fbpx
Adam Wajrak czerwiec 2008

Las i jego cierpiący mieszkańcy

Zwierzęta cierpią na wiele sposobów, zupełnie jak ludzie. I podobnie jak z naszego życia, tak samo z ich cierpienia nie da się wyeliminować. To część ich świata.

Artykuł z numeru

O cierpieniu zwierząt

Z cierpieniem zwierząt mam do czynienia bardzo często. Może nie jest to codzienność jak w wypadku lekarzy weterynarii, ale to, że mieszkam w lesie i trafiają do naszego domu zwierzęta młode i porzucone, chore lub kalekie sprawia, że widok cierpiącego zwierzęcia nie jest dla mnie egzotyczny, nie powoduje, że zamieram z przerażenia. Zresztą nie dotyczy to tylko naszych podopiecznych, o których wspomnę za chwilę. Dosłownie parę dni temu jechałem na rowerze po zakupy. Naszą wieś Teremiski dzieli od Białowieży, gdzie można się w miarę dobrze zaopatrzyć, 7 kilometrów.  Jadąc na rowerze, widzi się znacznie więcej niż z okna samochodu. Tak zobaczyłem zaskrońca. Te najpospolitsze polskie węże dość często, szczególnie w słoneczne dni, wylegują się na poboczach albo wręcz wychodzą na asfalt, który musi być dla nich czymś ciepłym i przyjemnym. Niestety jest to pułapka. Wiele z nich ginie pod kołami samochodów. Nie są w stanie uciec przed pędzącym autem, a kierowcy nawet najostrożniejsi ich nie widzą. Stalowoszare węże po prostu zlewają się z nawierzchnią szosy. Widok zabitych zaskrońców jest więc czymś zupełnie dla mnie powszednim. Widziałem zabite i mniejsze, i większe. I takie, co miały ponad metr i takie, co grubością i długością da się porównać ze sznurówką. Tego dnia zobaczyłem zaskrońca całkiem sporego. Podobnie jak większość leżał niedaleko skraju drogi. Żył. Był przy tym kwintesencją cierpienia. Kręgosłup zmiażdżony w dwóch miejscach, wnętrzności  na wierzchu. Pomimo to chciał odpełznąć z drogi. I choć, tak jak wspominałem, widziałem bardzo wiele – widok tego węża zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Może dlatego, że węże to przecież wyłącznie kręgosłup i nic więcej. Żadnych kończyn.  Może gapiłem się na niego, bo jest coś, co ciągle mnie zadziwia: dzikie zwierzęta mają w sobie niezwykłą odporność na ból i niesamowitą wolę walki o życie.

 

Cierpienie niekoniecznie fizyczne

Coś podobnego widziałem wiele lat temu, gdy do Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży przywieziono wilka, który złapał się w kłusowniczy wnyk. Większość zwierząt, które wpadają w tego typu pułapki, męczy się okrutnie. Stalowa pętla zaciska się na szyi zwierzęcia im bardziej się ono szarpie, a im bardziej się zaciska, dusząc i wcinając się w skórę, tym bardziej zwierzę walczy. Pętla zabija długo – kilka godzin, czasami kilka dni. Tym razem jednak było inaczej. Wilk został schwycony przez pętlę, lecz nie za szyję, co zadało by mu śmierć, ale za brzuch. Pętla go nie dusiła, tylko przecinała powoli na pół. Najpierw przecięła skórę, potem mięśnie, a potem wnętrzności. Kłusownik, który zastawił to urządzenie, co jakiś czas odwiedzał wilka, co widać było po jego śladach na śniegu. Zapewne bał się podejść, by dobić drapieżnika. Patrzył tylko z odległości, czy jeszcze żyje. Nie wiemy dokładnie, ile to trwało. Może tydzień, może więcej. W trzewia wdała się infekcja. Pomimo to wilk, gdy trafił do Zakładu, jeszcze żył. Próbowaliśmy go ratować. Nie dało się. Skonał na naszych oczach. Musiał potwornie cierpieć, lecz nie tylko z powodu stalowej linki wrzynającej się w ciało. Może nawet silniejszy niż ból był strach. To zwierzę musiało się potwornie bać i przeżywać gigantyczny stres, gdy podchodził do niego kłusownik albo jeszcze większy, gdy próbowaliśmy go ratować, pompując mu w żyły kroplówki i antybiotyki. Zapewne dla wilka byliśmy tak samo przerażający jak kłusownik, choć nasze intencje wobec niego były zupełnie inne. Piszę o tym nie bez powodu. Zwierzęta cierpią na różne sposoby i z różnych przyczyn.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się