70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oczy ku widzeniu

Kunszt artystycznego rzemiosła Stanisława Gadomskiego na tym polega, że z naszej milczącej ziemi wydobywa wielką jej mowę. „Kto ma oczy ku widzeniu, niechaj patrzy, kto ma uszy ku słyszeniu, niechaj słucha”.

„Mają oczy ku widzeniu, a nie widzą, i uszy ku słyszeniu, a nie słyszą”. Zdjęcia Stanisława Gadomskiego wtrącają w zdumienie. To jest nasza ziemia? To są nasze krajobrazy? Taki jest świat naszego otoczenia? Zdjęcia uczą nas, jak mieć „oczy ku widzeniu i uszy ku słyszeniu”.

Czasem na zdjęciu pokaże się dymiący komin fabryczny, jakiś mieszkalny mrówkowiec, kawałek betonowej drogi – wszystko to, co w pocie czoła zbudowaliśmy, o co zabiegaliśmy i co chcemy przekazać naszym dzieciom, aby „miały gdzie żyć”. Ale oto o kilka kroków od nieszczęsnej asfaltowej cywilizacji nasza ziemia ukazuje nam zupełnie inną twarz – twarz przydrożnego Świątka. Najczęściej twarz wyłania się z kwiatów. Nie zawsze są to kwiaty prawdziwe, niekiedy kwiaty sztuczne. Ale to w niczym nie wadzi. Nawet  w tej sztuczności kryje się  prawda. Prawdę określa Świątek. Kiedy patrzy, to jakby ta ziemia patrzyła na ciebie.

Kiedyś Sören Kierkegaard napisał: „Widzi się tyle, na ile jest się widzianym”.Zazwyczaj  nie pozwalamy na siebie patrzeć, nie pozwalamy się widzieć. Gdy czujemy, że ktoś na nas patrzy, natychmiast nakładamy zasłonę lub maskę. Jest tak także wtedy, gdy wędrujemy po muzeach lub kościołach, by „oglądać obrazy”. Oglądamy, zamieniając w „przedmiot do oglądania”. Kto to zrobił? Kiedy zrobił? Pod czyim wpływem zrobił? Patrzymy, aby nie widzieć. Pod naszym spojrzeniem obraz przybiera maskę – podobną do tej, jaką sami nosimy. Wtedy widzimy w nim tylko to, co chcemy widzieć – jeden z preparatów siebie. Ze Świątkami Stanisława Gadomskiego jest inaczej. To one na nas patrzą. Zanim włożymy maskę, już jesteśmy zauważeni i odkryci. Spojrzenia Świątków obnażają nas. Wydobywają z nas nieoczekiwane uczucia, nastroje, myśli. Kto się spieszy, pyta, gdzie się spieszy i po co. Kto się gniewa, staje naprzeciw swego gniewu i pyta: po co? Kto nie wierzy, zaczyna szeptać „Ojcze nasz”… Kto wierzy, ten odkrywa, jak wielką niewiarą jest jego wiara. Pod spojrzeniem Świątka człowiek czuje się jak ziarno, które „musi obumrzeć”, by wydać jaki taki owoc.

Patrząc w oblicza Świątków, pytałem siebie: co one mówią? Miałem jednocześnie świadomość, że pytanie to nie jest właściwe. Świątki nie mówią bowiem jednym głosem, lecz każdy opowiada o czymś innym. Nie wolno zamykać mowy Świątków w ramach jednego i tego samego tekstu. Mimo to pytanie wracało. A może jest w tych głosach jakiś wspólny ton?

Świątki opowiadają o bólu istnienia. Czasem mówi o tym zastygnięta w grymasie twarz, czasem skręcone ciało, czasem oczy wypatrujące z daleka pociechy i ulgi. Bóle są rozmaite, najczęściej męczeńskie. Oto święty, który poniósł śmierć, strzegąc tajemnicy spowiedzi. Oto Matka, która widziała ukrzyżowanie Syna. Oto siedzący na kamieniu Chrystus z cierniową koroną na głowie – odwieczny symbol grzechu władzy, która zawsze i wszędzie chce być bez granic. Jest także inny ból – ból fundatora. Świątek opowiada wtedy nie tylko o własnym bólu, ale również bólu konkretnego człowieka, który ukrył się gdzieś za nim niedaleko. Opowieść o bólu toczy się w kwiatach. Wszędzie pełno kwiatów. Ból boli, a kwiaty kwitną i pięknieją. Czy to ból wyrasta z kwiatów czy kwiaty wyrastają z bólu? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.

Czy w Świątkach nie ma śladu radości? Nie, tak mówić nie wolno. Jest przecież Wniebowzięcie Matki Boskiej i jej oraz nasze zapatrzenie w nieskończony bezkres. Jest także Trójca Święta, stateczna i pełna powagi; Ojciec i Syn obejmują się tym samym gestem przyjaźni, jakim obejmują się chłopi, którym jakaś chwilowa słabość utrudniła chodzenie. A tam znowu Trójca  koronuje Matkę Bożą na Królową Świata. Taki jest obraz szczęścia. Pewnie, że nieudolny, albowiem „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, co zgotował Bóg tym, którzy Go miłują”.  Kiedyś i ty staniesz się, gdy będziesz już w wieczności, świadkiem i uczestnikiem takiej sceny. Popatrz i zobacz: oto cel i sens, i nadzieja twojego życia. Z bólu i kwiatów urośnie ukoronowanie ludzi.

Ale są także same kapliczki, widziane z zewnątrz. Co kryje się w środku? Tego nie widzimy, domyślamy się tylko, że tam mieszka Świątek. Czasem kapliczka wyrasta z gęstwiny traw, a czasem ze skraju łąki, z której dopiero co zeszedł śnieg. Czym są te świątkowe domy? Nazywamy je „świątyniami”. Nie są to jednak wielkie świątynie wiary, które się pysznią same ze siebie, ale świątynie miłości, które wiedzą, jak boli ból bezdomności. W świątkowych domach ból człowieka i ból Boga spotykają się ze sobą. Tajemnicy tego spotkania nikt nie zna. Ale się ją czuje. Ona jest. Dlatego na widok świątkowego domu kolano samo gnie się do hołdu.

Przedziwna jest ta polska ziemia. Pamiętacie, jak nasz Ojciec Święty, gdy przyjechał do nas, uczyniwszy pierwszy krok – natychmiast uklęknął? Przyklęknięcie to było wielkim aktem objawienia tajemnic naszej ziemi. Kapliczki przydrożne, które patrzą na mnie, są dalszym ciągiem tego objawienia.

25 marca 1998


Stanisław Gadomski

Te małe „wielkie” pomniki sztuki ludowej tworzone  rękami wiejskich czy małomiasteczkowych artystów amatorów, ongiś tak gęsto rozsiane po kraju, od wielu lat stopniowo znikają.

Podczas moich wędrówek po kraju od dawna interesowałem się figurami, kapliczkami i krzyżami przydrożnymi będącymi charakterystycznym elementem ojczystego krajobrazu.

Początkowo fotografowałem je sporadycznie, „przy okazji” – z czasem już bardziej planowo. Terenem moich ostatnich penetracji były Podbeskidzie i Podtatrze,  z którymi związany jestem emocjonalnie – ziemie stosunkowo jeszcze bogate w zabytki.

Założyłem, że zdjęcia nie powinny być tylko suchym zapisem, lecz posiadać ślady mojego indywidualnego widzenia. Robiłem je więc w szerokich planach plenerów, ale i w dokumentalnych zbliżeniach, eksponując ciekawsze fragmenty, wyraziste detale.

Te małe „wielkie” pomniki sztuki ludowej tworzone  rękami wiejskich czy małomiasteczkowych artystów amatorów, ongiś tak gęsto rozsiane po kraju, od wielu lat stopniowo znikają. Okradane z figurek „świętych Pańskich” przez złodziei, kolekcjonerów lub nikczemnych handlarzy zaczęły świecić pustymi wnękami, wypełnianymi niekiedy „gipsami” z Ars Christiana, tracąc swój urok i niepowtarzalny charakter. W wielu przypadkach w najlepszej wierze zabytki są amatorsko „konserwowane” czy „upiększane” przy użyciu olejnych farb zabójczych dla kamienia.

Wiele samych „domków-kapliczek” ulega zapomnieniu i postępującej dewastacji, w wielu miejscach, do których wracałem po latach, nie było już po nich śladu.

*

Zwrócenie życzliwej uwagi Księdza Profesora Józefa Tischnera na moje fotografowanie i jego bardzo osobisty tekst odczuwam jako swoistą nobilitację moich prac. Za tę życzliwość, która była jednocześnie wsparciem dla tego, czym się zajmuję, świętej pamięci Księdzu Profesorowi bardzo, bardzo serdecznie dziękuję.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata