70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

In vitro. Moralność dyskusji i demokracja

Z ogromnym trudem przychodzi nam jako zbiorowości zrozumienie, że prawo stanowione nie musi być ucieleśnieniem całej moralności, a jego rolą nie jest pomagać obywatelom w osiąganiu doskonałości moralnej. Tylko państwo powołane po to, by służyć określonej jednostce, klasie lub grupie wyznaniowej może troszczyć się o dobro takie, jakim sobie je wyobrażają. W państwie demokratycznym prawo może i powinno wyznaczać granice, których nikomu przekroczyć nie wolno.

Żeby były godne ochrony, granice muszą być precyzyjnie wytyczone. Granice niewyraźne muszą stać się przyczyną wojen. Dotyczy to zarówno państw jak i prawa. Tam, gdzie zachodzi istotna rozbieżność między zapatrywaniami moralnymi znacznej części obywateli, prawo demokratycznego państwa powinno być ostrożne, by nie rodzić konfliktów i nie zmuszać obywateli do życia wbrew wyznawanym ideałom. Prawo demokratycznego państwa zakazuje tego, co jest absolutnie nie do przyjęcia w życiu zbiorowości. Resztę zostawia sumieniom obywateli.

Ponieważ Polacy rozmaicie oceniają leczenie niepłodności, ustawodawstwo nie powinno wyrażać opinii moralnych jednej grupy światopoglądowej czy wyznaniowej. Gdyby tak było, służyłoby tylko części obywateli. A jednak oczekiwanie, że prawo da wyraz wybranemu ideałowi moralnemu, jest udziałem większości stron biorących udział w ostatnich dyskusjach o regulacji prawnej in vitro. Mało kto dostrzega sprzeczność między dążeniem do zamienienia prawa w ucieleśnienie ideałów moralnych a prawem państwa demokratycznego.

Zamiast ustalić, co przytłaczająca większość Polaków uznaje za niedopuszczalne w leczeniu niepłodności i w manipulacjach na ludzkich zarodkach, a następnie zgodnie z tymi ustaleniami sformułować propozycje ustawodawcze, uczestnicy sporów starają się przekonać wszystkich, że ich własne stanowisko powinno znaleźć wyraz w prawie, ponieważ jest prawdziwe, pewne i nie zezwala na kompromisy.

Trudności ze zrozumieniem funkcji prawa w państwie demokratycznym nie są chorobą endemiczną. Cierpią na nią także autorytety moralne, a więc ludzie, którzy winni odznaczać się szczególną dbałością o klarowność przekazu. Bo przecież od tego, jak jasno i precyzyjnie przedstawią swoje racje, w znacznej mierze zależy to, czy dotrą do swoich adresatów i czy ich przekonają. Dbałości tej nie widać jednak w dyskusjach o tak ważnych sprawach społecznych jak prawna regulacja leczenia niepłodności. Co i rusz słychać wypowiedzi, które w najlepszym razie zdradzają nieporadność pojęciową, a w najgorszym – złą wolę.

Prawa nieistniejących?

W niedawnym liście do parlamentarzystów Rada Episkopatu Polski ds. Rodziny pisze, że „każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców”. Osobliwa to teza. Jeśli rozumieć ją dosłownie, to Biskupi nie mogą mieć racji, a jeśli mieli na myśli coś innego niż napisali, to powinni to powiedzieć klarownie i otwarcie.

Biskupi piszą o prawie, którego posiadaczem ma być istota, której jeszcze nie ma. Jak w takim razie można ona mieć jakiekolwiek prawa? Posiadaczem praw czyli uzasadnionych roszczeń może być tylko ten, kto już istnieje. Tezę o prawie do bycia zrodzonym z aktu małżeńskiego można więc głosić na gruncie logicznie osobliwej metafizyki zaludnionej istotami nieistniejącymi. Jeżeli zaś Biskupi pisali o dzieciach już spłodzonych – wszystko jedno, w wyniku procedur in vitro czy stosunku seksualnego pary pozostającej w związku małżeńskim – to jaki sens ma dawanie im tego prawa? Ich ewentualnego roszczenia, by być poczętym w taki czy inny sposób, nie można przecież żadną ludzką miarą spełnić. Chyba że ktoś potrafi cofnąć czas.

Można się domyślać, że pisząc o prawie dzieci do bycia poczętym w określony sposób Biskupi chcieli powiedzieć, że dzieci powinny przychodzić na świat tylko w wyniku stosunku seksualnego osób pozostających w związku małżeńskim. Jest to stanowisko zrozumiałe, wsparte długą i cenną tradycją. Nie są też błahe stojące za nim racje. Te jednak dają się zrozumiale wyartykułować na fundamencie katolickiej teologii moralnej, w której pojęcie prawa nie należy do najważniejszych. Podstawowe terminy moralnego nauczania Chrześcijan to cnota, charakter, powinność, powołanie człowieka. To za ich pomocą należałoby wyrażać stanowisko Biskupów. Dlaczego więc wybrali inny język?

Jeśli Biskupi przedstawili swoje stanowisko w języku praw bez odpowiedniego namysłu, to wykazali się nieporadnością myślową. Jeżeli zaś swoją opinię sformułowali w terminach praw rozmyślnie, to – jak pokazałem wyżej – trudno podejrzewać, że zrobili to w imię jasności.

Podejrzewam, że korzystając z języka praw, który jest dziś rozpowszechniony, Biskupi chcieli mieć po swojej stronie tych parlamentarzystów i pozostałych obywateli, którzy nie uznają moralnego nauczania Kościoła za źródło pouczenia moralnego. Jeśli moja hipoteza jest trafna, to pisanie o prawach istot niepoczętych to argumentacyjna droga na skróty, a nie głos w rzetelnej dyskusji. Skoro adresatami listu są posłowie i senatorowie, którzy stanowią prawo, to celem zastosowanego zabiegu retorycznego jest chęć przeforsowania stanowiska, które nie jest podzielane przez wszystkich Polaków.

Na kim spoczywa ciężar dowodu?

W dyskusji na temat leczenia niepłodności niejednokrotnie słychać argument, według którego procedury in vitro są niemoralne, ponieważ wiążą się ze świadomym podejmowaniem ryzyka doprowadzenia do śmierci niewykorzystanych embrionów. Przeciwnicy in vitro twierdzą, że embrion jest człowiekiem, osobą lub istotą moralnie równoważną człowiekowi i że wobec tego winien podlegać ochronie moralnej takiej, jaką otaczamy noworodki i starsze istoty ludzkie. Zwolennicy – że zarodek człowiekiem nie jest i wobec tego nie trzeba go chronić jak dorosłego.

Obrońcy człowieczeństwa zarodków niejednokrotnie traktują swoje stanowisko jakby było oczywiste. Tak czyni prof. Paszewski, gdy pisze, że ci, którzy twierdzą, że zarodek nie jest człowiekiem, powinni „mieć na poparcie tego stanowiska silne argumenty, a nie tylko przekonania”. Nie wiem, kto w tym sporze ma rację, pewne jest jednak, że sprawa nie jest ani tak oczywista, ani tak prosta, jak sugeruje prof. Paszewski.

Osoby odmawiające płodowi człowieczeństwa, często (chociaż nie zawsze) twierdzą, że nie mają dowodów, że zarodek czy płód jest człowiekiem. Wobec tego nie uznają, że te formy ludzkiego życia są człowiekiem. Głoszą więc, że skoro nie ma dowodu, że embrion lub płód jest człowiekiem, to nie ma podstaw do otaczania go specjalną ochroną. Dopóki zatem ich oponent nie wykaże, że zarodek bądź płód jest człowiekiem, nie powinno się postępować tak, jakby nim był. Gdyby przyjąć sposób rozumowania obrońców człowieczeństwa zarodków i płodów, to nie powinni byśmy robić mnóstwa innych rzeczy, na wypadek gdyby zagrażały rzeczom, które mogą się okazać moralnie cenne. Nie wiemy, czy kwiaty czują ból i czy mają duszę, ale to nie powód by ich nie zrywać.

Nie chcę twierdzić, że przeciwnicy prawnej ochrony płodów lub zarodków mają rację. Rzecz w tym, że ich argumenty nie są zasadniczo gorsze niż racje zwolenników prawnej ochrony tych form ludzkiego życia biologicznego. A pod pewnymi względami są lepsze. Powstrzymują się bowiem przed sądem tam, gdzie sprawa nie jest oczywista ani rozstrzygnięta. Za taką postawą idzie konkluzja prawna: brak powszechnej zgody w kwestii człowieczeństwa zarodków ludzkich wskazuje, że w państwie demokratycznym nie powinna ona wpływać na kształt ustaw.

Spór o status zarodka lub płodu jest sporem filozoficznym i nie da się go – wbrew prof. Paszewskiemu – rozstrzygnąć siłami nauki. Biologia może nam dostarczyć faktów, ale ich status normatywny to coś kompletnie innego. Biologia nigdy nie powie nam, czy embrion jest cenny, ponieważ pod mikroskopem nie widać wartości embrionu, czy czegokolwiek. Widać tylko komórki i ich części. I właśnie na tym polega problem! Pomocy w poszukiwaniu tego rodzaju rozstrzygnięć – jeśli gdziekolwiek – możemy oczekiwać od filozofów, przywódców duchowych i religijnych. Ale nie od naukowców. Oni ustalają, co się dzieje, a nie – co dziać się powinno.

Nie jest zatem oczywiste, że jak zgodnie ze znanym stanowiskiem chce prof. Paszewski, „z biologicznego punktu widzenia embrion ludzki jest po prostu młodym człowiekiem, ponieważ biologia nie dostarcza żadnych obiektywnych kryteriów pozwalających na wyróżnianie w rozwoju człowieka jego przedludzkiej i ludzkiej fazy.” Prof. Paszewski zdaje się sądzić, że człowiekiem jest każda forma biologicznego życia ludzkiego, która ma w sobie potencjał rozwojowy lub dalszego trwania. Zapomina przy tym że to, czy coś ma taki potencjał zależy także od środowiska, w którym się znajduje. Dowodów na to dostarczają nie tylko embriony, których potencjał rozwojowy zda się na nic bez macicy, w której się będą rozwijać, ale też ludzie starzy i chorzy, których potencjał dalszego trwania zależy od troski i wiedzy innych ludzi i instytucji.

Rozstrzygnięcia o faktach biologicznych nie załatwiają kwestii normatywnych. Aby uzasadnić konieczność ochrony prawnej zarodków i płodów nie wystarczy orzec, że „od powstania zygoty do późnej starości mamy do czynienia z tym samym, choć zmieniającym się w czasie jestestwem”. Tożsamość jakiejś istoty w czasie pomimo zachodzących w niej zmian to trudna idea. Od tego jak ją pojmiemy zależy to, czy z ciągłości rozwojowej między zarodkiem a urodzonym dzieckiem będziemy wnioskować o ich tożsamości. Nawet jednak identyczność zarodka i dziecka nie sama dowodzi, że zarodkowi należy się ochrona moralna i że powinna ona być taka jak ochrona, którą otaczamy dziecko. Kandydat na Prezydenta RP to ten sam człowiek, który w wyniku wyborów zostaje zaprzysiężony jako Prezydent i z pewnością zachodzi między nimi różnica mniejsza niż między zygotą a powstającym z niej dzieckiem. A jednak dopiero po wygranych wyborach kandydatowi przysługuje ochrona BOR. To, czy czemuś lub komuś należy się ochrona nie zależy od samych faktów i jego tożsamości, ale także od normatywnego kontekstu, w którym się znajduje. I spór toczy się właśnie o normy, a nie o fakty.

Skąd się biorą powracające problemy?

Fakty o ludzkim rozrodzie są naukowcom świetnie znane. Gdyby wystarczyły do rozstrzygnięcia sporu o in vitro, już dawno mielibyśmy go za sobą i mogli ustanowić stosowne prawo. Centrum tego sporu są normy życia społecznego. Kiedy przybierają kształt prawa, to w państwie demokratycznym nie mogą opierać się na tych czy tamtych poglądach, lecz winny wyrażać głęboki i szeroki konsensus społeczny. Zanim zostanie osiągnięty, potrzebna jest rzetelna dyskusja, w której nikt nie ukrywa swoich poglądów, nie próbuje podstępem doprowadzić do ustawodawstwa zgodnego z jego poglądami, odróżnia wiedzę od opinii, oceny od faktów. W sprawie in vitro takiego głębokiego i szerokiego konsensusu nie ma. Udawanie, że Polacy już wypracowali ocenę zabiegów in vitro i tworzenie na podstawie tej fikcji prawa oznaczałoby zmuszanie obywateli demokratycznego państwa do życia wbrew samym sobie. A takie prawo byłoby po prostu niemoralne.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata