70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przykładając sumienie do Rosji

Rosja nie jest krajem łatwym do opisania. Olbrzymi obszar, różnorodność kulturowa i religijna, mnóstwo kontrastów i ciągła niestabilność sprawiają, że komentator z zasady skazany jest na fragmentaryczność. Bo jak tu pisać tekst firmowany znakiem „Rosja”, jeśli dla mieszkańców tzw. prowincji (która stanowi ok. 90 proc. kraju) Moskwa i Petersburg są niczym egzotyczne, bogate, a często też odległe o kilka dni jazdy pociągiem kraje?

 

Po świecie krąży straszliwa ilość fałszywych domysłów.

Najstraszliwsze jest jednak to, że połowa z nich to czysta prawda.

                                                                                             Winston Churchill

 

A prowincją jest i syberyjska Północ (gdzie, jak żartują mieszkańcy, przez dwanaście miesięcy panuje zima, a resztę roku lato), i gorący Ałtaj; górzysty Kaukaz i płaskie stepy Powołża. Usta knebluje czterowiersz Fiodora Tiutczewa: Rozumem Rosji nam nie pojąć/ Zwykłym arszynem jej nie zmierzyć:/ Bo Rosja postać ma szczególną/Bo Rosję można tylko wierzyć.

Krystyna Kurczab-Redlich nie daje się zwieść mitowi o niepojmowalnej Rosji. Z wykształcenia prawnik, z zawodowym zacięciem gromadzi fakty: statystyki, relacje świadków, opinie ekspertów, fragmenty wywiadów, zestawienia procentowe, łącząc to wszystko własnym doświadczeniem życia w Rosji. Jej Głową o mur Kremla to zbiór reportaży obejmujących okres od 1990 do 2004 roku, kiedy mieszkała i pracowała w Rosji jako korespondentka polskiej prasy. Na książkę składają się relacje z upadku ZSRR, puczu komunistów przeciw Jelcynowi z sierpnia 1993, kryzysu gospodarczego 1998 roku, wojen i ludobójczych „akcji stabilizacyjnych” w Czeczenii oraz głośnych tragedii: na Dubrowce i w Biesłanie. Uzupełnione o wrażenia z pierwszej podróży do Związku Radzieckiego (1987) i dzisiejszy punkt widzenia, dają kompleksowy obraz transformacji państwa i społeczeństwa rosyjskiego, ale również przemian myślenia samej autorki, która z czasem widzi i rozumie coraz więcej: już nie tylko zjawiska, ale i mechanizmy polityczno-społeczne, wspólne dla całej przestrzeni postsowieckiej. Pozwala to ująć skomplikowany rosyjski świat w logiczne ramy.

Już w XIX wieku pierwszy zagraniczny korespondent z Rosji, często cytowany w książce francuski markiz Astolphe de Custine zauważył podstawową opozycję, determinującą rosyjską rzeczywistość: relację między carem a narodem. Jego pobyt w carskim imperium zaowocował zbiorem epistolarnych reportaży Rosja w roku 1839, krytykujących despotyzm władz i bezwolność społeczeństwa. 150 lat później Kurczab-Redlich kontynuuje dzieło de Custine’a. Ponad połowę jej książki zajmuje wstrząsający odwagą opisu i wniosków reportaż z wojen rosyjsko-czeczeńskich i związanych z nimi serii wybuchów i zamachów w Rosji. Autorka powołuje się na wiarygodne, możliwe do weryfikacji źródła: dane urzędu statystycznego, raporty organizacji rządowych i pozarządowych, materiały śledztw, wywiady, materiały zebrane przez siebie. Pamiętając o prawniczym wykształceniu Kurczab-Redlich poszczególne rozdziały można porównać do teczek z materiałami dowodowymi w sprawie przeciw głównemu podejrzanemu – Kremlowi. Oskarżenie rosyjskiej władzy, uosobionej w postaci Władimira Putina, o cyniczne wyniszczanie społeczeństwa stanowi zdecydowaną dominantę książki. Putinowi, jego poprzednikom i poplecznikom autorka zarzuca prowadzenie dwóch nielegalnych i niezauważanych przez światową opinię publiczną wojen: z Czeczenią i z własnym społeczeństwem.

W tej cichej, utajnionej wojnie władza stosuje przeróżne taktyki.

Pierwsza z nich – najbardziej prymitywna i oczywista – to zabijanie i więzienie ludzi.

W tym celu Kreml zwiększa udział jednostek siłowych (tzw. siłowiki) w swojej strukturze. Według danych Ośrodka Studiów Wschodnich, po wymianie elit politycznych w 2003 roku 78 proc. ich składu stanowią ludzie wywodzący się z kręgów siłowo-militarnych. Wprowadzane są też zmiany w ustawodawstwie, zwiększające prerogatywy Federalnej Służby Bezpieczeństwa, która może teraz wszcząć śledztwo lub założyć podsłuch nawet na podstawie anonimowego donosu. Do tradycyjnego repertuaru metod operacyjnych, stosowanych przez FSB należą poza tym: pobicie, szantaż, grabież majątku, podrzucanie fałszywych dowodów winy, prowokowanie samobójstw.

Rozdział Szpiegomania jest w całości poświęcony nawrotowi obsesji ukrytego wroga, który ma szkodzić państwu. Kurczab-Redlich pisze o serii procesów przeciw naukowcom, dziennikarzom i obrońcom praw człowieka. Procesów, które kończą się wiadomym z góry wyrokiem: więzienia lub kolonii karna. To dlatego na mapie Rosji, w Jamało-Nienieckim Okręgu Autonomicznym wciąż istnieje miasteczko Charp, w którym oprócz dwóch kolonii karnych (dożywotniej i o zaostrzonym rygorze), mieszkańców w nich zatrudnionych, cerkwi i bani… nie ma nic więcej. W więzieniu o zaostrzonym rygorze odbywa tam wyrok współpracownik Michała Chodorkowskiego – Płaton Liebiediew, co charpianie uważają za zaszczyt dla swojej osady. A każda matka marzy o tym, by jej syn został strażnikiem więziennym; to najbardziej prestiżowa posada na lokalnym rynku pracy. Wśród ofiar tej wojny domowej byli tacy, którzy nie dotrwali do sterowanego procesu. Zabójstwa Aleksandra Litwinienki i dziennikarzy: Anny Politkowskiej i Jurija Szczekoczichina, znane nam z suchych relacji medialnych, nabierają biologicznego, ludzkiego autentyzmu, gdy pisze o nich przyjaciółka zamordowanych.

Obywatela można też złamać odbierając mu poczytalność. Z relacji Kurczab-Redlich wynika, że w ostatnich latach niepokorni znów trafiają do szpitali psychiatrycznych, skąd wychodzą zniszczeni duchowo i fizycznie, a „żółte papiery” ograniczają im możliwość powrotu do normalności. Politycznie niepoprawni to psychicznie chorzy. A w rosyjskim chory na umyśle znaczy tyle, co chory na duszy – duszewno bolnoj. „Psychuszki” przeżyły znaczny napływ pacjentów w 1999 roku, po serii wybuchów domów mieszkalnych w Moskwie, Bujnaksku i Wołgodonsku, bynajmniej nie z powodu psychicznych urazów po katastrofie czy utracie bliskich. Władza unieszkodliwiała tych, którzy nie uwierzyli w oficjalną wersję o czeczeńskich aktach terrorystycznych i na własną rękę szukali właściwych winowajców – FSB.

Jak niepewny swojej pozycji musi czuć się prezydent, który dla uzasadnienia wojny z niewielką republiką kaukaską decyduje się na zabicie około 300 obywateli swojego kraju? Jak jednocześnie musi czuć się bezkarny, skoro nie boi się odpowiedzialności za ten straszny polityczny happening? Z materiałów śledztw prowadzonych przez niezależne ośrodki dość jednoznacznie wynika, że wybuchy domów mieszkalnych w 1999 r. były prowokacją służb specjalnych, która miała zdyskredytować Czeczenów w oczach społeczeństwa i zamienić mające tam miejsce ludobójstwo w „walkę z terroryzmem islamskim”.

Dla polskiego czytelnika fakty relacjonowane przez dziennikarkę są przerażające. Nie do przyjęcia. Tymczasem wydaje się, że przeciętny Rosjanin przez pokolenia przywykł do permanentnego stanu wojennego, a uczucie strachu uznał za swoje naturalne uposażenie. Nawet pobieżna znajomość historii Rosji wystarcza, by zauważyć jak mocno współczesne metody walki władcy z własnym narodem są osadzone w wielowiekowej tradycji. Iwan Groźny w okresie opryczniny zamykał oponentów w klasztorach. Pomysł, żeby tego, kto nie kocha batiuszki-cara i matuszki-Rosji ogłosić obłąkanym, pojawił się w XIX wieku za imperatora Mikołaja I. Pierwszym politycznie skazanym na obłęd był prozachodni filozof Piotr Czaadajew, autor opublikowanego w piśmie „Teleskop” listu, w którym uznał Rosję za kraj niewolnictwa i filozoficznej pustki. Został za to zamknięty w domu pod nadzorem lekarza, a pismo zlikwidowano. Dziesiątki podobnych scenariuszy znajdziemy na kartach reportaży Kurczab-Redlich. Tyle, że Czaadajew szybko dokonał samokrytyki, cudownie ozdrowiał i stał się apolegetą imperium rosyjskiego…

W szpitalu psychiatrycznym rozgrywa się akcja dramatu Wieniedikta Jerofiejewa Noc Walpurgii z 1987 r., co świadczyłoby, że jeszcze w latach 80. służył on jako instytucja karna. Jerofiejew zasłynął jednak przede wszystkim jako autor wybornej prozy alkoholowej – „Moskwa-Pietuszki”.

Rosyjskie pijaństwo urosło do rozmiarów stereotypu. Czym jednak się rożni od innych pijaństw i dlaczego wódka pochłania w Rosji więcej ofiar śmiertelnych niż przestępstwa i wojny? W okresie breżniewowskiego zastoju alkoholizm nazywano formą „emigracji wewnętrznej”, czyli ucieczki przed radzieckim reżimem. W tym świetle wiecznie pijany Wieniczka – bohater powieści Jerofiejewa – to nie przegrany pijaczek, lecz polityczna ofiara systemu. Może więc podobnie spojrzeć na rosyjskie pijaństwo – jako na „wewnętrzną emigrację”, która władzy jest na rękę, bo unieszkodliwia potencjalnych kontestatorów jej poczynań? Jeszcze kilka lat temu piwo było sprzedawane w Rosji jako napój chłodzący: w lecie o zmierzchu ulicami ciągnęli przechodnie mocno „schłodzeni” piwem marki „Boczkariow” lub „Bałtika”. Kurczab-Redlich w brawurowej analizie rosyjskiego picia, picia niemal samobójczego, wskazuje właśnie na zależność między systemem politycznym a poziomem spożycia alkoholu. Widzi w piciu próbę samoobrony, samoznieczulenia człowieka przed przemocą i poniżeniem, zadawanym mu przez władzę. Dlatego statystki spożycia alkoholu nie zmalały w okresie rządów Putina, a Rosjanie dalej upijają się „na smutno”.

Wojna z własnym narodem toczy się też na froncie ekonomicznym. Autorka Głową o mur Kremla przypomina kryminalną prywatyzację majątku państwowego, na której wyrośli zarówno dzisiejsi oligarchowie, jak i elita polityczna współczesnej Rosji, naświetla mafijne koneksje Jelcyna, Putina, a przede wszystkim wieloletniego mera Moskwy Jurija Łużkowa. Z jej relacji jasno wynika, że w Rosji, podobnie jak w innych krajach byłego ZSRR, władza nierozerwalnie związana jest z wielkim biznesem (vide: sprawa Jukosu), a skupienie jej w jednym ręku umożliwia kontrolowanie poszczególnych sektorów gospodarki. Kurczab-Redlich pokazuje jak dostęp do władzy, a więc także do informacji o konkretnych decyzjach (wycofanie z obiegu niektórych nominałów, ogłoszenie niewypłacalności kraju w 1998 r.) pozwolił wzbogacić się „wierchuszce” i zrujnował przeciętnych Rosjan. Społeczeństwo rosyjskie (wyłączając kilka największych miast) żyje bardzo skromnie. Nad biednymi łatwiej panować – wystarczy dawać im jałmużnę. Putin na pewno zyskał poparcie wyborców, szczególnie tych biedniejszych, wprowadzeniem podstawowej stabilności ekonomicznej. W odróżnieniu od czasów Jelcyna, niewiele wyższe pensje, są jednak wypłacane terminowo. Mieszkańcy północnego Uralu dostają specjalny dodatek do wynagrodzenia, żeby nie uciekali z obszarów, gdzie człowiek został na siłę osiedlony przez Stalina, podstawową infrastrukturę budowali więźniowie polityczni, a w tundrze wciąż można się natknąć na ciągnące się kilometrami cmentarze łagrowe. Ale mieszkańcy północnych miasteczek nie chcą ani pamiętać, ani mówić o tym, że mieszkają na kościach łagierników. A pytani, jak im się żyje w wiecznie wilgotnej pustyni tundry odpowiadają: „Nielekko, ale matki się nie wybiera”. Duże miasta rozwijają się bardzo szybko, a płace w sektorze biznesu wielokrotnie przekraczają nawet polskie stawki. Jednak nadal jest to luksus dla wybranych. Jak słusznie zauważa autorka, gospodarka nastawiona jest na eksploatację ropy i gazu, a rolnictwo, które mogłoby dostarczyć tanich podstawowych produktów żywnościowych, znajduje się w opłakanym stanie. Czy w tej sytuacji można się dziwić politycznej apatii Rosjan? W każdym chyba miejscu na świecie biedne społeczeństwo poprze władzę, która daje względny dobrobyt. Pusta lodówka jest bardziej „realna”, niż oglądana na ekranie telewizora wojna w Czeczenii. Bieda poniża. Odbiera wolność krytycznego myślenia, które ogranicza się do karkołomnego planowania budżetu domowego. Albo: spycha w szarą strefę. Przeciętny Rosjanin nie żyje tak nędznie, żeby wyjść na ulicę i buntować się przeciwko władzy – tym bardziej, że pamięta gorsze czasy. Czasem można mieć nawet wrażenie rozrzutności. Przecież nie ma sensu oszczędzać, jeśli na większą inwestycję, która mogłaby zasadniczo zmienić warunki życia, i tak nie ma szans. Kurczab-Redlich załamuje ręce nad tą rosyjską bezsilnością i apatią, nad brakiem wiary w możliwość zmiany w innym kierunku, niż na gorsze. Bo sukces państwa wcale nie przekłada się tu na poprawę bytu narodu.         Od końca XVIII wieku Rosja była imperium terytorialnym, po rewolucji – terytorialno-militarnym, a obecnie jest imperium terytorialno-energetycznym. Jednak mieszkaniec tego imperium czerpał z jego potęgi niewielkie korzyści. W kraju o niewyobrażalnej przestrzeni żył w ciasnej komunałce. Ginął w mniej lub bardziej potrzebnych wojnach, wszak rosyjska taktyka wojskowa nigdy żołnierza nie oszczędzała. A co z potęgą energetyczną? Benzyna proporcjonalnie do zarobków nie kosztuje mniej niż na Zachodzie, a poza tym – i tak niewielu stać na samochód. Eksperci alarmują, że wydobycie gazu i ropy nie jest na tyle wysokie, żeby zrealizować podpisane z krajami europejskimi umowy. Co wróży cięcia na rynku wewnętrznym. Czy w takim razie beneficjenci imperium i jego wielkości ograniczają się do murów stołecznego i lokalnych Kremli? A cała reszta to skolonializowani tubylcy? Ofiary imperium?

Mimo to, znaczna część społeczeństwa żyje bądź iluzją nieistniejącej potęgi, bądź nostalgią po utraconej wielkości. Autorka Głową o mur Kremla przytacza bardzo ciekawe dane ankiety, przeprowadzonej przez młodą dziennikarkę. Na pytanie „Czy Rosja jest wielka”, większość respondentów bez wahania odpowiadała twierdząco. Na pytanie „Dlaczego?” – trudniej było im znaleźć odpowiedź. Wielkość można postrzegać jako potrzebę mitu, który pomaga przegryźć, zakamuflować poniżenia i małość rzeczywistości, a jednocześnie jako narzędzie ideologiczne, uzasadniające różnoraką ekspansję. W przewrotnej rosyjskiej świadomości poczucie wielkości łączyło się z poczuciem misji, a podbój – ze służbą. W XVI wieku zbieranie ziem ruskich, czyli konsekwentne poszerzanie terytorium Księstwa Moskiewskiego miało uzasadnienie w idei Moskwy jako trzeciego Rzymu, który – po upadku Bizancjum, został ostoją prawdziwej wiary prawosławnej. W imperialnym wieku XIX filozofowie, którzy stworzyli podstawy tzw. rosyjskiej idei (Chomiakow, Bierdiajew, Sołowiow, Kiriejewskij) przedstawiali naród rosyjski jako młodą i witalną siłę, która jest zdolna przeciwstawić staremu i zepsutemu Zachodowi prawdziwie chrześcijańskie wartości: wspolnotowość, czystą, pozaintelektualną wiarę i… głęboką pokorę. W XX wieku Rosja niosła światu komunizm.

Jedna z zapytanych w ankiecie odpowiedziała: „nasz naród jest najcierpliwszy: wszystko przetrzyma, wszystkie pierestrojki”. W rozważaniach na temat rażąco nieprzystającej do rzeczywistości narodowej pychy, Kurczab-Redlich nie wspomina jednak o nieodłącznym towarzyszu rosyjskiej wielkości, jej swoistym rewersie – o rosyjskiej pokorze, bez której trudno pojąć opisywany fenomen rosyjskiej władzy. Faktycznie – bez wyjątkowej cierpliwości trudno byłoby znosić wybryki rządzących. Rosyjscy despoci, bazując na kulturze prawosławia, umacniali w swoich poddanych kult pokory, jako największej cnoty chrześcijańskiej, a tak różni od siebie pisarze-ideolodzy, jak Tołstoj i Dostojewski, obaj promowali ideę „primirienija” czyli pokornego pogodzenia się z rzeczywistością. Ale gdzie biegnie granica między rosyjską pokorą a rosyjskim strachem? I czy da się ją w ogóle wyznaczyć?

Do pełnej analizy mechanizmów relacji Kreml–naród, brakuje w książce Kurczab-Redlich uwzględnienia i docenienia roli religii. Bo choć Putin niewiele ma wspólnego z czczonym w ikonach carem Mikołajem II, to łączy go przyjaźń z Patriarchą Aleksiejem II, który błogosławił czołgi jadące do Czeczenii. To prawda, w czasie 70 lat trwania komunizmu doszło do ateizacji społeczeństwa radzieckiego, zniszczono prawosławną wiarę i obrządek a funkcje sakralne stały się domeną Partii i I sekretarza. Tradycyjne miejsce ikon maryjnych w kącie naprzeciw drzwi wejściowych domów i mieszkań zajęły portrety wodzów rewolucji. Ale prawosławie to nie tylko religia, to również pewien typ przejętej z Bizancjum i przetworzonej na gruncie rosyjskim kultury duchowej, tak głęboko związany z rosyjską tożsamością, że nie poddaje się żadnym „pierestrojkom”. Jak bizantyński cesarz Basileus był władcą na ziemi i pomazańcem bożym, tak i rosyjski car kształtował swój wizerunek i postrzegany był w społeczeństwie jako car-Bóg.  Stosunek do Cara Niebieskiego przekładał się na ten do cara ziemskiego. A trzeba zaznaczyć, że prawosławny wierzy inaczej, niż katolik. Jak obrazowo pisał Mikołaj Bierdiajew, prawosławny leży plackiem przed Bogiem, ciągle kajając się za swoje występki, podczas gdy katolik stoi, wznosząc ku Bogu wzrok w ciągłym samodoskonaleniu, dąży do niego, nie tracąc jednak swoich granic i… wolnej woli. Prawosławny roztapia się w bóstwie, utożsamia się z nim tak, jak utożsamia się z jego ziemskim wariantem – władzą państwową. W zetknięciu z Rosjanami trudno pojąć ten brak granicy między „ja” a „Rosja”, między „Rosja” a „Kreml”. Niezręcznie jest odpowiadać na częste pytania: „Polacy, dlaczego wy nas tak nie lubicie?”, kiedy politycy kłócą się o gaz, import mięsa czy obchody rocznicy II wojny światowej. Bo odpowiedź, że nie lubimy władzy, ale nic nie mamy przeciwko ludziom, nie wydaje się przekonująca dla naszych sąsiadów ze Wschodu.

Ci, którzy podejmują się wysiłku rozumienia i opisywania rzeczywistości rosyjskiej, nieuchronnie natrafiają na z pozoru niemożliwe do pogodzenia sprzeczności. Żeby je ująć, potrzeba specyficznej metodologii, którą roboczo można nazwać metodologią par przeciwieństw. Nie bez powodu leitmotivem literatury rosyjskiej stał się motyw sobowtóra „dwojnika”, obecny u Gogola i Dostojewskiego, który wyraża ową rosyjską biegunowość dobra i zła, nędzy i bogactwa, wiary i bluźnierstwa, sentymentalności i okrucieństwa, apatii politycznej i fanatyzmu politycznego, i w końcu: wspomnianej już pychy i pokory. Nazwisko bohatera Zbrodni i kary (dialektyka zaznaczona w samym tytule) Raskolnikowa pochodzi od słowa raskoł – schizma, podział, rozłam – co świetnie opisuje stan jego świadomości. Raskolnikow w porywie Nietzscheańskiej pychy zabija  lichwiarkę by potem, pod wpływem świętej prostytutki (kolejny paradoks), i odbytej na Syberii katorgi (apologia kary!) dojść do skruchy i pokory. Nazwiska jednak nie zmienia. Pozostaje Rosjaninem-Raskolnikowem – duchowym schizmatykiem. Myślę, że warto posłuchać podpowiedzi mistrza Dostojewskiego i założyć jako aksjomat kategorię „raskołu”. Pomoże to uniknąć jednostronnych sądów i poczucia całkowitej dezorientacji.

Autorka sygnalizuje w swojej refleksji jeszcze jedną parę przeciwieństw, konieczną dla zrozumienia stosunków naród-państwo: męskość i kobiecość. Analizując fenomen popularności Putina zaznacza, że Rosja odwróciła się od starego, schorowanego i pijanego męża – Jelcyna i oddała się młodemu, silnemu i trzeźwemu kochankowi. Silny, despotyczny mąż i pokorna, wpatrzona w niego żona to mariaż daleki od współczesnego ideału małżeństwa, ale wróżący długoletni i trwały związek. Rosja jako naród zawsze była nosicielem pierwiastka kobiecego: matka-ziemia, matka-ojczyzna, Matka Boska (czczona w prawosławiu silniej niż w polskim katolicyzmie), wieczna kobiecość jako Mądrość Boża. Matuszka Rossija (mateczka Rosja) i batiuszka-car (ojczulek-car) to nierozłączna para. Bynajmniej nie sielankowa. Słynny dysydent rosyjski i doskonały pisarz – Wasilij Grossman, snując refleksję nad okresem terroru stalinowskiego, któremu poddały się miliony ludzi i miliony dały się zabić, nazywa Rosję „wielką niewolnicą”, która chętnie poddaje się władzy silnego męskiego wodza. Z dużo mniejszą dozą patosu ta sama idea pobrzmiewa w muzycznym hicie ostatnich wyborów parlamentarnych. Dwie wokalistki o ślicznych słowiańskich liczkach śpiewają o tym, że dość mają swoich niezdarnych, rozpitych i nietaktownych partnerów. Teraz chcą takiego jak Putin: „ żeby nie pił, żeby nie bił, żeby nie obrażał, żeby nie zostawił”. Niestety, w tym „kobiecym” kraju sytuacja kobiet jest nie do pozazdroszczenia. Świadczy o tym przerastająca liczbę urodzeń ilość dokonywanych aborcji i poziom prostytucji. Nie mówiąc już o tym, że kobiet w Dumie brak. Działają za to w organizacjach społecznych, takich jak „Matki Biesłanu” lub fundacja „Prawo Matki”, skupiająca kobiety, które straciły w dzieci, mężów i synów w działaniach militarnych w okresie pokoju.

A jeśli nieszczęśliwa jest kobieta rosyjska, której mąż ginie jako żołnierz w Czeczenii, to w jakich kategoriach opisywać nieszczęście kobiet czeczeńskich, których mężowie i dzieci są mordowani w domach, na ich oczach, lub giną bez wieści w pacyfikacyjnych zaczystkach? Konflikt rosyjsko-czeczeński, który rozpoczął się w 1996 roku miał być małą, szybką i zwycięską wojną, wzmacniającą poparcie dla prezydenta Jelcyna przed kolejnymi wyborami, rozrósł się w długoletnią, utajnioną i okrutną wojnę, która wyniszczyła obie strony fizycznie, moralnie i psychicznie. Wojna to groteskowo nierówna, bo przeciw maleńkiej, zacofanej kaukaskiej republice stanął 148-milionowy kolos. I długo nie mógł jej pokonać. Wiele wskazuje na to, że chodziło nie tylko o utrzymanie Czeczenii w granicach Federacji Rosyjskiej, ale o zniszczenie całego narodu. Według danych różnych niezależnych ośrodków, w czasie działań wojennych i „stabilizacyjnych” do 2007 roku zginęło ok. 200 tysięcy Czeczenów, czyli ok.1/5 całej ludności republiki. Część ocalałych żyje w ośrodkach dla uchodźców, część na skutek tortur i uszkodzeń ciała nie może mieć dzieci. Rozdział dotyczący Czeczenii to ulepiony z setek mało znanych, z trudem zdobywanych, ujawnianych i rozumianych faktów pomnik ofiar tego konfliktu. Autorka skupia się na ludobójstwie w samej Czeczenii, nie zapomina jednak i o rosyjskich ofiarach – setkach tych którzy zginęli pod gruzami wysadzonych w powietrze domów, uduszonych gazem podczas akcji „ratunkowej” w Domu Kultury „Dubrowka”, zabitych w szkole w Biesłanie. Wspomina też o rosyjskich żołnierzach, których ciała w cynkowych trumnach wracają z Kaukazu do matek i żon. Dość jednoznacznie wskazuje winowajcę tej tragedii – Kreml, jego gospodarza Putina i jednostkę operacyjną – FSB. Trud opisywania zakłamanej i utajnionej wojny został doceniony – kandydatura Krystyny Kurczab-Redlich została w 2005 r. zgłoszona przez czeczeńską organizację „Echo Wojny” do Pokojowej Nagrody Nobla.

Genialna w swej prostocie wydaje się analiza przyczyn tego ciągłego wielopłaszczyznowego gwałtu, jakiego dopuszcza się władza na własnych obywatelach i niepokornych Czeczenach. Ponieważ władza jest na wskroś kryminalna, boi się narodu – ciągłego świadka jej przestępstw. Musi go więc w jakiś sposób unieszkodliwić: zabić, zastraszyć, zmanipulować, przekupić. Otwartość nie wchodzi tu w grę.

Krystyna Kurczab-Redlich jako dziennikarka doskonale zdaje sobie sprawę, że we współczesnym świecie podstawą demokracji jest dostęp do wolnych, niezależnych i zdywersyfikowanych źródeł informacji. Tymczasem w Federacji Rosyjskiej niezależne media są poddawane ciągłym szykanom politycznym lub ekonomicznym, a w szeroki eter przedostają się politycznie poprawnie naświetlone wiadomości. Prawdopodobnie takie wydarzenia, jak dokonane przez FSB detonacje w blokach mieszkalnych, Dubrowka, tragedia w Biesłanie czy ludobójcze „stabilizacyjne” działania armii rosyjskiej w Czeczenii nie miałyby miejsca, gdyby nie działy się w informacyjnej próżni. Gdyby Kreml nie mógł dowolnie wpływać na opinię publiczną poprzez posiadane lub kontrolowane przez siebie media, kreować winnych i ofiary, wrogów i przyjaciół, nazywać czeczeńskiej wojny o niepodległość islamskim terroryzmem fundamentalistycznym. W Rosji działają nieliczne niezależne ośrodki informacyjne, ale ich zasięg jest zbyt wąski, by wywierać opiniotwórczy wpływ. Jest Internet, ale wciąż za drogi dla wielu. Dlatego w informacyjnej walce z władzą obywatel ciągle przegrywa. Przegrywa też w ciszy Czeczenia, w której prorosyjskie, związane ze służbami specjalnymi władze (na czele z prezydentem Kadyrowem) dalej brutalnie rozprawiają się z opozycją, przez co rośnie liczebność górskiej partyzantki – armii podziemnej Czeczenii-Iczkerii. Autorka nie szczędzi krytyki przedstawicielom amerykańskich i europejskich mediów i polityki, którzy za cenę poprawnych stosunków z Rosją koniunkturalnie milczą.

Wielki autentyzm, naoczność, ciągła obecność i zaangażowanie, połączone z odważnym gromadzeniem materiału faktograficznego, to największe atuty książki. Po przeczytaniu Głową o mur Kremla polski, zwykle nieco rusofobiczny czytelnik, najpewniej przestraszy się Rosji. Będzie to jednak reakcja sprzeczna z intencją autora. Sama Krystyna Kurczab-Redlich określa swój stosunek do Rosji jako współczujący i ujmuje go w piękną metaforę „przykładania sumienia do nabitej kolcami ściany – Rosji”. Trudno nie odczuwać lęku wobec cynicznej polityki Putina, milcząco akceptowanej przez zachodni świat. Ale przecież właśnie o to chodzi, żeby się nie bać, żeby nie zasłaniać oczu, uszu i ust, jak chińskie małpki, przywoływane na kartach książki. Książka zachęca do tego, żeby widzieć, wiedzieć  i rozumieć więcej.


Krystyna Kurczab-Redlich, Głową o mur Kremla, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007, s. 496.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata