70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zdaniem lekarza rodzinnego

Lekarz rodzinny w konfrontacji z opiniami embriologów, etyków, filozofów, publicystów, i z rodzicami podejmującymi decyzje o zapłodnieniu in vitro.

Każdy człowiek troszczy się o zdrowie swoje i swoich najbliższych. Od początku towarzyszy mu w tym lekarz. Dawniej i obecnie, lekarze stawiają sobie jeden cel: zrobić wszystko, aby pomóc choremu najbardziej właściwie. Fundamentem naszego powołania była i jest rzetelna wiedza, akumulujące się doświadczenie naszych mistrzów, rosnące własne doświadczenie wynikające z relacji z chorymi, i wreszcie nieustanna otwartość na nowe badania. Wymienione czynniki kształtują nasz zawód i uczą pokory.

Od zarania historii człowieka, lekarze dostrzegali jak bardzo skomplikowany jest organizm człowieka. Ostatnie 50 lat tej historii, w sposób niespotykany w przeszłości, przyniosło niepoliczalną ilość nowych odkryć, obserwacji i doświadczeń. Pomimo dostępności elektronicznych bibliotek, nie wszystkie wyniki są zauważane. Z roku na rok, paradoksalnie, u niektórych z nas horyzont informacji zmniejsza się. Jest także ważne podkreślenia, iż wiele odkryć w naukach medycznych nie jest nacelowane tylko dla zdrowia człowieka. Wielu badaczy, mówiąc w uproszczeniu, dąży do udowodnienia swojej hipotezy, ale nie kieruje się lekarską zasadą: primum non nocere. Z wielkim zdziwieniem i zażenowaniem czytam opinie autorytetów na temat sposobów prokreacji. Nie rzadko zawierają one sformułowania niezgodne z faktami medycznymi. Stosunkowo często próbują wytłumaczyć nam zamiary Stwórcy. I przyznaje, że nie jest łatwo w gabinecie lekarza rodzinnego przedstawić rodzicom diagnozę, która dotyczy przyczyn niepłodności i jej leczenia, gdy rodzice przychodzą z teczką wycinków prasowych i własnych nadziei.

Powstanie nowego życia i narodziny człowieka nie oparły się rewolucji biomedycznej. Pierwsza ingerencja w proces narodzin człowieka dokonała się przed ponad 40 laty, kiedy to chemik zsyntetyzował tabletkę zapobiegającą poczęciu. Tabletka znalazła się w aptekach całego świata wtedy, gdy uznano, że obserwacja ewentualnych objawów ubocznych, trwająca 1 rok w grupie mniejszej niż 200 kobiet, jest wystarczająca. Odkrywca, z racji niedawnego jubileuszu z niefrasobliwością przyznał, że w ten sposób chciał zrobić finansowa fortunę, czego dokonał. W tym roku, w lipcu minie 30 lat od urodzin Luise Brown, pierwszego dziecka poczętego poza łonem matki. Ta młoda kobieta, uśmiechnięta na wielu fotografiach, zmaga się z chorobami, które sprawiają trudności lekarzom w ich opanowaniu. Stosunkowo nieliczne są publikowane prace naukowe podające dane, co do zdrowia i chorobowości innych dzieci i dorosłych, których życie poczęło się poza organizmem matki, jeśli porównać je z doniesieniami, co do liczby wykonanych zapłodnień in vitro.

Lekarz, do którego zgłasza się dwoje ludzi, którzy pragną mieć dziecko, powinien im pomóc. Szczególnie ten lekarz, który ich zna dobrze. Po wysłuchaniu „historii starań o dziecko” należy zadać sobie pierwsze pytanie: Jaka jest przyczyna niepłodności?

Przeglądając literaturę naukową, dość łatwo dochodzimy do wniosku, że większość przyczyn niepłodności leży w zmianach metaboliczno-hormonalnych, które są konsekwencją niewłaściwego trybu życia małżonków. Poszczególne czynniki wywołujące te zaburzenia są obecnie dość dobrze określone i nawet mamy już dowody na to, że ich leczenie usuwa czynnik sprawczy niepłodności. Leczenie nie jest kosztowne, ale wymaga systematyczności, czasem krótkiej rezygnacji z innych celów życiowych. Systematyczność w obecnie zabieganym świecie jest trudna do osiągnięcia. Rodzice w sposób celowy odkładają decyzje o narodzinach potomka. Wydajemy nie małe pieniądze na zapobieganie ciąży w niewłaściwym momencie, i na wydłużenie okresu „dochodzenia” rodziców do „świadomego macierzyństwa”. Biologia komórki czy natura, jakoś wyraźnie nie nadążają za naszymi pragnieniami. Niechętnie wydłużają okres, w którym może dojść do poczęcia nowego człowieka. I tutaj ze swoją pomocą przychodzą metody prokreacji kontrolowanej, w tym zapłodnienie metodą in vitro. Wspierane są przez wielu myślicieli zatroskanych o dzietność i przyszłość ludzkiego gatunku.

Wbrew temu co stanowczo twierdzi wielu dyskutantów, zabierających głos na temat metody in vitro, fizjologia rozrodu, fizjologia łączenia się i pierwszych podziałów komórek rozrodczych człowieka  – jest dziś w bardzo niewielkim stopniu poznana naukowo.

Owszem, korzystamy z doświadczeń na zwierzętach, ale jednocześnie stale dostajemy dowody na różnice między ssakami i człowiekiem. Aczkolwiek badania hormonów bezpośrednio dotyczących rozrodu człowieka toczą się dynamicznie od 40 lat, to dopiero ostatnio pojawiają się udokumentowane badania wskazujące na udział innych hormonów, wcześniej nie kojarzonych z tworzeniem fizjologicznych warunków do prawidłowego rozrodu. Takim przykładem, nie jedynym, jest insulina, która była odkryta jako pierwszy hormon w organizmie człowieka. Insulina jest tworzona w trzustce i jest głównym czynnikiem regulującym poziom glukozy w naszym ustroju. U kobiet, u których stwierdza się zaburzenia rytmiczności posiłków (np. jedzenie pierwszego posiłku około południa, pierwszy posiłek zawierający niezbędne produkty energetyczne dopiero ok. 17-tej), niewłaściwą jakość posiłków, zmniejszenie aktywności fizycznej, pojawia się oporność tkanek na insulinę, to zaś zwiększa ilość insuliny w ustroju. Stosunkowy nadmiar insuliny (nie powoduje jawnych objawów chorobowych) zmienia w sposób wybitny nie tylko cykliczne funkcje jajnika, ale także zmienia komórkową morfologię jajników, co w konsekwencji prowadzi do istotnego upośledzenia płodności.

Małgorzatę* poznałam w jej klasie maturalnej. To wesoła, wrażliwa na los chorych wolontariuszka, pełna planów na przyszłość młoda kobieta. Jej pasją stała się praca w mediach, którą podjęła po maturze i gdzie pracuje nadal. Szybko rozpoczęła życie intymne, kontrolowane przez środki antykoncepcyjne. Po kilku latach wyszła za mąż, z którym podzielają pasje zwiedzania świata. Kiedy badałam ja pierwszy raz z powodu przeziębienia (miała wtedy 23 lata), była w jej przekonaniu zdrową kobietą. Ja już wtedy zauważyłam, że miała wyraźne, dające się zmierzyć, cechy zaburzeń hormonalnych. Małgorzata zgodziła się ze mną, że to tryb życia miał wpływ na ewidentne zmiany w jej narządach rodnych, ponieważ podjęte próby zmiany sposobu odżywiania „naprawiały” wysokie stężenia hormonów. Jednakże, właściwe leczenie odkładała na później. Wreszcie nadszedł rok, kiedy pod naporem próśb męża i rodziny, powiedziała mi, że teraz dojrzała do tego, aby mieć dziecko. Jej zaburzenia metaboliczne były dość jednoznacznie przyczyną braku sukcesu w naturalnym poczęciu. Nie udało się wdrożyć na kilka miesięcy leczenia, które dawało możliwość pełnego ustąpienia zaburzeń (jedzenie więcej niż 2 posiłków dziennie zawierających zwykłe produkty odżywcze, codzienny spacer – były nie do zastosowania). Upływający czas „zmusił” w końcu małżonków do wykonania zapłodnienia in vitro. Po kilku kosztownych próbach, urodziła chłopca. Ze wzruszeniem przytuliłam go i ja. Po sześciu miesiącach, Małgorzata wróciła do pracy zawodowej, po ośmiu wyjechała z mężem do Afryki, bo zawsze chciała zobaczyć safari. Chłopiec zaś ma już trzecią nianię, która jest troskliwsza niż poprzednie.

Z lekarskiego punktu widzenia, diagnoza została ustalona, potwierdzona, jednakże proponowanego leczenia pacjentka nie zastosowała. Stanęłam przed faktem, że po prawidłowo postawionej diagnozie niepłodności, inna metoda jej leczenia aniżeli leczenie przyczynowe może być zastosowane. Problem w tym, iż to „inne leczenie” dotyczy już nie jednej osoby, ale dwojga osób, a może nawet dotyczyć będzie także ich potomstwa.

Zadaję sobie pytanie – czy Małgorzata dojrzała, aby być matką? Czy tylko dojrzała do tego, aby mieć dziecko? Czy jeśli nie znalazła w sobie cierpliwości na kilka miesięcy, aby usunąć, insulinooporność (która powoduje w jej organizmie zmiany metaboliczne), i która była przyczyną jej niepłodności – znajdzie w sobie cierpliwość i poświęcenie, aby zadbać o zdrowie i wychowanie jej syna?

            Jeśli zapada decyzja zabiegu in vitro to należy zapytać: czy wiemy jak to robić?

W publikacjach czytamy: połączenie komórki jajowej z plemnikiem, w większości metod in vitro zachodzi w sposób naturalny, tak w jajowodzie jak i w próbówce, i tak twierdzi wielu uczestników toczącej się dyskusji. Czy to prawda?  Lekarz śledzący literaturę z tej dziedziny, nie może się z tym twierdzeniem zgodzić. Poniżej tylko kilka przykładów czynników zmieniających proces zapłodnienia, które zwróciły moją uwagę. Wymieniam te konkretne przykłady tylko dlatego, że natknęłam się na nie podczas śledzenia prac w mojej dziedzinie medycyny, chorobach wewnętrznych, bez specjalnego szukania.

Integralną częścią wstępną zapłodnienia in vitro jest stymulacja hormonalna jajników, także przez duże dawki estrogenów, celem uzyskania komórek jajowych. Dawki tych hormonów są stale zmieniane, ponieważ wywołują u części kobiet, bezpośrednio po podaniu, określone objawy niepożądane. Jak zdecydować, która mega-dawka jest właściwa i bezpieczna? Który embriolog stosuje tę właściwą? W tym miejscu warto przypomnieć prace (publikowane przed ok. 20 laty), w których oceniano konsekwencje wysokich stężeń estrogenów podawanych kobietom na początku ery stosowania hormonów żeńskich, ponieważ dawki mogą być porównywalne. Wyniki były zatrważające. U potomków kobiet leczonych estrogenami na przykład celem regulacji miesiączkowania (także w stosunkowo krótkim przedziale czasowym), zarówno u córek jak i u synów tych kobiet, stwierdza się anatomiczne zmiany w narządach rodnych. Zmiany anatomiczne najczęściej uniemożliwiające posiadanie własnych dzieci. Co ciekawe, bioetycy pewnie pamiętają, że wyjątkowo podobne zmiany anatomiczne obserwowano u zwierząt po ekspozycji do estrogenów (nie tylko u ssaków), przy czym nie zawsze były to duże dawki. Drugie pokolenie zwierząt w większości stawało się bezpłodne, co doprowadziło do wyginięcia większości tych zwierząt w danym ekosystemie. Jeśli mega-dawki mają wpływ na organizm kobiety je otrzymującej,  to czy nie mają na pewno wpływu na rozwój embrionu i rozwój jej dziecka? – tego nie wiemy, na razie nie badamy. Na razie, wiemy o kilku związkach (jak istotne cytokiny), których stężenie zmienia się podczas stymulacji i ma wpływ na inne niż jajnik narządy kobiety, u której wykonuje się stymulację.

Kliniki wykonujące in vitro zwracają uwagę na czynniki, które wpływają na łączenie się obu komórek. Zmieniany jest skład „medium”(płynu) na szkiełku, w którym umieszczone są obie komórki. Niektóre protokóły zalecają dodanie albumin, inne kwasu hialuronowego, jeszcze inne leków, które wydają się zwiększać pozytywny rezultat. A pozytywny rezultat to żywo urodzone dziecko, ale już bez oceny czy to dziecko jest zdrowe i nie rozwija chorób przewlekłych, chociażby w dzieciństwie. Nawet tak prosta farmakoterapia, jak podawanie aspiryny kobietom przed zabiegiem in vitro (zalecana przez niektóre kliniki), poprzez zmianę pulsacyjności ukrwienia macicy, zmienia rezultaty zabiegu, i w październiku 2007 ogłoszono, porównując wszystkie dostępne prace, iż jest konieczność nowych badań („the need for a definitive trial”).

Wielu uczestników dyskusji o in vitro, pyta o to, w stadium ilu komórek nowego organizmu dokonać transferu do jamy macicy? Do stycznia 2008 roku opublikowano na świecie tylko 8 dobrze udokumentowanych analiz, porównujących 2 czynniki: etap podziałowy embrionu i sposób ich przechowywania. Różnice są ewidentne, transfer w stadium blastocysty i bez zamrażania  dawał wyniki lepsze, znamiennie statystycznie.

Ciągle istnieją rozbieżności, co do ilości i wzajemnego stosunku estrogenu i progesteronu podawanych celem przeżycia embrionu (inny etap niż stymulacja, wcześniej wspominana). Istnieje kilka możliwości, a różnice w dawkach hormonów pomiędzy klinikami sięgają 200%. Różne ośrodki stosują własne protokoły.

Kolejny, często podnoszony temat, to rola układu immunologicznego kobiety w zapłodnieniu i rozwoju człowieka w jego pierwszych stadiach. Krążące w organizmie kobiety przeciwciała często są przyczyną niepłodności, mega dawki hormonów stymulujące jajniki przed pobraniem komórek rozrodczych zmieniają odpowiedz układu immunologicznego kobiety ewidentnie, ale nie ma badań czy zmiana odporności humoralnej dotyczy także samego embrionu i jego rozwoju w życiu płodowym, o jego dorosłym życiu nie wspominając.

Czy wiec jesteśmy pewni, czyja „recepta” na łączenie i na skład środowiska, w którym zachodzi zapłodnienie in vitro jest najlepsza? – na to pytanie odpowiedzi nie ma. Stosunkowo mała skuteczność zapłodnienia in vitro czyli niskie „wyniki pozytywne” w postaci urodzenia dziecka, konieczność powtarzania zabiegu, jego koszty dla rodziców (czy społeczeństwa) zapewne będą generować nowe pomysły, co do metody (lub techniki) zapłodnienia in vitro. Poszczególne kliniki wykonujące zabiegi in vitro twierdzą, że to one mają najlepsze osiągnięcia.  Może właśnie dlatego, że chcą utrzymać swoją „najlepszą” pozycję w rankingu, publikują niewiele w fachowej prasie lekarskiej. Prawie każda praca typu meta-analizy kończy się stwierdzeniem, że wyniki są niejednoznaczne i wymagają dalszych badań („the need for a definitive trial”). Więc, dlaczego możemy głosić, iż technika in vitro nie różni się od „naturalnego” poczęcia? Konsekwentnie za tym, pojawia się pytanie następne: Jakie zmiany w nowym organizmie człowieka, który ujrzał ten świat, mogą zależeć od „techniki” wykonywania in vitro?

Dostępne obserwacje, nadal nieliczne z racji ich krótkiego czasu trwania i powolności (niechęci) do publikacji, wskazują, że u młodych osób poczętych przez zastosowanie zapłodnienia in vitro stwierdza się częściej: nadciśnienie, otyłość, pewne zmiany w układzie krążenia, niektóre zaburzenia odporności, i co istotne, zmiany w ich narządach rodnych.

Czy rodzice dziecka, przed zabiegiem in vitro, rozumieją  starą zasadę primum non nocere w taki sam sposób jak lekarz rodzinny, który ich zna? Na konsekwencje naszych biomedycznych działań, i bez wątpienia eksperymentów na człowieku, musimy poczekać do następnych pokoleń. Tylko czy wtedy damy się wszyscy przekonać do zastosowania właściwego leczenia. 

Profesor B. Chyrowicz, SSpS,  zastanawia się „czy prokreacja kontrolowana przez odpowiednio wykwalifikowanych specjalistow nie jest bardziej „ludzka” niż …ślepe mechanizmy natury”. Można odpowiedzieć na tę wątpliwość pytaniem: Człowiek przeżył wiele tysięcy lat, czy jest możliwe, aby jego prokreacją kierowały tylko ślepe mechanizmy? Mamy wielu dowodów na to, iż na drodze ewolucji ukształtowały się mechanizmy regulujące biologiczne procesy życiowe w sposób bardzo precyzyjny.  W swojej pracy spotykam stale nowe reakcje w procesach fizjologicznych i patologicznych, o których nic nie było wiadomo na początku mojej pracy lekarskiej, ale które istniały przed tym zanim ja je odkryłam. Nasza wiedza w zakresie rozrodu jest w wyjątkowo początkowym punkcie, w porównaniu na przykład z wiedzą o chorobach serca czy płuc. Ciśnie się wiec pytanie, czy ta nowoczesna prokreacja jest naprawdę w rękach wykwalifikowanych specjalistów?

Gazety ostatnich miesięcy przyniosły wiele pouczających rozmów z ludźmi uczestniczącymi w procesie zapłodnienia in vitro. Zastanawiam się, czy embriolog, który nie ma wykształcenia w zakresie fizjologii człowieka, natomiast zdobył swoje doświadczenia w zakresie rozrodu pracując z komórkami rozrodczymi ssaków w instytucie hodowli zwierząt jest odpowiednio wykwalifikowany i może w ten sam sposób „traktować” komórki ludzkie? (patrz wywiad GW, 2008-02-11). Czy wierzyć embriologowi, który sam zamroził ponad 20,000 ludzkich embrionów, że „zarodki mogą być przechowywane ad infinitum … i nie ma biologicznych przesłanek, że dzieje się zarodkom jakakolwiek krzywda”?  Ile lat trwa to infinitum w mniemaniu embriologa? Kilka lat temu, badaliśmy zawartość różnych związków w tkankach ludzkich, innych niż zarodek, ale przechowywanych w identycznych warunkach jak zarodek, mogliśmy stwierdzić zmiany w stężeniach metabolitów, postępujące w miarę upływu czasu. Niektóre z tych związków należą do najbardziej podstawowych dla życia każdej komórki, jak na przykład ATP. Czy ATP nie obniża się w zamrożonych komórkach rozrodczych? Wiec, czy Pan Doktor, który przedstawił się: „Jestem fachowcem od mrożenia gamet i zarodków”, jest rzeczywiście wykwalifikowanym specjalistą? Czy nie za szybko chcemy dobrowolnie oddać życie i zdrowie swojego potomka, z własnych rąk – do rąk ludzi, którzy o sobie mówią, iż są fachowcami!

Upragnione przez rodziców dziecko, jest dla nich największym skarbem. W mojej rodzinie często słyszałam, że moi bracia, i siostra, i ja – jestem skarbem. Kiedy urodził się najmłodszy brat zaczął być skarbem nie tylko dla moich rodziców. Ja, najstarsza, poczułam, że ten maluch jest też moim skarbem i dumnie pchałam wózek w parku.

Jane*, jest wybitnym fizykiem jądrowym. Kieruje dużym laboratorium diagnostycznym w wielkim szpitalu dziecięcym. Wyjechała daleko od swojej rodziny, gdy odkryła, że jest lesbijką. Kiedy się poznałyśmy, wielokrotnie słyszałam, że nie chciałaby mieć własnych dzieci, w obawie przed ich chorobami. Jej przyjaciółka, z którą związała się na dalsze życie, po wielu latach związku postanowiła mieć dziecko. Razem zdecydowały, że plemniki powinny być od człowieka inteligentnego, zdrowego i młodego. Jak zwykle w tych okolicznościach dawca plemników pozostaje nieznany. Dziewczynka, śliczna Caroline, urodziła się zdrowa. Panie przekroczyły czterdziesty rok życia. Niestety (!), dziewczynka jest bardzo ruchliwa, niepokorna, czasem złośliwa, często choruje, a lekarze stale poprawiają farmakologicznie jej odporność. Panie rozstały się po ok. dziesięciu latach. Moja znajoma nie czuje więzi z dziewczynką, często skarży się na zły nastrój, lekarze przepisują jej leki nasenne i antydepresyjne. Matka biologiczna dziewczynki, burzliwie przechodzi okres menopauzy, nie ułatwia jej to wychowywania córki, rozważała nawet oddanie dziewczynki do adopcji. Ale nadal są razem i pewnie tak zostanie. Przyznaję, nie jestem pewna czy Caroline czuje czyim jest skarbem.

A ja zadaję sobie dwa zasadnicze pytania: Czy warunki biologiczne, medyczne i prawne stworzone dla tych dwu kobiet, aby one mogły „mieć” dziecko, służą zdrowiu ich obu i ich dziecka? Jak rozumie zasadę primum non nocere lekarz a jak obie pacjentki? I drugie pytanie zasadnicze: Co się stanie, jeśli Caroline spotka w dorosłym swym życiu ukochanego, który jest jej bratem, o czym ona wiedzieć nie może. Jaki los może spotkać ich dziecko? Komu oboje zadadzą pytanie, dlaczego to nas dotknęło? Bo przecież nie znamy biologicznego ojca Caroline, tak jak wiele dzieci na całym świecie, których pierwsze dwie komórki nie były komórkami ich własnych rodziców. Komórki rozrodcze młodego mężczyzny, które on oddał w poczuciu konieczności własnej i pomocy kobietom, posłużyły do zapłodnienia in vitro, jak mnie poinformowano, co najmniej kilku kobiet w tym dużym, akademickim mieście. Każdy kraj wprowadza własne uregulowania, większość zachowuje anonimowość dawcy. Także rodzice, którzy muszą skorzystać z „banku komórek rozrodczych” wolą przyjąć dziecko anonimowego rodzica.

I wreszcie zostaje pytanie ostatnie: jak przechować ludzkie zarodki, które pozostały po udanym zapłodnieniu? Prowadzona dyskusja ześrodkowuje się głównie na tym jednym punkcie, tak jak gdyby wszystkie problemy poprzedzające ten etap zostały rozwiązane. Lekarz rodzinny nie musi zmagać się bezpośrednio z problemem ludzkich zarodków zamkniętych w ciekłym azocie. Aczkolwiek, nie powinien o nich zapominać. One tam są. One mogą jeszcze posłużyć zarówno rodzicom jak i ludziom nauk biomedycznych do stwarzania nowych hipotez, czasem ze szczytnymi celami w zamyśle. Te zamrożone ludzkie organizmy z całym swoim potencjałem, są świadectwem naszej pewności siebie, że wybraliśmy dobrą drogę dla poprawy problemów prokreacyjnych. One są, jak niemy krzyk naszej bezsilności, że wprowadzając in vitro w trosce o dzietność, nie wiemy co z nimi zrobić.

Odpowiedzialny lekarz, w obecnej dobie, nie jest autorytetem dla wielu jego pacjentów. Wielu wykształconych ludzi, bez wiedzy medycznej, ma mocne poczucie, iż ogarniają problem medyczny w sposób kompleksowy. Niektórzy zabierają glos w sposób stanowczy, nierzadko demagogiczny, z punktu widzenia medycyny. Lekarz rodzinny pozostaje sam z pytaniami natury ogólniejszej:

Czy nadal organizm człowieka jest integralną całością ciała i duszy?

Co zrobić, jeśli lekarz stawia diagnozę, a pacjent jej nie przyjmuje?

Kto z nas przyjmie na siebie konsekwencje medycznego postępowania, jeśli zabieg zapłodnienia in vitro nie przynosi „pozytywnego rezultatu”, gdy nie urodzi się zdrowe dziecko, gdy dziecko choruje na niespotykaną w obu rodzinach rodziców chorobę?

Kto uniesie odpowiedzialność za zmiany u człowieka w następnym pokoleniu?

Kto … ponosi odpowiedzialność? Ja lekarz, do którego przyszli potencjalni rodzice czy Matka dziecka?, Pani Embriolog czy Pan Biolog od zamrażania gamet?, Publicysta, który napisał, że poczęcie in vitro przebiega w sposób fizjologiczny czy Filozof, który napisał, że prokreacja kontrolowana może być zadaniem zleconym człowiekowi „czynienia sobie ziemi poddaną”? A może ludzie z uznanym autorytetem, którzy próbują „odczytywać zamysły Samego Stwórcy”, i twierdzą, iż Stwórca nie zaprzecza udziałowi czynnemu samego człowieka w prokreacji? A może Ci, którzy sami nie muszą co prawda stosować zapłodnienia in vitro, ale ustalają obecnie ramy prawne dla innych współobywateli i wyborców?


* Imiona kobiet zostały zmienione.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata