon i Unia Europejska zastanawiają się nad powodem takich decyzji. Co więcej, Pekin wydał do tej pory około 1 miliarda dolarów na inwigilację Internetu i cenzurę wymierzoną przeciwko własnym obywatelom uczestniczącym w około 87 tys. zamieszek i protestów  oficjalnie odnotowanych przez chińskie władze w 2005 roku[2]. Wydaje się, że rację mają ci analitycy, którzy sugerują, że Chiny wybrały taką formę gospodarki rynkowej, która kłoci się ze zwyczajami wolnych społeczeństw.

Który z dwóch obozów ma rację? Oba poglądy mają pewną wartość, ale podstawowym ograniczeniem każdego z nich jest fakt, że swe źródła wywodzą z jednej tylko ideologii politycznej – liberalnej lub konserwatywnej. Zachód musi znaleźć bardziej odpowiednie i pragmatyczne metody rozumienia współczesnych Chin. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że jego działania będą dość przypadkowe. Uważam, że najwięcej korzyści przyniosłoby uznanie Chin za państwo „neokomunistyczne”, różniące się wyraźnie od tradycyjnego państwa komunistycznego, choć nie tak bardzo jak chciałoby wielu.

Państwo neokomunistyczne 

Jeszcze nie tak dawno temu Chiny były typowym, stalinowskim państwem komunistycznym, ukształtowanym na wzór Związku Radzieckiego. Wyznawały tradycyjną komunistyczną doktrynę walki klas – proletariatu i burżuazji – w której KPCh polegała na tej pierwszej, znajdując wsparcie wśród chłopów i robotników. W odróżnieniu od Mao i jego współpracowników, ostatni przywódcy Chin, Jang Zemin i Hu Jintao, odziedziczyli swą władzę po poprzednikach i uwiarygodniając swoje rządy, nigdy nie mogli podpierać się przeszłością rewolucyjną. Utrzymanie władzy przez KPCh stało się natomiast możliwe dzięki wzrostowi ekonomicznemu.

Dziś reżim łączy przymus z patronowaniem interesom biznesu, elit intelektualnych, przedstawicieli rządowej biurokracji oraz inwestorom zagranicznym – tak może zachować swój wpływ i znaczenie. Porzucił tradycyjnego partnera: liczącą 800 milionów klasę chłopów, z których, według danych Banku Światowego, ponad 150 milionów żyje za mniej niż dolara dziennie[3]. KPCh wcześniej zmonopolizowała i przejęła kontrolę zarówno nad bogactwami materialnymi, jak i środkami produkcji. Teraz chce dzielić część tego bogactwa z niektórymi Chińczykami, co w zamyśle ma być zastępczą formą dzielenia się samą władzą. Dążenie do pomnożenia bogactwa sprawiło, że pod rządami Deng Xiaopinga KPCh zliberalizowała chińską gospodarkę planową i porzuciła izolacjonizm na rzecz integracji ze światową gospodarką.

KPCh przez lata podkreślała znaczenie swojej filozofii zawartej w hasłach: „stabilność ponad wszystko” oraz „harmonijne społeczeństwo”, choć chińskie społeczeństwo nie jest ani stabilne, ani harmonijne. Szukała również sposobu na przedłużenie swojej długowieczności poprzez wpisanie zasady „Trzech Reprezentacji” do konstytucji[4]. Począwszy od 2005 roku trwa tzw. baoxian zundong – „kampania zabezpieczania osiągnięć partii komunistycznej”. Co ciekawe, w rozporządzeniach lokalnych struktur KPCh wciąż broni się idei „rozprzestrzeniania światowej rewolucji za pomocą przemocy”, w myśl zaleceń Marksa. Zaś trwająca wciąż bezwzględna rozprawa z niesubordynowanymi intelektualistami, prawnikami, praktykującymi falungong, Tybetańczykami i innymi grupami pokazuje, że Pekin nadal rządzi – bardziej nawet niż za czasów starego, komunistycznego państwa – przy pomocy przemocy, terroru i cenzury.

Co jednak najbardziej znaczące, KPCh wchłonęła teraz kapitalistów w szeregi swoich członków, pozyskując w ten sposób do obozu komunistycznego osoby zamożne. Firmy zagraniczne zaangażowane w spółki typu joint venture muszą zezwolić na otwieranie w swoich chińskich oddziałach komórek partyjnych. Deng Xiaoping, wprowadzając Chińską Republikę Ludową w epokę nowoczesności, wyciągnął wnioski z wydarzeń w innych krajach byłego bloku wschodniego: włączył lewy kierunkowskaz, ale skręcił w prawo. Manewr skończył się sukcesem i ocalił KPCh. Deng, by przetrwać, zdjął kurtkę Mao i założył zachodni garnitur – ale pod nim wciąż biło komunistyczne serce. Tak oto narodziło się prawdziwe neokomunistyczne państwo.

Państwo neokomunistyczne jest tworem skomplikowanym. Zachowało typowy dla tradycyjnego państwa komunistycznego model, w którym jednostki są słabe, a ręka państwa – silna. Jego wojskowa i rządowa machina biurokratyczna nie przeszkadza, gdy przychodzi poradzić sobie z pojedynczą jednostką, grupą lub całym narodem. Potrafi działać szybko i skutecznie i nie powstrzyma się w tym działaniu przed niczym. Podczas gdy większość spośród wolnych państw świata to na ogół państwa „słabe”, w których uścisk państwowej ręki jest lekki, a jednostki lub zbiorowości są upoważnione do udziału w rządzeniu przez reguły prawa, państwo neokomunistyczne zawsze będzie dysponować środkami koniecznymi do zwyciężenia nawet najsilniejszych jednostek czy korporacji. Ethan Gutmann pisze, że niektóre zagraniczne korporacje usiłujące wejść na rynek chiński zostały zobowiązane do poczynienia na rzecz rządu chińskiego pewnych ustępstw w postaci transferu technologii lub kompromisu o charakterze politycznym[5]. Świat patrzył, często zupełnie obojętnie, jak Chiny zmuszały jedną wielonarodową korporację po drugiej do gry na własnych zasadach. Do tej pory ponad 300 międzynarodowych firm z branży IT, w tym Yahoo!, Google, Microsoft i Skype, podpisało „zobowiązanie dyscyplinujące” i zgodziło się tym samym na autocenzurę Internetu w Chinach.

Chińskie oblicze sukcesu ekonomicznego nie odzwierciedla sytuacji wewnątrz kraju. Podczas gdy chińskie rezerwy walutowe szacuje się na prawie  bilion dolarów, zadłużenie kraju osiągnęło poziom 911 miliardów dolarów, co w przybliżeniu równe jest wartości 40 proc. chińskiego produktu krajowego brutto (PKB) [6]. Aby sfinansować swój dług, Chiny wydają od 25 do 30 proc. swojego rocznego PKB, podczas w 70 proc. źródłem  wzrostu PKB są bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Pod koniec 2006 roku wyniki oficjalnego audytu wykazały, że ze środków liczącego 37 miliardów dolarów funduszu ubezpieczeń społecznych sprzeniewierzono 900 milionów dolarów[7]. Wykonane niedawno studium Azjatyckiego Banku Rozwoju (ADB) wykazało, że spośród wszystkich miast kontynentu najwyższy wskaźnik zanieczyszczenia powietrza – równy 142 mikrogramom na metr sześcienny – notuje się w Pekinie. Dla porównania: norma Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynosi 20 μ/m3, zaś wyniki pomiarów wskazują na zanieczyszczenie równe 27 μ/m3 w Nowym Jorku oraz 22 μ/m3 w Paryżu[8]. Oficjalne rządowe dane statystyczne pokazują, że bezrobocie w Chinach ma w 2007 roku osiągnąć swój rekordowy poziom, a równocześnie ponad 120 milionów rolników przenosi się z wsi do miast, by tam walczyć o pracę z 15 milionami bezrobotnych mieszkańców i prawie 5 milionami absolwentów wyższych uczelni, którzy każdego roku wkraczają na rynek pracy. W rzeczywistości sytuacja może być nawet gorsza: John King Fairbank, sinolog z Harvardu, zauważył kiedyś, że Chiny są w tym sensie rajem dla dziennikarzy, ale piekłem dla badaczy, bo na większości oficjalnych danych nie można polegać.

Obudowa wizerunku

Chiny świetnie zdają sobie sprawę z zagmatwanej natury swojego wizerunku w innych krajach i zaangażowały się również w przedsięwzięcia soft-power, które w nieco bardziej subtelny sposób mają poszerzać ich wpływ. Jedna z takich strategii obejmuje otwarcie do 2010 roku na całym świecie 500 Instytutów Konfucjusza. Celem tych – zorganizowanych na wzór niemieckich Instytutów Goethego – instytucji nie jest bynajmniej nauczanie filozofii konfucjańskiej, lecz promowanie uproszczonej wersji chińskiego „przesłania” dla świata, połączonego z socjalistyczną propagandą. Warto podkreślić, że rząd w Pekinie nie współfinansuje propagowania nauk Konfucjusza w samych Chinach, a nawet, jak doniósł „Financial Times”, zdecydował się niedawno zamknąć prywatną szkołę konfucjańską Meng Mu Tang w Szanghaju[9]. Oczywiście, dla ponad 10 milionów chińskich dzieci nie posiadających w ogóle dostępu (lub posiadających go w minimalnym wymiarze) nawet do podstawowej edukacji, zamknięcie jednej szkoły nie zrobi różnicy, ale samo w sobie podaje w wątpliwość politykę wydawania przez Pekin milionów dolarów na otwieranie oddziałów Instytutu Konfucjusza za granicą i kształcenie cudzoziemców.

Na początku roku 2007 Chiny ogłosiły, że uruchomiły już 123 oddziały Instytutu Konfucjusza w 49 państwach, średnio co trzy dni otwierając nową szkołę[10]. Ponad 2 tysiące „specjalnych chińskich instruktorów” zostało wysłanych do wszystkich zakątków globu, by pomagać niektórym spośród 30 milionów ludzi, którzy uczą się chińskiego. Jonathan Zimmerman, historyk z New York University, zwrócił uwagę na podobieństwo modelu Instytutu Konfucjusza do finansowanych ze względów propagandowych w latach 30. XX w. przez faszystowskie Włochy Mussoliniego włoskich szkół językowych w Ameryce[11].

Jak zauważyła Xu Lin, szefowa Confucius Institute Project w Pekinie, „silny naród przychodzi z silnym językiem”[12]. Pozostaje jednak pytanie, czyj język powinien być silny: język Partii czy zwykłych Chińczyków?

Wraz z coraz wyraźniej odczuwaną w całym świecie obecnością neokomunistycznych Chin – zarówno w aspekcie ekonomicznym, politycznym, jak i kulturalnym – problemy, przed którymi stajemy, sprowadzają się do dwóch pytań: W jakim stopniu Chiny, jako państwo autorytarne, zmieniają nasz styl życia? I jak wiele my sami, w zachodnich społeczeństwach demokratycznych, czynimy, by zmienić ten kraj w społeczeństwo bardziej otwarte? Pierre de Coubertin, założyciel nowożytnego ruchu olimpijskiego, znany jest ze stwierdzenia: „najważniejszą rzeczą w Igrzyskach Olimpijskich jest nie zwyciężyć, ale wziąć w nich udział, podobnie jak w życiu nie jest ważne triumfować, ale zmagać się z samym sobą”.Jednak Pekin nawet nie próbuje stwarzać pozorów gry fair, czego przykładem są doniesienia o zakazie udziału w przygotowaniach i obsłudze igrzysk, który obejmuje 43 kategorie osób oraz grup – w tym  m.in. „wrogie” media, członków podziemnych Kościołów, praktykujących falungong, aktywistów prodemokratycznych i innych „niepożądanych”. Takie działania, jak wsparcie udzielane przez Pekin współodpowiedzialnej za ludobójstwo dyktaturze w Sudanie czy pobieranie organów do przeszczepów od uwięzionych członków ruchu Falun Gong, spowodowały, że znane osobistości życia publicznego na Zachodzie, takie jak aktorka Mia Farrow czy były członek parlamentu Kanady David Kligour, zaczęły wzywać publicznie do bojkotu igrzysk olimpijskich w Pekinie; bojkotu podobnego temu, który niektóre państwa zastosowały w czasie igrzysk odbywających się w 1936 roku w Berlinie pod rządami Hitlera. Inni z kolei chcieliby wykorzystać igrzyska jako okazję do przekonania Chińczyków, że w związku z olimpiadą należałoby lepiej przyswajać i wypełniać standardy dotyczące poszanowania praw człowieka oraz międzynarodowych konwencji, których są stroną.

Zwolennicy obozu „chińskiego wyjątku” i „chińskiego zagrożeniu”, pod każdym innym względem zantagonizowani, podchodzą do igrzysk w Pekinie ze wspólnym przekonaniem, że Chiny muszą stać się bardziej odpowiedzialnym członkiem wspólnoty międzynarodowej. Choć mogą występować różnice zdań co do tego, w jaki sposób ten cel może być osiągnięty, każdy z nas ma tu swoją rolę do odegrania. Igrzyska olimpijskie 2008 roku dają nam niebywałą szansę, której nie możemy przegapić.

Artykuł powstał na podstawie odczytu wygłoszonego na Internationale China Konferenz 2007 w Koenigstein, Niemcy, 30 marca 2007. Drukiem ukazał się w czasopiśmie „China Rights Forum” (nr 3/2007).

Tłumaczył: Marcin Żyła


[1] Zob. Annual Report to Congress: Military Power of the People’s Republic of China 2006, US Department of Defence, http://www.dod.mil/pubs/pdfs/China%20Report%202006.pdf.

[2] Należy zaznaczyć, że statystyki dotyczące „masowych incydentów” w Chinach są trudne do analizowania ze względu na brak spójnej terminologii. Komisja Wykonawcza Kongresu USA ds. Chin zaznacza, że media cytują liczbę 87 tys. przypadków „zakłócenia porządku publicznego” przekazane chińskiemu ministerstwu bezpieczeństwa publicznego w przeciwieństwie do „masowych incydentów”, którym to terminem posługiwały się wcześniej. Por. Ministry of Public Security Reports Rise in Public Order Disturbances in 2005, http://www.cecc.gov/pages/virtualAcad/index.phpd?showsingle=37602.

[3] Zob. Economic Achievements and Current Challenges, World Bank in China, http://www.worldbank.org.cn/English/Overview/overview_brief.htm#L1_0.

[4] Zasada „Trzech reprezentacji” została uznana za jedną z podstawowych zasad rządzenia w Chinach i wpisana do konstytucji  w 2004 roku.

[5] Zob. E. Gutmann, Losing the New China: A Story of American Commerce, Desire and Betrayal, New York 2004.

[6] Zob. M. Trumbull, Why US Speaks Softly with China on Trade, „Christian Science Monitor”, 21 września 2006.

[7] Zob. D. Barboza, China Social Security Fund Loses $900 Million in Fraud, „New York Times”, 24 listopada 2006; US$900m Misused from Social Security Fund, „People’s Daily Online” 24 listopada  2006.

[8] Zob. T. Fuller, Asian Conference Focuses on Worsening Air Pollution, „International Herald Tribune”, 15 grudnia 2006.

[9] Zob. G. Dyer, Shanghai’s Confucian School Brings Little Harmony, “Financial Times”, 29 lipca 2006. Por. także: Authority Bans Shanghai School Vaunting Traditional Chinese Teaching Methods, „People’s Daily Online”, 27 lipca 2006.

[10] Zob. Language, Culture Popularized Worldwide with More Confucius Institutes, „People’s Daily Online”, 2 stycznia 2007.

[11] Zob. J. Zimmerman, Beware China’s Role in U.S. Chinese Classes, „Christian Science Monitor”, 6 września 2006.

[12] Language, Culture Popularized Worldwide with More Confucius Institutes, wyd. cyt.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata