70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kręta ścieżka mięsożercy

Zgoda na mięsożerstwo nie musi oznaczać akceptacji dla skandalicznych warunków, w jakich transportowane są przez Europę polskie konie, ani dla tuczu przemysłowego i miejsc, gdzie świnie spędzają całe swoje życie na metalowych rusztach.

Gdyby ktoś zechciał napisać historię cierpienia zwierząt, byłaby to również historia ludzkiej hipokryzji.

Dowody są liczne. Choćby arbitralna, ustalona przez człowieka hierarchia. Życie konia czy psa ma w naszym kręgu kulturowym większe znaczenie niż życie świni, choć dotychczas nie udowodniono, że świnia jest mniej podatna na cierpienie niż nasi czworonożni przyjaciele. Koń budzi współczucie. Postarajmy się zrozumieć – te oczy, wielkie i rozumne, ta odwieczna symbioza rumaka i rycerza… To musi budować więź. Pies broni przed wrogami, ogrzewa swoim ciepłem zmarznięte stopy, tak, zdarzają się niewątpliwie chwile, kiedy pies wygląda, jakby potrafił przejrzeć naszego zbolałego ducha na wskroś. A świnia? Świnia nie dostąpiła zaszczytu ludzkiego szacunku, mimo że bez wieprzowiny i produktów ubocznych, które powstają z każdego kawałka jej ciała, nasza wygodna egzystencja byłaby poważnie utrudniona. Podobnej łaski nie zaznały kury, kozy, krowy, owce. Niewątpliwie życie owcy waży znacznie mniej niż życie psa.

Albo ten zdumiewający grymas obrzydzenia na ustach większości z nas, kiedy oglądamy obrazy z dalekiej Azji lub materiał interwencyjny z wioski, w której miejscowy chłop przetapiał psy na smalec. Tak się umówiliśmy w naszych stronach, że konsumowanie zwłok trzytygodniowego cielęcia uznawane jest za normę, natomiast konsumowanie psa – za barbarzyństwo. Jeśli zabijasz jagnię, możesz spać spokojnie, jeśli jesz psa – możesz trafić do więzienia. W Psożercach ze Svini, reportażu o romskich zbiorowościach na Słowacji, austriacki dziennikarz Karl Markus Gauss sarkastycznie zauważa: „W Europejczyku, jadającym świnie, które tarzały się w błocie, kumkające nocami w stawach żaby, w których ukrywają się nieodczarowani książęta, kury, naszprycowane antybiotykami i na koniec dławiące się własnym łajnem, wyprodukowanym w ogromnych wylęgarniach, w tym Europejczyku z jego wysoką kulturą spożywania mięsa idea, że ktoś mógłby jeść psy, wywołuje zgrozę (…). Na skali odrazy psożerca sytuuje się tylko nieco powyżej kanibala”.

A nasz stosunek do myśliwych? Z jakichś przyczyn obywatel, który strzela do swobodnie żyjącej zwierzyny, a następnie przerabia ją na kiełbasę, nosi coraz częściej w społeczeństwach rozwiniętych piętno troglodyty, występującego przeciwko porządkowi naturalnemu. Dyrektor zakładów mięsnych, rzeźni, ubojni czy właściciel farmy hodującej zwierzęta systemem przemysłowym takiego odium nie musi się obawiać.

Jeszcze inny ciekawy szczegół. Z jadłospisów najpopularniejszych restauracji rzymskich zniknęły w ostatnich latach podroby, składnik włoskiej kuchni starszy niż Forum Trajana. Jelita cielęce, śledziona, nerki, ogony wołowe – wszystko to zeszło na drugi plan, do trattorii, w których turyści nie bywają. Pozostały mięsa delikatne, kruche a soczyste, jagnięcina z prosciutto na przykład.

Możliwości są dwie – albo turyści brzydzą się jeść podroby, albo restauratorzy wstydzą się je serwować. Być może śledziona jest zbyt nieczysta, być może bije od niej zapachem nieznośnym dla naszych coraz bardziej wyrafinowanych podniebień. Wnętrzności za bardzo kojarzą się z krwią i ubojem, są, by tak rzec, bliżej gestu śmierci niż delikatne mięso. Wnętrzności to powrót do prymitywnych rytuałów, o których wolelibyśmy zapomnieć. Na marginesie zupełnie można dodać, że w polskich sklepach coraz rzadziej można kupić flaki.

Przykłady można by mnożyć, nie w enumeracji jednak rzecz, a w zestawieniu elementarnych wykolejeń logicznych z toczącą się równolegle walką o godność zwierząt. Dopiero przemieszanie tych dwóch prądów może przynieść w miarę kompletny, choć niewątpliwie paranoiczny obraz naszego stosunku do cierpienia „braci mniejszych”.

*

Również w Polsce stosunek do cierpienia zwierząt przechodzi w ostatnich latach wyraźną ewolucję. Nasz pejzaż – dotychczas wypełniony rykiem zarzynanych świń, owiec, krów, pluskiem worków z topionymi kociętami, ciałami zabijanych nieudolnie ryb, królików, kaczek, gęsi i kur – zdaje się uspokajać.

Przyznaliśmy zwierzętom prawo do odczuwania. Od wielu lat, przy okazji świąt Bożego Narodzenia, toczy się walka o godną śmierć karpia, ze wszech miar słuszna, największemu bowiem wrogowi życzyć nie wypada, by dokonywał ostatniego tchnienia dusząc się w plastikowym worku albo wannie wypełnionej wodą pomieszaną z krwią. Przeciętny obywatel zdaje sobie w znacznie większym niż kiedyś stopniu sprawę z gehenny polskich koni rzeźnych, które do Włoch dojeżdżają z połamanymi nogami, oszalałe ze strachu. Wie, że trzymanie psa na krótkim łańcuchu, bez wody i jedzenia, jest okrucieństwem. Ujawniane przez media przypadki okrutnych zaniedbań wobec zwierząt przyjmowane są niezwykle emocjonalnie, jakby w naszej wrażliwości nastąpiła rzeczywista zmiana.

Znikają widoki zrośnięte ciasno z wiejskim krajobrazem. Unijne regulacje sprawiły, że ubój coraz częściej przenosi się z podwórek do rzeźni. Topienie psów i kotów zyskało alternatywę w postaci sterylizacji. Jest coraz bardziej higienicznie, coraz czyściej, coraz mniej cierpienia rozgrywa się na naszych oczach.

W tak wyczyszczonej przestrzeni humanitaryzm splata się z obłudą. Chcemy bowiem redukować cierpienie zwierząt, nie likwidując jego rzeczywistych przyczyn. W języku specjalistów od ochrony środowiska taka metoda nosi nazwę „końca rury”. Oczywiście, kwestia, czy świnia zginie w męczarniach czy też błyskawicznie, ma wielkie znaczenie. Karp, który zdycha całymi godzinami w odrobinie wody cierpi bardziej niż karp umiejętnie uśmiercony młotkiem.

Jednak najważniejsze pytanie brzmi: czy karp w ogóle musi ginąć?

*

Wśród niewielu pewników, jakie jestem w stanie wypowiedzieć o sobie i świecie, jest i taki, że nie kocham zwierząt.

Nie kocham, choć bardzo bym chciał. Zajmuje mnie przecież los wielorybów mordowanych przez japońskich harpunników, barbarzyństwo myśliwych polujących na foki w Kanadzie brzydzi, a w chwilach wolnych amatorsko uprawiam ornitologię, co dobrze świadczy o mojej wrażliwości. Chów przemysłowy traktuję jak barbarzyństwo. I tak dalej. Jednocześnie jednak, mimo wielokrotnie podejmowanych wysiłków, nie potrafię przejść na konsekwentny wegetarianizm.

Jak by tego nie tłumaczyć – skłonnością do kulinarnych poszukiwań, tradycją wyniesioną z domu czy zwykłym lenistwem – oznacza to, że godzę się na nieuniknione cierpienie i śmierć, że składam swój podpis pod cyrografem, w którym mowa o rzeźniach, zabijaniu prądem, o węgorzach wycierających się ze śluzu w żrącej solance. Dałoby się to wszystko sprowadzić do słynnego sformułowania G. B. Shawa, który kiedyś powiedział „Zwierzęta, to moi przyjaciele, a ja przyjaciół nie jadam”. Rosnące w miarę upływu lat obrzydzenie do mięsa nie może tu służyć jako okoliczność łagodząca. Deklarowanie szacunku do zwierząt i jednoczesna zgoda na ich zabijanie jest zwykłym oszustwem. Śmierć schodzi do podziemia, ale trup pozostaje.

Nie kocham zwierząt, lecz łudzę się przynajmniej, że ta szczerość pozwala mi uniknąć ślepoty. Wraz z rosnącą świadomością dokonuje się bowiem wokół proces inny – redukujemy swoją wiedzę o niewygodnym dla nas, jako istot współczujących i humanitarnych, łańcuchu zdarzeń, takim oto, że pomiędzy uroczą świnką w chlewie a apetycznym kotletem na talerzu rozpościera się wielka przestrzeń etapów pośrednich, znaczona bólem. Zanika świadomość współodpowiedzialności za zabijanie. Cierpienie znika w przestrzeniach zaplanowanych wedle hacapowskich standardów, rozgrywa się już nie na klepisku i w gnoju, tylko wśród stali kwasoodpornej i sterylnej bieli płytek. Przestaje nas dotykać. Zrzucamy z siebie oczywistą współwinę, choć przecież to my – mięsożercy, amatorzy skórzanych kurtek, futer i dobrych butów – jesteśmy zleceniodawcami.

Refleksji nad cierpieniem nie sprzyja również fakt, że to, co ląduje dzisiaj na talerzu statystycznego Polaka, z mięsem, pozostałością, żywej, czującej istoty ma coraz mniej wspólnego. Konsumujemy błoto, ścierkę, nasączoną chemikaliami szmatę, produkt na poły sztuczny i bliższy polimerom niż niegdyś żywej istocie. Szynkopodobne, napuchnięte od wody towary w sklepach mięsnych mają więcej wspólnego z tekturą. Końcowy produkt nie jest mięsem, może więc budzić odrazę estetyczna, ale nie wyrzuty sumienia.

Z takiej perspektywy zanik wiejskiego rytuału świniobicia, przez część uczestników wspominanego jak olbrzymia trauma, przez innych jak pierwotne misterium, traci swoją jednoznaczność. Przyszły konsument częściej niż obecnie słyszał ryk, widział drgające zwłoki, być może zbierał krew do miski, potem obserwował trybowanie i porcjowanie mięsa. W pewien sposób postępował uczciwie – brał udział w zabójstwie, którego owoce później miał spożyć. Czasem, nie wytrzymując napięcia, zachowywał się jak moja matka, która w dzieciństwie uciekała od rytuału w najdalszy kąt mieszkania, a o tamtych zdarzeniach opowiada do dziś z odrazą.

Była też jednak inna możliwość, opisana przez Bohumila Hrabala w Postrzyżynach, a później sfilmowana przez Jiřego Mencla. Świniobicie zmienia się tam w bachanalia, w wielki, radosny rytuał – cień śmierci znika, przygnieciony bogactwem podrobów, mięsa i krwi, którą uczestnicy zdarzenia mażą sobie twarze. Na widok porcjowanego ciała główna bohaterka wpada w ekstazę: „Nic nie wprawiało mnie w taki zachwyt jak jasnoczerwone wieprzowe płuca, wzdęte cudownie jak gąbczasta guma, nic nie jest tak namiętne w kolorze jak ciemnobrązowa barwa wątroby przyozdobiona szmaragdem żółci…”. Żadnych mdłości.

Nie ma łatwej odpowiedzi na pytanie, czy ta część Postrzyżyn, podobnie jak Śmierć pięknych saren Oty Pavla, opowiada o miłości do zwierząt, czy też jest hymnem śpiewanym przez myśliwego. Jeśli jednak jest to miłość, to ma ona w sobie niewątpliwie trupi posmak.

*

Pytanie, czy śmierć zwierzęcia jest potrzebna do mojego życia, to oczywiście plan maksimum, daleki biegun, poza którym nie ma już nic. Jedynie odpowiadając „nie” wychodzę poza metodę „końca rury” i likwiduję przyczynę cierpienia. „Nie” oznacza anulowanie współodpowiedzialności oraz uderzenie w system oparty na lepiej lub gorzej maskowanym męczeństwie. To etyczna sytuacja zerojedynkowa, choć w dalszej perspektywie rodzi nieprzewidziane i pełne znaków zapytania konsekwencje, od zdrowotnych (założywszy, że nie potrafię ułożyć odpowiedniej diety bezmięsnej, skazuję się na chorobę), poprzez społeczne (taka decyzja w wymiarze powszechnym oznaczałaby wywrócenie polskiej gospodarki do góry nogami), na rachunku kosztów środowiskowych kończąc (dylemat: soja z Brazylii czy wieprzowina z pobliskiej wsi).

W słusznym stawianiu sprawy szacunku dla zwierząt na, nomen omen, ostrzu noża, również kryje się niebezpieczeństwo. Można bowiem dojść do wniosku, że skoro nie potrafimy zdecydować się na radykalny krok, jakim jest wegetarianizm, nie musimy robić nic. To oczywiście nieprawda. Gdyby tak było, podczas wojen nie obowiązywałyby konwencje.

Można więc do etycznego bieguna nie dotrzeć, znajdując szereg wyjść pośrednich. Zwolennik kary śmierci nie jest w końcu tożsamy z sadystą. Zgoda na mięsożerstwo nie musi oznaczać akceptacji dla skandalicznych warunków, w jakich transportowane są przez Europę polskie konie, ani dla tuczu przemysłowego i miejsc, gdzie świnie spędzają całe swoje życie na metalowych rusztach. Możesz odmówić foie gras, zadać sobie trud i znaleźć pod miastem rolnika, który trzyma zwierzęta w przyzwoitych warunkach. Możesz zabić, wcześniej nie zadając zbędnego cierpienia, jak zręczny myśliwy albo bohaterka wspomnianych już Postrzyżyn, która opowiada: „Jednakże mój portret to również cztery prosięta, browarniane prosięta, karmione młótem i ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po nać buraczaną, nać tę siekałam, polewałam zaczynem i starym piwem i prosięta spały dwadzieścia godzin na dobę i codziennie przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosiątka słyszały mnie, jak idę doić kozy, i już kwiczały z radości, bo nie wiedziały, że jedną parę sprzedam na szynki, a druga para pójdzie pod nóż podczas domowego świniobicia. Kiedy szłam doić kozy, to prosięta kwiczały z zachwytu, bo wiedziały, że wszystko mleko, jakie nadoję, wleję im natychmiast do koryta”. Ten sielski obrazek nie powinien nas jednak za mocno uspokajać. Koniec końców w finale zawsze pojawia się krew.

Powracam jeszcze raz do wiejskiej rzeczywistości, która na naszych oczach przepoczwarza się i zyskuje bardziej sterylne oblicze, do rzeczywistości uznanej za jednoznacznie okrutną, pozbawioną litości dla żywego stworzenia. Na jednej szali kładę świnie taplające się w kałuży, kury zajęte wygrzebywaniem pędraków, dumnego koguta na mierzwie. Wszystkie te stworzenia przyszły na świat po to, by zapchać nam żołądki, jedyna pociecha w tym, że do ostatnich dni żyły na pół swobodnie.

Na drugiej szali nowy, sterylny świat. Tragedię zwaną dla niepoznaki „chowem masowym”. Ścisk, kanibalizm, trucizny dodawane do karmy po to, by mięso zyskało ładniejszy kolor. Żywe zwierzę wrzucane do wrzątku w ubojni w Żelistrzewie koło Pucka.

Przypominam więc sobie wszystkie pobyty na wsi, tego chłopaka, który zabijał królika uderzeniem pięści, drgający łeb koguta w błocie. Świniobicie zawsze słyszałem z daleka, tak się składało. Przypominam sobie infernum z nigeryjskiego Port Harcourt pokazane w dokumencie Śmierć człowieka pracy – wielką rzeźnia, gdzie woły i kozy giną na oczach kupców, wśród krwi, gór czaszek, rogów, w kłębach dymu z opon, podobno idealnego do opalania ledwo co ostygłych zwierząt. Hekatomba rozgrywa się tam każdego dnia. Kamera opisuje ludzi dumnych z uprawianego zawodu. Okrutny rytuał zdaje się być odprawiany tam ze świadomością zadawanego bólu. Na betonowym, unurzanym we krwi placu afrykańskim śmierć konsumowana jest na widoku publicznym, bez mylących dekoracji. Rzeźnia w Harcourt to przeciwległy biegun świata, który właśnie urządzamy.

Co lepsze – świadome okrucieństwo czy przysłonięta sloganami o szacunku dla zwierząt hipokryzja? Co zrobiłbym, ja, mięsożerca, gdyby przypadkiem ktoś poprosił mnie o pomoc w świniobiciu?

Bohaterka „Postrzyżyn” sama podstawiała prosięta pod siekierę rzeźnika.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata